mar 5, 2012

Posted by in Sztuka, Wystawy

W kręgu pop-artu – Lucjan Mianowski

W zeszły piątek, w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie, odbył się wernisaż wystawy Lucjana Mianowskiego – „W kręgu pop-artu”. Kim jest Lucjan Mianowski i po co w ogóle o tym piszę?

Po pierwsze – Lucjan Mianowski, to osoba mocna związana z Krakowem. Studiował na tutejszej Akademii Sztuk Pięknych grafikę artystyczną, plakat i malarstwo, a w jego pracach jest sporo lokalnego patriotyzmu i nawiązań do Nowej Huty. 

Po drugie – jest jednym z pierwszy polskich grafików, którzy tak mocno korzystali w swoich pracach z pop-artu. Może nie od razu nazwę go polskim Andym Warholem, ale podobieństwa są. Propagowanie tego trendu przez Mianowskiego, z pewnością miało spory wpływu na dzisiejszą grafikę użytkową.

I wreszcie po trzecie – wystawa „W kręgu pop-artu”, pokazuje szeroki wachlarz artystycznej ekspresji jaki może posiadać twórca. Zobaczymy na niej zarówno obrazy, litografie jak i sitodruki. W kwestii wpływów i inspiracji, też panuje spora różnorodność – od groteski, przez surrealizm, po hiperrealizm.

Co do samych prac, to dominują 3 tematy – seks, sport i życie w mieście (niekoniecznie dużym). Gdyby tak zamienić „życie w mieście” na „alkohol”, to mielibyśmy podręcznikowy portret psychologiczny typowego samca alfa. Bardzo podobały mi się grafiki komputerowe i blachy. Obrazy niekoniecznie. Mimo, że malarstwo Mianowskiego nie wzbudziło we mnie zachwytu, to bardzo miłym akcentem były wcześniej wspomniane nawiązania do Nowej Huty. Nawet jeśli autor ukazywał tę dzielnicę nieco prześmiewczo, to i tak wyłania się z niej pozytywniejszy obraz, niż ten z którym kojarzona jest ona obecnie. Jeśli chodzi o litografie odnoszące się do sportu, to nie mają jakiegoś podprogowego przekazu, są po prostu ładne. Miło na nie popatrzeć. Na laiku (takim ja ja) wrażenie robi technika ich wykonania. Z kolei grafiki komputerowe to głównie wariacje na temat kobiecego ciała. Męska fascynacja kobiecą nagością zawsze była wdzięcznym tematem dla artystów, tak jest i w tym przypadku. Sporo tu piersi i pośladków – tego co w kobiecie najlepsze. Nie powiedziałbym, że grafiki tętnią seksem, ale jest go sporo, w różnych abstrakcyjnych formach.

Podsumowując, oglądanie tej wystawy było sporą przyjemnością. Ze względu na dość codzienną tematykę, mogę ją polecić każdemu, co tez robię. Warto czasem wyjść z domu nie tylko po to, żeby wypić browara na rynku, zwłaszcza jeśli wstęp do muzeum kosztuje 4 złote. Wstęp studencki oczywiście.

 Muzeum Narodowe Kraków wystawa