Close
Close

Dostałem, się, dostałem się, dostałem się i jadę!

Jezusmiaria, będę na Blog Forum Gdańsk 2012! Podejrzewam, że możesz nie wiedzieć, co to jest, z czym to się je i czemu warto się cieszyć z uczestnictwa w tej imprezie. BFG to najważniejsza w Polsce konferencja poświęcona blogowaniu i wszystkiemu co się z tym wiąże. Mówiąc „wszystkiemu” mam faktycznie na myśli „wszystkiemu” – od samego pisania, przez kwestie promocyjno-marketingowo0-reklamowe, po techniczne aspekty działania bloga, którymi nie będę Cię zanudzał. Są tam tam najlepsi z najlepszych – Kominek, Lekko Stronniczy, Mediafun, Matura to bzdura – więc nic dziwnego, że i mnie zaproszono.

 

A to wszystko dzięki Wam!

Tyle co tydzień temu jechałem z wazeliną, a tu znowu… Co zrobić, gdy to prawda? Gdybyście mnie nie czytali, nie wchodzili na bloga, nie komentowali wpisów i nie lajkowali fanpejdża, nikt by o mnie nie usłyszał. A tak słyszą! I to gdzie, aż w Gdańsku – 600 kilometrów dalej! No właśnie, 600 kilometrów…

 

Pomożesz swojemu ulubionemu blogerowi?

Nie ukrywajmy, to daleko jak jasna cholera (albo nawet dalej). Nasze cudowne PKP jedzie tam 12 godzin. Pół dnia jakby nie liczyć. Pomijając drastyczną stratę czasu, to jazda Polskimi Kolejami to straaaszna mordęga. Po takiej wycieczce wychodzisz z pociągu bardziej zmęczony, niż jakbyś tę trasę przejechał na rowerze. A i tak jest świetnie jeśli po drodze nikt Cię nie okradł. Reasumując – średnio mi się to widzi, dlatego liczę na Twoją pomoc.

Czyta mnie sporo osób (ponad 12 000 miesięcznie) i liczę, że większość, jak nie wszyscy, to dobrzy ludzie. Myślę, że jesteś jednym z nich. Odezwij się na maila lub daj znać w komentarzach, jeśli:

  • jedziesz autem z Krakowa do Gdańska w ten piątek (12 października)
  • znasz kogoś, kto jedzie autem do Gdańska
  • Twój starszy brat jest kierowcą TIRa, co weekend pokonuje tysiące kilometrów i akurat w ten jedzie na trasie KRK – GDN
  • znasz techniki teleportacji i jesteś skłonny mnie ich nauczyć, w zamian za dobrą pizzę
  • znasz jakikolwiek inny sposób, w jaki mógłbym się dostać do Gdańska, nie mając własnego auta, omijając szerokim łukiem PKP i nie wsiadając do samolotu

Szczerze liczę na Ciebie, głęboko wierzę, że jakoś mi pomożesz. Ponad wszystko nie chcę jechać pociągiem, bo a nuż okaże się, że szyny będą złe…

(niżej jest kolejny tekst)

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Jestem nad morzem, pływam z rekinami | Stay FlyJak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Część III: impreza w akademiku | Stay Fly Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Subwaya (macie jeszcze czas do północy), a dwa, że szukaliście mi transportu do Gdańska, bo jadę na Blog Forum Gdańsk (yeah!). Póki co nie znaleźliście nic sensownego. Kilka osób w mailu próbowało przekazać mi […]

trackback

[…] rekinami Podróże 12 października 2012 22:38 Zwiedliście mnie. Byłem przekonany, że po moim apelu posypią się setki ofert z propozycjami podwózki prywatną limuzyną. No, w najgorszym wypadku […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Pamiętacie dizajnerską knajpę z lekkim electro na Floriańskiej? Tak, tak, chodzi o nieistniejącą już Łódź Kaliską. Offowa muzyka królująca w Łodzi poszła się pobujać po Wiśle wraz z nazwą klubu, ale bajerancki wystrój został. Pod koniec lipca w piwnicy wypełnionej lustrami, otworzył się klub o zaskakującej nazwie „Lustra”. Świetnie, świetnie, ale pewnie zastanawiacie się „po cholerę on o tym pisze?”, ano dlatego, że moi kumple organizują tam…

 

Największe Krakowskie Otrzęsiny

Otrzęsiny – jak sama nazwa wskazuje – to impreza wybitnie studencka, głównie dla pierwszaków choć nie tylko. Dziewczyny z II, III i IV roku też mogą przyjść. Te z ostatniego roku magisterki zdecydowanie odpadają z prostego powodu – z pewnością mają już męża, paprotkę i psa. A jeśli jakimś cudem są jeszcze wolne, to tylko dlatego, że cały wolny czas poświęcają na pisanie pracy, więc też średnio mnie to kręci.

Wracając do samej imprezy, to melanż odbędzie się w przyszły czwartek, czyli 11-go października. Start – 21:00. Finisz – dostosowany indywidualnie w zależności od tego jak mocną masz głowę. Przebieg? Tańce hulanki, alkohole i swawole w klimacie gwiazd filmowych i czerwonego dywanu. Nie bez kozery napisałem, że to „największe krakowskie otrzęsiny”. Obecność na bibce potwierdził Brat Pitt, Rihanna i boska Penelope Cruz. Z tą ostatnią już się ustawiłem na biforek w Merkurym, także sorry chłopaki, ale możecie tylko pomarzyć.

To co, widzimy się w przyszły czwartek na Floriańskiej 15? I pamiętajcie o wieczorowej stylówie!

Ps. Dodając się do wydarzenia na Fejsie możecie wygrać flaszki wódki inne takie (a co do konkursów, to pamiętajcie o Naszym subwayowym).

Śniadanie Mistrzów #19 – Plater klasyczny + konkurs Subway!

Skip to entry content

Dzisiaj ostatni dzień mojej współpracy z Subwayem i obiecywałem, że będę miał dla Was coś ekstra. Nie kłamałem. W ciągu poprzednich 3 tygodni mogliście się dowiedzieć, co ekipa Stay Fly sądzi o kurczaku teriyaki, melcie i klopsikach. Dziś natomiast nie testowaliśmy pojedynczej kanapki. Testowaliśmy coś, co pewnie niewielu z Was kojarzy, ponieważ wciąż jest mało popularne w naszym kraju. Na pierwszym październikowym „Śniadaniu Mistrzów”  pojawił się plater, czyli zestaw 16 mini-sandwiczy.

 

Plater klasyczny: grillowany kurczak, spicy italian, tuńczyk, wegetariańska

Kanapek było 16, jednak tak szybko jak się pojawiły, tak błyskawicznie zniknęły. Chciałem zrobić więcej zdjęć, ale domownicy nie brali jeńców. Z ustaleń naocznych świadków wynika, że największą popularnością cieszył się grillowany kurczak. Lekko pikantny, faktycznie bardzo dobry. Najmniejszym zainteresowaniem cieszył się natomiast sandwicz wegetariański. Wynika to z bardzo prostego powodu, jak sama nazwa wskazuje, nie miał mięsa, a mięso to jednak musi być (sorry vegans)! Nie spodziewałbym się, ale bułka z tuńczykiem też mi smakowała. Ogólnie nie trawię tej ryby w niczym innym oprócz sałatki z jajkiem, a tu proszę bardzo, całkiem smaczna kompozycja.

Tak jak pisałem wcześniej plater, który testowaliśmy był „klasyczny”, oprócz niego w Subwayu jest też wariant:

  • mięsna uczta (italian b.m.t., szynka, subway club, grillowany kurczak)
  • niskokaloryczny (szynka, pierś z indyka, wegetariańska, grillowany kurczak)
  • wegetariański

Ja już sobie ich nie potestuję, ale Wy możecie! Tak, tak, to jest właśnie ta ekstra rzecz, o której Wam tyle mówiłem.

 

Konkurs – wygraj 16 mini-sandwiczy z Subwaya!

Mam do rozdania (a raczej – Wy macie do wygrania) 4 platery, na które mogliście się ponapalać przeglądając zdjęcia z tego wpisu, lub wchodząc tu. Pewnie w pocie czoła zastanawiacie się, cóż to będzie trzeba zrobić żeby wygrać zestaw kanapek o wartości 75zł? Uspokajam – nie musicie wysyłać mi swoich nagich fotek. Wystarczy, że

  1. Polubicie profil Stay Fly na Fejsie.
  2. Polubicie profil Subway Polska na Fejsie.
  3. Wykażecie się kreatywnością odpowiadając w komentarzach na pytanie: gdzie w Krakowie jest najlepsza miejscówka na piknik?

Odpowiedzi należy udzielać w komentarzach pod tym wpisem. Macie czas do końca przyszłej środy (czyli do północy 10 października). Jedna osoba może udzielać odpowiedzi dowolną ilość razy, jednak wygrać plater może tylko raz. Jeśli w komentarzach znajdą się 2 takie same odpowiedzi – wygra ta, która została wcześniej opublikowana. Wygrają 4 najciekawsze propozycje! To tyle kwestii zasad.

Do dzieła, wszystko w Waszych głowach i rękach, a możliwe, że i w Waszych żołądkach!

Ps. Puśćcie wodze fantazji.