Close
Close

Wydawało mi się zawsze, że to muzycy najbardziej narzekają na hejterów (patrz Zbigniew Hołdys). Gdyby nie krytyka, połowa hip-hopowych kawałków w ogóle by nie powstała, bo nie byłoby komu pocisnąć. Byłem przekonany, że to oni najmocniej przeżywają negatywne opinie i tę całą krytykę. Myliłem się.

Najpierw oświecił mnie Piotr Czaja – scenarzysta „Kac Wawa”. Ten dystyngowany dżentelmen, żalił się jak dziecko w podstawówce prowadzącym „Pytanie na śniadanie”, że Kac Wawa było ultra-śmieszne, tylko ci źli producenci wycięli jego dialogi. Gdyby skończyło się na samym lamencie, to jeszcze bym to jakoś przełknął – każdy lubi czasem poużalać się nad sobą, a jak może do tego wykorzystać liczne audytorium, to jeszcze lepiej.

Ale nie skończyło się. Biedny twórca najlepszej komedii tysiąclecia, zaczął szczekać i atakować Tomasza Raczka, który siedział obok niego. Zarzucił krytykowi to, co można zarzucić najgorszego – że skrytykował. Zaczął tłumaczyć Raczkowi, że film jest śmieszny i powinien się z niego śmiać, bo są tam historie, które opowiedzieli mu znajomi i które sam przeżył.  Fakt – argument nie do zbicia. Wyszło bardzo śmiesznie, zresztą sprawdźcie sami.

Piotr Czaja kontra Tomasz Raczek

Scenarzysta „Kac Wawa” tłumaczy się i atakuje Tomasza Raczka

I jak, zabawne? Chcecie więcej? No to proszę. Producent „Kac Wawa” – Jacek Samojłowicz stwierdził, że pozwie Tomasza Raczka. Czemu? Z oczywistych powodów – bo SKRYTYKOWAŁ JEGO FILM! Prowodyr wydarzenia w rozmowie z Super Expresem mówi:

Przez tego pana straciłem kilka milionów wpływów. I takiej sumy będę się domagał na drodze sądowej. Oczekuję, że Tomasz Raczek straci wiarygodność jako krytyk filmowy, bo zdaniem moich prawników przekroczył granice krytyki filmowej i złamał zasady etyki dziennikarskiej, być może ze względów osobistych.

Rewelacja, na to czekałem! Jak ktoś mi napisze negatywny komentarz na blogu, to też go pozwę, że naraża mnie na miliardowe straty.

Big Love

Gdyby jednak okazało się, że kuriozum nie sięgnęło zenitu, to jest coś na dokładkę. Barbara Białowąs (reżyserka filmu „Big Love”) oburzona faktem, że ktoś śmie skrytykować jej epokowe arcydzieło, postanowiła udzielić porad Michałowi Walkiewiczowi (krytykowi Filmwebu) jak ma wykonywać swój zawód. Basia stwierdziła, że jeśli ktoś nie zrozumiał konwencji filmu, to nie powinien się o nim w ogóle wypowiadać oraz żeby zrecenzować jej majstersztyk, trzeba go obejrzeć przynajmniej 2 razy, a najlepiej 3.

Poruszona dogłębnie sytuacją, w której komuś nie podoba się jej film, wytoczyła ciężkie działa. Pierwszym było hasło „skończyłam filmoznawstwo”, drugim „skończyłam kulturoznawsto”, trzecim „ja studiowałam i ja wiem jak interpretować mój film, a pan nie”. Czwartym najcięższym, była błyskotliwa sentencja, w myśl której krytycy nie powinni krytykować twórców, bo gdyby nie twórcy nie mieli by pracy. Odkrywcze, muszę sobie zapisać. Cała rozmowa trwa 22 minuty i o ile poprzednia była zabawna, to ta jest irytująca i wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Rzadko widuje się tak zadufane ignorantki.

Barbara Białowąs kontra  Michał Walkiewicz

Reżyserka „Big Love” kontra krytyk Filmwebu część I

Barbara Białowąs kontra  Michał Walkiewicz 2

Reżyserka „Big Love” kontra krytyk Filmwebu część II

Nie widziałem ani jednego, ani drugiego filmu, ale po tym jak zaprezentowali się twórcy, nie mam najmniejszej ochoty tego zmieniać. Dobry PR górą!

(niżej jest kolejny tekst)

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Joasia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Joasia
Gość
Joasia

Barbara Białowąs – kobieta, która kręci filmy dla krytyków, żeby mieli co recenzować. Tylko niech koniecznie recenzują hiperrzetelnie i w samych superlatywach, bo inaczej pani Basia się obrazi i przestanie kręcić! I wtedy biedni krytycy filmowi zostaną bez pracy :-(

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Królik, Królik” w Teatrze Ludowym

Skip to entry content

Wczoraj miałem okazję być w Teatrze Ludowym na komedii, która miała premierę w piątek. Mowa tu o sztuce „Królik, Królik”. Ostatni raz w Ludowym byłem w liceum, razem z klasą, na jakimś obowiązkowym przedstawieniu i średnio mi się podobało. Miałem nadzieję, że tym razem będzie lepiej, czytałem opis spektaklu, wydawał się zachęcający. Nie myliłem się, dwie godziny spędzone w teatrze były świetną rozrywką.

„Królik, Królik”, to opowieść o francuskiej rodzinnie. Rodzinie, w której wszystko jest poukładane i na swoim miejscu, do czasu kiedy okazuje się, że tak nie jest. Owa familia składa się z mamy, trójki synów, dwóch sióstr i taty. Celowo wymieniam ojca na ostatnim miejscu, bo nie jest nikim ważnym w tym domu, ot zwykłą popierdółką, która chowa się po kątach. To mama jest głową rodziny, to ona stanowi jej fundamenty, zapewnia jej byt, podejmuje wszystkie decyzje i martwi się o jej przyszłość.

Mimo, że rzecz dzieje się we Francji, to reżyser spokojnie mógłby przenieść akcję do Polski i chyba byłoby to nawet bliższe prawdy. W ilu polskich domach jest tak, że ojciec odgrywa trzeciorzędną rolę, bo albo udaje, że pracuje i jest zajęty, albo pije, albo go nie ma? W ilu rodzinach waszych znajomych jest tak, że to do matki przychodzi się z problemami, bo wiadomo, że ojciec i tak nic nie poradzi? Ta sztuka jest właśnie o matce (matce Polsce chciałoby się powiedzieć) – jej roli, znaczeniu i ciężarze, jaki na siebie bierze, aby zapewnić bliskim godne życie.

Na wstępie napisałem, że „Królik, Królik” to komedia. Jest to prawda. Częściowa. Są momenty beztrosko zabawne, w których nie sposób się nie zaśmiać. Sporo jest jednak również tych, w których śmiałem się przez łzy. Trudno było nie zapłakać nad losem matki, która mimo swych nadludzkich starań jest świadkiem upadku swej rodziny. Moją uwagę szczególnie przykuł monolog ojca, który radośnie oświadcza, że od tygodnia nie chodzi do pracy, bo go zwolnili i nie ma zamiaru szukać nowej.

Mimo sporej dozy smutku, sztuka nie jest przytłaczająca. Pierwsza, bardziej gorzka cześć, balansuje drugą, bardziej radosną. Dobra gra aktorska pozwala porwać się fabule i nie czuć upływu czasu. W całym spektaklu najbardziej zaskoczył mnie fakt, że średnia wieku widzów na sali, oscylowała wokół 60 lat, mimo, że przedstawienie było dość młodzieżowe. Nie wiem za specjalnie jak to zinterpretować. Moi rówieśnicy nie mają hajsu, ochoty, czy to starsi są tak młodzi duchem?


Memowisko.com – encyklopedia memów

Skip to entry content

Macie czasem tak, że widzicie na Kwejku jakiś obrazek po raz 15, za każdym razem w innej przeróbce, i nie wiecie skąd się wziął? Wasi znajomi zalewają Fejsa jakimś memem, udając znawców, a tak naprawdę nie mają pojęcia co jest na tym cholernym jotpegu? Ja tak na szczęście nie mam, ale domyślam się, że komuś z was mogła trafić się taka sytuacja.

Dla wszystkich, którzy interesują się memami i internetem (ale również dla tych, którzy tylko przeglądają 9gaga) powstała strona Memowisko.com. Jest to bardzo dobre kompendium wiedzy na tematów memów. Dowiecie się z niego jakie początki miał co-ja-pacze-kot, jaka była ewolucja grymasu Obamy oraz skąd wzięły się złote myśli XVIII wiecznego arystokraty.

Nie brakuje również wnikliwych analiz polskich memów. Opisane są zarówno takie klasyki jak forfiter czy jestem-hardcorem, jak i dość nowe wirusy, na przykład bede-grał-w-gre. Z rodzimych virali, najbardziej przypadła mi do gustu dokumentacja fenomenu biało-czerwonego Wieśka a.k.a. Pana Andrzeja a.k.a. polskiego chama. Historia bogu ducha winnego policjanta z Pasłęki, który stał się hitem internetu, wzrusza niemal do łez.

Wszystkie przypadki, które znajdziemy na Memowisko.com, są opisane wyczerpująco i przede wszystkim bardzo rzetelnie. Jestem pełen podziwu dla pracy autora, który mimo trudów i licznych przeciwności losu, dociera do źródeł i początków życia każdego memu. Fajnie, że ktoś ma tyle zajawki w sobie, by przegrzebywać caaaały internet, tylko po to by zaspokoić moją ciekawość. Mnie by się nie chciało i wiem, że wam też. Jeśli chcecie bliżej poznać tego heroicznego osobnika, to zapraszam na wywiad tutaj.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!