Close
Close

Londyn część I – kurczakburgery, wystawy sklepowe i uliczni animatorzy kultury

Skip to entry content

Jak wiecie (choćby z ostatniego Śniadania Mistrzów i High Five) w sierpniu miałem okazję spędzić 3 tygodnie w Londynie wraz z moim dobrym kumplem Wiktorem (wschodzącą gwiazdą projektowania ubioru). Przylecieliśmy na zaproszenie Królowej Elżbiety, niestety z niewyjaśnionych powodów (Elka słabo mówi po polsku i nie mogliśmy się dogadać) okazało się, że nie ma wolnych miejsc w Pałacu Buckingham i musi spać gdzie indziej. Coż… za daleko było do domu, żeby wrócić, więc musieliśmy się zadowolić 4-gwiazdkowym hotelem przy Oxford Circus. Jak pech, to pech, ale staraliśmy się nie narzekać.

 

Kurczakburgery, czyli szama na mieście tańsza niż w Polsce

Jak już ogarnęliśmy lokum, dopadł nas mały i duży głód i trzeba było jakoś z nimi walczyć. Nie przebieraliśmy w środkach, tylko weszliśmy do pierwszej lepszej budy, w której sprzedają kurczakburgery. Bud takich jest od groma, jednak wszystkie wyglądają tak samo – jak tanie podróbki KFC – i w każdej pracują hindusi. W każdej również są mega promocje, turbo zestawy, wyjątkowe okazje i specjalne oferty.

Najczęściej jest to zestaw „2 kurczakburgery i 2 porcje frytek za 2 funty” – tanio jak cholera nawet przeliczając na złotówki. Jednak cena idzie pod ramię z jakością. Również jest niska. Bardzo. Nie wiem z czego było to mięso, ale na pewno nie z kurczaka. Może z gołębia, może ze szczura, może z krowich wymion. Wolę nie widzieć. Frytki w każdym razie, możliwe że były z ziemniaków, bo i wyglądały i smakowały podobnie.

Jak już udało nam się nie porzygać, to poszliśmy się przejść do…

 

Centrum miasta

…a w nim nie dało się nie zwrócić uwagi na…

 

Witryny sklepowe

Wyglądają one „troszkę” inaczej niż w Polsce. Niektóre są naprawdę oszałamiające i można je traktować jako dzieła sztuki. Dotyczy to głównie witryn sklepów odzieżowych. Te bardziej „glamour” i z wyższej półki mają wyjątkowo przemyślane i dopracowane witryny. Aczkolwiek o takiej Pumie również w żadnym wypadku nie można złego słowa powiedzieć. Ich interaktywna witryna z żywymi modelami rozłożyła mnie na łopatki. Dobra, muzyka, dobra zabawa – tak się sprzedaje buty!

Jeśli któraś witryna sklepowa wybitnie przypadła ci do gustu, to..

 

Uliczni animatorzy kultury

Szwendając się po głównych ulicach Londynu można ich spotkać dużo, dużo więcej niż w Krakowie. To nie są żebracy, obiboki czy uliczne sępy. To prawdziwi animatorzy kultury, tyle, że uliczni. Tańczą, robią akrobacje, odgrywają sceny z filmów, śpiewają i przede wszystkim angażują publiczność. Wciągają ludzi ludzi do zabawy! Na deptaku pod London Eye można przesiedzieć cały dzień patrząc na ich występy. I to za friko. Polecam!

Ps.: Sorry, że z tej (muszę przyznać z żalem) najciekawszej części tak mało zdjęć, ale skończyło mi się miejsce na karcie, a potem padł mi telefon…

(niżej jest kolejny tekst)

4
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Londyn część IV – Camden Town | Stay Fly - blog lifestylowyDagna ParynowNajwiększe rozczarowania 2012 | Stay FlyLondyn część III – McLaren, Harrods i galeria sztuki współczesnej | Stay Fly Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] 15 września 2012 22:01 Kończymy z tą Anglią co? Wiecie już żeby nie żywić się kurczakburgermi i że Hyde Park to najfajniejsze miejsce w Londynie. Teraz dowiecie się gdzie robią zakupy […]

trackback

[…] kolejne ze stricte osobistych rozczarowań. Szeroko opisywałem Wam tamtejsze jedzenie, wystawy sklepowe i galerie sztuki. I mimo, że english breakfast jest bardzo spoko, Camden Town było urzekające i […]

Dagna Parynow
Gość

Lubie klimat grajkow w metrze. Fajne klimatyczne witryny ma Selfridges na Oxford Street :)

trackback

[…] że napisałem Wam o wszystkim, o czym warto napisać. W końcu był i Hyde Park, i Harrods, i kurczakburgery (sacrum zmieszało się z profanum, a policjanci przestali gonić za picie w plenerze). Po czym […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Lekcja trollowania #1 – Jak stać się celebrytą w 24 godziny?

Skip to entry content

Ostatnio sporo mówi się o trollowaniu. Faktycznie, jesteśmy w tym coraz lepsi. Nawet sporo moich znajomych próbuje sił w tej pięknej sztuce siania zamętu (pozdro Milena!), ale do prawdziwych trolli z USA jeszcze duuużo nam brakuje. Ostatnio trafiłem na 2 prawdziwe perełki, które wytłumaczą wam jak to się robi.

 

Po pierwsze: dobierz dobrze grupę docelową

Jeśli chcesz przeprowadzić dobry, spektakularny trolling odwoływanie się do wyższych idei nie ma najmniejszego sensu. Gdybyś postanowił pomęczyć trochę zwolenników Platformy Obywatelskiej, udowadniając im, że dziadek Tuska był jednak w Wermachcie, poniesiesz fiasko. Po pierwsze, po ostatnich wyborach PO lubi już tylko15 osób, z czego 5 jest niedowidzących, a 6 głuchoniemych, więc będzie trudno do nich dotrzeć. Po drugie to nie elektorat PiSu – po dwóch komentarzach dadzą za wygraną i wrócą do przerwanej pracy w call center Netii.

 

Po drugie: bazuj na najprostszych instynktach!

Jeśli chcesz porządnie strollować pokaźną grupę osób, wybierz coś prostego. Coś co wprawi w szał zarówno kobiety, mężczyzn, jak i Michalinę z Top Model. Dziś pokaże ci jak zakpić ze słodziutkich laseczek i sfrustrowanych gości bazując na jednym z podstawowych instynktów. Mowa tu o pożądaniu sławy. O wewnętrznej, palącej potrzebie bycia w świetle jupiterów i szumie fleszy. Dzisiejszy wpis to swoiste „know how” jak w ciągu doby zostać Natalią Siwiec bez powiększania cycków i botoksu.

 

Po trzecie: jeśli możesz, zaangażuj przyjaciół

Przytoczę starą weterynaryjną prawdę – w kupie siła! Jeśli nie studiujesz medycyny (a skoro masz czas, żeby to czytać, to założę się o małe piwko, że nie), to z pewnością miałeś na studiach zarządzanie i wiesz co to synergia. Co? Nie wiesz, bo tylko no-life’y i brzydkie laski chodzą na wykłady i ten temat wyjątkowo cię ominął? Okej już tłumaczę.

Synergia – współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.

Oznacza to w skrócie tyle, że 2+2 nie równa się 4, tylko 5 albo więcej. Jeśli więc chcesz by twój trolling objął nie tylko potencjalne ofiary, ale także całą ich rodzinę do trzech pokoleń wstecz, zaangażuj przyjaciół.

Okej, wiesz już wystarczająco, bym mógł cię zaprosić na…

 

Pierwszą lekcję trollingu!

I co? Udało się! Jakieś przemyślenia, refleksje? Myślisz, że ta sama akcja odniosła by skutek w Polsce? Na przykład w Krakowie na Floriańskiej, albo w Warszawie na Chmielnej? Myślisz, że Polacy są bardziej trollo-odporni, czy zwyczajnie, to tylko ci głupi Amerykanie są tak strasznie głupi?

Śniadanie Mistrzów #15 – English breakfast

Skip to entry content

Do Londynu wybrałem się z moim dobrym kumplem Wiktorem (wschodzącą gwiazdą projektowania ubioru). Byliśmy tam w sumie 3 tygodnie, także niestety musieliśmy coś jeść. Piszę niestety, bo jedzenie zdecydowanie nie jest ich mocną stroną. Czy to ich „specjały” (frytki z rybą), czy kurczak burgery, czy pizza – nie biorą jeńców. Są w stanie spieprzyć wszystko i konsekwentnie to robią. Jedyne co wychodzi z ich kuchni i jest wporzo, a nawet spoko, to śniadania. Oj tak, british breakfast jest bardzo spoko! Oczywiście nie licząc fasolki po bretońsku, którą pewnie podają tylko po to, żebyś zwymiotował i musiał zamówić jedzenie jeszcze raz (hajs musi się zgadzać!).

 

Typowe angielskie śniadanie (jak widzicie na wyżej załączonym obrazku) składa się z:

  • smażonego boczku
  • sadzonego jajka (a najczęściej dwóch)
  • smażonego kiełbasy
  • smażonego pomidora
  • smażonych pieczarek
  • tostów
  • i tej ohydnej fasolki (bleee!)

Jak z pewnością zauważyliście, w Anglii jeśli coś może być, to jest smażone. Smażone i tłuste jak cholera (jednym słowem raj dla Weroniki Grycan), ale jak już wcześniej wspomniałem – dobre. Jeśli coś pominąłem to piszcie śmiało, ale próbowaliśmy tego wykwintnego dania w wielu miejscach, i w każdym wyglądało mniej więcej właśnie tak.

 

Na hiszpańskie płótno Chrystusa, prawie bym zapomniał! Do każdego śniadania na wyspach KONIECZNIE musicie wypić herbatę z mlekiem. English breakfast bez bawarki, to jak jedzenie pizzy sztućcami – TAK NIE MOŻNA! Chyba, że nie tolerujecie laktozy i moglibyście dostać zapaści – wtedy jesteście usprawiedliwieni.

 

A wszystkie takie pyszne rzeczy między innymi w uroczej  kawiarni „Kabanos”. Miałem okazję osobiście pogratulować właścicielowi doboru nazwy. Widać, że 5 lat zarządzania i marketingu nie poszło na marne, ma chłop łeb do biznesu.

Od poniedziałku dalsza część naszych zmagań z rzeczywistość kraju, w którym ludzie jeżdżą po złej stronie ulicy i…

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Pamiętaj: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi dobrych ludzi![/box]