Close
Close

„osiem9” – film o pokoleniu z rocznika ’89

Skip to entry content

Film opowiada historię nastolatków: Natana, Mateusza, Emila i Ani. Bohaterowie nie wiedzą za bardzo co chcą w życiu robić – zagubieni gonią za łatwymi i szybkimi przyjemnościami. Natan w pewnym momencie zaczyna kręcić film o swoich rówieśnikach – o pokoleniu 89. Na światło dzienne wychodzą głęboko skrywane tajemnice. Stąd o krok do tragedii…

Tego możemy dowiedzieć się o tajemniczo zatytułowanym filmie „osiem9” od autora. Cóż, opis jak to opis, ma zaintrygować potencjalnego odbiorcę na tyle, żeby chciało mu się sprawdzić produkt finalny. Mnie by chyba nie ruszył, ale i tak, do filmu dotarłem w inny sposób. A co w tym produkcie finalnym jest?

„osiem9” miał opowiadać o losach pierwszego pokolenia, po obaleniu komunizmu, ale wyszła z tego trochę taka „Sala Samobójców” dla ubogich. Autor przesadnie demonizuje dzisiejszy świat, hiperbolizując trudy egzystencji. Mamy głównego bohatera – Natana, który raz pozuje na niezrozumianą przez nikogo artystyczną duszę, a raz na nieczułego jebakę. Między paleniem jointów, zmienianiem polówek w paski i bawieniem się telefonem, stuka sobie koleżankę z klasy – Anię. Oczywiście bez zobowiązań, jak na wielkiego twórcę przystało. Ania natomiast, chciałaby ze zobowiązaniami, nawet bardzo (zwłaszcza, że pozwoliła sobie sfilmować cycki), ale napotyka opór materii.

W trakcie tych damsko-męskich przekomarzań, obserwujemy hardcorowe sceny z życia uczniów liceum. Są i nieodrobione prace domowe, i wagary, i używki. Pięcioma słowami – licealiści żyją jak gwiazdy rocka. Ogień. Natan – niedoceniany przez otoczenie, bananowy outsider – wszystkie te ekscesy uwiecznia swoją komóreczką lub kamerką. Jest ostatnim sprawiedliwym, który niesie prawdę o tym podłym świecie. W końcu to filmowanie przestaje się podobać jego znajomym. Dostaje oklep od kumpli za nagranie prywatnych zwierzeń, a sex-koleżanka, podążając za ideą „bez zobowiązań”, zaczyna sypiać z innymi (w różnych konfiguracjach). Biedny Natan nie może tego znieść i targany rozpaczliwym bólem istnienia, wiesza się w emo-trampkach. Beka.

Co do realizacja, to film jest dobrze poskładany, oglądanie nie męczy (w końcu to tylko 30 minut). Część zdjęć jest wykonana powiedzmy „profesjonalną taśmą”, a część aparatami w komórkach. Dało to ciekawy i w miarę oryginalny efekt. Reżyser jest zapewne byłym hip-hopowcem, ponieważ muzyka występująca w filmie to głównie rap. I to polski. I w dodatku niszowy. Fajnie, miły akcent. Jeśli chodzi o aktorów, to w większość amatorzy. Jest jeden podziemny raper – Green, a reszty nie znam. Tak czy inaczej zagrali bez rewelacji – coś jakby szkolne przedstawienie. Tak jak wcześniej pisałem, „osiem9” trwa tylko pół godziny, więc za dużo nie stracicie ze swojego życia, ale na kolana was z pewnością nie rzuci.

1

Film „osiem9”

Do osób, które będą się czepiać, że wyciągnąłem jakieś truchło sprzed 2 lat – o filmie dowiedziałem się stosunkowo niedawno, przy  promocji nowego projektu „Moje 89+ pokolenie”. Akcja polega na tym, że ludzie z roczników ’89 wzwyż, wysyłają amatorsko nagrane fragmenty swojego życia, a pan reżyser złoży to w jeden „film o pokoleniu”. Brzmi ciekawie, aczkolwiek zapowiada się na heroiczną robotę. Jest szansa, że wyjdzie autentyczniej niż poprzedni film. Akcję promuje Mes, więc chąc nie chcąc, musiałem to sprawdzić.

2

Ten Typ Mes promuje projekt „Moje 89+ pokolenie”

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Restauracja „Morela” na Stolarskiej

Skip to entry content

Od tego momentu oficjalnie ruszam na blogu z kategorią „Fly Food +”. Jak wiecie/domyślacie się/pamiętacie, jest to cykl poświęcony knajpom w okolicach rynku, w których można zjeść obiad za 15-20zł. Przy czym muszę zaznaczyć, że 20 złotych jest granicą nieprzekraczalną, w której musi się zmieścić zupa, drugie danie i kompot (lub coś innego do picia). Po 10 wpisach zrobimy głosowanie na najlepszą knajpę, a potem zestawienie wyników, żeby dowiedzieć się gdzie waszym (i moim) zdaniem najlepiej się je.

Tym razem na warsztat bierzemy restaurację Morela, zlokalizowaną nieopodal Małego Rynku, konkretnie przy ulicy Stolarskiej 13. Stolarska ma fajny klimat, wzdłuż same ambasady i najważniejsza z nich – Ambasada Śledzia. Bardzo lubię tę ulicę, często tam przesiaduję. Co do samej Moreli, to ma miły ogródek przed wejściem i w studni kamienicy. Jest w nim duuużo spokojniej niż na Rynku Głównym, ale to już co kto lubi. My akurat siedzieliśmy wewnątrz lokalu, bo chcieliśmy się schować przed żarem z nieba.

Od poniedziałku do piątku, od godziny 11:00 do 18:00, mają promocyjne zestawy obiadowe. 15 złotych za zupę i drugie danie. Doliczając do tego 3 złote za napój, mamy w sumie 18 złotych za cały obiad. Z zup do wyboru jest rosół, żurek i pomidorowa. Z drugich dań – schabowy, szaszłyk z kurczakiem, filet drobiowy z pieczarkami i mintaj. Fajnie, że w ogóle jest jakiś wybór.

1

Zupa – żurek

Ja zamówiłem żurek, natomiast Kasia, z którą miałem przyjemność jeść (i która zaprowadziła mnie do tego miejsca) wzięła rosół. Moja zupka była niczego sobie. Trochę zdziwiły mnie pieczarki w żurku, ale ładnie się komponowały z kiełbaską. Wielkość porcji – standardowa. Smakowało mi i nie miałem za bardzo na co narzekać. Kasia też chwaliła sobie rosołek, więc chyba mogę polecić.

2

Drugie danie – schabowy z ćwiartkami ziemniaków

Schabowy ma to do siebie, że trudno go spieprzyć. Żeby nie nadawał się do jedzenie trzeba go spalić albo przesolić. Na szczęście nie trafiłem na żadną z tych dwóch opcji. Był dobry – tradycyjny polski kotlet. Epopeje na jego temat nie są tu potrzebne. Za to ćwiartki ziemniaków muszę pochwalić. Dobrze dopieczone, dobrze doprawione, bardzo pierwsza klasa. Co do surówek/sałatek spełniły najważniejszy wymóg, a więc były świeże. Całość była smaczna, wszamałem to z uśmiechem na ustach i nie dostałem niestrawności. Całkiem nieźle. Kasia zamówiła filet drobiowy z pieczarkami, również nie narzekała.

3

Picie – lemoniada

Lemoniada nie smakowała lemoniada. Smakowała jak… cholera, nie mam pojęcia jak co. Nie było czuć ani cytryny, ani cukru, ale było bardzo dobre. Następnym razem muszę spytać z czego ją robią. Fajne szklanki, jeszcze takich nie widziałem.

Z ogólnych, okołojedzeniowych spraw, to w lokalu jest schludnie, czysto i przyjemnie, panuje miła atmosfera, a obsługa nie jest obrażona na cały świat, że musi pracować. Na jedzenie nie czeka się pół dnia i przychodzi ciepłe. Co ważnie, nie ma w nim składników nie zawartych w menu, typu włosy, paznokcie, etc. Reasumując, zupełne przeciwieństwo Pergaminu.

W zeszłym tygodniu były emocje, wszyscy czekali na wynik konkursu. Dziś nie mam dla was słuchawek, ani nawet jednej słuchawki, ale mam 5 nowych kawałków, które umilą wam weekend. Tym razem same polskie polskie numery, ale nie w oryginalnych wersjach tylko w remixach! Podkreślam, że są to remixy. Nie blendy, nie przeróbki, nie parodie (na to przyjdzie czas w następnych odsłonach). Same remixy. Mam nadzieję, że tego jeszcze nie słyszeliście…

1

#1 Hey – Kto Tam? Kto Jest W Srodku? (Boya Chile Remix) –  na początek trochę wczuty. Nikt mnie tak nie roztkliwia jak Nosowska. No dobra może Rojek. Houseowy podkład wydobywa szóste dno z tego numeru.

2

#2 Sokol i Marysia Starosta – Reset (Bob Air remix) – tekst również do rozkminki, ale muzyka już bardziej buja. Bober rośnie na jednego z najlepszych polski producentów.

2

#3 Brodka – Varsovie (Auer remix) – hejtuję ją za ostatnią „płytę” i szczęśliwe dzieciństwo. W oryginalne „Varsovie” słychać jej wydumane grafomaństwo, w remixie Auera na szczęście nie. Jest dubstep, są wiertarki, jest kozak!

4

#4 Marika – Girlzz in trance (Łukasz Borowiecki remix) – odmulamy całkiem i jazda z tematem. Tempo, energia, przejścia – zero zamułki!

3

#5 Ten Typ Mes – Zanim znajdziemy (Dual NeurOne Remix) – imprezowy niszczyciel! Obowiązkowa pozycja na każdym melanżu z ekipą Stay Fly. Czy to domówka, plener czy impreza w klubie – śpiewamy refren na sto tysięcy gardeł. Jest moc, jest bardzo dużo słowa na ”p”.

Przy wyborze kawałków jak zwykle pomagał mi Maciek. Dzięki stary!