Close
Close

Sztuka przez duże esz, czyli mój przyjaciel jest na ASP

Skip to entry content

Mój przyjaciel, z którym w dzieciństwie rzucałem sąsiadom śnieżkami po oknach, jest malarzem. Oprócz tego, że potrafi pierwszoklasowo wymalować przedpokój, kuchnię i położyć kafelki, to uprawia też malarstwo figuratywne. W jego przypadku, znaczy to mniej więcej tyle, że maluje ludzi. Najczęściej nagich. Kilka razy namawiał mnie, żebym mu zapozował, ale nie chciałem go wpędzać w kompleksy i odmówiłem.

Oprócz odwzorowywania nagich lasek farbą na płótnie, zajmuje się też czymś takim jak serigrafia i kolaż. Z kolażem, to chyba wiadomo o co chodzi? W każdym razie, każdy kto ma rower powinien wiedzieć. Co do serigrafii, to już bardziej złożona sprawa i tym razem wyjątkowo nie będę udawał, że wiem o czym mówię, tylko odeślę Was do Wikipedii. Jakich cudów by jednak z tymi pracami nie robił i w jaki sposób ich nie tworzył, to i tak najważniejsze jest jak one wyglądają i czy są dobre, czy nie. Zgadza się?

 

To co on tam robi na tej ASP?

Same piękne sztuki, jak widać poniżej.

Mam nadzieję, że Wam się podobają, bo w piątek jest…

 

Wernisaż wystawy w Solvayu!

Jak kończyliśmy podstawówkę, to sobie z Patrykiem obiecaliśmy, że zarobimy milion przed 30-stką, choćby miał być koniec świata w 2012 roku. Sytuacja w tej chwili wygląda tak, że Patryk jest już w połowie drogi, a mnie zostało jeszcze tylko 998 tysięcy. Nie wiem jak to będzie z tym końcem świata w sylwestra, ale morał z tego jest taki, że lepiej być malarzem niż blogerem.

Jeśli chcielibyście zgłębić tajniki moczenia pędzla, dowiedzieć się po którym obrazie można już dyktować pięciocyfrowe kwoty lub obejrzeć z bliska więcej prac takich jak te u góry, to jest okazja. Niebywała w dodatku. W ten piątek (9 listopada) w Galerii Solvay jest wernisaż wystawy pod hasłem „Pomyślę o tym jutro”. Event startuje o godzinie 19:00, obecność i punktualność obowiązkowa, garnitur zbędny, wejście za darmo. Gdybyście nie mogli wytrzymać napięcia i już teraz potrzebowali więcej sztuki Patryka Hadas, to klikajcie tutaj. To co, widzimy się?

 

Centrum Sztuki Współczesnej „Solvay” jest na Zakopiańskiej 62. Poniżej mapka dla opornych, gdyby ktoś nie mógł trafić.


Wyświetl większą mapę

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Lipton wie jak traktować klientów

Skip to entry content

Były kiedyś takie czasy (2 tygodnie temu), że nie robiłem zakupów like a boss (w Alma24), tylko normalnie, po nerdowsku (w Carrefourze w Galerii Krakowskiej). I kupiłem sobie herbatę. Herbatę Liptona o smaku słodszym, niż szarlotka w schronisku na Gubałówce – „wanilia i karmel”. To mój drugi ulubiony smak, zaraz po „gruszce i karmelu”, który jest best of the best (to takie info na marginesie, gdyby ktoś chciał mnie na herbatkę zaprosić). I cóż z ta herbatą (oprócz tego, że jest w lekko przehajpowanych piramidkach), pewnie się zastanawiacie?

A no to, że po otworzeniu pudełka okazało się, iż kilka torebek jest dziurawych i pustych. Czyli, że są tam buble, których nijak nie da się zaparzyć, użyć ani nawet ozdobić nimi choinki (i z podrywu na herbatę za 6 zeta nici). Wkurzyłem się. Co prawda nie wyszedłem przez drzwi nie otwierając ich, ani nawet powieka jakoś specjalnie nie zaczęła mi drżeć, ale ciśnienie się podniosło. Głównie dlatego, że wyrzuciłem paragon zaraz po odejściu od kasy (bo jakoś nie mam w zwyczaju kolekcjonowania makulatury). A jak wiadomo bez paragonu lub pistoletu reklamacji się nie uwzględnia.

Zazwyczaj, ale nie tym razem…

 

Takie podejście do klienta to ja rozumiem!

Napisałem do Liptona co za życiowe nieszczęście mi się przytrafiło, licząc na jakąś rekompensatę, ale szczerze mówiąc myślałem, że oleją temat (jak to duże marki mają w zwyczaju). Dostałem maila pisanego stylem auto-respodenra, żebym podał miejsce zakupu (jakie to ma znaczenie?) i dane teleadresowe i czekałem. I czekałem, czekałem i czekałem. Zniosłem dwa jajka, minęły prawie dwa tygodnie i dziś rano jakiś hultaj obudził mnie dudniąc dzwonkiem do drzwi. Listonosz rzecz jasna. Zdziwiłem się, bo nic oprócz świętego spokoju nie zamawiałem, ale jak powiedział, że nic nie trzeba płacić tylko się podpisać, to wziąłem paczuszkę.

A w paczuszce były 3 pudełeczka herbat Liptona i list wyjaśniający sytuację. Zasadniczo po tym jak zobaczyłem, że ktoś przyniósł mi do domu, ot tak, 3 rodzaje herbaty, w tym jeden którego jeszcze nie próbowałem, żadne listy nie były potrzebne. To była najlepsza rekompensata i przeprosiny jakie mogłem dostać (dobra przesadzam, mogli dać 6 paczek, ale i tak jest ok). Tak to się to powinno załatwiać, a nie jakaś zabawa w zbieranie paragonów po każdym pudełku zapałek.

Jak już wypiłem z dziewczynami po 3 kubki każdego smaku i byłem na herbacianym haju, to zerknąłem na ten list. Nie było tam nic odkrywczego, ale też nic żenującego. Nie zwalili winy na pijanego studenta-praktykanta, który celowo sabotował pracę firmy i już tam nie pracuje (jak to mają w zwyczaju oświadczać agencje social media). Napisali o tym co zapewne miało miejsce, że produkcja u nich jest zautomatyzowana i, jak w każdym procesie produkcyjnym, czasem dochodzi do zakłóceń. Stąd wady w produktach. Normalna sprawa, nic wielkiego. Wiadomo, że takie rzeczy się dzieją i nie ma co ciskać gromami. Najważniejsze, że nie mają cię tam, gdzie ojciec Foresta Gumpa trzymał zegarek podczas wojny. I za to szacunken, respekta i w ogóle.

Reasumując – Lipton zawsze spoko!

Maria Peszek ściągnęła pióropusz, ścięła włosy na kadeta, przestała grać seksualnością w tekstach, włożyła ermaksy i pogrążyła się w depresji. Kpię sobie troszeczkę i to bynajmniej  nie z powodu jej wyznań na temat złego nastroju na plaży w Tajlandii. Śmieszy mnie jak cholera, że od dwóch lat Polacy, jeden po drugim, doznają olśnienia i odkrywają buty, które są w produkcji od 1987 roku. Polscy raperzy chodzą w nich od 15 lat, amerykańscy od 35, a tu nagle bum – w 2010 cała Warszawka nagle dowiedziała się o istnieniu Nike Air Max. Czekam aż Cichopek, Herbuś i ekipa z „Na wspólnej” też dozna olśnienia i od stycznia już nikogo poza emerytami nie zobaczymy w innych sufiksach.

To tak tytułem wstępu, a przechodzą do meritum, to…

 

Sorry Maria, ale brzmisz jak Nosowska

To nie zarzut, to po prostu stwierdzenie. Celowo nie rzucałem się na recenzję „Jezus Maria Peszek” zaraz po premierze. Chciałem na chłodno, z perspektywy czasu napisać jak mi się widzi ta płyta. I tak – jeśli chodzi o warstwę tekstową, to brzmi jak kontynuacja „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” Heya. Jeśli natomiast chodzi o muzykę, to brzmi jak nie do końca udany sequel remixów tej samej płyty (mam na myśli „RE-MURDPED!”).

Co do tej muzyki (do której można mieć największe zastrzeżenia), to jest trochę popu, trochę elektroniki i trochę alternatywy. Z nastawieniem na „trochę” . Wszystkie podkłady są tak minimalistyczne, że momentami wręcz toporne. Słucha się tych kawałków i słucha i czeka aż coś zacznie się dziać i w końcu się dzieje – zmienia się utwór. Dobre kompozycje, takie jak „Ludzie psy” (które czuć, że było mocno inspirowane remixem „Piersi Ćwierć”), czy „Wyścigówka” sąsiadują z niewybuchami typu „Sorry Polsko”, które ma tragiczne zwrotki i świetny refren. Nie pastwiąc się nad producentami, muzyka na płycie nie jest zła, ale brakuje jej głębi i wyjątkowości.

 

Jeśli zdjęła pióropusz i nie śpiewa już o seksie, to czym?

Jest mniej młodzieżowo, ale równie kontrowersyjnie. A w zasadzie, to chyba nawet bardziej. Pomijając akcje pod tytułem „jestem smutna, zostawił mnie chłopak i kawior z bieługi nie smakuje już tak samo”, to jest sporo treści, których nie odważyłby się poruszyć żaden popowy wykonawca. Z mocniejszych numerów na nowej płycie Peszek, to „Nie wiem czy chcę”. Maria otwarcie mówi, że ma 40-stkę na karku, ale nie będzie przykładną matka Polką i żadna reprodukcja nie wchodzi w grę. Nie będzie rodzić dzieci, gotować obiadków i zmieniać pieluch. Wiele kobiet tak myśli i czuje, żadna (poza niewyraźnie bełkoczącą Szczuką) o tym nie mówi. RE-SPE-KTA!

Drugi, dużo bardziej skandaliczny w kontekście naszego społeczeństwa utwór, to „Pan nie jest moim pasterzem”. Jezus Maria Peszek, chciałbym zobaczyć do tego klip. Mohery by zwariowały, nie starczyłoby respiratorów. Wokalistka w owym protest songu bezwstydnie wyznaje, że je mięso w piątek i nie chodzi do kościoła w niedzielę. Jest na tyle bezczelna, że wysoce prawdopodobne jest, iż nie przyjmuje księdza po kolędzie. Stanowczo odradza się słuchanie osobom, które nie były w tym tygodniu u spowiedzi i wszystkim dzieciom przed 45-tym rokiem życia. Jeśli zapuścicie to w dzień święty na swoim iPodzie, opęta Was szatan!

Trzecim gwoździem do trumny Marii Awarii jest fakt, że jej się Polska nie podoba. I to aż w dwóch piosenkach! Jakby rządził PiS, to już dawno zawinęliby ją na dołek, a tak to pewnie tylko dostaje pogróżki od Obozu Narodowo Radykalnego. Ma ojca znanego aktora, to jej się w cyckach po przewracało i myśli, że w tym kraju można nie być patriotą. Nie można! Albo tatuujesz orzełka na żebrach albo auf Wiedersehen! Mam rację?

 

Jestem za, a nawet przeciw

To jest dobra płyta. Nie wybitna, ale dobra. Warto sprawdzić choćby po to, żeby dowiedzieć się jak bezpruderyjna, wyzbyta z konwenansów Polka postrzega Amy Winehouse.

[box type=”tick” size=”large” style=”rounded” border=”full”]I pamiętajcie: komentowanie rąk nie brudzi i nie trudzi otwartych ludzi![/box]