Close
Close

Paryż część II – couchsurfing, Veliby i Ogród Luksemburski

Skip to entry content

Wiecie już ile czeka się w kolejce do Wieży Eiffla i gdzie warto zjeść śniadanko w Paryżu. Teraz kolej na to bym wam opowiedział jak surfuje się na kanapie, czym są Veliby i gdzie warto wybrać się na paryski piknik.

 

Couchsurfing

Po dwudniowej przygodzie z hostelem, mieliśmy zaklepane kolejne dwie noce u tajemniczej osoby, która funkcjonowała w sieci pod nickiem „Anik78”. Jako, że była to nasza pierwsza przygoda z kanapowym surfowaniem (a jak już zdążyłem się przekonać nie brakuje tam świrów), trochę się baliśmy czy faktycznie będziemy mieli gdzie spać, czy będzie to kanapa, dykta, czy dywanik w łazience (i najważniejsze), czy w nocleg nie będą wliczone jakieś niezapowiedziane przygody?

Na szczęście nasza hostka (hostessa dziwnie brzmi w tym kontekście, a nie wiem jaki jest poprawny odpowiednik) była normalna. Ba, Ania okazała się bardzo sympatyczną, otwarta osobą i w dodatku Polką! Ugościła nas pierwszoklasowo i zabrała w parę fajnych miejsc, a wieczorem zjedliśmy u niej taką oto kolacyjkę (jak na nią teraz patrzę to ślinka cieknie jak szalona).

ser pleśniowy (nie pamiętam nazwy), mortadela z pistacjami i białe wino za 2,50 euro

 

Veliby

Przed wylotem pytałem was o porady, sugestie i lifehacki odnośnie Paryża. Wymieniliście masę ciekawych miejsc i zasugerowaliście, że po mieście malarzy warto poruszać przy użyciu rowerów miejskich – Velibów. Byłem do tego trochę sceptycznie nastawiony, bo wiem jak u nas w Krakowie funkcjonuje sieć rowerów miejskich (w sensie, że nie działa w ogóle). Ale, ale… okazało się jednak, że co Francja to jednak elegancja. W Paryżu to działa rewelacyjnie.

Żeby móc korzystać z rowerków musisz się zarejestrować przy użyciu terminala na jednej ze stacji (których jest od cholery, średnio co 1-1,5 kilometra). Cały proces rejestracyjny jest banalny, nie trwa dłużej niż 5 minut i żeby dostać swój numer użytkownika potrzebujesz jedynie karty bankomatowej VISA (Mastercard podobno też działa). Gdy masz już swój numer po prostu wstukujesz go w terminalu stacji, z której chcesz wziąć rowerek, wstukujesz numer rowerka i odjeżdżasz. Proste, wygodne i funkcjonalne.

Zastanawiacie się pewnie ile eurasków kosztuje taka przyjemność, czy 200, czy tylko 150? Zabawa jest naprawdę tania, nawet przeliczając jej koszt na złotówki. Wypożyczenie roweru na jeden dzień kosztuje 1,70 euro (czyli około 7zł), a na tydzień 8 euro (macie kalkulator, to sobie policzycie ile to wychodzi). Biorąc pod uwagę, że na Velibie można przejechać (dosłownie) cały Paryż, to naprawdę bardzo, bardzo tanio. I oczywiście przyjemnie, bo jadąc po ulicach jednocześnie zwiedzamy.

 

Ogród Luksemburski

Gdy tak jeździliśmy na Velibach i zwiedzaliśmy, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w parku, żeby odpocząć, chlapnąć trochę winka i podładować baterie. Najfajniejszym parkiem (prawie tak fajnym jak dobre wina za 2,50 euro), w którym mieliśmy okazję się relaksować był Ogród Luksemburski.

Jest to ogromny park, w którym ludzie piknikują przez CAŁY dzień. Będąc tam nie sposób było nie docenić jego piękna i tego, że każdy jego zakątek jest zadbany, a śmieci są tylko w koszach. Jednak to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to fakt, że w każdym miejscu gdzie tylko była trawa siedzieli ludzie. I siedzieli tam przez cały dzień. Dzieciaki, nastolatki, studenci, ludzie pracujący, emeryci i hinduscy emigranci siedzieli na trawie i odpoczywali. Niezależnie czy była to 11:00, 15:00 czy 19:00, rozkładali koce, wyciągali jedzenie i picie i piknikowali. U nas nie ma takich rzeczy…

Czułem się naprawdę jak w innym świecie. Totalny luz i zero spiny o to, czy zaraz panowie w kubrakach nie będą cię ścigać jak kryminalistę, bo ośmieliłeś się otworzyć piwko. Uśmiechnięci i zadowoleni ludzie celebrowali chwilę popijając wino. To jest cywilizacja! Chciałbym, żeby kiedyś było tak u nas, żebym mógł pójść z dziewczyną do Parku Jordana i spokojnie napić się merlota… Pieprzyć legalizację, dajcie nam pić w parkach!

panowie grają w bule, panie podziwiają :)

 

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Śniadanie Mistrzów #13 – Francuskie śniadanie

Skip to entry content

Dziś sobota, czyli „Śniadanie Mistrzów”, a w nim francuskie śniadanie. Ale, ale… nie takie francuskie śniadanie jak myślicie. Nie jest to sztandarowy rogalik z dżemem, aczkolwiek również składa się z iście paryskich produktów.

Zwiedzając Paryż z Bartkiem, z hostelu wychodziliśmy wcześnie rano. Po drodze zahaczaliśmy o sklep DIA (francuska Biedronka), kupując bagietkę, pomidora, ser i wędlinę i śniadanie jedliśmy już w plenerze. Raz, że wymagała tego sytuacja, a dwa, że było to bardzo miłe – zjeść sobie świetne jedzenie w uroczym parku, na łonie natury.

stary nasyp kolejowy znajdujący się 10 metrów nad ziemią zaadoptowany na park

 

a to widok z niego

 

Przechodząc do konkretów, śniadanko, które chciałbym wam polecić to: bagietka, długo dojrzewająca kiełbasa francuska, pomidor i ser pleśniowy typu brie. Bagietkę najpierw przekrawamy wzdłuż, a potem na cztery, następnie wszystkie składniki kroimy w plasterki i wkładamy do środka ćwiartek. Efekt wygląda jak na zdjęciu, a smakuje świetnie. Ta kiełbasa jest przepyszna (Bartek przywiózł do domu dwie laski).

Smacznego!

---> SKOMENTUJ

Pezet – „Supergirl” – nowy singiel, nowy klip!

Skip to entry content

„Tylko dla mnie zakładasz pończochy, chwytam cię wtedy mocno za włosy, a  po wszystkim palimy papierosy” rapuje Pezet w pierwszej zwrotce swojego najnowszego singla, który po kilkunastu godzinach od premiery, został usunięty z YouTube pod zarzutem nagości i pornografii. Mocny start. A jak reszta?

To już nie jest dubstep, to już dawno nie jest grime. Jeśli ktoś się zastanawia jak będzie brzmieć muzyka rozrywkowa na świecie za rok (góra dwa), to właśnie tak. Wszystkowiedzący dziennikarze będą starali się za wszelką cenę to jakoś sklasyfikować. Obstawiam, że przylgnie do tego łatka „rapstep”. Jakby tego nie nazwać to jest o tym głośno. I to jak cholera. I to nie tylko za sprawą wcześniej wspomnianych cycków.

Dopóki klip nie został usunięty z YouTube, na utwór wylała się fala krytyki. Hejterzy, psychofani, internetowe no-life’y i elektorat LPRu postanowili pokazać do czego służą komentarze pod klipami. I tak (oprócz poznania paru nowych zasad gramatyki i ortografii) możemy dowiedzieć  się, że wcześniej wspomniany utwór to: techno, młucka, gorsze od Skrillexa i już nie ten sam Pezet co siedział na murku i rapował o tym, że tam siedzi pod zapętlone jazzowe klasyki. Cóż, tematyka jest inna pewnie dlatego, że jest 10 lat starszy, a na piwo nie bierze od matki, bo sam jest ojcem od jakiegoś czasu i realia mu się zmieniły. Co do tysiąckrotnie przeoranych samplowanych bitów, to może zostawmy je tym, którzy nie są w stanie rapować pod nic innego.

Jeśli pisałem, że poprzedni numer warszawiaka jest nowoczesny, to ten wyprzedza polską scenę o jakąś dekadę. Muzyka jest futurystyczna, mocne electro. Kopie, ale odnaleźć się na takim bicie to nie lada wyzwanie. Pezet nie dość, że nawija swobodnie, bez spinania się, przeciągania wyrazów i sylabizowania, to robi coś o czym wszyscy uliczni raperzy mogliby pomarzyć, gdyby tylko mieli na tyle dużą wyobraźnię. Rapuje offbeatowo. Nie kładzie rymów na werblu, tylko na stopie tuż za nim. Na tak połamany bicie, to najwyższa szkoła jazdy.

Tekst kwałka jest o fajnej lasce, super-sztuce, extra dziewczynie, konkretnej fruzi, czy jak tam mówicie na wyjątkowe okazy płci pięknej. W skrócie rzecz ujmując, 32-letni  Paweł opisuje swój ideał kobiety „do tańca i do różańca”. I jaka ona jest? Dzika, szalona, kobieca, seksowna, wyuzdana i romantyczna. Takie połączenie Kreayshawn z Anią Dąbrowską. Biorąc po uwagę, że opisuje ją używając rymów bardziej złożonych niż AABB, całość wypada, co najmniej w porządku.

A teledysk? Tutaj też było sporo skrajnych opinii. Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, czemu YouTube go zablokował, bo pornografii nie ma w nim wcale, a nagości tyle co na reklamach Nivea. Przez chwilę widać tylko parę przeciętnych cycków i tyle. No właśnie, przeciętnych. Jedni się burzą, że obraz kipi seksem, drudzy, że panny na klipie są słabe. Z tego co wiem, zamierzeniem autora było wzięcie normalnych dziewczyn. Czytaj: nie plastykowych lachonów, porno gwiazd, czy burdelowych sex-bomb, tylko normalnych dziewczyn, które mają w sobie tyle oryginalności co mankamentów. Zarówno fizycznych jak i osobowościowych. I jeśli oto chodziło, to wyszło bez rewelacji, zupełnie przeciętnie. Jest jednak coś innego, co przyciąga do klipu lepiej gołe cycki (niewiarygodne, ale prawdziwe). Mam na myśli sposób w jaki teledysk został wykonany.

Klip do „Supergirl” jako pierwszy w Polsce został nakręcony przy życiu techniki „camera shift”. Nie jestem na tyle biegły w tym temacie, by udawać znawcę, więc po szczegóły odsyłam was do Wikipedii i do Googla. Tak, czy inaczej, efekt robi duuuże wrażenie. Jaram się zarówno muzyką jak i obrazem jak cholera i już nie mogę się doczekać całej płyty „Radio Pezet”, która premierę będzie mieć 4 września. Jeśli jaracie się tak jak ja, lub troszkę mniej, ale wciąż, to tutaj macie link do preorderu.

---> SKOMENTUJ