Close
Close

Ostatnio jakoś tak wyszło, że co tydzień jestem na jakimś wernisażu. Malarstwo, grafika, rzeźba, architektura, intermedia – kto się ma na tym znać jak nie bloger stylożyciowy? Wiadomo, się gra, się ma i ogólnie lanserka na znajomych artystów zawsze działa. Chodzę piąty rok po tych otwarciach wystaw i trochę się napatrzyłem, nasłuchałem i narozkminiałem. I dzisiaj to skonkretyzowałem. Czytajcie zatem 5 prawd objawionych o wernisażach!

 

Im gorsza wystawa tym lepsze wino

Tutaj nie mam nic do dodania. Dziwna to zależność, ale tak w istocie jest. Im bardziej beznadziejne prace, tym lepsze trunki (chyba po to, żeby osłodzić niski poziom walorów estetycznych wydarzenia).

 

Artyści są najgorzej ubraną grupą społeczną

To jest dla mnie największa zagadka. Jak ludzie, którzy (podobno) mają wysoce rozwinięty zmysł estetyczny mogą się tak tragicznie ubierać? Wiem, że brudne swetry i podarte spodnie mają im dodawać autentyczności, ale wszystko ma swoje granice.

 

Jakość żartów kuratora jest wprost proporcjonalna do jego wieku

Im starszy kurator, tym lepiej jest w stanie się wypowiedzieć na temat prezentowanych prac i wtrącić jakiś żarcik. Młodzi kuratorzy rzucają takie suchary, że uszy puchną, a są dogłębnie przekonani o zajebistości swojej przemowy.

 

Autor jest w stanie mniej powiedzieć o swoich pracach, niż kurator

Na początku (4 lata temu) próbowałem zagadywać autorów. Pytać o myśl przewodnią w ich pracach. Dociekać co oznacza ta żółta plama pokrywająca całe płótno i czy te odpryski z kapuśniaku na rzeźbie to specjalnie?  Dość szybko dałem sobie spokój z tego typu pytaniami, bo 83% twórców nie ma najmniejszego pojęcia co jest na ich dziełach. Im się po prostu coś stworzyło, a o tym co to jest możesz jedynie pogadać z kuratorem.

 

Tylko nieznajomi są zainteresowani pracami, reszta przyszła napić się wina

Konsultowałem ten punkt z moim przyjacielem malarzem i powiedział, że de facto możnaby go sformułować tak: „jeśli chcesz sprawdzić ile osób jest naprawdę zainteresowanych Twoją sztuką, zrób wystawę poza miejscem, w którym mieszkasz”. Zaiste jest tak, że znajomi artysty przychodzą dlatego, że wypada, i że trzeba, i że to dobra okazja na biforek przed właściwym melanżem. Tylko osoby postronne (znawcy, kolekcjonerzy, dziennikarze, kuratorzy, inni twórcy) przychodzą na wernisaż, bo faktycznie są szczerze zainteresowani pracami i chcą sobie pokontemplować sztukę.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Post stary ale mam ochotę coś napisać ;)

    #2 Mam odpowiedź na tę zagadkę. Kocham sztukę od strony twórcy i odbiorcy. Mimo, że interesuje mnie natura piękna, sama nie nakładam makijażu i nie przejmuję, że zdarza mi się ubrać wyciągnięty lub poplamiony farbą sweter i nie ma to nic wspólnego w potrzeba bycia autentycznym. Po prostu wolę się wyrażać przez sztukę niż przez ubiór, a ubrania kompletnie mnie nie interesują.

    Do tego można jeszcze przytoczyć pewną ciekawostkę. Praca kreatywna nie jest prostą pracą i nadmiar takiej pracy wyczerpuję. Kiedy większość zasobów swojej kreatywności zużywasz na swoją pracę, średnio ci się chce jeszcze angażować kreatywnie w inne aspekty swojego życia.

  • Pingback: Restauracja „Smakołyki” na Straszewskiego | Stay Fly()

  • FengII

    Ja się ubieram zajebiście i dbam o swój wizerunek . zawsze mam wyprasowane koszule ;p Buty i włosy są najważniejsze :) i maluję obrazy ! nigdy nie miałem swojego wernisażu a sprzedaję swoje obrazy . w moim przypadku jest prawdą, że autor mało wie o obrazie, który namalował – zastanawiam się dlaczego to namalowałem. albo zastawiam się dlaczego własnie to chce namalować…

  • FengII

    http://www.facebook.com/Fengii
    Nie chce byście upijali się winem lepszym lub gorszym nie chcę byście przychodzili na wernisaż, nie chce byście musieli zastanawiać się co miał na myśli artysta , nie chce tez abyście musieli myśleć co w jego głowie siedzi… Chce żeby obrazy które maluję Cię poruszały! jeżeli tak jest to się cieszę a jak nie to dziękuje że chociaż zobaczyłeś…
    http://www.facebook.com/Fengii

  • Co do ubioru to może jest tak, że oni (artyści) po prostu wkładają na siebie to czego na bank nikt inny nie założy, bo niekoniecznie chcą żeby dzieła odwracały od nich całkowitą uwagę. W końcu to oni je namalowali, oni mają być podziwiani a obraz to tylko produkt lansujący artystę.

    • Chyba pomyliłes malarzy z gwiazdami showbiznesu :)

      • Wiesz każdy wie kim był Picasso ale zapytanie przypadkowego przechodnia o tytuły 3 jego obrazów to już raczej klęska. Obrazy to tylko środek do osiągnięcia celu, czyli u większości po prostu kasy, zrobienia ze swojego talentu sposobu na życie. Który artysta nie chciałby za swoje dzieła dostawać milionów? Poza tym często jedno dzieło może wylansować artystę do tego stopnia, że każde następne nie będzie doceniane ze względu na wartości artystyczne ale na osobę autora. I wtedy głównym atutem takiego artysty staje się jego własna marka a nie jego utwory. Myślę że w tych czasach coraz więcej artystów zdaje sobie z tego sprawę i sami dobrze wiedzą, że wszystko ma wpływ na ich przyszłość – dzieła, ale też zachowanie, ubiór, liczba wernisaży, miejsca, znajomości… Większość artystów już tak ma choć być może większości malarzy to jeszcze nie dotyczy, ale to tylko kwestia czasu.

        • Łukasz, wszystko to co mówisz jest prawdą. Tyle, że odniesieniu do produktów. Rzeźba, czy sitodruk, to nie model telefonu czy butów. Dzieła nie tworzy się z pobudek ekonomiczno-marketingowych, tylko chęci wyrażenia siebie i przekazania czegoś światu, mówiąc górnolotnie. Właśnie tym różni się artysta od rzemieślnika, że nie produkuje po to by podwyższyć status materialny, tylko tworzy z głębokiej wewnętrznej potrzeby. Jest więc dokładnie odwrotnie w stosunku do tego co piszesz. Artyście nie zależy na tym by był znany, tylko by jego prace docierały do odbiorców i wywoływały w nich emocje. Właśnie tym się różni sztuka od produktu.

          • Ale w ślad za emocjami i odbiorcami, jeśli jest ich coraz więcej, idą właśnie pieniądze. Taki jest świat po prostu. Nawet jeśli artysta głośno o tym nie mówi, to na to po cichu liczy i nie odrzuca dobrze płatnych ofert. Z czegoś musi żyć, a z czego lepiej, jak nie ze swojej pasji?

  • m.

    „artyści są najgorzej ubraną grupą społeczną” (?)

    http://www.youtube.com/watch?v=35TbGjt-weA

    • Ale pełnym zdaniem koleżanko, pełnym zdaniem, bo nie wiem o co Ci chodzi.

      • m.

        Nie wiem na jakich wernisażach/wystawach byłeś, ale wydaję mi się że scharakteryzowanie ‚artystów’ słowami brudne swetry+podarte spodnie jest troszkę nie na miejscu. Środowisko artystyczne jest na tyle różnorodne że nie wrzucałabym wszystkich ludzi z nim związanych do jednej szufladki pod nazwą ” najgorzej ubrana grupa społeczna” i tyle :) Przyznam że lubię Twojego bloga i zdaję sobie sprawę z tego że im bardziej kontrowersyjne rzeczy na nim piszesz tym lepiej dla Ciebie, ale czasem powstrzymanie się od takich stwierdzeń wyszłoby na pewno lepiej.

        • Sis

          A mnie się wydaje, że to czysto subiektywne spostrzeżenie, a nie kontrowersyjne szufladkowanie, takie do potraktowania z przymrużeniem oka ;) Poza tym przecież mogło być tak, że przez 5 lat trafiał akurat na te wystawy, których autorzy nosili obdarte spodnie i brudne swetry.

  • K.

    nie wiem czy sie zgodze z punktem piatym, bo wernisaż nie stwarza warunkow do obcowania ze sztuka (tłum, głośno, i wszyscy zaraz zezra i wypija to co jest przy bufecie). ale za to mozna pokazać, jak bardzo się jest ukulturalnionym.

    • Kruchy

      Jak jest hasło „zapraszam na poczęstunek” to prawie dochodzi do rękoczynów, bo nie daj boze nie starczy dla mnie…

      • Dlatego na początku zawsze zajmuje strategiczne pozycje, żeby po przemowie autora mieć wszystko na wyciągnięcie ręki ;)

  • M. Snuk

    Nie wiem o co chodzi z tym wygladem, ale tak jest, ze ubieraja sie strasznie. Faceci z aghu to przy nich normalnie lanserzy. Same brudne niedopasowane ubrania i „jestę malarzę”.

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Grzeczny Chłopiec gotuje #9 – Najszybsze danie z makaronem na świecie

Skip to entry content

Ostatnio gotując penne z boczkiem i camembertem, pisałem, że będę chciał zrobić coś turbo szybkiego i zmieścić się w 10 minutach. Z pełno wymiarowych dań, które nie są jakąś instant opcją znam tylko jedno. Jest to penne z mięsem mielonym i jajkiem. Proste (banalne) i szybkie (błyskawiczne). Jeśli jesteś kulinarną kaleką lub w tygodniu nie masz czasu nawet żeby sobie w spokoju poczytać Stay Fly, to dzisiejszy przepis powinieneś sobie dodać do ulubionych w zakładkach.

 

Tak niewiele potrzeba nam do szczęścia

Dzisiejsze danie jest naprawdę minimalistyczne. Żeby nasycić żołądek w 10 minut potrzebujemy:

  • 150 gram mięsa mielonego (obojętnie jakiego)
  • 4 garści makaronu penne
  • 2 jajka
  • i z rzeczy, których nie widać na zdjęciu: oregano i sól

Tyle! Nie dużo, co? Koszt to jakieś 4,5zł.

 

Przekraczamy prędkość światła

Nastawiamy wodę na gaz i przykrywamy pokrywką, żeby się w ciągu trzykrotnego mgnienia okiem zagotowała. Gdy to się dzieje wrzucamy 4 garści penne i rozgrzewamy patelnię. Na gorącą patelnie rzucamy mięcho i rozdrabniamy na małe kawałeczki.

 

Jeśli makaron przykryliśmy pokrywką i daliśmy ogień na maksa, to powinien być gotowy w ciągu jakichś 7 minut. Mięcho też (pamiętamy o przemieszywaniu).

 

Wsypujemy makaron na patelnię, straszymy go ogniem, doprawiamy całość oregano i solą i mieszamy jakieś 30 sekund.

 

Po połowie minuty wbijamy na patelnie 2 jaja i (jak to określiła jedna z czytelniczek w poprzednim wpisie) rozbełtujemy je. Mieszamy energicznie, żeby całe mięcho i makaron obeszło jajkami i szybko się ścięło. Nie powinno Wam to zając więcej, niż 45 sekund.

 

Zmieściliśmy się w 10 minutach?

Według moich obliczeń wynika, że tak. Zrobiliśmy obfitą i sycącą szamkę w 600 sekund (musiałem użyć kalkulatora żeby to policzyć). Wygląda co najmniej średnio, ale tym razem nie o to tu chodziło. Głównym kryterium było tempo, a to było mistrzowskie. Zresztą sprawdźcie sami, czy pobijecie mój czas.

To był 9-ty odcinek cyklu „Grzeczny Chłopiec gotuje”, z czego dość jasno (przynajmniej dla mnie) wynika, że następny jest 10-ty. Co oznacza, że szykuje się mały cyklowy jubileusz. W związku z tym, nie będzie żadnych prostych banalnych dań, tylko zrobię coś kozackiego. Coś godnego MasterChefa, a jak!

I tu jak zwykle proszę Was o pomoc: jakie znacie najbardziej kozackie danie, które można przygotować w domu do 20zł na osobę? Coś takiego, żeby Magdzie Gessler oszalały kubki smakowe, a Michael Moran powiedział, że to „przyjemny dań”?

---> SKOMENTUJ

W ramach niekończącego się umiłowania samego siebie, przeglądałem wczoraj posty z mojej wyprawy do Londynu. Pisząc je byłem przekonany, że napisałem Wam o wszystkim, o czym warto napisać. W końcu był i Hyde Park, i Harrods, i kurczakburgery (sacrum zmieszało się z profanum, a policjanci przestali gonić za picie w plenerze). Po czym spojrzałem w folder ze zdjęciami i olśniło mnie. Zapomniałem o Camden Town…

 

Dzielnica Amy Winehouse

Za jej piosenkami jakoś szczególnie nie przepadałem i po jej śmierci też nagle się to nie zmieniło, ale dzielnię to muszę przyznać, że miała kozacką. Nie ma takiego miasta w Polsce, w którym można na co dzień spotkać tyle freaków i cudaków, co w londyńskim Camden Town. Ta miejscówka to mekka wszystkich gotów, electro-gotów, metalowców, cyber-punkowców, emo i innych ludzi, których z pewnością nie wpuściliby do żadnego biurowca w Krakowie.

 

Cyberdog

„Cyberpies” to sklep z najbardziej pokręconymi akcesoriami w jakim miałem okazję być. Buty na koturnach wyższych niż Danny DeVito, peruki z plastikowych rur i implanty większości części ludzkiego ciała. To asortyment podstawowy w tym sklepie. Były tam zasadniczo same dziwne rzeczy, którymi Kasia Tusk z pewnością nie chwaliłaby się na swoim blogu. Mimo to, włos zjeżył mi się na pośladkach, dopiero gdy zszedłem do podziemi.

Cóż tam oczy me ujrzały? Akcesoria erotyczne (jeśli nie macie skończonych 30-stu lat, to w tej chwili przestańcie czytać), a wśród nich podwójny fluorescencyjnych wibrator doodbytniczy „stylizowany na członka obcego”. Bleee! Jak teraz o tym myślę, to wciąż robi mi się… źle. Mózg mi eksplodował trzykrotnie i w chwili słabości dałem się złapać obsłudze na robieniu zdjęć (a był zakaz przy wejściu, oj były). Skończyło się bez mordobicia i po wyjściu stamtąd wciąż mogłem zjeść frytki z rybą używając wszystkich jedynek, ale niestety foty bezpowrotnie przepadły. Wrrr, I’ll be back!

 

Szama

Nie spodziewałem się tego, ale jedzenie było tam całkiem znośne i to bez dziwactw. Były Pizze, burgery, zapiekanki, ale przede wszystkim chińszczyzna! Masę różnej maści chińszczyzny. I nawet nie tak bardzo zapadły mi w pamięć same kurczaki na 3 miliony sposobów, co sprzedawcy. Każdy handlujący tam Azjata zapraszał (wołał) Cię na darmową mini-porcyjkę. Zrobiłeś 2 rundki po wszystkich stoiskach i byłeś już tak najedzony, że nie było potrzeby nic kupować.

 

Fauna i flora

Jeśli mój wstęp o ludziach ze strefy cienia Was odstraszył, to zakończenie powinno Was zdecydowanie przekonać do Camden Town. Jak widać, jestem tam zielono i strasznie klimatycznie. Można się elegancko wyłożyć na murku nad wodą, poczytać, posłuchać muzyki i pokontemplować rzeczywistość (lub swoją zajebistość). Po Hyde Parku, to druga najfajniejsza miejscówka w Londynie na chillout i piwko w plenerze, czyli to co blogerzy lubią najbardziej.

Ktoś z Was też już tu był (jest)?

---> SKOMENTUJ