Close
Close

High Five #8 – zaśpiewaj mi o Londynie!

Skip to entry content

Z francuską playlistą dałem sobie spokój. Nie oszukujmy się, nie rozumiem nic z tego języka i oprócz ZAZ i Mc Solara, nie znalazłem niczego co by mnie ruszyło (tylko bez podjazdów, że słabo szukałem ok?). Ale, ale… przypomniało mi się, że gdzieś tam jeszcze oprócz tego Paryża byłem. No tak, w Londynie!

Tym oto przepięknym wpisem zacznę niekończącą się relację z miasta, w którym Amy Winehouse dawała w nos, płuco, wątrobę i gdzie tam się jeszcze dało. Z miasta gdzie jest więcej Polaków, niż tubylców. Z miasta gdzie jest najdroższe metro i gdzie powstał dubstep. Ostatnio pokochaliście to słowo, co? Bez obaw, dziś nie będzie wiertarek (wyjątkowo). Będzie londyńsko o Londynie i… polsko o Londynie. No, to jedziemy!

 

#1 The Clash – London Calling – nie jara mnie jakoś wyjątkowo (a w sumie w ogóle) ani zespół, ani kawałek, ale dobrze wiecie, że to musiało się tu pojawić. Ten numer jest jak Kevin na święta – po prostu musi być. Włączasz go i już czujesz ten cholerny deszczowy kraj.

 

#2 Warren Zevon – Werewolves of London – dziwne klimaty i turbo-hipsterstwo, ale nikt nie potrafi wkręcać, że w Londynie są wilkołaki, tak jak chłopaki z Warren Zevon. Gdybym miał 14 lat, to prawie bym się nabrał.

 

#3 Professor Green – Upper Clapton Dance ft. Chynaman, Cores – w końcu coś z pazurem. Piękna piosenka o pięknej dzielnicy, wykonana przez posiadacza najpiękniejszego uzębienia po tamtej stronie Tamizy. Pieczołowicie wyselekcjonowane ujęcia, charakterna stylówa. Czujecie to?

 

#4 IRA – Londyn 8:15 – apogeum patetyczności, lukrowania i tendencyjnego uderzania w doniosłe tony. Rzygam, gdy słyszę takie gnioty. Wrzucam to tylko, żeby oczyścić organizm przed weekendowym piciem. Jeśli macie bulimię nie słuchajcie – nie pomoże w walce z chorobą.

 

#5 Lilu – To będzie długa noc – zapomniana i niekochana, a atrakcyjna i utalentowana (Lilu, nie piosenka rzecz jasna). Potrafi sobie przyśpiewać i zarapować i nie ma patosu. Tematyka i muzyka klubowa, czyli to, co w tym mieście najlepsze.

Jeśli znacie jeszcze jakieś inne numery o Londynie warte polecenia, to nie krępujcie się – magiczny przycisk „komentuj” jest wasz! Jutro natomiast coś na ząb – angielskie śniadanie mistrzów (ślinka mi pociekła).

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Pezet – „Radio Pezet” – odsłuch i recenzja płyty

Skip to entry content

Z góry uprzedzam, nie będę obiektywny, będę stronniczy jak cholera – ta płyta jest REWELACYJNA! ale po kolei…

 

Trochę czasu minęło

„Radio Pezet” było zapowiadane jakieś 3 lata temu, w zeszłe wakacje to już miało wyjść na miliard procent, no a mamy je dopiero dziś. Gdyby ta płyta wyszła 2 lata temu, napisałbym, że brzmi bardzo brytyjsko. Biorąc jednak pod uwagę, że wychodzi teraz, to napiszę, że brzmi bardzo światowo. Na płycie udzielają się genialni polscy producenci, którzy w niczym nie ustępują tym zagranicznym. Pod bity z „Radia Pezet” spokojnie mógłby nawinąć Kano, czy Professor Green. Co z resztą de facto zrobili, ale w ostatniej chwili ich zwrotki zostały wycofane i finalnie nie znalazły się na albumie (nie wiem o co poszło, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…). Jak światowo jednak by ten album nie brzmiał, to słuchacze w Polsce nie są na niego gotowi, a z pewnością nie słuchacze polskiego rapu…

 

Jak tak można?

Jedyny (w miarę) klasyczny bit na tej płycie, to podkład do „Co mam powiedzieć?”. Reszta muzyki jest totalnie niehiphopowa. To co można usłyszeć, to albo grime (i to taki jak na pierwszy płytach Dizzee Rascala), albo dubstep, albo pochodne. W skrócie – muzyka elektroniczna i to bardzo. I chwała ci za to Pezecie! Zanim rozpłynę się w uwielbieniu i zacznę rzucać samymi superlatywami, skończę wymieniać co ortodoksom nie będzie pasować na tym krążku. Poza nowoczesnymi podkładami i zupełnie innym sposobem rapowania (wymuszonym przez nowoczesne podkłady), wszystkim psychofanom „Muzyki klasycznej” będzie też przeszkadzać sposób składania rymów.

Wybijcie sobie z głowy standardowe układy rymów typu AABB. Pezet z tą techniką pożegnał się na dobre i trudno będzie wam usłyszeć tego typu konstrukcje słów na płycie. Znajdziecie za to mnóstwo wielokrotnych krzyżowych rymów, które dla słuchacza amatora są nie do wyłapania, jednak odkrywanie ich po którymś z kolei przesłuchaniu sprawi wam prawdziwą radość. No i na domiar złego (dla ortodoksów oczywiście), Pezet wszystkie te rzeczy robi offbeatowo, ale na ten temat rozpisywałem się już przy okazji recenzji singla. Dobra, koniec ze sprawami technicznymi, ta płyta to nie sztuka dla sztuki, przejdźmy do treści!

 

O czym on tam w ogóle gada?

Nie byłem nigdy w Warszawie dłużej niż przejazdem, ale słuchając „Radia Pezet” czuję się jakbym na Powiślu spędzał każdą noc. Kawałki epatują miejskim syfem i niewiarygodnie obrazowo ilustrują życie „warszawski”.

Ta płyta jest smutna. Nawet jeśli są okazje do śmiechu, to przez łzy. Pezet w zasadzie obrzezał się na niej z intymności. Mówi o rzeczach, których większość ludzi bałaby się poruszyć w rozmowie z kumplem. Bez pardonu opowiada o uzależnieniu od narkotyków i alkoholu i wszystkich fazach bycia w ciągu. Bez pruderii opisuje przedmiotowe kontakty z kobietami, to jak potrafią się upodlić i zeszmacić, żeby tylko „dotknąć gwiazdy”.

Główny bohater albumu jawi się jako zagubiony chłopiec, który chciał ziścić amerykański sen w Polsce, ale zgubił się po drodze do sukcesu. I w żadnym wypadku nie szydzę z tego, raczej współczuję i mogę się utożsamić. Ta płyta wzrusza. Oczywiście, jeśli nie jesteś zamkniętym na świat neandertalczykiem o wrażliwości Roberta Burneiki. Kawałek, przy którym najbardziej się roztkliwiam to „Byłem”. Szczery do bólu tekst, adekwatna muzyka i świetny nostalgiczny refren. Po prostu posłuchajcie.

 

Same smuty?

Bez obaw, nie jest tak, że przez prawie 70 minut tylko płacz, płacz i płacz. Jest parę kozaków, które dają kopa, jak choćby otwierający album utwór „P-Z”. Mocne braggadacio, zero zamułki. Dalej imprezowy „Rock’nRoll” (choć rocka ma tylko w nazwie i refrenie) i jeden z bardziej oczekiwanych duetów na płycie – „Charlie Sheen” z Tym Typem Mesem. Gdyby nie fakt, że zwrotka Mesa jest niezrozumiała (i to nie ze względu na zwiły przekaz), powiedziałbym, że bardzo dobry numer. Największy benger na krążku, to jednak kontynuacja kultowego „Slangu”. Jakbyś nie lubił dubstepu, musisz przyznać – to buja!

Z gości na „Radiu Pezet” warto wspomnieć też o Killa Keli – najlepszym beatboxerze na płycie. Tym razem nie naśladuje perkusji ustami lecz śpiewa w utworze „Jak być szczęśliwym”. I to naprawdę nieźle. Koniec końców – ta płyta wyprzedziła Polskę o parę lat, więc sprawdź ją już dziś, żeby wiedzieć czym ludzie będą się jarać w 2014!

Wywiad z Łukaszem Jakóbiakiem autorem „20m2 Łukasza”

Skip to entry content

W zeszłym tygodniu udało mi się pogadać z autorem „20m2 Łukasza”, czyli Łukaszem (zgadlibyście, że tak ma na imię?).  Internetowy talk-show z odcinku na odcinek zdobywa coraz większą popularność. Wszystko oczywiście, dzięki mnie, mojemu blogowi i temu, że o nim napisałem. Sprawdźcie jak pytający odnajduje się w roli pytanego, a przede wszystkim ile zarabia na każdym odcinku i czy umie dzielić przez zero.

Grzecznych Chłopiec: Na początek standardowe pytanie, które słyszałeś już pewnie tysiąc razy: jak zaczęła się twoja przygoda z hiphopem i kiedy postanowiłeś zostać raperem?

Łukasz Jakóbiak: <Śmiech, śmiech, śmiech, dużo śmiechu>

Grzecznych Chłopiec: Dobra, teraz już na serio – z zaufanych źródeł wiem, że wpadłeś na pomysł talk-show, bo zostawiła cię dziewczyna. To prawda czy Pudelek kłamie?

Łukasz Jakóbiak: <Śmiech, śmiech, śmiech, tyle samo śmiechu> Nie, Pudelek kłamie.

Grzecznych Chłopiec: Pudelek kłamie i nie jest wiarygodnym źródłem? Jak to? Co, w takim razie przyczyniło się do powstania programu?

Łukasz Jakóbiak: Zawsze chciałem pracować w telewizji, ale jakoś żadna z nich nie pałała do mnie na tyle dużą sympatią żeby mnie przyjąć. Wysyłałem wiele propozycji współpracy, ale często nie dostawałem nawet żadnej odpowiedzi, więc postanowiłem, że sam się zatrudnię i zrobię sobie własnym program w internecie. A program kręcę w kawalerce z prostego powodu – nie było mnie stać na wynajęcie studia i kilkunastoosobowej ekipy, więc stwierdziłem, że zrobię to u siebie w domu.   

Grzecznych Chłopiec: Rozumiem. Skoro jesteśmy już przy Pudelku, to cieszą cię publikacje na nim na twój temat? Jak do tego podchodzisz?

Łukasz Jakóbiak: Wiesz co, Kuba Wojewódzki mi powiedział, że skoro mój program jest cytowany, to znaczy, że odniosłem sukces. Fakt, jest cytowany na Pudelku, ale jest cytowany też w wielu innych mediach i portalach, i to jest bardzo miłe. Robię ten program, żeby niósł jakieś wartości i jeśli chcę, żeby docierał do większego grona odbiorców, to siłą rzeczy musi być promowanych w przeróżnych miejscach, również takich jak Pudelek.        

Grzecznych Chłopiec: A nie boisz się, że za chwilę ktoś będzie stał pod twoją klatką i robił ci zdjęcia jak wychodzisz na kacu w klapkach? Albo czaił się na szczudłach pod twoim balkonem i podglądał z kim robisz wywiad?

Łukasz Jakóbiak: Czy się nie boję? Trochę do tego dążę… Mam świadomość w jakim kierunku idę, z czym to się je i jak to wygląda. Pewnych rzeczy nie przeskoczę.

Grzecznych Chłopiec: Czyli nie boisz się tego, tylko czekasz na to?

Łukasz Jakóbiak: To nie jest tak, że czekam na to. Wiem, że to jest nieuniknione i jestem na to przygotowany.

Grzecznych Chłopiec: Czujesz się już sławny? Ludzie rozpoznają cię na ulicy? Podchodzą przybić piątkę? Licealistki rzucają w ciebie majtkami?

Łukasz Jakóbiak: <Śmiech> Rozpoznają mnie, ale nie czuję się sławny. Bielizna jeszcze nie wchodzi w grę <śmiech>.

Grzecznych Chłopiec: Wracając na chwilę do programu, po paru pierwszy odcinkach przylgnęła do niego łatka (którą sam sobie przypiąłeś), że w twojej kawalerce jest jak w gabinecie psychoterapeutycznym, że gwiazdy pokazują się w nim od “innej” strony. Nie wydaje ci się, że paru twoich gości nadużywało tego i próbowało cię wykorzystać żeby poprawić swój (delikatnie mówiąc) nadszarpnięty wizerunek?

Łukasz Jakóbiak: Nikt nikogo nie wykorzystywał. Ja nie grałem i nie czułem też żeby oni grali (moi goście). Zależało mi na tym, żeby wydobyć z nich coś czego nie pokazują media – świat w którym oni żyją. Mój program pokazuje ich naturalnych, szczerych, niezakłamanych i to jest moim celem. Taki miałem zamysł, nie czuję się wykorzystywany.

Grzecznych Chłopiec: To o czym mówię najbardziej chyba było widać po Węgrowskiej, która ewidentnie przyszła się wybielić, a wyszła na tym jak Zabłocki na mydle. Zgodzisz się?

Łukasz Jakóbiak: Ona jest generalnie bardzo miłą i komunikatywną osobą, tylko powinna wynająć sobie dobrego piarowca i uważać na to co mówi.

Grzecznych Chłopiec: Wyemitowałeś już 16 odcinków i lada chwila dotoczysz się do połowy miliona wyświetleń. To dużo, dużo więcej niż program Moniki Jaruzelskiej “Bez Maski” i wciąż dramatycznie mniej niż “Matura to bzdura” czy choćby “AdBuster”. Z czego żyjesz, bo domyślam się, że nie z reklam na YouTube? Dorabiasz w Lidlu czy pracujesz w call center Netii?

Łukasz Jakóbiak: Z czego żyję? Trochę z oszczędności, trochę zajmuję się PRem, trochę pozycjonowaniem lekarzy medycyny estetycznej w mediach. W tym roku miałem też okazję pracować przy dwóch festiwalach muzycznych. To tyle, co mogę ci powiedzieć.

Grzecznych Chłopiec: Dobra, to teraz przyznaj się na ile policzyłeś Apple’a za product placement iPhone’a?

Łukasz Jakóbiak: Ta firma nie płaci mi żadnych świadczeń, za to, że posługuję się ich produktem przy nagrywaniu programu.

Grzecznych Chłopiec: Serio, chcesz mi wmówić, że nic z tego nie masz i kręcisz program iPhonem, bo nie dało się do tego wykorzystać żadnego innego telefonu?

Łukasz Jakóbiak: Kręcę iPhonem, bo akurat iPhone’a miałem w domu (a w zasadzie trzy). Mógłbym to kręcić innym telefonem i nawet padały jakieś propozycje ze strony producentów, ale nie na tyle konkretne, żebym ten telefon zmienił.

Grzecznych Chłopiec: Okej, to jak już jesteśmy przy sprawach technicznych, to może zdradzisz ile osób oprócz ciebie pracuje przy programie? 5? 10? 15?

Łukasz Jakóbiak: To nie jest żadna tajemnica, wszystkie osoby, które pomagają mi przy programie są wymienione w końcowych napisach. Jest ich dwoje – dźwiękowiec i montażysta.

Grzecznych Chłopiec: Tylko tyle, serio? A stylistka, która wybiera ci ciuchy i układa włosy?

Łukasz Jakóbiak: Nie mam stylistki, sam sobie wybieram ciuchy i układam włosy <śmiech>.

Grzecznych Chłopiec: No dobra, dajmy na to, że uwierzyłem. Jeśli więc wszystkim poza montażem zajmujesz się sam, to jak wygląda twój typowy dzień? O której wstajesz, o której idziesz spać?

Łukasz Jakóbiak: Wstaję zazwyczaj około 7 rano, kładę się spać koło północy. 3 razy w ciągu dnia sprawdzam maile, odpisuję na komentarze, udzielam odpowiedzi na różnego rodzaju pytania i również udzielam wywiadów. Coraz więcej osób odzywa się do mnie w sprawie współpracy, więc chodzę na spotkania, negocjacje, itd. Oprócz tego 4 razy wciągu tygodnia, chodzę na siłownię i ćwiczę pod okiem trenera i wypełniam wszystkie inne obowiązki, o których mówiłem ci wcześniej.

Grzecznych Chłopiec: A imprezy, mocno wliczone są w twój, nazwijmy go tak, “zawód”? Często musisz chodzić do klubów, żeby łapać kontakt z gwiazdami?

Łukasz Jakóbiak: Ostatnio to się zmieniło. Odkąd Wojewódzki pochlebnie wyraził się o “20m2 Łukasza” i napisał o mnie portal Tomasza Lisa sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dużo łatwiej jest mi zaprosić jakąś gwiazdę do programu, niż wcześniej i w zasadzie to same się do mnie zgłaszają. A jeśli chodzi o imprezy, to faktycznie zdarza mi się na nie chodzić.

Grzecznych Chłopiec: A zdarzało ci się, że musiałeś wypić z kimś najpierw pół litra wódki zanim namówiłeś go na udział w programie?

Łukasz Jakóbiak: Nie piję wódki, nie ma takiej opcji. Jeśli już to whisky. Ale nie, na szczęście nie miałem takiej sytuacji. Zdarzało mi się zabalować z kimś z moich gości, ale to dopiero po programie. Nigdy przed.

Grzecznych Chłopiec: Twoim pierwszy gościem był Tomasz Jacyków – postać z pierwszy stron kolorowych gazet. Jak udało ci się namówić kogoś tak znanego startując z programem od zera? Jesteś z nim spokrewiony czy zapłaciłeś mu?

Łukasz Jakóbiak: Ani jedno, ani drugie, ale musisz wiedzieć, że to nie był pierwszy nagrany odcinek. Był wyemitowany jako pierwszy, ale nagrany był później. A namówienie go wcale nie było takie trudne. Jego numer znalazłem na jego stronie internetowej, zadzwoniłem i spytałem czy weźmie udział w programie. Zgodził się od razu, nawet nie pytał o żadne szczegóły, tylko powiedział, że mam podjechać po niego na siłownię. Zawiozłem, pogadaliśmy, odwiozłem i tyle.

Grzecznych Chłopiec: To w ogóle trudna sprawa, takie zapraszanie, dużo osób odmawia przyjścia?

Łukasz Jakóbiak: Teraz, gdy już mam trochę odcinków na koncie i jakąś tam popularność, jest łatwiej, ale wcześniej nie było to takie proste. Bo wiesz, trzeba wziąć skądś ten kontakt, zadzwonić, przekonać, namówić, wysłać odcinki, przypominać się, dobrać termin… Tak naprawdę “20m2 Łukasza” pochłania mi trochę czasu.

Grzecznych Chłopiec: Jest jakiś klucz, którym kierujesz się przy doborze gości? Zapraszasz tych z którymi sam chciałbyś pogadać przy piwku, czy tych których warto zaprosić, bo będzie szum medialny?

Łukasz Jakóbiak: Zapraszam ludzi, z którymi czuję, że będę mógł naprawdę porozmawiać. Od których wiem, że czegoś się dowiem i że ta rozmowa będzie ciekawa. Wybieram gości, którzy mają coś wartościowego dla mnie, albo coś wartościowego dla ludzi. Często też zapraszam gości, żeby sprawdzić, czy są faktycznie tacy jak ich kreują media, czy zupełnie inni. Tak między innymi było z Iwoną Węgrowską. Bardzo chciałem zobaczyć, czy ona naturalnie taka jest, czy tylko media ją tak przedstawiają.

Grzecznych Chłopiec: Zmierzając ku końcowi – zamierzasz cały czas kręcić w kawalerce, czy gdy już zarobisz pierwszy miliard przeniesiesz się do willi na Wilanowie i będzie “2000m2 Łukasza”?

Łukasz Jakóbiak: Oczywiście, że będzie “2000m2 Łukasza”!

Grzecznych Chłopiec: Na taką odpowiedź czekałem <śmiech>. A jakie są w ogóle perspektywy rozwoju? Chcesz zostać na YouTube? Czy wygryźć Wojewódzkiego z TVNu? A może Ibisza?

Łukasz Jakóbiak: Nie chcę nikogo wygryzać. Mam swój program swoją, osobowość i jestem inny niż całą reszta, ale zamierzam przejść do telewizji. A u mnie “zamierzam”, znaczy, że “zrobię to już niedługo”.

Grzecznych Chłopiec: Czyli opuszczasz YouTube’a?

Łukasz Jakóbiak: Nie, YouTube’a zostawię. “20m2 Łukasza” zostanie na na YouTube, a do telewizji przejdę sam do nowego formatu.

Grzecznych Chłopiec: I tego ci serdecznie życzę, oczywiście oprócz milionów wyświetleń na YouTube i setek tysięcy fanów na Fejsie. Wielkie dzięki za rozmowę!

„20m2 Łukasza” możecie oglądać tu, a śledzić tutaj.