Close
Close

Fly Food #10 – Restauracja „Bordo” na Gołębiej

Skip to entry content

Wstyd się przyznać, ale ostatnia odsłona „Fly Food” była w maju – 5 miesięcy temu! Na szczęście nie byliście specjalnie poszkodowani, bo wpisów związanych z jedzeniem na blogu nie brakuje. I tak, wiem, że wszyscy czekacie na wyniki konkursu z Subwayem. Dostałem kilkanaście maili z pytaniem „kiedy wyniki? wygrałam kanapki? oddawaj moje kanapki!”, więc może napiszę jasno tutaj: wyniki konkursu na najlepszą miejscówkę na piknik w poniedziałek. Dla ścisłości – popołudniu (czyli po dwunastej, gdyby ktoś nie wiedział kiedy jest południe).

Przechodząc do meritum…

 

Restauracja „Bordo” na Gołębiej

Knajpa znajduje się na Gołębiej 3, czyli plus minus, dokładnie na przeciwko „Koko”. Czemu ktoś miałby iść do niej, skoro na przeciwko ma znane i lubiane (jeśli nie najpopularniejsze) tanie żarcie przy rynku?

  1. W „Bordo” zestaw, czyli zupa + drugie dnie, kosztuje tyle co cały obiad w „Koko” – 14 zł. Porcje są podobnej wielkości i codziennie jest przynajmniej 6 zup i drugich dań do wyboru – ma to sens. Przy czym, w „Bordo” znajdziemy parę specjałów, których nie uświadczysz w „Koko”, więc jeśli znudziła ci się już łopatka w serze, to warto spróbować czegoś innego.
  2. Mają tam fajną loggię – przeszklone pomieszczenie, w którym możesz się trochę poczuć jak w ogródku. Całkiem spoko sprawa.
  3. W „Bordo” podchodzi do Ciebie kelnerka i zawsze jest miejsce. Tak, tak – nie musisz się bić o wolne krzesło przy stole, a potem stać w gigantycznej kolejce żeby zamówić. Możesz normalnie usiąść i zamówić jak człowiek. Jak człowiek? Co ja mówię – jak panisko! Co prawda niektóre kelnerki mogłyby się pomalować przed wyjściem z domu, ale nie jest źle.

A jak z samą szamą?

 

Zupa – żurek z jajkiem i kiełbasą

Zupka całkiem przyjemna. Nie poparzyłem nią sobie języka, ale nie mogę też powiedzieć żeby była zimna – ot, troszkę letnia. Jajko na tyle duże, że może być z wolnego wybiegu, a kiełbasa chyba nawet nie z psa. 4+ jak dla mnie.

 

Drugie danie – schab w sosie brzoskwiniowo-wiśniowym z frytkami i zestawem surówek

Uwielbiam hasło „zestaw surówek” w lokalach. Jest tak pojemnym i de facto nic nie znaczącym pojęciem, że możesz tam zmieścić wszystko. Od po prostu startej marchewki, przez seler z jabłkiem i rodzynkami, po coleslawa. Tutaj, jak widać, również jest to miks miksów. Przyzwoity.

Frytki natomiast zasługują na kilka gorzkich słów. Tłuste, twarde, przesmażone. Bleee. Ohyda. Biorąc pod uwagę, że lokal ma w nazwie „restauracja” a nie „bar”, to nie wiem jak można podać coś takiego. Jak już będziecie tam jeść, dla bezpieczeństwa weźcie ziemniak. Je trudno spieprzyć.

Główny punkt programu, czyli schabik, bardzo w porząsiu. Dosmażony, ale nie spalony – mięciutki. No i sosik. Nie jestem fanem łączenia słonych dań ze słodkimi, ale faktycznie, tutaj te wiśnie i brzoskwinie pasują jak ulał. Nie dominują mięsa, ładnie dopełniają. Smakowało mi bardzo, bardzo. Gdyby tylko nie te frytki…

Podsumowując:

Cena/ilość: 8/10
Jakość: 6/10
Ogółem: 7/10
Gdzie jest Restauracja „Bordo”?


Wyświetl większą mapę
I na tym chyba zakończymy nasz cykl „Fly Food”. Skończyły się tanie knajpy, trzeba będzie przejść na drogie. Mam cały czas zniżkową kartę od FoodieCard, także nie powinienem zbankrutować już po 3 wyjściach. No chyba, że znacie jeszcze jakieś warte polecenia, niedrogie miejscówki przy rynku?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Część III: impreza w akademiku

Skip to entry content

Oto trzecia i ostatnia część poradnika dla świeżaków jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Po części pierwszej, w której mówiłem Ci jak gospodarować pieniędzmi i czasem oraz drugiej, gdzie tłumaczyłem jak przetrwać na uczelni, przyszła pora na…

Akademik – fakty i mity

Oglądaliście o tym film. Słyszeliście od znajomych legendy o epickich melanżach w domach studenckich. Marzyliście od gimnazjum, żeby wziąć udział w jednym z nich.

Na wstępie zapomnijcie o scenach z filmów. To co widzieliście w „Wiecznym studencie”, „American Pie”, „Project X” czy choćby „Social Network” to fikcja. W dodatku amerykańska. W Polsce nie ma bractw, które mają swoje 3-poziomowe wille. W zasadzie, to nie ma żadnych bractw. Pokoje w akademikach to nie przestronne kawalerki z łazienką i pełną kuchnią, tylko klitki. Są tak małe, że gdy wszyscy lokatorzy wstaną w tym samym momencie, to przynajmniej dla jednego z nich kończy się to wstrząsem mózgu.

Jeśli natomiast chodzi o historie, które krążą wokół Miasteczka Studenckiego AGH, to 95% z nich jest prawdziwa. Te 5%, to niezweryfikowana przez naocznych świadków legenda, o tym, że kiedyś na juwenaliach, ktoś wprowadził do akademika konia. Koń wszedł, ale gorzej już było z zejściem, bo według przekazu ustnego, konie boją się schodzić po schodach i z budynku musiała wyciągnąć go straż pożarna. Brzmi równie absurdalnie jak cała historia, ale nie wiem czy to ściema. Stadniny nigdy nie miałem, jednak nauczony doświadczeniem 3 lat mieszkania w przeróżnych domach studenckich, wiem to możliwe.

Ten filmik właśnie w ramach, że „wszystko się może darzyć, gdy głowa pełna marzeń”. Teraz teraz trochę o tym, co robić, żeby nie stracić filmu, jedynek, ani dziewictwa już na pierwszej imprezie.

 

Melanż w akademiku – impreza podwyższonego ryzyka?

 

Akademik to nie pokaz mody.

Jeśli idziesz na melanż do akademika, to nie zakładaj polówki z typem na koniu, sweterka z krokodylem i jeansów z flagą polski. Będziesz płakał głośniej niż syrena alarmu przeciwpożarowego, gdy ktoś wyleje na ciebie piwo lub (co bardziej prawdopodobne) obrzyga Ci spodnie. To po pierwsze. Po drugie, bardzo zirytujesz swoim nachalnym snobizmem mieszkańców domu studenckiego, w którym będzie odbywać się impreza. Chłopaki z akademika cały rok bujają się w nieśmiertelnych kubotach, podkoszulku i spodenkach Speedo (lub innej bazarowej firmy) i nie trawią bananowych lanserów. Głównie dlatego, że nie stać ich na ciuchy, które masz na sobie, ale to już inna kwestia. Kwestia, której nie chciałbyś z nimi omawiać.

 

Nie pij z mieszkańcami.

Kolesie z akademików piją często. Bardzo często. Wiem, że wśród znajomych świrowałeś nieugiętego imprezowicza, ale z chłopakami z akademików nie masz szans. Pierwsze 2 miesiące imprez oddaj walkowerem. Choćbyś co drugą kolejkę wylewał za kołnierz, to polegniesz. Oczywiście będą Cię podpuszczać i wjeżdżać na ambicję, żebyś pił równo z nimi – nie daj się sprowokować. Sam wielokrotnie byłem świadkiem takich potyczek, kiedy to naiwne koty chciały stawać w szranki z kolesiami z magisterki. Kończyło się to zazwyczaj na 2 sposoby. Albo po godzinie kończyli pod stołem, albo po 15 minutach olimpijskiego tempa wycofywali się, przepraszając, że w ogóle tam przyszli.

 

Uważaj co pijesz.

Wiem, że alkohol najlepiej smakuje, gdy za niego nie płacisz, ale nie wlewaj w siebie wszystkiego co zostało ci polane za frajer. Jeśli ktoś właśnie przyniósł 2 butelki po oleju słonecznikowym wypełnione niebieskim płynem, to idź się odlać albo przewietrzyć. To błękitne coś, to prawdopodobnie ice’ówka, czyli wódka zrobiona ze spirytusu i miętowych cukierków z Biedronki. Przy czym „wódka” to określenie nadane temu specyfikowi z dużym kredytem zaufania. Najczęściej bazą ice’ówki (tak jak cytrynówki, malinówki, kukułówki i każdej innej ówki) jest spirol z Ukrainy. Spirol który przyjeżdża do Polski w kanistrach po benzynie, bakach aut i innych pojemnikach, którym daleko do znaku jakości Q. Pijąc to w najlepszym przypadku dostaniesz sraczki, w najgorszym wylądujesz na OIOMie. To co, bawimy się?

 

Hamuj się!

Niezależnie o której przyszła Twoja ekipa, przed 23 będziecie pijani w sztok. Będzie ciasno i gwarno, a laska na którą gapiłeś się ostatnio przez całą mikroekonomię wyciągnie z odbytu kij, który wkłada sobie przed zajęciami. Zacznie ponosić Cię ułańska fantazja. Pomyślisz, że mega brawurową akcją będzie zwyzywanie portierki, która przyszła Was uciszyć. Ktoś zaproponuje, żeby zjechać po schodach na drzwiach od składu, bo do zimy jeszcze tak daleko. Twój funfel odbezpieczy gaśnicę, myśląc, że wyleci z niej piana i zacznie nakręcać panny na miss mokrego podkoszulka. Na koniec stwierdzisz, że nic tak nie imponuje dziewczynom, jak odlanie się przez okno z 9-go piętra, stojąc na zewnętrznym parapecie. Nie rób tego! Nie pytaj czemu, nie chce mi się tłumaczyć. Podziękujesz mi następnego dnia.

Na tym kończymy trylogię poświęconą temu „jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć”. No chyba, że chcecie więcej? Jak mnie ładnie poprosicie w komentarzach, to dorzucę jeszcze jakiś bonus, który uratuje Wam skórę.

Dostałem, się, dostałem się, dostałem się i jadę!

Jezusmiaria, będę na Blog Forum Gdańsk 2012! Podejrzewam, że możesz nie wiedzieć, co to jest, z czym to się je i czemu warto się cieszyć z uczestnictwa w tej imprezie. BFG to najważniejsza w Polsce konferencja poświęcona blogowaniu i wszystkiemu co się z tym wiąże. Mówiąc „wszystkiemu” mam faktycznie na myśli „wszystkiemu” – od samego pisania, przez kwestie promocyjno-marketingowo0-reklamowe, po techniczne aspekty działania bloga, którymi nie będę Cię zanudzał. Są tam tam najlepsi z najlepszych – Kominek, Lekko Stronniczy, Mediafun, Matura to bzdura – więc nic dziwnego, że i mnie zaproszono.

 

A to wszystko dzięki Wam!

Tyle co tydzień temu jechałem z wazeliną, a tu znowu… Co zrobić, gdy to prawda? Gdybyście mnie nie czytali, nie wchodzili na bloga, nie komentowali wpisów i nie lajkowali fanpejdża, nikt by o mnie nie usłyszał. A tak słyszą! I to gdzie, aż w Gdańsku – 600 kilometrów dalej! No właśnie, 600 kilometrów…

 

Pomożesz swojemu ulubionemu blogerowi?

Nie ukrywajmy, to daleko jak jasna cholera (albo nawet dalej). Nasze cudowne PKP jedzie tam 12 godzin. Pół dnia jakby nie liczyć. Pomijając drastyczną stratę czasu, to jazda Polskimi Kolejami to straaaszna mordęga. Po takiej wycieczce wychodzisz z pociągu bardziej zmęczony, niż jakbyś tę trasę przejechał na rowerze. A i tak jest świetnie jeśli po drodze nikt Cię nie okradł. Reasumując – średnio mi się to widzi, dlatego liczę na Twoją pomoc.

Czyta mnie sporo osób (ponad 12 000 miesięcznie) i liczę, że większość, jak nie wszyscy, to dobrzy ludzie. Myślę, że jesteś jednym z nich. Odezwij się na maila lub daj znać w komentarzach, jeśli:

  • jedziesz autem z Krakowa do Gdańska w ten piątek (12 października)
  • znasz kogoś, kto jedzie autem do Gdańska
  • Twój starszy brat jest kierowcą TIRa, co weekend pokonuje tysiące kilometrów i akurat w ten jedzie na trasie KRK – GDN
  • znasz techniki teleportacji i jesteś skłonny mnie ich nauczyć, w zamian za dobrą pizzę
  • znasz jakikolwiek inny sposób, w jaki mógłbym się dostać do Gdańska, nie mając własnego auta, omijając szerokim łukiem PKP i nie wsiadając do samolotu

Szczerze liczę na Ciebie, głęboko wierzę, że jakoś mi pomożesz. Ponad wszystko nie chcę jechać pociągiem, bo a nuż okaże się, że szyny będą złe…