Close
Close

Sztuka przez duże esz, czyli mój przyjaciel jest na ASP

Skip to entry content

Mój przyjaciel, z którym w dzieciństwie rzucałem sąsiadom śnieżkami po oknach, jest malarzem. Oprócz tego, że potrafi pierwszoklasowo wymalować przedpokój, kuchnię i położyć kafelki, to uprawia też malarstwo figuratywne. W jego przypadku, znaczy to mniej więcej tyle, że maluje ludzi. Najczęściej nagich. Kilka razy namawiał mnie, żebym mu zapozował, ale nie chciałem go wpędzać w kompleksy i odmówiłem.

Oprócz odwzorowywania nagich lasek farbą na płótnie, zajmuje się też czymś takim jak serigrafia i kolaż. Z kolażem, to chyba wiadomo o co chodzi? W każdym razie, każdy kto ma rower powinien wiedzieć. Co do serigrafii, to już bardziej złożona sprawa i tym razem wyjątkowo nie będę udawał, że wiem o czym mówię, tylko odeślę Was do Wikipedii. Jakich cudów by jednak z tymi pracami nie robił i w jaki sposób ich nie tworzył, to i tak najważniejsze jest jak one wyglądają i czy są dobre, czy nie. Zgadza się?

 

To co on tam robi na tej ASP?

Same piękne sztuki, jak widać poniżej.

Mam nadzieję, że Wam się podobają, bo w piątek jest…

 

Wernisaż wystawy w Solvayu!

Jak kończyliśmy podstawówkę, to sobie z Patrykiem obiecaliśmy, że zarobimy milion przed 30-stką, choćby miał być koniec świata w 2012 roku. Sytuacja w tej chwili wygląda tak, że Patryk jest już w połowie drogi, a mnie zostało jeszcze tylko 998 tysięcy. Nie wiem jak to będzie z tym końcem świata w sylwestra, ale morał z tego jest taki, że lepiej być malarzem niż blogerem.

Jeśli chcielibyście zgłębić tajniki moczenia pędzla, dowiedzieć się po którym obrazie można już dyktować pięciocyfrowe kwoty lub obejrzeć z bliska więcej prac takich jak te u góry, to jest okazja. Niebywała w dodatku. W ten piątek (9 listopada) w Galerii Solvay jest wernisaż wystawy pod hasłem „Pomyślę o tym jutro”. Event startuje o godzinie 19:00, obecność i punktualność obowiązkowa, garnitur zbędny, wejście za darmo. Gdybyście nie mogli wytrzymać napięcia i już teraz potrzebowali więcej sztuki Patryka Hadas, to klikajcie tutaj. To co, widzimy się?

 

Centrum Sztuki Współczesnej „Solvay” jest na Zakopiańskiej 62. Poniżej mapka dla opornych, gdyby ktoś nie mógł trafić.


Wyświetl większą mapę

(niżej jest kolejny tekst)

12
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
Gdzie mnie poniesie w 2014?5 rzeczy, które powinieneś zrobić po maturzeLecę! | Stay Fly - blog lifestylowyGrzeczny ChłopiecDagna Parynow Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marco Polo
Gość
Marco Polo

Wpadnę przybić ci piątkę i pooglądać obrazy.

Zula
Gość
Zula

to ja tez chyba przyjde :)

Maciej
Gość
Maciej

A będzie winko?

trackback

[…] zeszły piątek byłem na urodzinach Patryka (to ten kumpel, co kończy ASP i niejeden sufit wymalował). Jak to na imprezie, były napoje bezalkoholowe, poezja śpiewana i niewiasty (więcej niż […]

trackback

[…] ten punkt z moim przyjacielem malarzem i mówi, że de facto można by go sformułować tak: „jeśli chcesz sprawdzić ile osób […]

trackback

[…] podejście zaliczyłem z Patrykiem – kolegą co to maluje i buja się po wernisażach. Tym razem obsługa nie rozpraszała mnie podczas jedzenia, była po […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Lipton wie jak traktować klientów

Skip to entry content

Były kiedyś takie czasy (2 tygodnie temu), że nie robiłem zakupów like a boss (w Alma24), tylko normalnie, po nerdowsku (w Carrefourze w Galerii Krakowskiej). I kupiłem sobie herbatę. Herbatę Liptona o smaku słodszym, niż szarlotka w schronisku na Gubałówce – „wanilia i karmel”. To mój drugi ulubiony smak, zaraz po „gruszce i karmelu”, który jest best of the best (to takie info na marginesie, gdyby ktoś chciał mnie na herbatkę zaprosić). I cóż z ta herbatą (oprócz tego, że jest w lekko przehajpowanych piramidkach), pewnie się zastanawiacie?

A no to, że po otworzeniu pudełka okazało się, iż kilka torebek jest dziurawych i pustych. Czyli, że są tam buble, których nijak nie da się zaparzyć, użyć ani nawet ozdobić nimi choinki (i z podrywu na herbatę za 6 zeta nici). Wkurzyłem się. Co prawda nie wyszedłem przez drzwi nie otwierając ich, ani nawet powieka jakoś specjalnie nie zaczęła mi drżeć, ale ciśnienie się podniosło. Głównie dlatego, że wyrzuciłem paragon zaraz po odejściu od kasy (bo jakoś nie mam w zwyczaju kolekcjonowania makulatury). A jak wiadomo bez paragonu lub pistoletu reklamacji się nie uwzględnia.

Zazwyczaj, ale nie tym razem…

 

Takie podejście do klienta to ja rozumiem!

Napisałem do Liptona co za życiowe nieszczęście mi się przytrafiło, licząc na jakąś rekompensatę, ale szczerze mówiąc myślałem, że oleją temat (jak to duże marki mają w zwyczaju). Dostałem maila pisanego stylem auto-respodenra, żebym podał miejsce zakupu (jakie to ma znaczenie?) i dane teleadresowe i czekałem. I czekałem, czekałem i czekałem. Zniosłem dwa jajka, minęły prawie dwa tygodnie i dziś rano jakiś hultaj obudził mnie dudniąc dzwonkiem do drzwi. Listonosz rzecz jasna. Zdziwiłem się, bo nic oprócz świętego spokoju nie zamawiałem, ale jak powiedział, że nic nie trzeba płacić tylko się podpisać, to wziąłem paczuszkę.

A w paczuszce były 3 pudełeczka herbat Liptona i list wyjaśniający sytuację. Zasadniczo po tym jak zobaczyłem, że ktoś przyniósł mi do domu, ot tak, 3 rodzaje herbaty, w tym jeden którego jeszcze nie próbowałem, żadne listy nie były potrzebne. To była najlepsza rekompensata i przeprosiny jakie mogłem dostać (dobra przesadzam, mogli dać 6 paczek, ale i tak jest ok). Tak to się to powinno załatwiać, a nie jakaś zabawa w zbieranie paragonów po każdym pudełku zapałek.

Jak już wypiłem z dziewczynami po 3 kubki każdego smaku i byłem na herbacianym haju, to zerknąłem na ten list. Nie było tam nic odkrywczego, ale też nic żenującego. Nie zwalili winy na pijanego studenta-praktykanta, który celowo sabotował pracę firmy i już tam nie pracuje (jak to mają w zwyczaju oświadczać agencje social media). Napisali o tym co zapewne miało miejsce, że produkcja u nich jest zautomatyzowana i, jak w każdym procesie produkcyjnym, czasem dochodzi do zakłóceń. Stąd wady w produktach. Normalna sprawa, nic wielkiego. Wiadomo, że takie rzeczy się dzieją i nie ma co ciskać gromami. Najważniejsze, że nie mają cię tam, gdzie ojciec Foresta Gumpa trzymał zegarek podczas wojny. I za to szacunken, respekta i w ogóle.

Reasumując – Lipton zawsze spoko!

Maria Peszek ściągnęła pióropusz, ścięła włosy na kadeta, przestała grać seksualnością w tekstach, włożyła ermaksy i pogrążyła się w depresji. Kpię sobie troszeczkę i to bynajmniej  nie z powodu jej wyznań na temat złego nastroju na plaży w Tajlandii. Śmieszy mnie jak cholera, że od dwóch lat Polacy, jeden po drugim, doznają olśnienia i odkrywają buty, które są w produkcji od 1987 roku. Polscy raperzy chodzą w nich od 15 lat, amerykańscy od 35, a tu nagle bum – w 2010 cała Warszawka nagle dowiedziała się o istnieniu Nike Air Max. Czekam aż Cichopek, Herbuś i ekipa z „Na wspólnej” też dozna olśnienia i od stycznia już nikogo poza emerytami nie zobaczymy w innych sufiksach.

To tak tytułem wstępu, a przechodzą do meritum, to…

 

Sorry Maria, ale brzmisz jak Nosowska

To nie zarzut, to po prostu stwierdzenie. Celowo nie rzucałem się na recenzję „Jezus Maria Peszek” zaraz po premierze. Chciałem na chłodno, z perspektywy czasu napisać jak mi się widzi ta płyta. I tak – jeśli chodzi o warstwę tekstową, to brzmi jak kontynuacja „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” Heya. Jeśli natomiast chodzi o muzykę, to brzmi jak nie do końca udany sequel remixów tej samej płyty (mam na myśli „RE-MURDPED!”).

Co do tej muzyki (do której można mieć największe zastrzeżenia), to jest trochę popu, trochę elektroniki i trochę alternatywy. Z nastawieniem na „trochę” . Wszystkie podkłady są tak minimalistyczne, że momentami wręcz toporne. Słucha się tych kawałków i słucha i czeka aż coś zacznie się dziać i w końcu się dzieje – zmienia się utwór. Dobre kompozycje, takie jak „Ludzie psy” (które czuć, że było mocno inspirowane remixem „Piersi Ćwierć”), czy „Wyścigówka” sąsiadują z niewybuchami typu „Sorry Polsko”, które ma tragiczne zwrotki i świetny refren. Nie pastwiąc się nad producentami, muzyka na płycie nie jest zła, ale brakuje jej głębi i wyjątkowości.

 

Jeśli zdjęła pióropusz i nie śpiewa już o seksie, to czym?

Jest mniej młodzieżowo, ale równie kontrowersyjnie. A w zasadzie, to chyba nawet bardziej. Pomijając akcje pod tytułem „jestem smutna, zostawił mnie chłopak i kawior z bieługi nie smakuje już tak samo”, to jest sporo treści, których nie odważyłby się poruszyć żaden popowy wykonawca. Z mocniejszych numerów na nowej płycie Peszek, to „Nie wiem czy chcę”. Maria otwarcie mówi, że ma 40-stkę na karku, ale nie będzie przykładną matka Polką i żadna reprodukcja nie wchodzi w grę. Nie będzie rodzić dzieci, gotować obiadków i zmieniać pieluch. Wiele kobiet tak myśli i czuje, żadna (poza niewyraźnie bełkoczącą Szczuką) o tym nie mówi. RE-SPE-KTA!

Drugi, dużo bardziej skandaliczny w kontekście naszego społeczeństwa utwór, to „Pan nie jest moim pasterzem”. Jezus Maria Peszek, chciałbym zobaczyć do tego klip. Mohery by zwariowały, nie starczyłoby respiratorów. Wokalistka w owym protest songu bezwstydnie wyznaje, że je mięso w piątek i nie chodzi do kościoła w niedzielę. Jest na tyle bezczelna, że wysoce prawdopodobne jest, iż nie przyjmuje księdza po kolędzie. Stanowczo odradza się słuchanie osobom, które nie były w tym tygodniu u spowiedzi i wszystkim dzieciom przed 45-tym rokiem życia. Jeśli zapuścicie to w dzień święty na swoim iPodzie, opęta Was szatan!

Trzecim gwoździem do trumny Marii Awarii jest fakt, że jej się Polska nie podoba. I to aż w dwóch piosenkach! Jakby rządził PiS, to już dawno zawinęliby ją na dołek, a tak to pewnie tylko dostaje pogróżki od Obozu Narodowo Radykalnego. Ma ojca znanego aktora, to jej się w cyckach po przewracało i myśli, że w tym kraju można nie być patriotą. Nie można! Albo tatuujesz orzełka na żebrach albo auf Wiedersehen! Mam rację?

 

Jestem za, a nawet przeciw

To jest dobra płyta. Nie wybitna, ale dobra. Warto sprawdzić choćby po to, żeby dowiedzieć się jak bezpruderyjna, wyzbyta z konwenansów Polka postrzega Amy Winehouse.

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]I pamiętajcie: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi otwartych ludzi![/box]

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!