Close
Close

Tym razem pod nóż poszła dość kontrowersyjna kanapka. Klopsiki, bo o nich mowa, wzbudzają tyle emocji, co Gimnazjum Salezjańskie w Lubinie. Amerykanie kochają tego sandwicza, Polacy podchodzą do niego jak pies do jeża. Czy słusznie?

Klopsiki

Piękna kanapeczka, którą widzicie u góry składa się z:

  • jasnej bagietki
  • klopsików
  • ogórka kiszonego
  • oliwek
  • sosu ziołowego
  • i parmezanu

W 10 punktowej skali ocen, bezwzględna loża szyderców (Andrzej/Maciek/Dzika/Grzeczny Chłopiec) przyznała takie oto noty:

Smak – 9.5 (10/10/9/9)

Lekkość bytu – 8,5 (9/9/8/8)

Ukryta moc – 10 (10/10/10/10)

Co daje ocenę ogólną: 9,33.

Jest to  najlepiej do tej pory oceniona przez nas kanapka. Nie mam pojęcia czemu ludzie się jej boją i krążą opinie, że sandwicz z klopsikami to coś dziwnego. To połączenie – klopsy + ogórek + oliwki + parmezan wypada naprawdę znakomicie. Fakt, nie jest to najbardziej lekkostrawna kanapka z Subwaya, ale też nie jakiś beton, a kopa daje na długo. Człowiek czuje się najedzony przez dobre 4 godziny. Jedyny mankament, to to, że klopsiki mogłyby być poprzecinane na pół, bo tak to trochę wędrują po bułce i latają w tę i z powrotem. Summa summarum, jestem pozytywnie zaskoczony.

A za tydzień przetestujemy coś ekstra, co domyślam się, że jadło niewielu z was.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

5 rad przydatnych podczas szukania mieszkania

Skip to entry content

Potrzebujesz rad przydatnych w trakcie szukania mieszkania?

Koniec września – gorący okres. Połowie studentów nagle przypomina się, że w tym Krakowie, to trzeba jednak gdzieś mieszkać i na gwałt szukają czegoś. Czegoś co ma 6 ścian, jest tam ciepło i chce się tam wracać nie tylko na kacu. Jak to znaleźć? Służę radą.

 

Po pierwsze: liczy się tylko Gumtree

Nie ma sensu żebyś przeglądał ogłoszenia na przystankach, budkach z kebabem i klatkach bloków. Są albo nieaktualne od 1410 albo dotyczą stancji – mieszkania z właścicielem. Dają je głównie bezzębne staruszki. Fakt, są miłe i pół-głuche (dzięki czemu nie będą słyszeć orgazmów twojej partnerki), ale zbyt często czuć od nich pleśnią i próchnicą. Poza tym mają abstrakcyjne wymagania, typu wracanie przed 22:00 i zero gości (każdorazowe przemycanie dziewczyny, to męcząca sprawa). To samo tyczy się takich portali jak Współlokator. Jeśli chcesz aktualnych w miarę sensownych ogłoszeń, to tylko Gumtree, całą resztę możesz sobie odpuścić ze spokojnym sumieniem.

 

Po drugie: agencja to o jeden czynsz za dużo

Nawet jeśli twoim starym jest Solorz, po dobrym posiłku podcierasz się stuzłotówką i nie wyobrażasz sobie wyjść na miasto dwa razy w tych samych butach, to odpuść sobie korzystanie z usług agencji nieruchomości. Wynajmując mieszkanie przez pośrednika polecisz na starcie trzy czynsze – za pierwszy miesiąc, kaucja i prowizja. W zależności od wielkości/standardu mieszkania i tego czy bierzesz je sam, czy z kumplami, na starcie będziesz musiał wypluć od 1500 do 6000 złotych. Dużo, co? No właśnie, a w Krakowie jest tyle klubów, w których można by przemelanżować tę flotę.

 

Po trzecie: kamienica to nie blok

Jeśli jesteś świeżakiem i tyle co wyleciałeś spod spódnicy matki, to strzeż się kamienic! Ja jako niekwestionowany samiec alfa, od razu po przyjeździe do Krakowa wynająłem pokój przy Galerii Krakowskiej (w kamienicy rzecz jasna). W końcu gdzie miałem mieszkać, jak nie w centrum, co? Tak mi przemroziło tyłek, że po tej przygodzie na trzy lata przeniosłem się do akademika.

Kamienice kuszą, bo za mieszkanie przy rynku (w sensie za czynsz) zapłacisz tyle samo, co za dwa razy mniejsze na Olszy, ale jest DUŻE „ale”. Najczęściej mieszkania w kamienicach ogrzewane są elektrycznymi piecami kaflowymi. Ciągnie to prądu tyle co fabryka mleka, a jest cholernie nieefektywne. Możesz grzać dzień i noc, a i tak nie ma szans, żebyś chodził po mieszkaniu bez kurtki i kalesonów. No i w okolicach marca dostaniesz spóźniony prezent gwiazdkowy – wyrównanie rachunku za prąd. Jeśli w tym czasie nie załapałeś jakiejś lepszej roboty, to będziesz w wielkiej, czarnej… wiesz czym.

 

Po czwarte: Bieżanów to nie śródmieście

To też się tyczy nowych w Krakowie. Uważaj na ogłoszenia typu „Zielony Bieżanów”, „Cichy Ruczaj”, „Spokojne Czyżyny”, czy „Mieszkanie w centrum (Huty)”. Właściciele będą wkręcać, że te dzielnice są świetnie skomunikowane, jeździ nocny, a w ogóle to rzut beretem do rynku i co najważniejsze – na osiedlu jest monopolowy. Wiem, że może ci się to nie mieścić w głowie, ale w Krakowie na każdym osiedlu jest monopolowy, a z każdej z tych dzielnic pod Bagatelę będziesz jechał pół godziny. Jeśli oczywiście poruszasz się MPK przed 8 i po 20. W każdym innym wypadku podróż zajmie ci dwa razy tyle. Reasumując, jeśli Kościoła Mariackiego nie chcesz oglądać tylko na pocztówkach, to wystrzegaj się lokalizacji, które autobusy mają na rozkładach jako końcowe stacje.

 

Po piąte: współlokatorzy też są ważni

Załóżmy, że znalazłeś samodzielny pokój w mieszkaniu z ogrzewaniem miejskim na Floriańskiej. Właściciel umrze w przyszłym tygodniu, więc nie brał od ciebie kaucji, a wynajem kosztuje cię 5 stówek za miesiąc już z mediami. W pokoju masz tyle miejsca, że możesz jeździć na desce i grać w piłkę nożną jednocześnie i w ogóle żyć nie umierać. Jest tylko jeden malutki, malusieńki problem – współlokatorzy.

Jeśli masz mega mieszkanie, tyle, że z bandą brudnych przygłupów, to nie warto. Serio. Brudne talerze, z resztkami jedzenia i muchami krążącymi wokół nich w całej kuchni, doprowadzą cię do szału. Nieustanne jabol-punkowe imprezy, podczas których stracisz 6 pendrive’ów i cała kolekcję czystych skarpet sprawią, że znienawidzisz melanż. Tępe blachary, kwieciście opisujące swoje przygody oralne z obcokrajowcami w cieniowym kiblu, obrzydzą ci relacje damsko-męskie. Wyjdzie na to, że (nie daj Boże) więcej czasu spędzasz na uczelni, niż we własnym mieszkaniu, bo najzwyczajniej w świecie nienawidzisz tam przebywać i od dawna myślisz o wyprowadzce.

Jeśli o czymś zapomniałem, chcesz coś dodać, to nie krępuj się – komentarze stoją przed tobą otworem. Niech potomni mają coś po nas i nie popełniają błędów, które my zrobiliśmy.

 

Mogą?

Oczywiście, że nie – żywią się ludzkim mięsem, więc wszystkich by nas wymordowały – ale ta teza, a w zasadzie zapytanie przypomniały mi pewien głupkowaty film. To chyba był „Świt żywych trupów” lub coś równie lotnego. Grupa rozbitków w zdewastowanym mieście, przez półtorej godziny niemiłosiernie tłukła te zombiaki. Chłopaki jak i dziewczyny, odstrzeliwali im głowy, ręce, nogi, odcinali dłonie, patroszyli i rozjeżdżali autami.

Krew, flaki i genitalia na ekranie przez cały film. Wszystko to po to, by w chwili kiedy mieli odpalić termo-jądrowo-nuklearno-fotonowo-atmową bombę (która rozniosłaby pół planety), stwierdzić, że  „oni też chcą żyć, tak jak my, tylko szukają swojego miejsca na ziemi”. Jakie to urocze, odkrywcze i piękne. Takie trans-gatunkowo miłosierdzie. A wydawać by się mogło, ze horrory o zombie, to rozrywka najgorszego gatunku. Aż mi się odbiło kotletem z zeszłej środy, gdy o myślę o tej egzystencjalnej puencie.

 

A może jednak?

Paru wariatów (w pozytywnym znaczeniu tego słowa oczywiście), postanowiło jednak zadrwić z mieszkańców Nowego Jorku i mimo widma porażki, spróbować jak by to było. Jakby to było gdyby zombie żyły wśród nas. Gdyby bezmózgie strzępki mięśni nie tylko potykały się o bezdomnych i jadły porzucone noworodki. Gdyby również chodziły do pracy – były policjantami, lekarzami, strażakami – chodziły na randki, studiowały i egzystowały w tym samym systemie co ludzie. Jakby to mogło wyglądąć? Właśnie tak…

Świetny pomysł, świetna, akcja, świetne wykonanie. Można mówić wiele złego na temat amerykanów – że są głupi, grubi i nie wiedzą, że Turcja to kraj, a nie ptak – ale jednak mają kozackie pomysły i na tyle jaj, żeby je wykonać. Cały czas czekam, aż kogoś w Krakowie poniesie fantazja i zrobi coś równie epickiego. Wiem, że u nas jest „Zombie Walk”, za co brawa dla organizatorów, ale może by tak kiedyś pójść jako zombie na uczelnię albo do pracy? Hmm, co wy na to?