Close
Close

Zwiedliście mnie. Byłem przekonany, że po moim apelu posypią się setki ofert z propozycjami podwózki prywatną limuzyną. No, w najgorszym wypadku Toyotą Yaris. A tu nic, tylko opcje ustawki na rower. Przeczesywałem Carpooling i trafiłem nawet gościa, który jechał do Gdańska i mógł mnie wziąć za – uwaga! – 2 złote, ale skubany nie odbierał telefonu. Niech go dunder świśnie. Hultaj jeden. Pisałem nawet do Lekko Stronniczego żeby mnie zabrali, ale Włodek odpisał, że lecą samolotem… Wymiękłem. Stało się najgorsze. Tak – pojechałem PKP (i na tym może skończmy temat, bo nie chcę powiększać wrzodów żołądka).

W chwili gdy to czytasz, jestem już w Gdańsku i jest zimno jak cholera (ale atmosfera aż parzy). Jestem na Blog Forum Gdańsk i pływam sobie z rekinami polskiej blogosfery. Są same grube ryby i parę szproteczek (chodzi o blogerki modowe rzecz jasna). Są tacy znani i lubiani jak:

  • Kuba Jankowski z „Matura to bzdura”
  • Kominek (myślę, że każdy wie z jakiego bloga)
  • Karol Paciorek i Włodek Markowicz z „Lekko Stronniczy”
  • Tomasz Machała z NaTemat.pl
  • Łukasz Jakóbiak z „20m2 Łukasza”
  • Maria Czubaszek z telewizji (nie, to nie nazwa programu)
  • Maciej Budzich z MediaFun.pl
  • Karolina Korwin-Piotrowska (no ją to akurat wszyscy znają, ale nikt nie lubi)
  • i oczywiście ja – Grzeczny Chłopiec ze „Stay Fly”

Podejrzewam, że podniecam się tym bardziej niż Wy (a podniecam się jak cholera). Gdyby się jednak okazało, że Wy też nie możecie spać po nocach z powodu najważniejszej w Polsce konferencji związanej z blogosferą, to poniżej macie livestream z tego wydarzenia. Będę Wam machał ze sceny, także wypatrujcie. I trzymajcie kciuki oczywiście!

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Fly Food #10 – Restauracja „Bordo” na Gołębiej

Skip to entry content

Wstyd się przyznać, ale ostatnia odsłona „Fly Food” była w maju – 5 miesięcy temu! Na szczęście nie byliście specjalnie poszkodowani, bo wpisów związanych z jedzeniem na blogu nie brakuje. I tak, wiem, że wszyscy czekacie na wyniki konkursu z Subwayem. Dostałem kilkanaście maili z pytaniem „kiedy wyniki? wygrałam kanapki? oddawaj moje kanapki!”, więc może napiszę jasno tutaj: wyniki konkursu na najlepszą miejscówkę na piknik w poniedziałek. Dla ścisłości – popołudniu (czyli po dwunastej, gdyby ktoś nie wiedział kiedy jest południe).

Przechodząc do meritum…

 

Restauracja „Bordo” na Gołębiej

Knajpa znajduje się na Gołębiej 3, czyli plus minus, dokładnie na przeciwko „Koko”. Czemu ktoś miałby iść do niej, skoro na przeciwko ma znane i lubiane (jeśli nie najpopularniejsze) tanie żarcie przy rynku?

  1. W „Bordo” zestaw, czyli zupa + drugie dnie, kosztuje tyle co cały obiad w „Koko” – 14 zł. Porcje są podobnej wielkości i codziennie jest przynajmniej 6 zup i drugich dań do wyboru – ma to sens. Przy czym, w „Bordo” znajdziemy parę specjałów, których nie uświadczysz w „Koko”, więc jeśli znudziła ci się już łopatka w serze, to warto spróbować czegoś innego.
  2. Mają tam fajną loggię – przeszklone pomieszczenie, w którym możesz się trochę poczuć jak w ogródku. Całkiem spoko sprawa.
  3. W „Bordo” podchodzi do Ciebie kelnerka i zawsze jest miejsce. Tak, tak – nie musisz się bić o wolne krzesło przy stole, a potem stać w gigantycznej kolejce żeby zamówić. Możesz normalnie usiąść i zamówić jak człowiek. Jak człowiek? Co ja mówię – jak panisko! Co prawda niektóre kelnerki mogłyby się pomalować przed wyjściem z domu, ale nie jest źle.

A jak z samą szamą?

 

Zupa – żurek z jajkiem i kiełbasą

Zupka całkiem przyjemna. Nie poparzyłem nią sobie języka, ale nie mogę też powiedzieć żeby była zimna – ot, troszkę letnia. Jajko na tyle duże, że może być z wolnego wybiegu, a kiełbasa chyba nawet nie z psa. 4+ jak dla mnie.

 

Drugie danie – schab w sosie brzoskwiniowo-wiśniowym z frytkami i zestawem surówek

Uwielbiam hasło „zestaw surówek” w lokalach. Jest tak pojemnym i de facto nic nie znaczącym pojęciem, że możesz tam zmieścić wszystko. Od po prostu startej marchewki, przez seler z jabłkiem i rodzynkami, po coleslawa. Tutaj, jak widać, również jest to miks miksów. Przyzwoity.

Frytki natomiast zasługują na kilka gorzkich słów. Tłuste, twarde, przesmażone. Bleee. Ohyda. Biorąc pod uwagę, że lokal ma w nazwie „restauracja” a nie „bar”, to nie wiem jak można podać coś takiego. Jak już będziecie tam jeść, dla bezpieczeństwa weźcie ziemniak. Je trudno spieprzyć.

Główny punkt programu, czyli schabik, bardzo w porząsiu. Dosmażony, ale nie spalony – mięciutki. No i sosik. Nie jestem fanem łączenia słonych dań ze słodkimi, ale faktycznie, tutaj te wiśnie i brzoskwinie pasują jak ulał. Nie dominują mięsa, ładnie dopełniają. Smakowało mi bardzo, bardzo. Gdyby tylko nie te frytki…

Podsumowując:

Cena/ilość: 8/10
Jakość: 6/10
Ogółem: 7/10
Gdzie jest Restauracja „Bordo”?


Wyświetl większą mapę
I na tym chyba zakończymy nasz cykl „Fly Food”. Skończyły się tanie knajpy, trzeba będzie przejść na drogie. Mam cały czas zniżkową kartę od FoodieCard, także nie powinienem zbankrutować już po 3 wyjściach. No chyba, że znacie jeszcze jakieś warte polecenia, niedrogie miejscówki przy rynku?

Jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Część III: impreza w akademiku

Skip to entry content

Oto trzecia i ostatnia część poradnika dla świeżaków jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Po części pierwszej, w której mówiłem Ci jak gospodarować pieniędzmi i czasem oraz drugiej, gdzie tłumaczyłem jak przetrwać na uczelni, przyszła pora na…

Akademik – fakty i mity

Oglądaliście o tym film. Słyszeliście od znajomych legendy o epickich melanżach w domach studenckich. Marzyliście od gimnazjum, żeby wziąć udział w jednym z nich.

Na wstępie zapomnijcie o scenach z filmów. To co widzieliście w „Wiecznym studencie”, „American Pie”, „Project X” czy choćby „Social Network” to fikcja. W dodatku amerykańska. W Polsce nie ma bractw, które mają swoje 3-poziomowe wille. W zasadzie, to nie ma żadnych bractw. Pokoje w akademikach to nie przestronne kawalerki z łazienką i pełną kuchnią, tylko klitki. Są tak małe, że gdy wszyscy lokatorzy wstaną w tym samym momencie, to przynajmniej dla jednego z nich kończy się to wstrząsem mózgu.

Jeśli natomiast chodzi o historie, które krążą wokół Miasteczka Studenckiego AGH, to 95% z nich jest prawdziwa. Te 5%, to niezweryfikowana przez naocznych świadków legenda, o tym, że kiedyś na juwenaliach, ktoś wprowadził do akademika konia. Koń wszedł, ale gorzej już było z zejściem, bo według przekazu ustnego, konie boją się schodzić po schodach i z budynku musiała wyciągnąć go straż pożarna. Brzmi równie absurdalnie jak cała historia, ale nie wiem czy to ściema. Stadniny nigdy nie miałem, jednak nauczony doświadczeniem 3 lat mieszkania w przeróżnych domach studenckich, wiem to możliwe.

Ten filmik właśnie w ramach, że „wszystko się może darzyć, gdy głowa pełna marzeń”. Teraz teraz trochę o tym, co robić, żeby nie stracić filmu, jedynek, ani dziewictwa już na pierwszej imprezie.

 

Melanż w akademiku – impreza podwyższonego ryzyka?

 

Akademik to nie pokaz mody.

Jeśli idziesz na melanż do akademika, to nie zakładaj polówki z typem na koniu, sweterka z krokodylem i jeansów z flagą polski. Będziesz płakał głośniej niż syrena alarmu przeciwpożarowego, gdy ktoś wyleje na ciebie piwo lub (co bardziej prawdopodobne) obrzyga Ci spodnie. To po pierwsze. Po drugie, bardzo zirytujesz swoim nachalnym snobizmem mieszkańców domu studenckiego, w którym będzie odbywać się impreza. Chłopaki z akademika cały rok bujają się w nieśmiertelnych kubotach, podkoszulku i spodenkach Speedo (lub innej bazarowej firmy) i nie trawią bananowych lanserów. Głównie dlatego, że nie stać ich na ciuchy, które masz na sobie, ale to już inna kwestia. Kwestia, której nie chciałbyś z nimi omawiać.

 

Nie pij z mieszkańcami.

Kolesie z akademików piją często. Bardzo często. Wiem, że wśród znajomych świrowałeś nieugiętego imprezowicza, ale z chłopakami z akademików nie masz szans. Pierwsze 2 miesiące imprez oddaj walkowerem. Choćbyś co drugą kolejkę wylewał za kołnierz, to polegniesz. Oczywiście będą Cię podpuszczać i wjeżdżać na ambicję, żebyś pił równo z nimi – nie daj się sprowokować. Sam wielokrotnie byłem świadkiem takich potyczek, kiedy to naiwne koty chciały stawać w szranki z kolesiami z magisterki. Kończyło się to zazwyczaj na 2 sposoby. Albo po godzinie kończyli pod stołem, albo po 15 minutach olimpijskiego tempa wycofywali się, przepraszając, że w ogóle tam przyszli.

 

Uważaj co pijesz.

Wiem, że alkohol najlepiej smakuje, gdy za niego nie płacisz, ale nie wlewaj w siebie wszystkiego co zostało ci polane za frajer. Jeśli ktoś właśnie przyniósł 2 butelki po oleju słonecznikowym wypełnione niebieskim płynem, to idź się odlać albo przewietrzyć. To błękitne coś, to prawdopodobnie ice’ówka, czyli wódka zrobiona ze spirytusu i miętowych cukierków z Biedronki. Przy czym „wódka” to określenie nadane temu specyfikowi z dużym kredytem zaufania. Najczęściej bazą ice’ówki (tak jak cytrynówki, malinówki, kukułówki i każdej innej ówki) jest spirol z Ukrainy. Spirol który przyjeżdża do Polski w kanistrach po benzynie, bakach aut i innych pojemnikach, którym daleko do znaku jakości Q. Pijąc to w najlepszym przypadku dostaniesz sraczki, w najgorszym wylądujesz na OIOMie. To co, bawimy się?

 

Hamuj się!

Niezależnie o której przyszła Twoja ekipa, przed 23 będziecie pijani w sztok. Będzie ciasno i gwarno, a laska na którą gapiłeś się ostatnio przez całą mikroekonomię wyciągnie z odbytu kij, który wkłada sobie przed zajęciami. Zacznie ponosić Cię ułańska fantazja. Pomyślisz, że mega brawurową akcją będzie zwyzywanie portierki, która przyszła Was uciszyć. Ktoś zaproponuje, żeby zjechać po schodach na drzwiach od składu, bo do zimy jeszcze tak daleko. Twój funfel odbezpieczy gaśnicę, myśląc, że wyleci z niej piana i zacznie nakręcać panny na miss mokrego podkoszulka. Na koniec stwierdzisz, że nic tak nie imponuje dziewczynom, jak odlanie się przez okno z 9-go piętra, stojąc na zewnętrznym parapecie. Nie rób tego! Nie pytaj czemu, nie chce mi się tłumaczyć. Podziękujesz mi następnego dnia.

Na tym kończymy trylogię poświęconą temu „jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć”. No chyba, że chcecie więcej? Jak mnie ładnie poprosicie w komentarzach, to dorzucę jeszcze jakiś bonus, który uratuje Wam skórę.