Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #7 – Nudle z kurczakiem

Skip to entry content

Dzisiaj opcja wybitnie dla facetów – szybko i prosto. Bonusowy przysłówek pojawiający się w tekście, to „tanio”.

Swego czasu nudle z kurczakiem jadałem bardzo często, ponieważ/albowiem/dlatego/gdyż miałem koleżankę pracującą w chińskiej knajpie i mogłem brać szamkę za pół ceny albo zupełnie za frajer. Z czasem okazało się, że praca w gastronomii jednak nie jest jej wymarzoną opcją na karierę zawodową i przestała tam pracować, a ja przestałem tam bywać. Mimo, że kurczak z makaronem i warzywami jest banalnym daniem, to jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zrobić to sobie samemu w domu. Aż do czasu kiedy dziewczyny znów zapytały „co dzisiaj będzie na obiad?”.

 

Czego ile i za ile?

Żeby zrobić ten wielkomiejski specjał dla 4 osób (maksymalnie 6, które akurat nie są głodne jak dzikie wilki), potrzebujemy:

  • 12 dużych pieczarek
  • 3 dużych piersi z kurczaka (ale pojedynczych)
  • 4 zupek chińskich (im tańsze tym lepsze, bo chodzi tylko o makaron)
  • miksu sałatowego „California mix” (albo jakiegoś podobnego)
  • sosu sojowego

Za całość wychodzi 24 złote, czyli po podzieleniu na 4 osoby, po 6 złotych na głowę (wiem, wiem, znacie matematykę, ale na wszelki wypadek wolałem to napisać). Biorąc pod uwagę, że porcję są spore (2 razy większe, niż te na mieście), to naprawdę tanio.

 

Lets the game begin!

Obieramy i kroimy pieczary w średniej grubości plastry. Jak udało nam się zachować wszystkie palce przy dłoniach, to wrzucamy grzyby na patelnię i dusimy na wolnym ogniu.

 

Gdy pieczarki grzecznie się duszą, kroimy kurczaka w kostkę i dorzucamy do pieczarek. Opcjonalnie możemy go doprawić przyprawami, które były dołączone do zupki chińskiej.

 

W szeroko pojętym międzyczasie (między jednym przemieszanie kurczaka i pieczarek, a drugim), wykonujemy arcy-skomplikowaną czynność. Łamiemy makaron z zupek chińskich na pół i zalewamy wrzątkiem na 3-4 minuty.

 

Rzetelnie mieszamy pieczarki z kurczakiem, od czasu do czasu doprawiając jedzenie sosem sojowym. Gdy mięso ma kolor jak na środkowym zdjęciu, dodajemy makaron, który z pewnością jest już gotowy.

 

Po dodaniu makaronu może się wydawać, że nić już się na tej patelni nie zmieści, ale to tylko pozory.

 

Nie dajemy się zwieść tanim sztuczkom optycznym i dosypujemy miks sałatowym. Teraz każdy ruch drewnianą szpatułką wiąże się z tym, że 3/4 zawartości patelni ląduje na ziemi, ale to nic, w końcu używamy Domestosa i możemy jeść z podłogi (jak na reklamie). Trzymamy całość na ogniu, aż sałata lekko się nie przypiecze. Gdy to już się stanie i jakimś cudem uda nam się wymieszać wszystkie składniki…

 

Możemy jeść!

Od pierwszego zdjęcia minęło maksymalnie 15 minut (zazwyczaj 10) i wszystko jest już gotowe. Kto potrzebuje, może jeszcze doprawić sosem sojowym (aczkolwiek z umiarem, żeby nie było za słone). Inne przyprawy nie są rekomendowane. Dziewczynom smakowało, mnie również, ale będąc z Wami szczerym, muszę otwarcie przyznać, że nie jest to szczyt kulinarnych możliwości. Ot, taki zapychacz między szkoła/pracą, a czytaniem Stay Fly.

To teraz Wasza kolej żeby się wykazać – co polecacie bardzo szybkiego w przygotowaniu i jednocześnie bardzo smacznego? Żeby utrudnić, to powiem, że nie może to być z kurczakiem. To jak, challenge accepted?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Jak spławić dresów, zatrzymać telefon i nie dostać w pysk

Skip to entry content

Dresiarz to nie ubiór, to stan umysłu. Można być dresiarzem nosząc lakierki, spodnie w kancik i koszule z Hugo Bossa. Analogicznie, nie każdy, kto założy spodzień typu „cichy szelest”, shoxy i bluzę z trzema paskami jest drechem. Sam często śmigam jak Borixon – na sportowo – bo lubię, bo jest wygodnie, bo wszystko inne mam brudne. Ale nie czarujmy się, jak byśmy stereotypów nie obalali, to jednak większość typów w dresach, to dresiarze. Tak jest i w ciągu najbliższego wieczoru raczej się to nie zmieni.

A zimą wcześniej się ściemnia, wieczory są szybciej i masz więcej okazji by spotkać chłopaków, którzy Pana Tadeusza znają tylko z monopolowego. Wracając po 17-tej przez Park Jordana, może podejść do ciebie dwóch dżentelmenów i zagaić klasycznym zwrotem „te, daj no szluga”. Jeśli nie masz doświadczenia w tego typu spotkaniach towarzyskich, nie panikuj. Mam dla Ciebie kilka cennych porad, które pozwolą Ci wyjść z tej opresji z pełnym uzębieniem.

 

Po pierwsze: nie zatrzymuj się

Jeśli widzisz dresów z daleka i jest możliwe, żeby ich ominąć, zrób to. Pójdź najbardziej okrężną drogą jaką jesteś w stanie pójść lub po prostu zawróć. Duma będzie boleć, ego skurczy się o dwa rozmiary, ale jak to powiedział Mufasa do małego Simby „odwagę oddziela cienka granica od głupoty, a jak masz duże buty,  możesz ją przekroczyć”. Czy jakoś tak.

 

Po drugie: nie okazuj strachu

Załóżmy, że slalom gigant nie wyszedł i usłyszałeś kultowe pytanie o fajkę. Postaraj się za wszelką cenę nie okazywać, że jesteś przerażony jak świnia w ubojni i nie zaczynaj ich przepraszać za to, że się urodziłeś. Jeśli palisz, daj im po fajce i powiedz, że się śpieszy, następnie zacznij po prostu iść. Energicznie iść – nie jak ciota, tylko jak koleś, któremu faktycznie gdzieś się śpieszy. W większości przypadków będą coś tam za Tobą wołać, typu „te, synek czekaj, czekaj, momencik”, ale nie pobiegną. Większość z nich jest leniwa (dlatego nie pracują) i woli poczekać na następnego frajera, za którym nie będzie trzeba gonić.

 

Chora matka zawsze działa

W przypadku, gdy masz wyjątkowego niefarta – jest po 20-tej, a Ty jesteś pierwszym gościem, którego zaczepili w tym tygodniu i dla rozrywki postawili Cię trochę pogonić – weź ich na litość. Z badań naukowych przeprowadzonych przez CBOS/OBOP (i mojego wróżenia z fusów po zeszłorocznej herbacie), wynika, że każda grupa społeczna (poza windykatorami) jest wrażliwa na hasło „chora matka”.

Jeśli będą od Ciebie chcieli kasę lub telefon, powiedz, że nie masz. Że właśnie idziesz do szpitala/hospicjum, bo Twoja matka umiera i za ostatnie pieniądze kupiłeś jej lekarstwa. Poćwicz wcześniej przed lustrem wymowę frazy „ma białaczkę” lub „umiera na raka”. Nie musisz być drugim Dorocińskim, ale jak powiesz to z wystarczającą powaga na twarzy, to dresom zrobi się smutno i Cię puszczą. Prawdopodobne jest nawet, że w ramach ludzkich odruchów poklepią cię po plecach i powiedzą, że to faktycznie „nie najlepiej”.

 

Nie jesteś Steven Seagal

Stanowczo odradzam Ci granie kozaka, cwaniaczenie bądź  rzucanie się na nich z pięściami. Jeśli faktycznie byłbyś Jean Claude van Damme czy Al Pacino, to by do Ciebie nie podeszli. Oni czują takie rzeczy. Bozia nie obdarzyła ich inteligencją i świeżym oddechem, ale za to instynktem. Dresy z daleka wyczuwają, kto jest twardym typem, a kto nie. Jeśli byś nim był, to nawet by na Ciebie nie spojrzeli, a skoro stoisz właśnie z nimi oko w oko, to sorry, ale najwyraźniej nim nie jesteś.

I ponad wszystko pamiętaj, że Kraków to miasto noży. Bojówkarze, zadymiarze, osiedlowi chuligani i złodzieje telefonów chodzą z nożami, tasakami, maczetami, a raz słyszałem też o mieczu samurajskim. Wcale nie musisz być rolnikiem żeby dostać kosę, a narządy wewnętrzne (mimo tego co pokazują w nowym Batmanie) nie są niezniszczalne. W Warszawie tak nie ma, tutaj tak jest. Witaj w Krk – mieście poetów, malarzy i ulicznych artystów.

O czym do cholery Nosowska śpiewa w nowym singlu Hey?

Skip to entry content

Pytałem Was o to na fanpejdżu, ale nie padła żadna sensowna odpowiedź, więc temat wraca.

Słucham tego w kółko od niedzieli. Piękna muzyka, piękna melodia, świetna aranżacja. Rusza mnie to bardziej, niż Joanna Krupa bez koszulki, ale nie mam najmniejszego pojęcia o czym to jest. Myślałem, że jak ukaże się cała płyta, to w jej kontekście ten kawałek nabierze jakiegoś sensu, ale nie. Nie nabrał. Pytałem znajomych jak rozumieją ten utwór, ale nie rozumieją. Dziewczyna mojego kumpla rzuciła teorię, że to o rewolucji społecznej. Nie przekonuje mnie to.

Przyjaciele zawiedli, rodzina nie miała czasu, pies olał sprawę. Zostaliście mi Wy, więc zwracam się do Was: proszę, powiedzcie mi o czym jest utwór „Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan”.

Za sensowną i logicznie uargumentowaną odpowiedź stawiam piwko.