Close
Close

Londyn część II – Hyde Park, tani chińczyk i M&M’s World

Skip to entry content

Będąc w Anglii mieliśmy wyjątkowego farta, bo trafiły nam się akurat 3 dni w ciągu roku, kiedy nie pada i można wyjść z domu bez parasola. Grzechem śmiertelnym byłoby zmarnowanie takiej szansy, więc wykorzystaliśmy ją (żeby nie pójść do piekła) i wybraliśmy się do najfajniejszego miejsca w Londynie. Odwiedziliśmy…

 

Hyde Park

Bez kitu, jest to miejsce w całym wielkim Londynie, w którym czułem się najlepiej. Jedna sprawa, że kocham przebywanie na łonie natury, parki, skwerki, akweny itp. itd. Druga natomiast, że tam jest po prostu super. To ogromny park (8 razy większy niż park Jordana), w którym można:

  • wylegiwać się na leżakach (które są na miejscu), kocach, trawie (czystej)
  • grać w piłkę, badmintona, freezby
  • puszczać latawce
  • pływać na rowerkach wodnych, kajakach
  • walnąć piwko na świeżym powietrzu (niby picie w plenerze w Anglii też nie jest dozwolone, ale nikt cię za to nie ściga jak kryminalistę, gdy otworzysz sobie Somersby, tylko najwyżej zwróci uwagę, że nie powinieneś tego robić)
  • zjeść coś/wypić w kawiarni/restauracji
  • pokarmić kaczki, łabędzie i inny drób (to był dla mnie największy szok, że te zwierzęta chodzą swobodnie między ludźmi i w ogóle się nie boją! łouł, ja chcę takie w Krakowie!)
  • pochlapać się w fontannie księżnej Diany (dorośli co prawda trochę się wstydzą i tylko dzieci się chlapią, ale ja jestem takim dużym dzieckiem, to też tam wbiłem)

Serio, w Hyde Parku zupełnie nie czuć tego smutnego, szarego Londynu. Tam jest miło radośnie i przyjemnie. Polecam najbardziej ze wszystkich atrakcji!

 

Z kamerą wśród zwierząt

Sorry, ale byłem w takim szoku, że musiałem to wrzucić.

 

Najtańszy chińczyk w centrum Londynu

Po chodzeniu, zwiedzaniu i obcowaniu z dziką przyrodą wybitnie zgłodnieliśmy (zwłaszcza po tym ostatnim). Jako, że ceny w centrum miasta nie są jakieś specjalnie studenckie, szukaliśmy miejsca gdzie jest najtaniej. I znaleźliśmy! Niestety byłem tak zaaferowany, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia z zewnątrz, ani zapisać nazwy ulicy, ale było to gdzieś w rejonach stacji Tottenham Court Road. Zastanawiacie się pewnie co wywołało we mnie takie emocje?

Trafiliśmy na knajpę z chińskim żarciem, gdzie płacisz 5,50 funta i możesz zjeść tyle ile jesteś w stanie! Extra, co? Też tak pomyślałem, zanim nie zacząłem jeść… Głównym mięsem oczywiście był kurczak. Kurczak w curry, skrzydełka kurczaka i kurczak z czymś tam. Oprócz tego była wieprzowina i jakieś coś, czego nie byłem w stanie zidentyfikować, a opis na etykietce też nie pomógł. Ogólnie byłoby spoko, gdyby nie fakt, że wszystko było CHOLERNIE OSTRE! Było doprawione jak sam… wiecie, kto.

Gdyby fakt, że wszystko było „delikatne jak owca Szewczyka Dratewki” nie wystarczał, to mięso było pochowane. Tak, tak pochowane. Każdy kawałeczek mięsa był skrzętnie ukryty w ogromie warzyw (najczęściej cebuli). Także dogrzebanie się do tego kurczaka, też było nie lada wyczynem. Reasumując, jeśli na co dzień nie dodajecie do każdej możliwej potrawy pieprzu i chilli, to nie polecam.

Zapomniałbym zupełnie, była również zupa, która wygląda, tak jak za zdjęciu poniżej – woda z 4 pieczarkami i 6 kawałkami cebuli.

Po tak palącym posiłku, poszliśmy do monopolowego naprzeciwko, żeby jakimś cudem ugasić to nieziemskie pragnienia. I co zrobiłem? Kupiłem napój imbirowy… Głupota w najczystszej postaci. Po wypiciu tego myślałem, że wyzionę płuca. Również nie polecam.

 

M&M’s World

Byliście kiedyś w największym na świecie sklepie ze słodyczami? Nie? A, ja tak! Hahaha (ach ta duma)! M&M’s World, to 3-poziomowy sklep z czekoladkami, który summa summarum zajmuje 35000 metrów kwadratowych. Jeśli nie macie wyobraźni przestrzennej, to powiem wam, że to dużo.

Oprócz cukierków we wszystkich kolorach świata, możecie w nim kupić tysiące gadżetów związanych z M&M’sami. Od maskotek, przez naczynia, na piłeczkach golfowych kończąc. Świetny sklep, kupa atrakcji i frajdy, jednak nie polecam odchudzającym się laskom. Na pewno wyjdziecie z trzema siatami pełnymi czekoladek i przytyjecie z 5 kilo. Mogę się założyć.

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Pamiętaj: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi dobrych ludzi![/box]

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Londyn część I – kurczakburgery, wystawy sklepowe i uliczni animatorzy kultury

Skip to entry content

Jak wiecie (choćby z ostatniego Śniadania Mistrzów i High Five) w sierpniu miałem okazję spędzić 3 tygodnie w Londynie wraz z moim dobrym kumplem Wiktorem (wschodzącą gwiazdą projektowania ubioru). Przylecieliśmy na zaproszenie Królowej Elżbiety, niestety z niewyjaśnionych powodów (Elka słabo mówi po polsku i nie mogliśmy się dogadać) okazało się, że nie ma wolnych miejsc w Pałacu Buckingham i musi spać gdzie indziej. Coż… za daleko było do domu, żeby wrócić, więc musieliśmy się zadowolić 4-gwiazdkowym hotelem przy Oxford Circus. Jak pech, to pech, ale staraliśmy się nie narzekać.

 

Kurczakburgery, czyli szama na mieście tańsza niż w Polsce

Jak już ogarnęliśmy lokum, dopadł nas mały i duży głód i trzeba było jakoś z nimi walczyć. Nie przebieraliśmy w środkach, tylko weszliśmy do pierwszej lepszej budy, w której sprzedają kurczakburgery. Bud takich jest od groma, jednak wszystkie wyglądają tak samo – jak tanie podróbki KFC – i w każdej pracują hindusi. W każdej również są mega promocje, turbo zestawy, wyjątkowe okazje i specjalne oferty.

Najczęściej jest to zestaw „2 kurczakburgery i 2 porcje frytek za 2 funty” – tanio jak cholera nawet przeliczając na złotówki. Jednak cena idzie pod ramię z jakością. Również jest niska. Bardzo. Nie wiem z czego było to mięso, ale na pewno nie z kurczaka. Może z gołębia, może ze szczura, może z krowich wymion. Wolę nie widzieć. Frytki w każdym razie, możliwe że były z ziemniaków, bo i wyglądały i smakowały podobnie.

Jak już udało nam się nie porzygać, to poszliśmy się przejść do…

 

Centrum miasta

…a w nim nie dało się nie zwrócić uwagi na…

 

Witryny sklepowe

Wyglądają one „troszkę” inaczej niż w Polsce. Niektóre są naprawdę oszałamiające i można je traktować jako dzieła sztuki. Dotyczy to głównie witryn sklepów odzieżowych. Te bardziej „glamour” i z wyższej półki mają wyjątkowo przemyślane i dopracowane witryny. Aczkolwiek o takiej Pumie również w żadnym wypadku nie można złego słowa powiedzieć. Ich interaktywna witryna z żywymi modelami rozłożyła mnie na łopatki. Dobra, muzyka, dobra zabawa – tak się sprzedaje buty!

Jeśli któraś witryna sklepowa wybitnie przypadła ci do gustu, to..

 

Uliczni animatorzy kultury

Szwendając się po głównych ulicach Londynu można ich spotkać dużo, dużo więcej niż w Krakowie. To nie są żebracy, obiboki czy uliczne sępy. To prawdziwi animatorzy kultury, tyle, że uliczni. Tańczą, robią akrobacje, odgrywają sceny z filmów, śpiewają i przede wszystkim angażują publiczność. Wciągają ludzi ludzi do zabawy! Na deptaku pod London Eye można przesiedzieć cały dzień patrząc na ich występy. I to za friko. Polecam!

Ps.: Sorry, że z tej (muszę przyznać z żalem) najciekawszej części tak mało zdjęć, ale skończyło mi się miejsce na karcie, a potem padł mi telefon…

Lekcja trollowania #1 – Jak stać się celebrytą w 24 godziny?

Skip to entry content

Ostatnio sporo mówi się o trollowaniu. Faktycznie, jesteśmy w tym coraz lepsi. Nawet sporo moich znajomych próbuje sił w tej pięknej sztuce siania zamętu (pozdro Milena!), ale do prawdziwych trolli z USA jeszcze duuużo nam brakuje. Ostatnio trafiłem na 2 prawdziwe perełki, które wytłumaczą wam jak to się robi.

 

Po pierwsze: dobierz dobrze grupę docelową

Jeśli chcesz przeprowadzić dobry, spektakularny trolling odwoływanie się do wyższych idei nie ma najmniejszego sensu. Gdybyś postanowił pomęczyć trochę zwolenników Platformy Obywatelskiej, udowadniając im, że dziadek Tuska był jednak w Wermachcie, poniesiesz fiasko. Po pierwsze, po ostatnich wyborach PO lubi już tylko15 osób, z czego 5 jest niedowidzących, a 6 głuchoniemych, więc będzie trudno do nich dotrzeć. Po drugie to nie elektorat PiSu – po dwóch komentarzach dadzą za wygraną i wrócą do przerwanej pracy w call center Netii.

 

Po drugie: bazuj na najprostszych instynktach!

Jeśli chcesz porządnie strollować pokaźną grupę osób, wybierz coś prostego. Coś co wprawi w szał zarówno kobiety, mężczyzn, jak i Michalinę z Top Model. Dziś pokaże ci jak zakpić ze słodziutkich laseczek i sfrustrowanych gości bazując na jednym z podstawowych instynktów. Mowa tu o pożądaniu sławy. O wewnętrznej, palącej potrzebie bycia w świetle jupiterów i szumie fleszy. Dzisiejszy wpis to swoiste „know how” jak w ciągu doby zostać Natalią Siwiec bez powiększania cycków i botoksu.

 

Po trzecie: jeśli możesz, zaangażuj przyjaciół

Przytoczę starą weterynaryjną prawdę – w kupie siła! Jeśli nie studiujesz medycyny (a skoro masz czas, żeby to czytać, to założę się o małe piwko, że nie), to z pewnością miałeś na studiach zarządzanie i wiesz co to synergia. Co? Nie wiesz, bo tylko no-life’y i brzydkie laski chodzą na wykłady i ten temat wyjątkowo cię ominął? Okej już tłumaczę.

Synergia – współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.

Oznacza to w skrócie tyle, że 2+2 nie równa się 4, tylko 5 albo więcej. Jeśli więc chcesz by twój trolling objął nie tylko potencjalne ofiary, ale także całą ich rodzinę do trzech pokoleń wstecz, zaangażuj przyjaciół.

Okej, wiesz już wystarczająco, bym mógł cię zaprosić na…

 

Pierwszą lekcję trollingu!

I co? Udało się! Jakieś przemyślenia, refleksje? Myślisz, że ta sama akcja odniosła by skutek w Polsce? Na przykład w Krakowie na Floriańskiej, albo w Warszawie na Chmielnej? Myślisz, że Polacy są bardziej trollo-odporni, czy zwyczajnie, to tylko ci głupi Amerykanie są tak strasznie głupi?