Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Przyznaję się, w weekend piłem alkohol. Choć zazwyczaj tego nie robię, to wypiłem jednego Lecha Shandy i aż dwie Warki Radler. Tak mnie sponiewierało, że znów zgubiłem telefon, zapomniałem jak się nazywam, gdzie mieszkam i jaki mam pin do karty. A w niedzielę (co zadziwiające), tak samo jak w inne dni tygodnia zachciało mi się jeść.

Kierowany jednym z pierwotnych instynktów, zwlokłem się z łóżka i w pół-śnie dotarłem do piekarni na rogu. Pierwszy szok przeżyłem, gdy okazało się, że Pan Jagiełło oraz Pan Kazimierz III Wielki gdzieś się ulotnili i w portfelu zostało mi pół złotego. Zanuciłem więc pięknej pani ekspedientce jeden z większych hitów Perfectu i położyłem pieniążek na ladzie. Spojrzała na mnie z tym samym żalem do całego świata co zwykle i dała mi bułkę. Szczerze mówiąc, gdybym nie wziął paragonu, na którym jednak było napisane za co zapłaciłem, to nie wiedziałbym, że to była bułka.

 

Bułka za pół złotego

Właśnie tak moi drodzy czytelnicy wygląda bułka za 50 groszy. To był drugi szok w ciągu 10 minut, jakiego doznałem i byłem w nim dużo bardziej, niż Marysia.

Jak byłem dzieckiem (1,5 roku temu), to za 20 groszy była mega wypasiona wielka buła. Zazwyczaj pierwszą zjadałem na sucho, w drodze z piekarni do domu, a drugą dojadałem tylko do połowy, bo już nie mogłem. Jak w zeszłą niedzielę wyciągnąłem z reklamówki tego bobka i położyłem na talerzu, to zacząłem się zastanawiać, czy królik mojej współlokatorki przypadkiem nie zrobił większej kupy. Dźgnąłem to widelcem, nie złamał się ale było blisko. Wbiłem w to nóż, przeciąłem na pół i zacząłem się zastanawiać z czym niby miałbym zjeść tę miniaturkę pieczywa? Z połową plastra salami? Przecież tu żadna sensowna wędlina się nie zmieści?

Jak mogą sprzedawać taki syf? Jak ja głupi mogłem to kupić? Rzuciłem ten badziew gołębiom na pożarcie w nadziei, że się potrują i przestaną oddawać fekalia na mój parapet. Jak do tej pory to mój największy zawód z cyklu „zakupy na kacu”. Złota myśli od Wujka Dobra Rada: albo nie pijcie, albo róbcie zakupy dopiero jak uzupełnicie poziom elektrolitów w organizmie!

Nie wiem o czym mówisz, ale robisz to pięknie – recenzja nowej płyty Hey

Skip to entry content

Hey poznałem przy okazji pewnej historii miłosnej, bo (jak wynika z moich doświadczeń) dobre zespoły zazwyczaj poznaje się w ten sposób. Mimo, że początkowo byłem stanowczo „na nie”, to teraz tak się jaram ostatnimi dwoma albumami, że wersy z nich mógłbym sobie dziarać na żebrach. Co z kolei zupełnie nie zmienia faktu, że „Teksański” jest jedną z najgłupszych piosenek jakie znam. Mając w sobie te ambiwalentne emocje, czekałem na „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”. Czekałem, czekałem, czekałem, aż pojawił się…

 

Pierwszy singiel

Brzmiał świetnie, ale nie miałem pojęcia o co w nim chodzi. W zasadzie to coś mi tam świtało, ale chciałem, żebyście mi pomogli (a w zasadzie pomogły). I tak też się stało. Dzięki trójce czytelniczek: Sylwii, Agg i Joanne, doszliśmy w końcu do tego o co kaman z tą szlachtą i tymi mieszczanami. Dzięki dziewczyny za pomoc! Tutaj cała rozkmina, gdybyś też chciał wiedzieć, co jest pięć.

Po singlu spodziewałem się, że przekaz będzie bardziej zakamuflowany, niż jednostka GROMu w terenie, ale też wiedziałem, że nie będzie kawałków typu „tańczące buty, tańczące buty, naucz mnie jak tańczyć”. Nie myliłem się w obu przypadkach. Najbardziej zaskakujące i what-the-fuckowe okazały się…

 

Tytuły utworów

Ja wiem, że się czepiam. Wiem, że upraszczam i odbieram magię tekstom Nosowskiej, ale bardzo ładnie proszę, niech ktoś mi powie, co kryje się pod tytułami:

  • Wieliczka (oprócz, tego że to takie miasto)
  • Wilk vs. kot (nawiązanie do „Alien vs. Predator”?)
  • Lilia, kula i cyrkiel (to chyba mój faworyt)
  • Lot pszczoły nad tymiankiem (parafraza „Lotu nad kukułczym gniazdem”?)

 

Piękne piosenki

Nie zrozumcie mnie źle. To, że nie wiem o czym jest połowa utworów na nowej płycie Hey, nie znaczy, że mnie nie kręcą. To nieco absurdalne, ale jest wręcz przeciwnie.

Weźmy choćby taką pierwszą z brzegu „Wieliczkę” otwierającą płytę. „Patrzę z zachwytem jak słońce się wkuwa promieniami w noc, jakże gościnny sad, konsystencją zbliżam się do rosy” – choćbym walnął połówkę na hejnał, nie skumam co autor miał na myśli. I co z tego? To ma tak słodką melodię, to subtelne nucenie w tle… można odpłynąć bez wioseł. A refren? No refren to jest coś, to jest łouł! Tak zupełnie różny od zwrotek, a jednocześnie tak dobrze je dopełniający (i nawet rozumiem jego treść!). Nie trzeba robić dubstepu, żeby muzyka miała słowo na „p”. Jaram się!

Na „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” nie ma słabych numerów. No może „Woda” trochę odstaje – jest mdła i nieco na siłę. „Lot pszczoły nad tymiankiem” natomiast (mimo swojej nazwy) jest rewelacyjnym numerem i chyba najlepszym na płycie. Jest w nim dusza – i wzrusza, i porusza. Refren z tego utworu spokojnie mógłby latać w szatni naszej reprezentacji przed meczami. Może wtedy by im ciut lepiej szło.

 

Muzyka vs. tematyka

Hey przyzwyczaiło mnie, że z płyty na płytę ich brzmienie ewoluuje. I to potężnie. „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” jest jeszcze większym skokiem w głąb nowych brzmień, niż „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” w odniesieniu do „Echosystemu”. Z klasycznym rockiem ma to tyle wspólnego, co Pitbull z hip-hopem. I dobrze, bo z około-rockowych rzeczy tolerowałem tylko Myslovitz (z Rojkiem rzecz jasna!), pierwszą płytę Comy i Klaxons.

Lirycznie (odnosząc się oczywiście tylko do tego co udało mi się skumać) jest dużo, ale to dużo mniej o miłości niż zazwyczaj. Pomyślicie pewnie, że jej się w życiu ułożyło i jest git. Nic z tych rzeczy. Kasia bez przeraźliwej traumy w głosie nie byłaby sobą. Nie wiem, czy faktycznie ciągle spotykają ją tragedie i rozczarowania, czy po prostu jest nadwrażliwa i wszystko hiperbolizuje. Tak czy inaczej kawałki jak zwykle są nostalgiczne. Z płyty wylewa się morze smutku już nie tylko w odniesieniu do związku damsko-męskich, ale również do życia w ogóle.

Wydźwięk tego albumu można by zawrzeć w wersie Nosowskiej sprzed 7 lat – „ciut za mało jest tego życia, żeby żyć”. Przykro mi jak cholera, ale muszę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Ty też?