Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.

(niżej jest kolejny tekst)

16
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
Grzeczny Chłopiec gotuje #9 – Najszybsze danie z makaronem na świecie | Stay Flyluke skywalkerMaciej PolekMonika CisłakDominika Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Spychalski Sebastian
Gość

W dziesięć minut to vifon :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Oj, nic z tych rzeczy kolego, normalne stuprocentowe jedzenie będzie :)

anoriell
Gość

O w 10 minut można naprawdę wiele osiągnąć w studenckiej kuchni. Zwłaszcza jeśli ‚podstawą zapychającą’ takiego dania jest kuskus, który robi się 5 minut razem z zagotowaniem wody ;)

Sadza
Gość
Sadza

Zgadzam się, że w 10 minut można zrobić naprawdę dużo choćby sałatkę z kurczakiem :)

Dżasta
Gość
Dżasta

Ja obstawiam następnym razem coś z kurczakiem, np. kanapki na ciepło z pomidorem.

MartaSzymula
Gość
MartaSzymula

Niestety wygląda jak wygląda, niewiele się da na to poradzić. No i nie wiem czy to kwestia sera, przypraw czy czego, ale moje wyszło za słone, chociaż wcale nie soliłam. ;>

Dominika
Gość
Dominika

Uwielbiam twojego bloga i wszystko fajnie, ale drogi Chłopaku przyjdę do Ciebie z gąbką i wyszoruję tę kuchenkę, bo już któryś raz razi moje oczy :D !! Pozdrawiam :)!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Wpadaj śmiało Dominika, gąbki czekają, a jakaś herbatka też się znajdzie :)

Dominika
Gość
Dominika

a spoczko ;)

Monika Cisłak
Gość

Może zrób to samo, tylko szybciej? :>

Grzeczny Chłopiec
Gość

Myślałem o tym, ale nie wiem czy komuś chciałoby się to czytać :)

Monika Cisłak
Gość

W takim razie możesz ugotować 3 jajka na twardo, jedno po drugim.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Przyznaję się, w weekend piłem alkohol. Choć zazwyczaj tego nie robię, to wypiłem jednego Lecha Shandy i aż dwie Warki Radler. Tak mnie sponiewierało, że znów zgubiłem telefon, zapomniałem jak się nazywam, gdzie mieszkam i jaki mam pin do karty. A w niedzielę (co zadziwiające), tak samo jak w inne dni tygodnia zachciało mi się jeść.

Kierowany jednym z pierwotnych instynktów, zwlokłem się z łóżka i w pół-śnie dotarłem do piekarni na rogu. Pierwszy szok przeżyłem, gdy okazało się, że Pan Jagiełło oraz Pan Kazimierz III Wielki gdzieś się ulotnili i w portfelu zostało mi pół złotego. Zanuciłem więc pięknej pani ekspedientce jeden z większych hitów Perfectu i położyłem pieniążek na ladzie. Spojrzała na mnie z tym samym żalem do całego świata co zwykle i dała mi bułkę. Szczerze mówiąc, gdybym nie wziął paragonu, na którym jednak było napisane za co zapłaciłem, to nie wiedziałbym, że to była bułka.

 

Bułka za pół złotego

Właśnie tak moi drodzy czytelnicy wygląda bułka za 50 groszy. To był drugi szok w ciągu 10 minut, jakiego doznałem i byłem w nim dużo bardziej, niż Marysia.

Jak byłem dzieckiem (1,5 roku temu), to za 20 groszy była mega wypasiona wielka buła. Zazwyczaj pierwszą zjadałem na sucho, w drodze z piekarni do domu, a drugą dojadałem tylko do połowy, bo już nie mogłem. Jak w zeszłą niedzielę wyciągnąłem z reklamówki tego bobka i położyłem na talerzu, to zacząłem się zastanawiać, czy królik mojej współlokatorki przypadkiem nie zrobił większej kupy. Dźgnąłem to widelcem, nie złamał się ale było blisko. Wbiłem w to nóż, przeciąłem na pół i zacząłem się zastanawiać z czym niby miałbym zjeść tę miniaturkę pieczywa? Z połową plastra salami? Przecież tu żadna sensowna wędlina się nie zmieści?

Jak mogą sprzedawać taki syf? Jak ja głupi mogłem to kupić? Rzuciłem ten badziew gołębiom na pożarcie w nadziei, że się potrują i przestaną oddawać fekalia na mój parapet. Jak do tej pory to mój największy zawód z cyklu „zakupy na kacu”. Złota myśli od Wujka Dobra Rada: albo nie pijcie, albo róbcie zakupy dopiero jak uzupełnicie poziom elektrolitów w organizmie!

Nie wiem o czym mówisz, ale robisz to pięknie – recenzja nowej płyty Hey

Skip to entry content

Hey poznałem przy okazji pewnej historii miłosnej, bo (jak wynika z moich doświadczeń) dobre zespoły zazwyczaj poznaje się w ten sposób. Mimo, że początkowo byłem stanowczo „na nie”, to teraz tak się jaram ostatnimi dwoma albumami, że wersy z nich mógłbym sobie dziarać na żebrach. Co z kolei zupełnie nie zmienia faktu, że „Teksański” jest jedną z najgłupszych piosenek jakie znam. Mając w sobie te ambiwalentne emocje, czekałem na „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”. Czekałem, czekałem, czekałem, aż pojawił się…

 

Pierwszy singiel

Brzmiał świetnie, ale nie miałem pojęcia o co w nim chodzi. W zasadzie to coś mi tam świtało, ale chciałem, żebyście mi pomogli (a w zasadzie pomogły). I tak też się stało. Dzięki trójce czytelniczek: Sylwii, Agg i Joanne, doszliśmy w końcu do tego o co kaman z tą szlachtą i tymi mieszczanami. Dzięki dziewczyny za pomoc! Tutaj cała rozkmina, gdybyś też chciał wiedzieć, co jest pięć.

Po singlu spodziewałem się, że przekaz będzie bardziej zakamuflowany, niż jednostka GROMu w terenie, ale też wiedziałem, że nie będzie kawałków typu „tańczące buty, tańczące buty, naucz mnie jak tańczyć”. Nie myliłem się w obu przypadkach. Najbardziej zaskakujące i what-the-fuckowe okazały się…

 

Tytuły utworów

Ja wiem, że się czepiam. Wiem, że upraszczam i odbieram magię tekstom Nosowskiej, ale bardzo ładnie proszę, niech ktoś mi powie, co kryje się pod tytułami:

  • Wieliczka (oprócz, tego że to takie miasto)
  • Wilk vs. kot (nawiązanie do „Alien vs. Predator”?)
  • Lilia, kula i cyrkiel (to chyba mój faworyt)
  • Lot pszczoły nad tymiankiem (parafraza „Lotu nad kukułczym gniazdem”?)

 

Piękne piosenki

Nie zrozumcie mnie źle. To, że nie wiem o czym jest połowa utworów na nowej płycie Hey, nie znaczy, że mnie nie kręcą. To nieco absurdalne, ale jest wręcz przeciwnie.

Weźmy choćby taką pierwszą z brzegu „Wieliczkę” otwierającą płytę. „Patrzę z zachwytem jak słońce się wkuwa promieniami w noc, jakże gościnny sad, konsystencją zbliżam się do rosy” – choćbym walnął połówkę na hejnał, nie skumam co autor miał na myśli. I co z tego? To ma tak słodką melodię, to subtelne nucenie w tle… można odpłynąć bez wioseł. A refren? No refren to jest coś, to jest łouł! Tak zupełnie różny od zwrotek, a jednocześnie tak dobrze je dopełniający (i nawet rozumiem jego treść!). Nie trzeba robić dubstepu, żeby muzyka miała słowo na „p”. Jaram się!

Na „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” nie ma słabych numerów. No może „Woda” trochę odstaje – jest mdła i nieco na siłę. „Lot pszczoły nad tymiankiem” natomiast (mimo swojej nazwy) jest rewelacyjnym numerem i chyba najlepszym na płycie. Jest w nim dusza – i wzrusza, i porusza. Refren z tego utworu spokojnie mógłby latać w szatni naszej reprezentacji przed meczami. Może wtedy by im ciut lepiej szło.

 

Muzyka vs. tematyka

Hey przyzwyczaiło mnie, że z płyty na płytę ich brzmienie ewoluuje. I to potężnie. „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” jest jeszcze większym skokiem w głąb nowych brzmień, niż „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” w odniesieniu do „Echosystemu”. Z klasycznym rockiem ma to tyle wspólnego, co Pitbull z hip-hopem. I dobrze, bo z około-rockowych rzeczy tolerowałem tylko Myslovitz (z Rojkiem rzecz jasna!), pierwszą płytę Comy i Klaxons.

Lirycznie (odnosząc się oczywiście tylko do tego co udało mi się skumać) jest dużo, ale to dużo mniej o miłości niż zazwyczaj. Pomyślicie pewnie, że jej się w życiu ułożyło i jest git. Nic z tych rzeczy. Kasia bez przeraźliwej traumy w głosie nie byłaby sobą. Nie wiem, czy faktycznie ciągle spotykają ją tragedie i rozczarowania, czy po prostu jest nadwrażliwa i wszystko hiperbolizuje. Tak czy inaczej kawałki jak zwykle są nostalgiczne. Z płyty wylewa się morze smutku już nie tylko w odniesieniu do związku damsko-męskich, ale również do życia w ogóle.

Wydźwięk tego albumu można by zawrzeć w wersie Nosowskiej sprzed 7 lat – „ciut za mało jest tego życia, żeby żyć”. Przykro mi jak cholera, ale muszę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Ty też?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!