Close
Close

Wygląd się nie liczy, najważniejsze jest wnętrze!

Skip to entry content

Z ust kobiety możesz usłyszeć wiele niedorzeczności ocierających się o granice absurdu, ale dwie największe z nich, to to że:

  1. NAPRAWDĘ chce wiedzieć co myślisz o tej gównianej, niepasującej do niczego bluzce, którą ma na sobie.
  2. Wygląd partnera nie ma znaczenia, istotna jest tylko osobowość.

Na to pierwsze zazwyczaj nic się nie poradzi i choćby wyglądała jak miks Joli Rutowicz z Dodą, to musisz powiedzieć, że jest świetnie i bardzo stylowo. Chyba, że masz ochotę mierzyć się przez tydzień z jej naburmuszeniem i miną w stylu „jak mogłeś mnie tak skrzywdzić, Ty potworze!”. Jeśli chodzi natomiast o tę drugą brednię, to trzeba z nią walczyć za wszelką cenę. Dlaczego? Bo 1000 razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą i nie daj boże, jakiś facet faktycznie uwierzy, że to, że jest gruby, niski i chodzi w Hakerach nie ma znaczenia. A ma i to jak cholera.

Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

W zeszły piątek byłem na urodzinach Patryka (to ten kumpel, co kończy ASP i niejeden sufit wymalował). Jak to na imprezie, były napoje bezalkoholowe, poezja śpiewana i niewiasty (więcej niż dwie!). Gdy „sto lat” zostało odkrzyczane po raz 16-ty i solenizant nie miał już wątpliwości ilu lat ma dożyć, była okazja ku tańcom i niezobowiązującym flirtom. W tych jakże nietypowych okolicznościach, wywiązała się ciekawa rozmowa między mną, a Panią C (nazwijmy ją tak dla potrzeb bloga, bo nie chciałbym, żeby podała mnie do sadu, za upublicznianie danych osobowych).

Otóż Pani C za wszelką cenę starała się mnie przekonać, że dla kobiet najważniejsze jest wnętrze i że to jak facet wygląda kompletnie nie ma znaczenia. Tak, z pewnością. I właśnie dlatego ci wszyscy informatycy we flanelach i denkach od słoików na nosie mają takie wzięcie i ciągle randkują. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

[emaillocker]

  • Ja: Byłaś kiedyś z brzydkim chłopakiem?
  • Pani C: To czy ktoś jest brzydki to indywidualna kwestia gustu, bo dla jednej osoby może być przystojniakiem, a dla drugiej nie.
  • Jasne, kwestia gustu. Tylko najpierw trzeba go mieć. To inaczej, byłaś kiedyś z facetem, który Ci się nie podobał?
  • No nie.
  • Dlaczego?
  • Bo jakoś nigdy tak nie wyszło, żebym poznała faceta, który mi się nie podoba.
  • Brawo! Jak myślisz, dlaczego?
  • No nie wiem, po prostu jakoś tak wyszło. Ale to zupełny przypadek, bo jakby był ciekawy, to mógłby mieć zeza, pryszcze na całej twarzy i garbić się bardziej niż Ty, a i tak bym się z nim spotykała.
  • Super, ale to tylko teoria. Skoro masz 25 lat, w swoim życiu miałaś okazję spotkać przynajmniej 200 facetów i nie umówiłaś się z żadnym, który by cię nie pociągał fizycznie, to chyba coś w tym musi być, co?
  • Już ci mówiłam, że to przypadek! Ja szukam prawdziwej miłości, a ona nie zwraca uwagi na wygląd!
  • Oczywiście.
Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

Powiedzmy sobie wprost: jeśli wygląd nie miałby znaczenia, to wszyscy chodzilibyśmy w workach na ziemniaki! Albo ciuchach z C&A. A jednak nie chodzimy (przynajmniej nie wszyscy). Ten świat jest tak skonstruowany, że najpierw kogoś widzisz, a dopiero później dowiadujesz się, czy jest tak fajny jak Ja, czy tylko się stara. Drogie romantyczki i drodzy romantycy (którym de facto też jestem), Wasze piękne hasło „miłość od pierwszego wejrzenia” oznacza „zakochanie się w kimś od momentu ZOBACZENIA go po raz pierwszy”. To definicja słownikowa i nie macie jak z nią polemizować.

Wiem, że w przypadku kobiet to nie ma sensu, ale odwołam się do logicznego aspektu sprawy. Wyobraź sobie, że jesteś na imprezie/uczelni/kółku różańcowym i jest dwóch gości. Jeden wygląda jak skrzyżowanie Roberta Pattisona z Radzimirem Dębskim, a drugi jak z kampanii społecznej o bezdomnych na Ukrainie. Po co miałabyś zagadywać i rozpoczynać kontakt z tym drugim? Wiem, że i tak tego nie zrobisz, bo będziesz czekać, aż facet podejmie inicjatywę, ale odwołując się do racjonalnych przesłanek – po jaką cholerę miałabyś poznawać kolesia, który totalnie Cię nie pociąga i zupełnie nie zwrócił Twojej uwagi? W większości przypadków nie zauważysz go nawet choćbyś po nim przeszła. Jest poza obszarem Twojej percepcji.

Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

Gdybyście faktycznie równie chętnie poznawały brzydali, co przystojniaków (i sypiały z nimi), to:

  1. nie byłoby tylu sfrustrowanych gości spazmujących, że kobiety są złe
  2. nikt by o siebie nie dbał, nie kupował nowych ciuchów, butów, nie golił się i nie chodził do fryzjera. Bo po co miałby to robić, skoro miałby takie same szanse, jak każdy inny brudas?

Korzystając z okazji, przyznajcie, że to jak ktoś wygląda i czy się Wam podoba ma znaczenie. Tak samo duże, jak to, czy ktoś jest ciekawy, inspirujący, ma nietuzinkową osobowość, czy jest tylko zwykłym nudziarzem kochającym się na misjonarza raz w tygodniu. Amen.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

47 komentarzy do "Wygląd się nie liczy, najważniejsze jest wnętrze!"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kruchy
Gość

W końcu ktoś to napisał! Stawiam ci flaszkę jak się spotkamy, a wy dziewczyny przestancie w koncu udawac ze nie oceniacie naszego wygladu!

Niekumaty
Gość

100% racji, mam natomiast jedno pytanie. Co złego jest w C&A? Pytam bo mam jeden sweterek stamtąd i chcę wiedzieć czemu go nie nosić.. :-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie podobają mi się ciuchy z C&A, bo są totalnie zwykłe i nijakie i trudno byłoby je odróżnić od jakichś noname’owych marek.

Tomek
Gość

Czyli generalnie kupując ciuchy celujemy w olbrzymie oczojebne loga a metek nie obcinamy tylko je wywalamy na wierzch żeby wszyscy widzieli, że nas stać.. A kolorki mają być jaskrawe i rzucające się w oczy.. Dobrze rozumuję?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie. Kupując ciuchy w sklepie z jakąś marką, nie kupujemy tylko zszytego materiału, jak to ma miejsce na targu, czy w szwalni. Kupujemy dizajn – oryginalnie zaprojektowany produkt, za który dlatego płacimy więcej niż we wcześniej wspomnianej szwalni, bo ma w sobie coś wyjątkowego. Ciuchy z C&A tego nie mają, są totalnie zwykłe. Pójdź sobie Tomek do Bershki, ani tam nie masz wielkich logówek ani przejaskrawionych kolorów, a ubrania są stylowe i wyglądasz w nich jakoś – w określony sposób, a nie zupełnie nijak.

wektor
Gość

w CiA mozna znalezc fajne rzeczy. Nie chodzi o to, zeby ubierac sie w nie od stop do glow, ale by znalezc cos wyjatkowego. Jak dla mnie Bershka jest… nudna… taka modna, ze az ble. Ubranym byc w Bershce od stop do glow to znaczy, iz poszlo sie na latwizne, bo wiadomo, ze bedzie wszystko pasowac. Znalezc dla siebie cos praktycznie w kazdym sklepie to znaczy, ze ma sie wyczucie. Czy jakos tak:P

Niekumaty
Gość

Bersha jest totalnie niemęska! Kojarzy mi się z gejami. Ja rozumiem, że teraz homoseksualizm jest w modzie i w dobrym tonie jest być gejem ale bez przesady! Nie każdy chce na siłę być mainstreamowy, są mężczyźni, którzy chcą pozostać facetami właśnie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ooo stary, to pojechałeś na grubo. To która sieciówka według Ciebie nie jest gejowska?

looqash.com
Gość

Hehe super dyskusja się wywiązała :D Ja polecam Wam Pull & Bear – trochę tam gejowsko, trochę męsko czyli dla każdego coś miłego!

Paweł
Gość

Mi się kojarzą za to z marką dla staruszków. Chyba przez to logo

MartaSzymula
Gość

Zapachniało Kominkiem. ;] Oczywiście, że wygląd ma znaczenie. Jakoś musisz zachęcić tę drugą osobę, żeby chciała cię bliżej poznać, zamiast uciekać z krzykiem. Zresztą w te głupoty o tym, że miłość jest ślepa wierzą także faceci. „Nie musi być ładna, byleby miała fajny charakter i mnie chciała”. A potem i tak podchodzą w pierwszej kolejności do tych najładniejszych.

Alice
Gość

Ot cała prawda!

sruuu
Gość

nie musi byc przystojny. Zadbany i gustownie w miare bez przesady ubrany – KONIECZNIE. Buty duzo mowia o czlowieku i dlonie! Pattison jak dla mnie ma w sobie cos z psychopaty. Radzimir wyglada na sympatycznego i jest zdolnym czlowiekiem.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Testujemy aplikację Zonar i bujamy się po Krakowie za półdarmo

Skip to entry content

Przedwczoraj pomimo wybitnie londyńskiej pogody, wybrałem się z Andrzejem na miasto, żeby potestować nową aplikację na Androida (na iPhone’a zresztą też). O Andrzeju już Wam kiedyś pisałem, to jeden z tych kumpli, który póki co nie sprzedał marzeń i wierzy, że zostanie gwiazdą rocka. Wracając do tematu, ustawiliśmy się pod Bagatelą, żeby sprawdzić jak w terenie działa Zonar – aplikacja wykorzystująca geotargetowanie, która na bieżąco mówi Wam, gdzie jest jakąś zniżka/promocja/bonusik.

 

O co kaman?

Zonar to taki trochę Groupon bezpośrednio na telefon. Pokazuje Ci informacje o okazjach w Twoim otoczeniu, przy czym, żeby skorzystać z jakiejś nie musisz dokonywać przedpłaty. To jeden z większych większych plusów. Kolejny to to, że mówiąc „w Twoim otoczeniu” nie mam na myśli całej Polski, województwa, czy choćby miasta, ale najbliższe 3 ulice. Możesz ustawić, czy chcesz widzieć promocje w zasięgu 1, 2, czy 5 kilometrów. Minus jest taki, że tyczy się to póki co tylko Krakowa (Kraków na stolicę, Kraków na prezydenta!), ale twórcy z czasem z pewnością powiększą bazę zniżek o kolejne miasta.

Co do samych promocji, to obejmują one zarówno restauracje/knajpy z jedzeniem, kawiarnie, bary, jak i puby. Jest tez trochę rabatów na usługi związane ze sportem, zdrowiem i urodą oraz stricte zakupy. Czyli standardzik. Oczywiście, żeby skorzystać z jakiegokolwiek bonusa trzeba być użytkownikiem aplikacji, na szczęście jest ona bezpłatna. Dobra, to sucha teoria, która pewnie nic Wam nie mówi, więc…

 

Jak to wygląda w praktyce?

Wychodzimy na miasto (albo po prostu przed klatkę), włączamy aplikację i klikamy „Zobacz promocje w pobliżu”. Wyskakuje nam lista okazji ze wszystkich kategorii w najbliższym otoczeniu wraz z odległością od miejsca, w którym obowiązują. Z tym dystansem do konkretnej miejscówki, to spoko sprawa, bo szybko można dokonać selekcji.

Aplikacja jest w miarę inteligentna i można ją szybko spersonalizować. Zaznaczając czy bardziej nam zależy na tanim jedzeniu, zniżkach do klubu, czy fitnessie, pokaże nam dostosowaną konkretnie pod nas listę promocji. Dla leni (dla mnie i dla Andrzeja) są gotowe tryby: „jestem głodny”, „na zakupy”, „na imprezę”, które od razu nam pokażą to co trzeba. Dobry bajer.

 

Pizza w „Dominium” za pół ceny

Pierwszą promocją jaką stestowaliśmy była zniżka 50% na pizzę w „Dominium”. Sorry za ciemną fotę, ale jak widać robiona była przed jedzeniem, a jak bloger głodny to i zdjęcia źle wychodzą. Na temat samego placka nie będę się specjalnie rozpisywał, bo kto był w „Dominium” ten wie, że pizzkę mają dobrą. Taniej o połowę płacą tylko studenci, także oprócz telefonu z aplikacją trzeba pokazać jeszcze legitymację. Na szczęście miałem podbitą, także hajs na rachunku się zgadzał.

 

Bania od Zonara

Po jedzeniu chcieliśmy walnąć darmową banieczkę w „Krakowskich Zakąskach”, ale pech chciał, że było przed 14:00 i lokal był jeszcze zamknięty. Trudno, skoczyliśmy uzupełnić płyny gdzie indziej. W końcu do następnego miejsca z tanim alko dzieliło nas tylko 160 metrów.

 

Browar w „Banialuce” za złotówkę

W „Banialuce” czekały na nas pierogi lub tatar za 5zł, albo piwko za symbolicznego jednego złotego. Kusił mnie tatar, bo robią całkiem znośnego, ale po tej pizzy już bym nie dał rady tego zmieścić, więc wzięliśmy tylko po piwku. Muszę Wam powiedzieć, że tak tanio to jeszcze nie piłem piwa w centrum Krakowa i szczerze mówiąc trudno będzie to przebić.

 

Multikino też taniej

Na koniec, chcieliśmy zobaczyć co ciekawego z opcji niejedzeniowo-alkoholowych jest taniej i trafiło się Multikino. Tym razem ukłon w stronę osób niestudiujących – bilet na „Noc reklamożerców” 10 złotych taniej, a dla par bonusowo popcorn i cola. Extra. Dobry event i promocja dobrze dostosowana do grupy docelowej. Podejrzewam, że na ENEMEFy też coś będzie.

 

Korzystajcie w pokoju Chrystusa

Słowem końca: Zonar jest dobrą aplikacją, a jak zostanie rozbudowany o kolejne miasta, to będzie aplikacją świetną. Tanio, blisko, z głową i bez przedpłat – Stay Fly approved!

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.