Close
Close

Pezet – „Supergirl” – nowy singiel, nowy klip!

Skip to entry content

„Tylko dla mnie zakładasz pończochy, chwytam cię wtedy mocno za włosy, a  po wszystkim palimy papierosy” rapuje Pezet w pierwszej zwrotce swojego najnowszego singla, który po kilkunastu godzinach od premiery, został usunięty z YouTube pod zarzutem nagości i pornografii. Mocny start. A jak reszta?

To już nie jest dubstep, to już dawno nie jest grime. Jeśli ktoś się zastanawia jak będzie brzmieć muzyka rozrywkowa na świecie za rok (góra dwa), to właśnie tak. Wszystkowiedzący dziennikarze będą starali się za wszelką cenę to jakoś sklasyfikować. Obstawiam, że przylgnie do tego łatka „rapstep”. Jakby tego nie nazwać to jest o tym głośno. I to jak cholera. I to nie tylko za sprawą wcześniej wspomnianych cycków.

Dopóki klip nie został usunięty z YouTube, na utwór wylała się fala krytyki. Hejterzy, psychofani, internetowe no-life’y i elektorat LPRu postanowili pokazać do czego służą komentarze pod klipami. I tak (oprócz poznania paru nowych zasad gramatyki i ortografii) możemy dowiedzieć  się, że wcześniej wspomniany utwór to: techno, młucka, gorsze od Skrillexa i już nie ten sam Pezet co siedział na murku i rapował o tym, że tam siedzi pod zapętlone jazzowe klasyki. Cóż, tematyka jest inna pewnie dlatego, że jest 10 lat starszy, a na piwo nie bierze od matki, bo sam jest ojcem od jakiegoś czasu i realia mu się zmieniły. Co do tysiąckrotnie przeoranych samplowanych bitów, to może zostawmy je tym, którzy nie są w stanie rapować pod nic innego.

Jeśli pisałem, że poprzedni numer warszawiaka jest nowoczesny, to ten wyprzedza polską scenę o jakąś dekadę. Muzyka jest futurystyczna, mocne electro. Kopie, ale odnaleźć się na takim bicie to nie lada wyzwanie. Pezet nie dość, że nawija swobodnie, bez spinania się, przeciągania wyrazów i sylabizowania, to robi coś o czym wszyscy uliczni raperzy mogliby pomarzyć, gdyby tylko mieli na tyle dużą wyobraźnię. Rapuje offbeatowo. Nie kładzie rymów na werblu, tylko na stopie tuż za nim. Na tak połamany bicie, to najwyższa szkoła jazdy.

Tekst kwałka jest o fajnej lasce, super-sztuce, extra dziewczynie, konkretnej fruzi, czy jak tam mówicie na wyjątkowe okazy płci pięknej. W skrócie rzecz ujmując, 32-letni  Paweł opisuje swój ideał kobiety „do tańca i do różańca”. I jaka ona jest? Dzika, szalona, kobieca, seksowna, wyuzdana i romantyczna. Takie połączenie Kreayshawn z Anią Dąbrowską. Biorąc po uwagę, że opisuje ją używając rymów bardziej złożonych niż AABB, całość wypada, co najmniej w porządku.

A teledysk? Tutaj też było sporo skrajnych opinii. Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, czemu YouTube go zablokował, bo pornografii nie ma w nim wcale, a nagości tyle co na reklamach Nivea. Przez chwilę widać tylko parę przeciętnych cycków i tyle. No właśnie, przeciętnych. Jedni się burzą, że obraz kipi seksem, drudzy, że panny na klipie są słabe. Z tego co wiem, zamierzeniem autora było wzięcie normalnych dziewczyn. Czytaj: nie plastykowych lachonów, porno gwiazd, czy burdelowych sex-bomb, tylko normalnych dziewczyn, które mają w sobie tyle oryginalności co mankamentów. Zarówno fizycznych jak i osobowościowych. I jeśli oto chodziło, to wyszło bez rewelacji, zupełnie przeciętnie. Jest jednak coś innego, co przyciąga do klipu lepiej gołe cycki (niewiarygodne, ale prawdziwe). Mam na myśli sposób w jaki teledysk został wykonany.

Klip do „Supergirl” jako pierwszy w Polsce został nakręcony przy życiu techniki „camera shift”. Nie jestem na tyle biegły w tym temacie, by udawać znawcę, więc po szczegóły odsyłam was do Wikipedii i do Googla. Tak, czy inaczej, efekt robi duuuże wrażenie. Jaram się zarówno muzyką jak i obrazem jak cholera i już nie mogę się doczekać całej płyty „Radio Pezet”, która premierę będzie mieć 4 września. Jeśli jaracie się tak jak ja, lub troszkę mniej, ale wciąż, to tutaj macie link do preorderu.

(niżej jest kolejny tekst)

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Kawałki, którymi jarałem się w 2012 roku | Stay FlyPezet – „Radio Pezet” – recenzja | Stay Fly Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Pezet wszystkie te rzeczy robi offbeatowo, ale na ten temat rozpisywałem się już przy okazji recenzji singla. Dobra, koniec ze sprawami technicznymi, ta płyta to nie sztuka dla sztuki, przejdźmy do […]

trackback

[…] tej płycie słabego momentu. I mimo, że szaleńczo jarałem się „Miejskim soundem” i „Supergirl”, gdy wyszły, to „Brutto czy netto” jest największym niszczycielem. Właśnie tak się […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Paryż część I – tani hostel, tanie żarcie i Wieża Eiffla

Skip to entry content

LOT

W połowie lipca wybrałem się z moim przyjacielem (najlepszym akustykiem po tej stronie słońca) do Paryża. Podróż planowaliśmy dużo, dużo, dużo wcześniej i za lot LOTem w dwie strony zapłaciliśmy tylko 400zł. Spoko, co? Nie mam jakiegoś zabójczego doświadczenia w lataniu, ale podróżując LOTem zrobiły na mnie wrażenie 3 rzeczy:

  • duże, wygodne fotele,
  • porządna kanapka i winko podczas lotu
  • brak klaskania po wylądowaniu.

Tuż po wylądowaniu w Paryżu na Charles de Gaulle byłem w szoku bardziej niż Marysia. To lotnisko jest O-GRO-MNE!!! Serio, jest przynajmniej 8 razy większe niż to krakowskie i jeździ po nim kolejka (łouł!). Na szczęście wszystko jest w miarę jasno opisane i mimo, że we Francji nikt nie mówi po angielsku to udało nam się jakoś z niego wyjść i nawet dotrzeć do centrum miasta (yeah!).

Kraków – Balice

nasz samolot

nasz samolot w chmurach

Paryż – Charles de Gaulle

 

Tani hostel

Po dotarciu do centrum miasta zaczęliśmy szukać naszego „taniego” hostelu, który miał jakże francuską nazwę – „Blue Planet Hostel”. Hostel nie okazał się tak tani, jak zwykłym śmiertelnikom może się wydawać. 25 euro za dobę! I to bez internetu! Skandal w białą noc, ale uwaga, uwaga… ze śniadaniem. Poprawiło nam to humory co niemiara dopóki nie zobaczyliśmy tego śniadania, ale o tym za chwilę. Pokój był 4-osobowy z umywalką, ale bez wc. Jak to (słyszałem) w hostelach bywa, zapoznaliśmy bardzo miłych ludzi, którzy byli w szoku, że Polska nie jest dzielnicą ZSRR i że nie ma już u nas komunizmu.

widok z naszego okna

uliczna posiadówa pod naszym oknem

[emaillocker]

Tanie jedzenie

Po dopełnieniu wszystkich formalności w hostelu, chcieliśmy jak najszybciej coś zjeść, bo pora była wybitnie poobiadowa i nasze żołądki o tym wiedziały. Bramę obok wszem i wobec osławionego już „Blue Planet Hostel” była turecka buda z kebabo-burgerami. Stwierdziliśmy, że koniecznie trzeba sprawdzić, czy w Paryżu Hindusi robią jedzenie z innych psów, niż w Krakowie. Zaskoczę was, ale albo dodają innych/mocniejszych przypraw, albo to faktycznie inna rasa psów.

Za 7 euro dostaliśmy po sporej bułce z mięsem o smaku kurczaka i dużej porcji frytek z majonezem. Myślałem, że panowie pracujący w tej wykwintnej restauracji, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie polubili nas i dlatego dostaliśmy jedzenie na papierze, a nie na talerzu, ale okazało się, że to taki nowy trend i w tym lokalu to standard. Jakkolwiek by to nie wyglądało i z czego by to nie było, to było smaczne i nawet się tym najedliśmy. Good job Rajesh!

 

Pod wieczór, gdy nie mogłem się zdecydować, czy bardziej chcę być Kolumbem Odkrywcą, czy Magdą Gessler, zobaczyłem fast food, który do złudzenia przypominał „McDonald’sa”. Był to „Quik Burger” – oryginalna francuska podróbka najbardziej znanych burgerów na świecie. Mieli skserowane wszystko, od wystroju lokali, przez ubiór pracowników, po wygląd, rodzaj i smak kanapek. Za niecałe jedno euro kupiłem tam cheeseburgera, który wyglądał, pachniał i smakował dokładnie jak ten z „Mc Donald’sa”.

 

Następnego dnia rano przyszła w końcu pora dowiedzieć się, jak wygląda śniadanie w hostelu za 25 euro. Nie liczyliśmy na szwedzki stół, ale na w miarę strawnego croissanta z jakimś jogurtem. Dostaliśmy gówno najgorszego sortu. Chemiczną kawo-herbatę z automatu i… dwie malutkie, wysuszone pseudo-bułeczki (bo croissantem tego nie da się nazwać) również z automatu. NIE POLECAM! że się tak delikatnie wyrażę.

 

Wieża Eiffla

Jedni mówią, że przereklamowana, drudzy, że obowiązkowy punkt każdej wycieczki do Francji. Ja wam powiem, że takich kolejek to jeszcze nigdzie nie widziałem. Nie żyłem w czasach komunizmu, ale zaryzykuję stwierdzenie, że wejście (i zejście) z wieży Eiffla zabiera więcej czasu, niż wystanie dobrej szynki 25 lat temu.

W kolejce stoi się wszędzie:

  • po bilety do wejścia
  • do schodów na drugi poziom
  • po bilety na trzeci poziom
  • do windy na trzeci poziom
  • do wejścia na sam szczyt z trzeciego poziomu
  • do zejścia z samego szczytu na trzeci poziom
  • do windy na drugi poziom
  • do windy na sam dół

Żeby wejść na wieżę (lub w zasadzie do wieży) trzeba oczywiście zapłacić. I to sporo. Minimum 5,50 euro żeby dostać się na drugi poziom i 3,50 euro żeby dostać się na sam szczyt.

Ale udało się, zrobiliśmy to! Widok zarówno z poszczególnych kondygnacji, jak i z samego szczytu zapiera dech w piersiach (i to nie tylko w powodu temperatury). Widać calusieńki piękny Paryż. Widać wszystkie kremowe i bielutkie kamienice. Widać bloki (wszystkie trzy) na obrzeżach Paryża i widać masę, ale to masę terenów zielonych. Bardzo git.

 

Jutro piątek, więc polecą francuskie piosenki, w środę francuskie śniadanie mistrzów, a w niedzielę dalsza część opowieść o tym jak było i co zobaczyłem. Zdradzę w sekrecie, że trochę tego jest. Czuwajcie!

Ps.: Możecie się prześcigać w komentarzach ile wam zajęło zwiedzenie Wieży Eiffla. Nam niecałe 6 i pół godziny. Kto da więcej?

[/emaillocker]

Pimp my bike w MOCAKu, czyli reCYCLING vol.2

Skip to entry content

Dawno nie było nic o Krakowie. Raz, że nie było mnie w mieście, a dwa, że w zasadzie nic nadzwyczajnego się nie działo, oprócz domówek, które okazywały się klubówkami (swoją drogą, był ktoś?). Dziś nie dość, że o Krakowie to jeszcze o rowerach.

W przyszłą sobotę (czyli 1 września)  pod MOCAKiem (Muzeum Sztuki Współczesnej na Zabłociu) odbędzie się druga edycja eventu „Pimp my bike” (lub też „reCYCLING”, jak podają organizatorzy). Kto był na pierwszej, ten buja się już po Krakowie odpicowanym jednośladem, kto nie, ten ma dwa wyjścia. Może przejrzeć foty poniżej (i te tutaj) i pluć sobie w brodę, że jego rower wciąż jest szary jak papier w publicznej toalecie albo przyjść na „reCYCLING vol.2” i zmienić ten stan rzeczy.

Podobnie jak podczas pierwszej edycji, wszystkie niezbędne narzędzia do rowerowej metamorfozy będą dostępne na miejscu. I to za darmo! Zupełnie za friko będzie można bawić się sprejami, szablonami, taśmami i innymi wynalazkami. Fajnie, co? Oprócz rodzinnej atmosfery i oprawy muzycznej, podczas drugiej edycji również będziecie mogli skorzystać z darmowego wstępu na wszystkie wystawy mające miejsce w muzeum. Jeśli nie macie roweru, to warto wpaść na to wydarzenie choćby właśnie z tego powodu.

Start imprezy – godzina 12:00, koniec – koło 16:00. To co, do zobaczenia?

[wzslider autoplay=”true” lightbox=”true”]

Ps.: na stronie MOCAKu prowadzony jest konkurs na najbardziej odpimpowany rower. Do wygrania co prawda tylko lans i fejm na dzielni, ale zawsze to coś. Czas macie do 28 sierpnia.