Close
Close

Jak było na Wawelowe – krakowskich szybkich randkach?

Skip to entry content

Jakiś czas temu, opisywałem wam moją młodzieńczą fascynację speed-datingiem i zapowiadałem, że wybiorę się na takowy i zdam z niego relację. Słowo stało się ciałem, a pomysł czynem. W walentynki byłem na „Nienawidzę Walentynek” organizowanym przez Wawelowe.

Zacznę od meritum sprawy, czyli dziewczyn. Było ich sporo, a dokładnie 18, więc nawet największe marudy mogły znaleźć coś dla siebie. Co do wizualnych aspektów pań, to było bardzo przekrojowo. Były i gustownie ubrane eleganckie dziewczyny, i lekkie lachony-tipsiary-tapeciary i szare, zabiedzone myszki, które ostatni raz Zarę od środka widziały w Second-Lifie. Średnia wieku dziewczyn – plus, minus 25 lat. Czyli laski, które są świeżo po studiach i niedawno zaczęły pracować. Trafiła się też 30-stka (swoją drogą najciekawsza rozmówczyni) i tegoroczna maturzystka.

Wiadomo, że najważniejszy jest wygląd i nikt nie bierze pod uwagę osobowości, intelektu i tego typu pierdół, wybierając kobietę, ale mimo wszystko napomknę o tym dwa słowa. Potwierdzę w tym momencie stereotyp, że „co w środku to na zewnątrz”. Z przeciętnie ubranymi laskami gadało się przeciętnie. Z byle jak ubranymi/brzydkimi rozmowa była żadna. Natomiast z ładnymi/atrakcyjnymi/zadbanymi/umiejącymi się ubrać dziewczynami, rozmawiało się ciekawie, miło, bez zbędnego zmuszania się.

Teraz słówko o formule. Każda randka trwała 4 minuty, po czym następował sygnał dźwiękowy i panowie przesiadali się do kolejnej partnerki. Często te 240 sekund nie wystarczało, bo rozmówczyni okazywała się ciekawa i rozmowa szła w dobrym kierunku. Ale, ale… bywały też dziewczyny, przy których każda kolejna minuta była mordęga i w ogromnym napięciu czekałem na koniec. Z jednymi gadałem o filmach, z drugimi o muzyce, z trzecimi o życiu, ze wszystkimi o studiach. Tematem numer jeden było: „co ty w ogóle robisz w życiu”?

[emaillocker]

Całe wydarzenie i sposób randkowania, jak najbardziej warte polecenia. Świetnie się bawiłem. W zasadzie, poza jedną beznadziejną rozmową, wszystkie można jakoś tam zaliczyć na plus. Co do tej beznadziejnej, to trafiłem na dziewczynę, która przeprowadzała casting. Miała listę pytań typu „jakie studia skończyłeś? gdzie pracujesz? ile masz lat? ile chcesz mieć dzieci? jakim papierem się podcierasz?” i sobie odhaczała po kolei na karteczce. Jak na policyjnym przesłuchaniu. Widać, że była zdesperowana i przyszła tam po męża.

Wypada wspomnieć coś o chłopakach, bo wiem, że czytają to też dziewczyny. A więc drogie dziewczyny, chłopaki były również przekrojowe. Każdy miał dwie ręce i dwie nogi, jeden grubsze, drugi chudsze. Byli łysiejący luzacy z zaczesaną grzywką z karku. Byli przystojniacy, łamacze damskich serc ubrani w nową kolekcję H&M. Byli normalni, pracujący goście, którzy pewnie na co dzień mają niewiele okazji do poznawania kobiet. I byli też szaleni komputerowcy, katujący World Of Warcraft, którzy MUSIELI przyjść ze słuchawkami przewieszonymi na szyi.

A teraz wyniki, czyli, czy ten cały ambaras i gadanie z 18-stoma babami jest warte 20 zeta. Odraz mówię, że tak. Sytuacja wygląda tak, że jeśli jesteś zainteresowany drugą osobą to stawiasz plusa przy jej imieniu. Jeśli ona postawi plusa również przy twoim, to na drugi dzień organizatorka wysyłała wam kontakt do siebie nawzajem. Na 4 zaznaczone przeze mnie dziewczyny, wszystkie 4 chciały się ponownie spotkać. Na marginesie dodam, że suma sumarum 11 z 18 dziewczyn postanowiło na mnie plusa, mimo, że miałem katar i się nie ogoliłem. Reasumując, jak każdy/każda z was sobie podliczy ile miesięcznie wydaje hajsu na bujankę po klubach (drinki, wstępy, szatnie), próbując coś wyrwać, to zaręczam was, że duuużo taniej wyjdą te szybkie randki.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

The Ugly Dance – tańcz jak Mick Jagger

Skip to entry content

W tym tygodniu wysyp fajnych aplikacji. Widać arktyczne temperatury sprzyjają programistom.

Dziś, zajmiemy się tak istotną sferą życia jak taniec! Wiadomo, nie każdy jest Mickiem Jaggerem, Fredem Astairem, Michaelem Jacksonem czy choćby Kasią Cichopek, żeby kręcić szalone piruety i robić szpagaty, aż do ziemi. Nie musi być! Dzięki aplikacji The Ugly Dance, każdy – nawet Donald Tusk i Bronisław Komorowski – może zostań królem parkietu.

Wystarczy wejść na stronę, dodać zdjęcie (swoje lub kogoś z kogo chcemy się pośmiać), wybrać stosowny outfit, wpisać imię tancerza i voilà! Możemy podziwiać mistrzowskie akrobacje naszego bohatera i dowolnie je koordynować. Możemy zmieniać rytm poruszania przednich i tylnych nóg. Do wyboru mamy takie style tańca jak: go go, twist, disco, czy kołowrotek.

Dobra beka, polecam wrzucenie zdjęcia kogoś z grupy, albo prowadzącego. Sesja poprawkowa od razu przejdzie z mniejszym bólem. Kraków


W zeszłym tygodniu pisaliśmy o ciuchowej wymiance w Literkach, dziś natomiast będzie o książkowej. W tę niedzielę, czyli 12-go lutego, w Cafe Szafe o 18:00 odbędzie się wielkie „Książkobranie”. O co kaman i z czym to się je?

Zasady są proste.

Po pierwsze: zaglądacie na swoją półkę i robicie listę książek, które ostatni raz mieliście w rękach w chwili odpakowywaniu prezentów gwiazdkowych.

Po drugie: wysyłacie ową listę mailem na adres cafeszafeksiazkobranie@interia.pl .

Po trzecie: przychodzicie w wyżej wymienione miejsce, o wyżej wymienionym czasie, z wcześniej wspomnianymi książkami.

Po czwarte: wymiana jest bezgotówkowa, czyli książka za książkę, książka za trzy książki, dwie za piętnaście i tak dalej.

Oprócz możliwości pozbycia się niechcianych cegieł i zdobycia bestsellerowych klasyków, „Książkobranie” to także świetna okazja do dyskusji. Dyskusji na tematy książkowe, nieksiążkowe, a także księżycowe. Ogólnie rzecz biorąc, dobra opcja na zawarcie nowych znajomości i podryw. Grzeczny Chłopiec poleca, choć nie przeczytał nigdy nic więcej niż „Janko Muzykanta”.

Kraków blog

Jak było na poprzednim „Książkobraniu”?

blog Kraków

Gdzie jest Cafe Szafe?


Wyświetl większą mapę