Close
Close

Śniadanie Mistrzów #17 – Kurczak Teriyaki

Skip to entry content

W zeszła sobotę dowiedzieliście się, że przez miesiąc będę testował sandwicze z Subwaya, a pod koniec współpracy również wam się coś trafi. Tydzień temu na warsztat poszła obfita w wędliny kanpka „Subway Melt”, która wypadła całkiem nieźle w naszych testach. Dziś w tej samej ekipie (Andrzej/Maciek/Dzika/ja) sprawdzaliśmy jak poradzi sobie z głodem…

 

Kurczak Teriyaki

Buła ta (co mam nadzieję, po części widać) składa się z:

  • bagietki z parmezanem i oregano (moja ulubiona)
  • kurczaka w sosie teriyaki
  • sałaty
  • pomidorów
  • ogórków konserwowych
  • cebuli
  • i majonezu (jakoś ten majonez do wszystkiego mi pasuje)

W 10 punktowej skali ocen, bezwzględna loża szyderców (Andrzej/Maciek/Dzika/Grzeczny Chłopiec) przyznała takie oto noty:

Smak – 8,25 (7/9/8/9)

Lekkość bytu – 8,25 (9/9/7/8)

Ukryta moc – 8 (8/7/9/8)

Co daje ocenę ogólną: 8,17.

Lepiej niż poprzednio, ale do 9,5 wciąż sporo brakuje. „Kurczak Teriyaki” w porównania do „Subway Melt” jest bardziej sycący choć równie smaczny. Również daje trochę większego kopa i człowiek czuje się najedzony trochę dłużej, ale ma to przełożenie na nieco mniejsze poczucie lekkości.

W przyszłą sobotę będziemy testować „Klopsiki”. Przyznam szczerze, że w życiu nie jadłem tej kanapki i nie wiem czego się spodziewać. Ktoś z was już tego próbował?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Kocham jeść! Nic odkrywczego, wiem. Każdy facet to lubi i co trzecia kobieta (pozostałe, to wyznawczyni bulimii, anoreksji, bądź innej dietki). Wynajduję w tej chwili po raz setny koło, ale jedzenie obok współżycia (małżeńskiego oczywiście) i snu, to najprzyjemniejsza rzecz na świecie! Nie bez powodu powstał kult wokół transcendentnej filozofii życia, zwanej potocznie „3xS”. Szamanie, seks, spanie (w tej kolejności).

Żeby była jasność, nie szczytuję, gdy jem jakiegoś mielonego z zimniorami i popijam Polo Cocktą. Ale, gdy idę na obiad do Hotelu Francuskiego, na burgera do Love Krove lub makaron do Corleone, to jest już niebo w gębie. Trzęsawka, ślinotok i haj. Mocny haj. Bo w podniecaniu się jedzeniem, chodzi o smak. To jasne jak skóra Michaela Jacksona. Ale chodzi też o to, jak to jedzenie wygląda. Jak jest podane, z jakimi dodatkami, jak komponuje się na talerzu. Jak wiecie totalnie nie jaram się autami, ale podejrzewam, że z nimi jest podobnie. Furą może się rewelacyjnie jeździć w kwestiach technicznych (na którym się nie znam), ale jeśli wygląda jak obita cysterna po liftingu, to podjarka z użytkowania będzie z trzy razy mniejsza.

 

Podniecanie na ekranie

Podjarka z oglądania MasterChefa jest maksymalna. Znaczy się, wiadomo, że beka z tego pseudo-Francuza, który udaje, że nigdy nie nauczył się polskiej gramatyki. Beka z formy programu, sztucznego turbo-patosu, wydumanej powagi i quasi gry aktorskiej jurorów. I również beka z „wielkich” emocji zawodników, którzy płaczą, bo mogli dotknąć Magdy G (dobrze, że nikt jej nie złapał za policzek, bo mógłby odpaść).

Jednak jest to beka okazjonalna, która nie jest w stanie przyćmić jedzenia. Pięknego, rewelacyjnie podanego, mieniącego się bajecznymi kolorami jedzenia. Na obraz Chrystusa z Borji, to wygląda niesamowicie! Jak ja bym chciał się zamienić z tymi jurorami chociaż na jeden dzień zdjęciowy. Pali licho, nawet mógłbym być takim cieciem, który zabiera talerze z planu – zawsze bym sobie coś podjadł, niosąc je na zmywak. Przytyłbym jak cholera, to pewne. I co z tego? Dla taki frykasów warto! Warto jak nic! Drodzy panowie producenci, apeluję do was – jeśli będziecie kręcić drugą edycję, to weźcie mnie na plan, co? Zrobię wam taką promocję na blogu, że serwer padnie. Obiecuję. W kwestii wynagrodzenia dogadamy się, biorę połowę tego co Kominek.

 

Dobra, dobra, ale kto wygra tę pierwszą edycję?

Basia Ritz. Nie pytajcie skąd wiem. Gdybym wam powiedział, musiał bym was zabić. Mogę się założyć, o każdą kasę, ale wiecie, że jestem dobrym człowiekiem, więc nie będę was skubać. Załóżmy się o połówkę Jacka Danielsa, ok? Zakłady przyjmuję w komentarzach poniżej – ja mówię, że wygra Basia, jeśli masz odmiennie zdanie piszesz komentarz – deklarując tym samym, że jeśli przegrasz stawiasz mi 0,5 wcześniej wspomnianej whiskey (mnie zobowiązuje to do tego samego).  Zakład rozstrzygamy po zakończeniu programu. Możesz mi flaszkę wysłać pocztą albo wpaść i wypijemy razem.

To jak, stoi, zakładamy się o to kto wygra MasterChef?

Londyn część III – McLaren, Harrods i galeria sztuki współczesnej

Skip to entry content

Kończymy z tą Anglią co? Wiecie już żeby nie żywić się kurczakburgermi i że Hyde Park to najfajniejsze miejsce w Londynie. Teraz dowiecie się gdzie robią zakupy gwiazdy serialu Gossip Girl, gdy lecą na melanż do Europy i to by było na tyle. Chyba, że chcecie więcej. Chcecie?

 

Salon McLarena

Kompletnie nie znam się na autach. Dla mnie to one wszystkie oprócz koloru, zasadniczo niczym się nie różnią. Serio. No może jeszcze ceną, ale na tym koniec. Dlatego nigdy, ale to nigdy nie mogłem zrozumieć kolesi, którzy dostawali erekcji na widok jakiejś fury. Już nawet jestem w stanie zrozumieć podniecanie się nowym iPhonem, bo na nim przynajmniej można poczytać mojego bloga. Ale na litość boską, pocenie się na widok mechanicznej dorożki? Słabe.

Nie inaczej było, gdy przechodziliśmy obok salonu McLarena. Wiktor prawie dostał palpitacji serca, ja natomiast zwróciłem uwagę na buty dziewczyny idącej na przeciwko (bo trudno mi jak cholera uwierzyć, że ktoś naprawdę się jara tym adidasami na obcasie – bleee, ohyda). Spojrzał na mnie karcącym wzrokiem i usłyszałem „musisz to wrzucić na tego swojego bloga, to jest MAK-LAREN, będziesz miał milion wejść”. No to wrzucam. Nie zawiedźcie mnie z tym milionem!

 

Centrum handlowe Harrods

Jeśli nigdy nie słyszeliście o tej esencji snobizmu, to

Harrods – luksusowy dom towarowy na Brompton Road, w dzielnicy Knightsbridge, w Londynie. Oprócz domu towarowego w skład Harrods Group wchodzą Harrods Bank, Harrods Estates, Harrods Casino, Harrods Aviation i Air Harrods.

Lans, lans i lans. To tak w skrócie. Jest tam niewiarygodnie drogo (jak dla biednego Polaka oczywiście). Możesz tam pooglądać (bo wątpię, żeby było cię stać na kupno) ciuchy z takimi metkami jak:

  • Versace
  • Armani
  • Dolce&Gabbana
  • Hugo Boss
  • Pierre Cardin
  • Yves Saint Laurent
  • Valention

Żeby było śmieszniej, to te ciuchy nie mają cen na etykietach. Czyżby pieniądze nie grały roli? Dla lasek, które mają choć jedną parę Louboutinów z pewnością nie. Abstrakcją było dla mnie również to, że w Harrodsie nie ma zamkniętych salonów poszczególnych marek. Jest tylko jedna wielka otwarta przestrzeń.

Największym zaskoczeniem były jednak kible. Przepraszam bardzo, toalety. Pomijam, że na ziemi marmur, na klamkach złoto, a na lustrze kryształ. Pomijam, że papier w sraczu miększy, niż po wylaniu zgrzewki Cocolino. To co sprawiło, że poczułem się jak małpa w samolocie, to perfumy. Normalnie przy każdej umywalce stały mega drogie perfumy (Lacosty, Bossa i takich tam studenckich marek), którymi można było się psiknąć, albo wykąpać się w nich, jak ktoś miał ochotę. W takiej Galerii Krakowskiej postałyby góra 15 minut, zanim by ktoś ich nie zwinął, a tu taki Londyn i proszę – stoją i stoją. Niebywałe.

w Harrodsie święta trwają cały rok

Jak to dorosłym facetom, najbardziej przypadł nam do gustu dział z zabawkami.
Ps. Dementuję plotki, Nimbus 3000 nie jest gejowski.

Łouł, co?

Przeszedłem na ciemną stronę mocy. Od jutra tylko spoilerki i banerki.

Oł maj gad, prawdziwy pełnowymiarowy Buzz Astral!

Salon mody dla piesków. Jak słodko… bleee!

 

Galeria sztuki współczesnej

Na tę galerię trafiliśmy zupełnie przypadkowo, wychodząc z Muzeum Narodowego, w którym było na maksa nudno. Jeśli widziałeś Luwr, to nie ma najmniejszego sensu tam zaglądać – nic nowego tam nie zobaczysz. Natomiast owa galeria sztuki współczesnej – no to to jest coś! Cała poświęcona była jednemu artyście. Będę strasznym ignorantem, ale nazwę go brytyjskim Andym Warholem. Świetne prace – masę nawiązań do popkultury i Wielkiej Brytanii, zero patosu. Parę minut dłużej w środku i zacząłbym udawać znawcę sztuki.

Oprócz Beatlesów-bandytów, najbardziej rozśmieszył mnie Super-Barack i para królewska z boomboxem. A Ty, przy czym popuściłeś w spodnie?