Close
Close

Paryż część II – couchsurfing, Veliby i Ogród Luksemburski

Skip to entry content

Wiecie już ile czeka się w kolejce do Wieży Eiffla i gdzie warto zjeść śniadanko w Paryżu. Teraz kolej na to bym wam opowiedział jak surfuje się na kanapie, czym są Veliby i gdzie warto wybrać się na paryski piknik.

 

Couchsurfing

Po dwudniowej przygodzie z hostelem, mieliśmy zaklepane kolejne dwie noce u tajemniczej osoby, która funkcjonowała w sieci pod nickiem „Anik78”. Jako, że była to nasza pierwsza przygoda z kanapowym surfowaniem (a jak już zdążyłem się przekonać nie brakuje tam świrów), trochę się baliśmy czy faktycznie będziemy mieli gdzie spać, czy będzie to kanapa, dykta, czy dywanik w łazience (i najważniejsze), czy w nocleg nie będą wliczone jakieś niezapowiedziane przygody?

Na szczęście nasza hostka (hostessa dziwnie brzmi w tym kontekście, a nie wiem jaki jest poprawny odpowiednik) była normalna. Ba, Ania okazała się bardzo sympatyczną, otwarta osobą i w dodatku Polką! Ugościła nas pierwszoklasowo i zabrała w parę fajnych miejsc, a wieczorem zjedliśmy u niej taką oto kolacyjkę (jak na nią teraz patrzę to ślinka cieknie jak szalona).

ser pleśniowy (nie pamiętam nazwy), mortadela z pistacjami i białe wino za 2,50 euro

 

Veliby

Przed wylotem pytałem was o porady, sugestie i lifehacki odnośnie Paryża. Wymieniliście masę ciekawych miejsc i zasugerowaliście, że po mieście malarzy warto poruszać przy użyciu rowerów miejskich – Velibów. Byłem do tego trochę sceptycznie nastawiony, bo wiem jak u nas w Krakowie funkcjonuje sieć rowerów miejskich (w sensie, że nie działa w ogóle). Ale, ale… okazało się jednak, że co Francja to jednak elegancja. W Paryżu to działa rewelacyjnie.

Żeby móc korzystać z rowerków musisz się zarejestrować przy użyciu terminala na jednej ze stacji (których jest od cholery, średnio co 1-1,5 kilometra). Cały proces rejestracyjny jest banalny, nie trwa dłużej niż 5 minut i żeby dostać swój numer użytkownika potrzebujesz jedynie karty bankomatowej VISA (Mastercard podobno też działa). Gdy masz już swój numer po prostu wstukujesz go w terminalu stacji, z której chcesz wziąć rowerek, wstukujesz numer rowerka i odjeżdżasz. Proste, wygodne i funkcjonalne.

Zastanawiacie się pewnie ile eurasków kosztuje taka przyjemność, czy 200, czy tylko 150? Zabawa jest naprawdę tania, nawet przeliczając jej koszt na złotówki. Wypożyczenie roweru na jeden dzień kosztuje 1,70 euro (czyli około 7zł), a na tydzień 8 euro (macie kalkulator, to sobie policzycie ile to wychodzi). Biorąc pod uwagę, że na Velibie można przejechać (dosłownie) cały Paryż, to naprawdę bardzo, bardzo tanio. I oczywiście przyjemnie, bo jadąc po ulicach jednocześnie zwiedzamy.

 

Ogród Luksemburski

Gdy tak jeździliśmy na Velibach i zwiedzaliśmy, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w parku, żeby odpocząć, chlapnąć trochę winka i podładować baterie. Najfajniejszym parkiem (prawie tak fajnym jak dobre wina za 2,50 euro), w którym mieliśmy okazję się relaksować był Ogród Luksemburski.

Jest to ogromny park, w którym ludzie piknikują przez CAŁY dzień. Będąc tam nie sposób było nie docenić jego piękna i tego, że każdy jego zakątek jest zadbany, a śmieci są tylko w koszach. Jednak to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to fakt, że w każdym miejscu gdzie tylko była trawa siedzieli ludzie. I siedzieli tam przez cały dzień. Dzieciaki, nastolatki, studenci, ludzie pracujący, emeryci i hinduscy emigranci siedzieli na trawie i odpoczywali. Niezależnie czy była to 11:00, 15:00 czy 19:00, rozkładali koce, wyciągali jedzenie i picie i piknikowali. U nas nie ma takich rzeczy…

Czułem się naprawdę jak w innym świecie. Totalny luz i zero spiny o to, czy zaraz panowie w kubrakach nie będą cię ścigać jak kryminalistę, bo ośmieliłeś się otworzyć piwko. Uśmiechnięci i zadowoleni ludzie celebrowali chwilę popijając wino. To jest cywilizacja! Chciałbym, żeby kiedyś było tak u nas, żebym mógł pójść z dziewczyną do Parku Jordana i spokojnie napić się merlota… Pieprzyć legalizację, dajcie nam pić w parkach!

panowie grają w bule, panie podziwiają :)

 

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Negatywne konsekwencje odarcia związku z prywatności

Skip to entry content

Do tego tekstu popchnęła mnie ostatnia sytuacja z pewną szafiarką, która relacjonowała cały swój związek na Snapchacie, upubliczniając najbardziej intymne momenty, aż do chwili gdy doprowadziła do kryzysu ze swoim partnerem i również przepraszała go w tym medium. Co później komentowało pół Polski, próbując ingerować w rozwój wydarzeń. W żaden sposób nie chcę jej dopieprzyć, czy wyśmiać, ale na przykładzie tego co zrobiła, zwrócić uwagę na kwestie, z których najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Mimo, że przez swoją działalność blogową, w internecie jestem postrzegany jako osoba publiczna, mam wrażenie, że moje życie jest bardziej prywatne niż wielu osób, które nie utrzymują się z publikowania w sieci. Nigdy nie pokazywałem nikogo z rodziny na zdjęciach, a jeśli byłem w związku, też zostawiałem tę informację dla wąskiego grona znajomych. Mimo, że mógłbym na tym sporo ugrać, bo jedynie zwierzęta klikają się tak dobrze jak związkowe statusy, czy romantyczne zdjęcia z partnerką.

Czemu nie dzieliłem się tym ze swoimi czytelnikami? Bo chciałem, żeby mój związek był mój, a nie całego internetu. Nie krytykuję osób, które otwierają swoje relacje na widzów, bo rozumiem chęć dzielenia się z innymi pozytywnymi emocjami i szczęściem, ale ma to swoją cenę. Całkiem sporą. I warto, żeby każdy kto odziera swój związek z prywatności miał świadomość negatywnych konsekwencji jakie to ze sobą niesie. A szczególnie osoby młode, zachłyśnięte relacjoniowaniem każdego momentu swojego życia w sieci.

Gdy wystawiasz związek na ocenę, nie zawsze będzie ona pozytywna

Jeśli ustawiasz na Facebooku status „Anna Kowalska w związku z Janusz Nowak”, to musisz być gotowy, że poza polubieniami i życzeniem powodzenia w relacji, będą pojawiać się też inne reakcje. Nieśmieszne żarty, głupie docinki, czy jawne kpiny. Nie masz obowiązku tego akceptować, ale musisz spodziewać się, że tak może się stać, gdy wpuszczasz między Was dwoje całego Facebooka. Bo to trochę tak, jakbyś zrobił chrzciny i powiedział, że może wpaść na nie całe miasto. Impreza przestaje być już Twoim prywatnym, kameralnym wydarzeniem i musisz się liczyć z tym, że obcy będą zachowywać się inaczej, niż byś sobie tego życzył.

Postronne osoby zaczynają ingerować w to, co się między Wami dzieje

Przez to, że otwierasz relację na osoby trzecie, często czują się one uprawione do tego, by mówić Wam jak ma ona wyglądać. I wchodzić w nią z butami, gdy nie jest według ich widzimisię.

Gdy wrzucisz zdjęcie z świętowania wspólnej rocznicy, ktoś spyta, czemu jeszcze nie mieszkacie razem, przecież to już najwyższy czas.

Gdy Twoja partnerka oznaczy się sama na imprezie, ktoś zacznie drążyć, czemu jest bez Ciebie, czy przypadkiem się nie pokłóciliście i czy to na pewno dobry pomysł puszczać ją bez opieki na imprezę.

Gdy dodasz fotkę z kumplem na piwie, a w tym samym dniu, nie daj boże, Twoja dziewczyna opublikuje status, że jest chora, ktoś stwierdzi, że powinieneś zajmować się swoją dziewczyną i jesteś beznadziejnym chłopakiem.

Gdy podlinkujesz silnie nacechowaną emocjami piosenkę – niezależnie, czy turbo dołującą, czy mega pozytywną – będzie to rozpatrywane w kontekście Twojej relacji.

Gdy przez dłuższy czas nie będziecie umieszczać wspólnych zdjęć, ktoś zasugeruje, że coś złego się między Wami dzieje i pewnie Wasz związek się kończy.

Widzowie będą Wam próbować narzucić jak powinniście się do siebie odnosić, jak spędzać czas, w którym momencie mieć dziecko i w jakiej pozycji uprawiać seks. I to wszystko oczywiście będzie dziać się publicznie, przy audiencji reszty widowni, czekającej na Twoją reakcję. Miło, co?

Wasze rozstanie będzie wydarzeniem medialnym

Ja wiem, że jak zaczynasz z kimś być, jesteś zauroczona jakby ktoś wypowiedział zaklęcie i dotknął Cię czarodziejską różdżką i śmiejesz się sama do siebie, gdy tylko o nim myślisz, bo wydaje Ci się, że już zawsze będziecie razem. Że to uczucie, które łączy Was teraz, będzie wieczne, nigdy się nie skończy i nawet śmierć Was nie rozłączy. Wiem, też tak miałem nieraz, tyle że… no właśnie, miałem tak więcej niż raz. Moje doświadczenie, obserwacje i statystyka rozwodów dowodzi, że może być inaczej – nie położą Was do tej samej trumny i jednak kiedyś się rozstaniecie.

Koniec związku rzadko kiedy należy do bezbolesnych wydarzeń, a robienie z tego happeningu z publicznością zdecydowanie zaostrza podłe samopoczucie i nie łagodzi bólu.

Czemu o tym piszę? Bo jeśli upubliczniliście Waszą relację, to bardzo trudno będzie zakończyć ją już tylko prywatnie – między Wami, bez informowania o tym reszty internetu. Oczywiście żadnej parze nie życzę źle, ale radziłbym po pierwszym miesiącu bycia razem nie ustawiać jeszcze wspólnych profilowych i zasypywać Instagrama dokumentacją tego, co robicie razem, bo po kwartale może się okazać, że będzie trzeba to wszystko kasować i tłumaczyć się osobom trzecim „co się stało”. A gdy się ma złamane serce i leczy rany po tym, że „nie wyszło”, czytanie dziesiątek komentarzy pod zmianą status związku na „wolna” zupełnie nie pomaga.

Dzieciaki biorą z tego przykład

Ten akapit kieruję nie do „zwykłych” użytkowników internetu, a do osób, które ze względu na to, czym się zajmują, mają jakiś zasięg w sieci.

Jeśli jesteś totalnym ekshibicjonistą i relacjonujesz każdy, ale to każdy, nawet najintymniejszy moment swojego związku na Snapchacie – od przytulania, przez całowanie się, po wspólne zasypianie, czy budzenie się w łóżku – to Twoi małoletni obserwatorzy przyjmują to za wzór do naśladowania. Oczywiście odpowiedzialność za wychowanie dzieci zawsze ponoszą ich rodzice, ale jeśli Twoja główna grupa odbiorców to 13-17, musisz wiedzieć, że to Ty jesteś dla nich największym na świecie autorytetem i ogromnie na nie wpływasz.

Jeśli pokazujesz, że wszystko jest na sprzedaż i życie nie ma takiego obszaru, w którym byłoby prywatne, to one przyjmują to za pewnik i właściwą drogę postępowania.

Ty udostępniając intymne momenty i odzierając się z prywatności zyskujesz popularność i zasięg, który później monetyzujesz we współpracy z markami. Oni robiąc to samo narażają się na krytyczną ocenę otoczenia, z którą jeszcze nie potrafią sobie radzić i na grzebanie brudnymi paluchami w tym, co w nich najdelikatniejsze. Co najgorsze, nie rozumieją, czemu ktoś z nich kpi, czy obrzuca błotem, bo przecież u ich idolki wszystko wyglądało tak pięknie i polubienia lały się wiadrami.

Raz upublicznioną prywatność trudno odzyskać

Dlatego warto się zastanowić, czy cena zrezygnowania z niej, jest adekwatna do tego, co można zyskać w zamian.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Balley Cheng
---> SKOMENTUJ

Śniadanie Mistrzów #13 – Francuskie śniadanie

Skip to entry content

Dziś sobota, czyli „Śniadanie Mistrzów”, a w nim francuskie śniadanie. Ale, ale… nie takie francuskie śniadanie jak myślicie. Nie jest to sztandarowy rogalik z dżemem, aczkolwiek również składa się z iście paryskich produktów.

Zwiedzając Paryż z Bartkiem, z hostelu wychodziliśmy wcześnie rano. Po drodze zahaczaliśmy o sklep DIA (francuska Biedronka), kupując bagietkę, pomidora, ser i wędlinę i śniadanie jedliśmy już w plenerze. Raz, że wymagała tego sytuacja, a dwa, że było to bardzo miłe – zjeść sobie świetne jedzenie w uroczym parku, na łonie natury.

stary nasyp kolejowy znajdujący się 10 metrów nad ziemią zaadoptowany na park

 

a to widok z niego

 

Przechodząc do konkretów, śniadanko, które chciałbym wam polecić to: bagietka, długo dojrzewająca kiełbasa francuska, pomidor i ser pleśniowy typu brie. Bagietkę najpierw przekrawamy wzdłuż, a potem na cztery, następnie wszystkie składniki kroimy w plasterki i wkładamy do środka ćwiartek. Efekt wygląda jak na zdjęciu, a smakuje świetnie. Ta kiełbasa jest przepyszna (Bartek przywiózł do domu dwie laski).

Smacznego!

---> SKOMENTUJ

Pezet – „Supergirl” – nowy singiel, nowy klip!

Skip to entry content

„Tylko dla mnie zakładasz pończochy, chwytam cię wtedy mocno za włosy, a  po wszystkim palimy papierosy” rapuje Pezet w pierwszej zwrotce swojego najnowszego singla, który po kilkunastu godzinach od premiery, został usunięty z YouTube pod zarzutem nagości i pornografii. Mocny start. A jak reszta?

To już nie jest dubstep, to już dawno nie jest grime. Jeśli ktoś się zastanawia jak będzie brzmieć muzyka rozrywkowa na świecie za rok (góra dwa), to właśnie tak. Wszystkowiedzący dziennikarze będą starali się za wszelką cenę to jakoś sklasyfikować. Obstawiam, że przylgnie do tego łatka „rapstep”. Jakby tego nie nazwać to jest o tym głośno. I to jak cholera. I to nie tylko za sprawą wcześniej wspomnianych cycków.

Dopóki klip nie został usunięty z YouTube, na utwór wylała się fala krytyki. Hejterzy, psychofani, internetowe no-life’y i elektorat LPRu postanowili pokazać do czego służą komentarze pod klipami. I tak (oprócz poznania paru nowych zasad gramatyki i ortografii) możemy dowiedzieć  się, że wcześniej wspomniany utwór to: techno, młucka, gorsze od Skrillexa i już nie ten sam Pezet co siedział na murku i rapował o tym, że tam siedzi pod zapętlone jazzowe klasyki. Cóż, tematyka jest inna pewnie dlatego, że jest 10 lat starszy, a na piwo nie bierze od matki, bo sam jest ojcem od jakiegoś czasu i realia mu się zmieniły. Co do tysiąckrotnie przeoranych samplowanych bitów, to może zostawmy je tym, którzy nie są w stanie rapować pod nic innego.

Jeśli pisałem, że poprzedni numer warszawiaka jest nowoczesny, to ten wyprzedza polską scenę o jakąś dekadę. Muzyka jest futurystyczna, mocne electro. Kopie, ale odnaleźć się na takim bicie to nie lada wyzwanie. Pezet nie dość, że nawija swobodnie, bez spinania się, przeciągania wyrazów i sylabizowania, to robi coś o czym wszyscy uliczni raperzy mogliby pomarzyć, gdyby tylko mieli na tyle dużą wyobraźnię. Rapuje offbeatowo. Nie kładzie rymów na werblu, tylko na stopie tuż za nim. Na tak połamany bicie, to najwyższa szkoła jazdy.

Tekst kwałka jest o fajnej lasce, super-sztuce, extra dziewczynie, konkretnej fruzi, czy jak tam mówicie na wyjątkowe okazy płci pięknej. W skrócie rzecz ujmując, 32-letni  Paweł opisuje swój ideał kobiety „do tańca i do różańca”. I jaka ona jest? Dzika, szalona, kobieca, seksowna, wyuzdana i romantyczna. Takie połączenie Kreayshawn z Anią Dąbrowską. Biorąc po uwagę, że opisuje ją używając rymów bardziej złożonych niż AABB, całość wypada, co najmniej w porządku.

A teledysk? Tutaj też było sporo skrajnych opinii. Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, czemu YouTube go zablokował, bo pornografii nie ma w nim wcale, a nagości tyle co na reklamach Nivea. Przez chwilę widać tylko parę przeciętnych cycków i tyle. No właśnie, przeciętnych. Jedni się burzą, że obraz kipi seksem, drudzy, że panny na klipie są słabe. Z tego co wiem, zamierzeniem autora było wzięcie normalnych dziewczyn. Czytaj: nie plastykowych lachonów, porno gwiazd, czy burdelowych sex-bomb, tylko normalnych dziewczyn, które mają w sobie tyle oryginalności co mankamentów. Zarówno fizycznych jak i osobowościowych. I jeśli oto chodziło, to wyszło bez rewelacji, zupełnie przeciętnie. Jest jednak coś innego, co przyciąga do klipu lepiej gołe cycki (niewiarygodne, ale prawdziwe). Mam na myśli sposób w jaki teledysk został wykonany.

Klip do „Supergirl” jako pierwszy w Polsce został nakręcony przy życiu techniki „camera shift”. Nie jestem na tyle biegły w tym temacie, by udawać znawcę, więc po szczegóły odsyłam was do Wikipedii i do Googla. Tak, czy inaczej, efekt robi duuuże wrażenie. Jaram się zarówno muzyką jak i obrazem jak cholera i już nie mogę się doczekać całej płyty „Radio Pezet”, która premierę będzie mieć 4 września. Jeśli jaracie się tak jak ja, lub troszkę mniej, ale wciąż, to tutaj macie link do preorderu.

---> SKOMENTUJ

Paryż część I – tani hostel, tanie żarcie i Wieża Eiffla

Skip to entry content

LOT

W połowie lipca wybrałem się z moim przyjacielem (najlepszym akustykiem po tej stronie słońca) do Paryża. Podróż planowaliśmy dużo, dużo, dużo wcześniej i za lot LOTem w dwie strony zapłaciliśmy tylko 400zł. Spoko, co? Nie mam jakiegoś zabójczego doświadczenia w lataniu, ale podróżując LOTem zrobiły na mnie wrażenie 3 rzeczy:

  • duże, wygodne fotele,
  • porządna kanapka i winko podczas lotu
  • brak klaskania po wylądowaniu.

Tuż po wylądowaniu w Paryżu na Charles de Gaulle byłem w szoku bardziej niż Marysia. To lotnisko jest O-GRO-MNE!!! Serio, jest przynajmniej 8 razy większe niż to krakowskie i jeździ po nim kolejka (łouł!). Na szczęście wszystko jest w miarę jasno opisane i mimo, że we Francji nikt nie mówi po angielsku to udało nam się jakoś z niego wyjść i nawet dotrzeć do centrum miasta (yeah!).

Kraków – Balice

nasz samolot

nasz samolot w chmurach

Paryż – Charles de Gaulle

 

Tani hostel

Po dotarciu do centrum miasta zaczęliśmy szukać naszego „taniego” hostelu, który miał jakże francuską nazwę – „Blue Planet Hostel”. Hostel nie okazał się tak tani, jak zwykłym śmiertelnikom może się wydawać. 25 euro za dobę! I to bez internetu! Skandal w białą noc, ale uwaga, uwaga… ze śniadaniem. Poprawiło nam to humory co niemiara dopóki nie zobaczyliśmy tego śniadania, ale o tym za chwilę. Pokój był 4-osobowy z umywalką, ale bez wc. Jak to (słyszałem) w hostelach bywa, zapoznaliśmy bardzo miłych ludzi, którzy byli w szoku, że Polska nie jest dzielnicą ZSRR i że nie ma już u nas komunizmu.

widok z naszego okna

uliczna posiadówa pod naszym oknem

 

Tanie jedzenie

Po dopełnieniu wszystkich formalności w hostelu, chcieliśmy jak najszybciej coś zjeść, bo pora była wybitnie poobiadowa i nasze żołądki o tym wiedziały. Bramę obok wszem i wobec osławionego już „Blue Planet Hostel” była turecka buda z kebabo-burgerami. Stwierdziliśmy, że koniecznie trzeba sprawdzić, czy w Paryżu Hindusi robią jedzenie z innych psów, niż w Krakowie. Zaskoczę was, ale albo dodają innych/mocniejszych przypraw, albo to faktycznie inna rasa psów.

Za 7 euro dostaliśmy po sporej bułce z mięsem o smaku kurczaka i dużej porcji frytek z majonezem. Myślałem, że panowie pracujący w tej wykwintnej restauracji, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie polubili nas i dlatego dostaliśmy jedzenie na papierze, a nie na talerzu, ale okazało się, że to taki nowy trend i w tym lokalu to standard. Jakkolwiek by to nie wyglądało i z czego by to nie było, to było smaczne i nawet się tym najedliśmy. Good job Rajesh!

 

Pod wieczór, gdy nie mogłem się zdecydować, czy bardziej chcę być Kolumbem Odkrywcą, czy Magdą Gessler, zobaczyłem fast food, który do złudzenia przypominał „McDonald’sa”. Był to „Quik Burger” – oryginalna francuska podróbka najbardziej znanych burgerów na świecie. Mieli skserowane wszystko, od wystroju lokali, przez ubiór pracowników, po wygląd, rodzaj i smak kanapek. Za niecałe jedno euro kupiłem tam cheeseburgera, który wyglądał, pachniał i smakował dokładnie jak ten z „Mc Donald’sa”.

 

Następnego dnia rano przyszła w końcu pora dowiedzieć się, jak wygląda śniadanie w hostelu za 25 euro. Nie liczyliśmy na szwedzki stół, ale na w miarę strawnego croissanta z jakimś jogurtem. Dostaliśmy gówno najgorszego sortu. Chemiczną kawo-herbatę z automatu i… dwie malutkie, wysuszone pseudo-bułeczki (bo croissantem tego nie da się nazwać) również z automatu. NIE POLECAM! że się tak delikatnie wyrażę.

 

Wieża Eiffla

Jedni mówią, że przereklamowana, drudzy, że obowiązkowy punkt każdej wycieczki do Francji. Ja wam powiem, że takich kolejek to jeszcze nigdzie nie widziałem. Nie żyłem w czasach komunizmu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że wejście (i zejście) z wieży Eiffla zabiera więcej czasu, niż wystanie dobrej szynki 25 lat temu.

W kolejce stoi się wszędzie:

  • po bilety do wejścia
  • do schodów na drugi poziom
  • po bilety na trzeci poziom
  • do windy na trzeci poziom
  • do wejścia na sam szczyt z trzeciego poziomu
  • do zejścia z samego szczytu na trzeci poziom
  • do windy na drugi poziom
  • do windy na sam dół

Żeby wejść na wieżę (lub w zasadzie do wieży) trzeba oczywiście zapłacić. I to sporo. Minimum 5,50 euro żeby dostać się na drugi poziom i 3,50 euro żeby dostać się na sam szczyt.

Ale udało się, zrobiliśmy to! Widok zarówno z poszczególnych kondygnacji, jak i z samego szczytu zapiera dech w piersiach (i to nie tylko w powodu temperatury). Widać calusieńki piękny Paryż. Widać wszystkie kremowe i bielutkie kamienice. Widać bloki (wszystkie trzy) na obrzeżach Paryża i widać masę, ale to masę terenów zielonych. Bardzo git.

 

Jutro piątek, więc polecą francuskie piosenki, w środę francuskie śniadanie mistrzów, a w niedzielę dalsza część opowieść o tym jak było i co zobaczyłem. Zdradzę w sekrecie, że trochę tego jest. Czuwajcie!

Ps.: Możecie się prześcigać w komentarzach ile wam zajęło zwiedzenie Wieży Eiffla. Nam niecałe 6 i pół godziny. Kto da więcej?

 

---> SKOMENTUJ