Close
Close

Śniadanie Mistrzów #19 – Plater klasyczny + konkurs Subway!

Skip to entry content

Dzisiaj ostatni dzień mojej współpracy z Subwayem i obiecywałem, że będę miał dla Was coś ekstra. Nie kłamałem. W ciągu poprzednich 3 tygodni mogliście się dowiedzieć, co ekipa Stay Fly sądzi o kurczaku teriyaki, melcie i klopsikach. Dziś natomiast nie testowaliśmy pojedynczej kanapki. Testowaliśmy coś, co pewnie niewielu z Was kojarzy, ponieważ wciąż jest mało popularne w naszym kraju. Na pierwszym październikowym „Śniadaniu Mistrzów”  pojawił się plater, czyli zestaw 16 mini-sandwiczy.

 

Plater klasyczny: grillowany kurczak, spicy italian, tuńczyk, wegetariańska

Kanapek było 16, jednak tak szybko jak się pojawiły, tak błyskawicznie zniknęły. Chciałem zrobić więcej zdjęć, ale domownicy nie brali jeńców. Z ustaleń naocznych świadków wynika, że największą popularnością cieszył się grillowany kurczak. Lekko pikantny, faktycznie bardzo dobry. Najmniejszym zainteresowaniem cieszył się natomiast sandwicz wegetariański. Wynika to z bardzo prostego powodu, jak sama nazwa wskazuje, nie miał mięsa, a mięso to jednak musi być (sorry vegans)! Nie spodziewałbym się, ale bułka z tuńczykiem też mi smakowała. Ogólnie nie trawię tej ryby w niczym innym oprócz sałatki z jajkiem, a tu proszę bardzo, całkiem smaczna kompozycja.

Tak jak pisałem wcześniej plater, który testowaliśmy był „klasyczny”, oprócz niego w Subwayu jest też wariant:

  • mięsna uczta (italian b.m.t., szynka, subway club, grillowany kurczak)
  • niskokaloryczny (szynka, pierś z indyka, wegetariańska, grillowany kurczak)
  • wegetariański

Ja już sobie ich nie potestuję, ale Wy możecie! Tak, tak, to jest właśnie ta ekstra rzecz, o której Wam tyle mówiłem.

 

Konkurs – wygraj 16 mini-sandwiczy z Subwaya!

Mam do rozdania (a raczej – Wy macie do wygrania) 4 platery, na które mogliście się ponapalać przeglądając zdjęcia z tego wpisu, lub wchodząc tu. Pewnie w pocie czoła zastanawiacie się, cóż to będzie trzeba zrobić żeby wygrać zestaw kanapek o wartości 75zł? Uspokajam – nie musicie wysyłać mi swoich nagich fotek. Wystarczy, że

  1. Polubicie profil Stay Fly na Fejsie.
  2. Polubicie profil Subway Polska na Fejsie.
  3. Wykażecie się kreatywnością odpowiadając w komentarzach na pytanie: gdzie w Krakowie jest najlepsza miejscówka na piknik?

Odpowiedzi należy udzielać w komentarzach pod tym wpisem. Macie czas do końca przyszłej środy (czyli do północy 10 października). Jedna osoba może udzielać odpowiedzi dowolną ilość razy, jednak wygrać plater może tylko raz. Jeśli w komentarzach znajdą się 2 takie same odpowiedzi – wygra ta, która została wcześniej opublikowana. Wygrają 4 najciekawsze propozycje! To tyle kwestii zasad.

Do dzieła, wszystko w Waszych głowach i rękach, a możliwe, że i w Waszych żołądkach!

Ps. Puśćcie wodze fantazji.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Część II: uczelnia

Skip to entry content

Jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów? Wiecie już na co zwracać uwagę szukając mieszkania w Krakowie. Wiecie też, że portfel to nie torba Świętego Mikołaja i każdy ma głębsze lub płytsze dno (zazwyczaj w grę wchodzi ta druga opcja). Teraz pora dowiedzieć się jak nie wylecieć z uczelni szybciej niż najładniejsza laska z roku.

Rany boskie, to na studiach będzie trzeba się uczyć?

Rozczaruję cię, ale najczęściej tak. Jeśli jesteś na technicznym kierunku to nawet sporo. Wywalone po całości możesz mieć tylko na europeistyce, turystyce i pedagogice. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nawet na zarządzaniu i socjologii trzeba raz na jakiś czas coś przykumulować. Jak nie stać się z dnia na dzień molem książkowym?

Wybadaj największego dziobaka w grupie i  skumpluj się z nim. Nie będziesz miał trudów z rozpoznaniem go. Siądzie w pierwszej ławce nawet jeśli będzie to wykład, będzie notował każde słowo, po pierwszych zajęciach podejdzie spytać prowadzącego o dodatkową literaturę i nie zobaczysz go nigdy na integracji. Będzie robił lepsze notatki niż jakbyś dostał skrypt od prowadzącego. Kseruj je na bieżąco, uratują ci tyłek przed sesją.

Wykłady możesz spokojnie odpuścić bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Po pierwsze, masz ustawionego dziobaka, który da ci wszystko na tacy. Po drugie, zazwyczaj są tak nudne, że i tak nie zapamiętasz z nich nic istotnego, a tylko niepotrzebnie zamulisz się na resztę dnia. Niby zawsze można posiedzieć na necie i poczytać Stay Fly, ale dokładnie to samo możesz robić w każdym innym miejscu, w ciekawszej atmosferze.

Chodź na ćwiczenia! I to na wszystkie! Jest to warunek obowiązkowy, jeśli nie chcesz pożegnać się ze studiami już przy pierwszej sesji (no chyba, że macie zajęcia w formie e-learningu, ale to się rzadko zdarza na pierwszym roku). Ćwiczeniowcy sprawdzają obecność i pilnują jej jak zwrotu podatku. Olejesz zajęcia trzy razy i już nie masz zaliczenia w pierwszym terminie, a co za tym idzie nie możesz podejść do egzaminu w pierwszym terminie. Jeszcze o tym nie wiesz, ale pisanie egzaminu w pierwszym terminie, to mega ważna opcja. Wtedy zawsze jest najwięcej ludzi, w tym dziobaki, więc będziesz miał od kogo ściągać i będziesz miał jak ściągać. Serio, pisanie poprawki gdy na sali jest 10 osób łącznie z egzaminatorem, to słaba opcja.

Nigdy nie rób projektów z kumplami. To, że ktoś jest spoko, lubisz się z nim napić, rwać panienki  i bujacie się razem po mieście, znaczy tylko tyle, że jest… spoko. Jest na pewno świetnym kumplem i rewelacyjnym kompanem do podważania zasad grawitacji, ale założę się o duże piwko, że beznadziejnym współpracownikiem. Jeśli wpadniesz na karkołomny pomysł by być razem w grupie projektowej na jakichś zajęciach, to na 99,9% poniesiecie fiasko. Zamiast liczyć tabelki, robić prezentacje i pisać referaty będzie gadać o Kasi, Basi i Zosi i po kwadransie wpadniecie na świetny pomysł, że praca lepiej pójdzie przy flaszce rudej. Nie, nie pójdzie. Stanie w miejscu. Ziomkuj się z kim chcesz, ale na projektach grupowych trzymaj się z dziobakami. Zrobią za ciebie całą robotę (w obawie, że coś spieprzysz), a do indeksu i tak dostaniesz najmniej 4 i pół.

Bądź miły dla bab z dziekanatu! Uważasz je za france najgorszej maści? Podejrzewasz, że nie golą pach, a zęby myją tylko wtedy, gdy sztuczna szczęka wpadnie im do wiadra z Domestosem? Pewnie tak, ale nieraz zadecydują o Twoim być albo nie być. Wiele razy od ich widzimisię będzie zależało czy dostaniesz dodatkowy termin, czy podbiją ci legitymację mimo, że nic jeszcze nie zaliczyłeś i czy przyjmą nawet najbardziej absurdalne pismo do dziekana. Radzę ci dobrze – uśmiechaj się, przytakuj i przepraszaj. Dokładnie w tej kolejności.

To tyle ile musisz wiedzieć o życiu na uczelni w pierwszym miesiącu. Staraj trzymać się tych rad, a gładko dojdziesz do drugiego miesiąca, a możesz nawet zahaczysz o trzeci. W poniedziałek trzecia część trylogii, na temat tego jak być przytomny tracąc dziewictwo.

Jak przeżyć pierwszy miesiąc studiów i nie osiwieć. Część I: kasa i czas

Skip to entry content

Wiem, że większość czytelników bloga, to osoby po studiach lub właśnie je kończące. Dla Was ten cykl artykułów będzie powrotem do szalonych lat głębokiej nieświadomości. Natomiast ci z Was, którzy od poniedziałku zaczęli wątpliwą przygodę ze szkołami wyższymi, znajdą tu dla siebie pełne kompendium wiedzy jak przetrwać pierwszy miesiąc studiów. Dowiecie się jak przeżyć bez wizyty u psychoterapeuty ten gorący okres, kiedy zewsząd atakuje Was tyle nowych możliwości i pokus. Na samym początku zajmiemy się kwestią, na którą jesteście najbardziej narażeni, czyli wizją bankructwa!

 

Pieniądze i czas to zasoby ograniczone

Niby wydaje się to oczywistą oczywistością. Niby każdy wie, że za stówkę nie kupisz jedzenia na miesiąc i nowych trampek Lacosty. Niby wiadome jest, że każda doba (nawet w twoje urodziny) ma 24 godziny. Z autopsji jednak wiem, że nie dla wszystkich jest to takie oczywiste, więc zapamiętaj:

Jeśli w portfelu został Ci jeden samotny Jagiełło, a do domu wracasz dopiero w przyszłym tygodniu, to choćby nie wiem jak kozacki melanż się kroił nie przepij go! Będzie Ci się wydawało, że jesteś królem imprezy, bo postawisz trzem laskom po piwku i z jedną wrócisz taksą na chatę. Smutna rzeczywistość zderzy się z Tobą następnego dnia, gdy będziesz żebrał po zecie od lokatorów żeby zapić kaca Redd’sem. Gdy głowa przestanie boleć, uświadomisz sobie, że byłeś zbyt pijany, by wziąć numer od tej panny, a tu zostały jeszcze 4 dni do przeżycia. Kumple z grupy raczej nie pożyczą ci hajsu. Albo są w dokładnie tej samej sytuacji co Ty, albo są nerdami, którzy spędzili piątek przed kompem. A wyłudzanie kasy od starych w pierwszym miesiącu „życia na dorosło”, to straszny przypał i źle rokuje na przyszłość.

Już od pierwszego weekendu w Krakowie będziesz miał 3007 możliwości na spędzenie go. Na bank będzie integracja Twojej grupy na rynku, na stówę odezwą się starsi znajomi, którzy w Krakowie są już dłuższy czas, na mur beton będzie inauguracyjna najba w akademiku, w którym mieszkasz, czy na mieszkaniu. Dodaj do tego pozostałe 3004 opcje, których nie chce mi się wypisywać, bo i tak byś ich nie przeczytał. Reasumując – musisz wybierać. Tak, tak, życie to sztuka wyborów. Sorry memory, ale nie da rady umówić się ze wszystkimi na piątek i z czegoś musisz zrezygnować. Pamiętaj tylko by nie za często rezygnować z pracy przy projekcie na zaliczenie, bo dość szybko może się okazać, że jesteś w głębokiej… kropce (nie przeklinamy na blogu, bo czyta to moja mama).

To tak tytułem wstępu, na temat niszczycielskiej mocy płynięcia na fali imprezowego haju. W kolejnych częściach poradnika zajmiemy się czymś bardziej przyziemnym, czyli ogarnianiem spraw na uczelni i samą kwestią uczenia się.