Close
Close

Wygląd się nie liczy, najważniejsze jest wnętrze!

Skip to entry content

Z ust kobiety możesz usłyszeć wiele niedorzeczności ocierających się o granice absurdu, ale dwie największe z nich, to to że:

  1. NAPRAWDĘ chce wiedzieć co myślisz o tej gównianej, niepasującej do niczego bluzce, którą ma na sobie.
  2. Wygląd partnera nie ma znaczenia, istotna jest tylko osobowość.

Na to pierwsze zazwyczaj nic się nie poradzi i choćby wyglądała jak miks Joli Rutowicz z Dodą, to musisz powiedzieć, że jest świetnie i bardzo stylowo. Chyba, że masz ochotę mierzyć się przez tydzień z jej naburmuszeniem i miną w stylu „jak mogłeś mnie tak skrzywdzić, Ty potworze!”. Jeśli chodzi natomiast o tę drugą brednię, to trzeba z nią walczyć za wszelką cenę. Dlaczego? Bo 1000 razy powtórzone kłamstwo staje się prawdą i nie daj boże, jakiś facet faktycznie uwierzy, że to, że jest gruby, niski i chodzi w Hakerach nie ma znaczenia. A ma i to jak cholera.

Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

W zeszły piątek byłem na urodzinach Patryka (to ten kumpel, co kończy ASP i niejeden sufit wymalował). Jak to na imprezie, były napoje bezalkoholowe, poezja śpiewana i niewiasty (więcej niż dwie!). Gdy „sto lat” zostało odkrzyczane po raz 16-ty i solenizant nie miał już wątpliwości ilu lat ma dożyć, była okazja ku tańcom i niezobowiązującym flirtom. W tych jakże nietypowych okolicznościach, wywiązała się ciekawa rozmowa między mną, a Panią C (nazwijmy ją tak dla potrzeb bloga, bo nie chciałbym, żeby podała mnie do sadu, za upublicznianie danych osobowych).

Otóż Pani C za wszelką cenę starała się mnie przekonać, że dla kobiet najważniejsze jest wnętrze i że to jak facet wygląda kompletnie nie ma znaczenia. Tak, z pewnością. I właśnie dlatego ci wszyscy informatycy we flanelach i denkach od słoików na nosie mają takie wzięcie i ciągle randkują. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

[emaillocker]

  • Ja: Byłaś kiedyś z brzydkim chłopakiem?
  • Pani C: To czy ktoś jest brzydki to indywidualna kwestia gustu, bo dla jednej osoby może być przystojniakiem, a dla drugiej nie.
  • Jasne, kwestia gustu. Tylko najpierw trzeba go mieć. To inaczej, byłaś kiedyś z facetem, który Ci się nie podobał?
  • No nie.
  • Dlaczego?
  • Bo jakoś nigdy tak nie wyszło, żebym poznała faceta, który mi się nie podoba.
  • Brawo! Jak myślisz, dlaczego?
  • No nie wiem, po prostu jakoś tak wyszło. Ale to zupełny przypadek, bo jakby był ciekawy, to mógłby mieć zeza, pryszcze na całej twarzy i garbić się bardziej niż Ty, a i tak bym się z nim spotykała.
  • Super, ale to tylko teoria. Skoro masz 25 lat, w swoim życiu miałaś okazję spotkać przynajmniej 200 facetów i nie umówiłaś się z żadnym, który by cię nie pociągał fizycznie, to chyba coś w tym musi być, co?
  • Już ci mówiłam, że to przypadek! Ja szukam prawdziwej miłości, a ona nie zwraca uwagi na wygląd!
  • Oczywiście.
Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

Powiedzmy sobie wprost: jeśli wygląd nie miałby znaczenia, to wszyscy chodzilibyśmy w workach na ziemniaki! Albo ciuchach z C&A. A jednak nie chodzimy (przynajmniej nie wszyscy). Ten świat jest tak skonstruowany, że najpierw kogoś widzisz, a dopiero później dowiadujesz się, czy jest tak fajny jak Ja, czy tylko się stara. Drogie romantyczki i drodzy romantycy (którym de facto też jestem), Wasze piękne hasło „miłość od pierwszego wejrzenia” oznacza „zakochanie się w kimś od momentu ZOBACZENIA go po raz pierwszy”. To definicja słownikowa i nie macie jak z nią polemizować.

Wiem, że w przypadku kobiet to nie ma sensu, ale odwołam się do logicznego aspektu sprawy. Wyobraź sobie, że jesteś na imprezie/uczelni/kółku różańcowym i jest dwóch gości. Jeden wygląda jak skrzyżowanie Roberta Pattisona z Radzimirem Dębskim, a drugi jak z kampanii społecznej o bezdomnych na Ukrainie. Po co miałabyś zagadywać i rozpoczynać kontakt z tym drugim? Wiem, że i tak tego nie zrobisz, bo będziesz czekać, aż facet podejmie inicjatywę, ale odwołując się do racjonalnych przesłanek – po jaką cholerę miałabyś poznawać kolesia, który totalnie Cię nie pociąga i zupełnie nie zwrócił Twojej uwagi? W większości przypadków nie zauważysz go nawet choćbyś po nim przeszła. Jest poza obszarem Twojej percepcji.

Autorka zdjęcia jest Magda Danaj / porysunki

Gdybyście faktycznie równie chętnie poznawały brzydali, co przystojniaków (i sypiały z nimi), to:

  1. nie byłoby tylu sfrustrowanych gości spazmujących, że kobiety są złe
  2. nikt by o siebie nie dbał, nie kupował nowych ciuchów, butów, nie golił się i nie chodził do fryzjera. Bo po co miałby to robić, skoro miałby takie same szanse, jak każdy inny brudas?

Korzystając z okazji, przyznajcie, że to jak ktoś wygląda i czy się Wam podoba ma znaczenie. Tak samo duże, jak to, czy ktoś jest ciekawy, inspirujący, ma nietuzinkową osobowość, czy jest tylko zwykłym nudziarzem kochającym się na misjonarza raz w tygodniu. Amen.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Testujemy aplikację Zonar i bujamy się po Krakowie za półdarmo

Skip to entry content

Przedwczoraj pomimo wybitnie londyńskiej pogody, wybrałem się z Andrzejem na miasto, żeby potestować nową aplikację na Androida (na iPhone’a zresztą też). O Andrzeju już Wam kiedyś pisałem, to jeden z tych kumpli, który póki co nie sprzedał marzeń i wierzy, że zostanie gwiazdą rocka. Wracając do tematu, ustawiliśmy się pod Bagatelą, żeby sprawdzić jak w terenie działa Zonar – aplikacja wykorzystująca geotargetowanie, która na bieżąco mówi Wam, gdzie jest jakąś zniżka/promocja/bonusik.

 

O co kaman?

Zonar to taki trochę Groupon bezpośrednio na telefon. Pokazuje Ci informacje o okazjach w Twoim otoczeniu, przy czym, żeby skorzystać z jakiejś nie musisz dokonywać przedpłaty. To jeden z większych większych plusów. Kolejny to to, że mówiąc „w Twoim otoczeniu” nie mam na myśli całej Polski, województwa, czy choćby miasta, ale najbliższe 3 ulice. Możesz ustawić, czy chcesz widzieć promocje w zasięgu 1, 2, czy 5 kilometrów. Minus jest taki, że tyczy się to póki co tylko Krakowa (Kraków na stolicę, Kraków na prezydenta!), ale twórcy z czasem z pewnością powiększą bazę zniżek o kolejne miasta.

Co do samych promocji, to obejmują one zarówno restauracje/knajpy z jedzeniem, kawiarnie, bary, jak i puby. Jest tez trochę rabatów na usługi związane ze sportem, zdrowiem i urodą oraz stricte zakupy. Czyli standardzik. Oczywiście, żeby skorzystać z jakiegokolwiek bonusa trzeba być użytkownikiem aplikacji, na szczęście jest ona bezpłatna. Dobra, to sucha teoria, która pewnie nic Wam nie mówi, więc…

 

Jak to wygląda w praktyce?

Wychodzimy na miasto (albo po prostu przed klatkę), włączamy aplikację i klikamy „Zobacz promocje w pobliżu”. Wyskakuje nam lista okazji ze wszystkich kategorii w najbliższym otoczeniu wraz z odległością od miejsca, w którym obowiązują. Z tym dystansem do konkretnej miejscówki, to spoko sprawa, bo szybko można dokonać selekcji.

Aplikacja jest w miarę inteligentna i można ją szybko spersonalizować. Zaznaczając czy bardziej nam zależy na tanim jedzeniu, zniżkach do klubu, czy fitnessie, pokaże nam dostosowaną konkretnie pod nas listę promocji. Dla leni (dla mnie i dla Andrzeja) są gotowe tryby: „jestem głodny”, „na zakupy”, „na imprezę”, które od razu nam pokażą to co trzeba. Dobry bajer.

 

Pizza w „Dominium” za pół ceny

Pierwszą promocją jaką stestowaliśmy była zniżka 50% na pizzę w „Dominium”. Sorry za ciemną fotę, ale jak widać robiona była przed jedzeniem, a jak bloger głodny to i zdjęcia źle wychodzą. Na temat samego placka nie będę się specjalnie rozpisywał, bo kto był w „Dominium” ten wie, że pizzkę mają dobrą. Taniej o połowę płacą tylko studenci, także oprócz telefonu z aplikacją trzeba pokazać jeszcze legitymację. Na szczęście miałem podbitą, także hajs na rachunku się zgadzał.

 

Bania od Zonara

Po jedzeniu chcieliśmy walnąć darmową banieczkę w „Krakowskich Zakąskach”, ale pech chciał, że było przed 14:00 i lokal był jeszcze zamknięty. Trudno, skoczyliśmy uzupełnić płyny gdzie indziej. W końcu do następnego miejsca z tanim alko dzieliło nas tylko 160 metrów.

 

Browar w „Banialuce” za złotówkę

W „Banialuce” czekały na nas pierogi lub tatar za 5zł, albo piwko za symbolicznego jednego złotego. Kusił mnie tatar, bo robią całkiem znośnego, ale po tej pizzy już bym nie dał rady tego zmieścić, więc wzięliśmy tylko po piwku. Muszę Wam powiedzieć, że tak tanio to jeszcze nie piłem piwa w centrum Krakowa i szczerze mówiąc trudno będzie to przebić.

 

Multikino też taniej

Na koniec, chcieliśmy zobaczyć co ciekawego z opcji niejedzeniowo-alkoholowych jest taniej i trafiło się Multikino. Tym razem ukłon w stronę osób niestudiujących – bilet na „Noc reklamożerców” 10 złotych taniej, a dla par bonusowo popcorn i cola. Extra. Dobry event i promocja dobrze dostosowana do grupy docelowej. Podejrzewam, że na ENEMEFy też coś będzie.

 

Korzystajcie w pokoju Chrystusa

Słowem końca: Zonar jest dobrą aplikacją, a jak zostanie rozbudowany o kolejne miasta, to będzie aplikacją świetną. Tanio, blisko, z głową i bez przedpłat – Stay Fly approved!

Grzeczny Chłopiec gotuje #8 – Penne z boczkiem i camembertem

Skip to entry content

Ostatnio gdy gotowałem nudle z kurczakiem, pytałem Was co innego szybkiego i prostego moglibyście polecić. Były dwa warunki: musi być mięso, ale nie może być to kurczak. Padło trochę propozycji (dzięki!), niektóre znałem, niektórych nie. Ostatecznie wybrałem tę, która moim zdaniem była najprostsza i najdziwniejsza. Był to pomysł Marty Szymuli, czyli penne z boczkiem i camembertem. Jak przeczytałem, że ktoś je boczek z serem pleśniowym (i mlekiem, i śmietaną), to się złapałem za głowę i pomyślałem, że trzeba tego spróbować!

 

Składniki

Jak widać jest tego niewiele. W oryginalnym przepisie nie było cebuli i czosnku, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi (poza tym, już trochę to u mnie leżało, a żal mi było wyrzucać). Żeby przygotować porcję dla jednej osoby potrzebujemy:

  • 4 garści makaronu typu penne
  • 150 gram boczku
  • pół camemberta
  • 3 łyżki stołowe śmietany
  • trochę mleka (zapomniałem sfotografować, ale chyba nie będziecie mnie bić, co?)
  • 1/4 cebuli
  • 2 ząbki czosnku

Zgubiłem rachunek za zakupy, ale jedna porcja wychodzi około 6-7 złotych, także całkiem niskobudżetowo. Szama miała się robić szybko, więc…

 

Jazda, jazda!

Po pierwsze – wrzucamy garnek z wodą na palnik. Jak woda się gotuje, obieramy cebule i czosnek i siekamy w kostkę. Im drobniej, tym lepiej. Wiadomo. Po posiekaniu rzucamy to na patelnię i złocimy.

 

Woda dalej się gotuje, czosnek z cebulą złocą – czas na boczek. Boczek, jak to boczek, zazwyczaj jest twardy, więc chwilę nam zejdzie z pokrojeniem go w drobną kostkę.

 

Jeśli mięso jest już w częściach, to znaczy, że woda się gotuje, a cebula z czosnkiem już się odpowiednio przysmażyły. Wrzucamy do wody wcześniej wspomniane 4 garści makaronu, a pocięte mięso na patelnię. Nigdy na odwrót (cóż za żart)!

 

Gotowanie i smażenie chwilę zajmie, więc nie ma ciśnienia. Na spokojnie możemy pokroić połówkę camemberta, również w drobną kostkę.

 

Makaron zasadniczo jest już gotowy, boczek także nie wygląda na surowy. Dorzucamy sera do mięsa, 4 łyżki śmietany i trochę mleka. Mieszamy i zostawiamy całość jeszcze na ogniu, żeby ser się roztopił.

 

Ser się topi, więc odcedzamy makaron i wrzucamy na talerz.

 

Wszystko się wymieszało, rozpuściło i połączyło. Proszę Państwa…

 

Możemy jeść!

Nie będę ściemniał – wygląda średnio. Nie wiem czemu tak jest. Naprawdę się staram. Czasem nawet myję naczynia, sztućce i ręce przed podaniem potrawy, a dania dalej nie wygląda jak z MasterChefa… Tam chyba po prostu używają Fotoszopa. Tak czy inaczej, jak się to dobrze posoli, to jest całkiem smaczne. I robi się jakieś 15 minut, także naprawdę szybko. Bałem się trochę, czy po tym boczku z camembertem i śmietaną nie zablokuję toalety na całe popołudnie, ale obyło się bez ofiar. Zatwierdzam to połączenie. A następnym razem zrobię coś jeszcze szybszego. Będę chciał się zmieścić w 10 minutach! Nie zdradzę tajemnicy cóż to będzie, ale możecie spróbować strzelić.