Close
Close

Ostatnio jakoś tak wyszło, że co tydzień jestem na jakimś wernisażu. Malarstwo, grafika, rzeźba, architektura, intermedia – kto się ma na tym znać jak nie bloger stylożyciowy? Wiadomo, się gra, się ma i ogólnie lanserka na znajomych artystów zawsze działa. Chodzę piąty rok po tych otwarciach wystaw i trochę się napatrzyłem, nasłuchałem i narozkminiałem. I dzisiaj to skonkretyzowałem. Czytajcie zatem 5 prawd objawionych o wernisażach!

 

Im gorsza wystawa tym lepsze wino

Tutaj nie mam nic do dodania. Dziwna to zależność, ale tak w istocie jest. Im bardziej beznadziejne prace, tym lepsze trunki (chyba po to, żeby osłodzić niski poziom walorów estetycznych wydarzenia).

 

Artyści są najgorzej ubraną grupą społeczną

To jest dla mnie największa zagadka. Jak ludzie, którzy (podobno) mają wysoce rozwinięty zmysł estetyczny mogą się tak tragicznie ubierać? Wiem, że brudne swetry i podarte spodnie mają im dodawać autentyczności, ale wszystko ma swoje granice.

[emaillocker]

Jakość żartów kuratora jest wprost proporcjonalna do jego wieku

Im starszy kurator, tym lepiej jest w stanie się wypowiedzieć na temat prezentowanych prac i wtrącić jakiś żarcik. Młodzi kuratorzy rzucają takie suchary, że uszy puchną, a są dogłębnie przekonani o zajebistości swojej przemowy.

 

Autor jest w stanie mniej powiedzieć o swoich pracach, niż kurator

Na początku (4 lata temu) próbowałem zagadywać autorów. Pytać o myśl przewodnią w ich pracach. Dociekać co oznacza ta żółta plama pokrywająca całe płótno i czy te odpryski z kapuśniaku na rzeźbie to specjalnie?  Dość szybko dałem sobie spokój z tego typu pytaniami, bo 83% twórców nie ma najmniejszego pojęcia co jest na ich dziełach. Im się po prostu coś stworzyło, a o tym co to jest możesz jedynie pogadać z kuratorem.

 

Tylko nieznajomi są zainteresowani pracami, reszta przyszła napić się wina

Konsultowałem ten punkt z moim przyjacielem malarzem i powiedział, że de facto możnaby go sformułować tak: „jeśli chcesz sprawdzić ile osób jest naprawdę zainteresowanych Twoją sztuką, zrób wystawę poza miejscem, w którym mieszkasz”. Zaiste jest tak, że znajomi artysty przychodzą dlatego, że wypada, i że trzeba, i że to dobra okazja na biforek przed właściwym melanżem. Tylko osoby postronne (znawcy, kolekcjonerzy, dziennikarze, kuratorzy, inni twórcy) przychodzą na wernisaż, bo faktycznie są szczerze zainteresowani pracami i chcą sobie pokontemplować sztukę.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

18
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
10 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
keteleRestauracja „Smakołyki” na Straszewskiego | Stay Flylooqash.comFengIIGrzeczny Chłopiec Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
K.
Gość
K.

nie wiem czy sie zgodze z punktem piatym, bo wernisaż nie stwarza warunkow do obcowania ze sztuka (tłum, głośno, i wszyscy zaraz zezra i wypija to co jest przy bufecie). ale za to mozna pokazać, jak bardzo się jest ukulturalnionym.

Kruchy
Gość
Kruchy

Jak jest hasło „zapraszam na poczęstunek” to prawie dochodzi do rękoczynów, bo nie daj boze nie starczy dla mnie…

Maciej Polek
Gość

Dlatego na początku zawsze zajmuje strategiczne pozycje, żeby po przemowie autora mieć wszystko na wyciągnięcie ręki ;)

m.
Gość
m.

„artyści są najgorzej ubraną grupą społeczną” (?)

http://www.youtube.com/watch?v=35TbGjt-weA

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ale pełnym zdaniem koleżanko, pełnym zdaniem, bo nie wiem o co Ci chodzi.

m.
Gość
m.

Nie wiem na jakich wernisażach/wystawach byłeś, ale wydaję mi się że scharakteryzowanie ‚artystów’ słowami brudne swetry+podarte spodnie jest troszkę nie na miejscu. Środowisko artystyczne jest na tyle różnorodne że nie wrzucałabym wszystkich ludzi z nim związanych do jednej szufladki pod nazwą ” najgorzej ubrana grupa społeczna” i tyle :) Przyznam że lubię Twojego bloga i zdaję sobie sprawę z tego że im bardziej kontrowersyjne rzeczy na nim piszesz tym lepiej dla Ciebie, ale czasem powstrzymanie się od takich stwierdzeń wyszłoby na pewno lepiej.

Sis
Gość
Sis

A mnie się wydaje, że to czysto subiektywne spostrzeżenie, a nie kontrowersyjne szufladkowanie, takie do potraktowania z przymrużeniem oka ;) Poza tym przecież mogło być tak, że przez 5 lat trafiał akurat na te wystawy, których autorzy nosili obdarte spodnie i brudne swetry.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dzięki Sis, sam bym tego lepiej nie ujął :*

looqash.com
Gość

Co do ubioru to może jest tak, że oni (artyści) po prostu wkładają na siebie to czego na bank nikt inny nie założy, bo niekoniecznie chcą żeby dzieła odwracały od nich całkowitą uwagę. W końcu to oni je namalowali, oni mają być podziwiani a obraz to tylko produkt lansujący artystę.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Chyba pomyliłes malarzy z gwiazdami showbiznesu :)

looqash.com
Gość

Wiesz każdy wie kim był Picasso ale zapytanie przypadkowego przechodnia o tytuły 3 jego obrazów to już raczej klęska. Obrazy to tylko środek do osiągnięcia celu, czyli u większości po prostu kasy, zrobienia ze swojego talentu sposobu na życie. Który artysta nie chciałby za swoje dzieła dostawać milionów? Poza tym często jedno dzieło może wylansować artystę do tego stopnia, że każde następne nie będzie doceniane ze względu na wartości artystyczne ale na osobę autora. I wtedy głównym atutem takiego artysty staje się jego własna marka a nie jego utwory. Myślę że w tych czasach coraz więcej artystów zdaje sobie z… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Łukasz, wszystko to co mówisz jest prawdą. Tyle, że odniesieniu do produktów. Rzeźba, czy sitodruk, to nie model telefonu czy butów. Dzieła nie tworzy się z pobudek ekonomiczno-marketingowych, tylko chęci wyrażenia siebie i przekazania czegoś światu, mówiąc górnolotnie. Właśnie tym różni się artysta od rzemieślnika, że nie produkuje po to by podwyższyć status materialny, tylko tworzy z głębokiej wewnętrznej potrzeby. Jest więc dokładnie odwrotnie w stosunku do tego co piszesz. Artyście nie zależy na tym by był znany, tylko by jego prace docierały do odbiorców i wywoływały w nich emocje. Właśnie tym się różni sztuka od produktu.

looqash.com
Gość

Ale w ślad za emocjami i odbiorcami, jeśli jest ich coraz więcej, idą właśnie pieniądze. Taki jest świat po prostu. Nawet jeśli artysta głośno o tym nie mówi, to na to po cichu liczy i nie odrzuca dobrze płatnych ofert. Z czegoś musi żyć, a z czego lepiej, jak nie ze swojej pasji?

FengII
Gość
FengII

http://www.facebook.com/Fengii
Nie chce byście upijali się winem lepszym lub gorszym nie chcę byście przychodzili na wernisaż, nie chce byście musieli zastanawiać się co miał na myśli artysta , nie chce tez abyście musieli myśleć co w jego głowie siedzi… Chce żeby obrazy które maluję Cię poruszały! jeżeli tak jest to się cieszę a jak nie to dziękuje że chociaż zobaczyłeś…
http://www.facebook.com/Fengii

M. Snuk
Gość
M. Snuk

Nie wiem o co chodzi z tym wygladem, ale tak jest, ze ubieraja sie strasznie. Faceci z aghu to przy nich normalnie lanserzy. Same brudne niedopasowane ubrania i „jestę malarzę”.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Grzeczny Chłopiec gotuje #9 – Najszybsze danie z makaronem na świecie

Skip to entry content

Ostatnio gotując penne z boczkiem i camembertem, pisałem, że będę chciał zrobić coś turbo szybkiego i zmieścić się w 10 minutach. Z pełno wymiarowych dań, które nie są jakąś instant opcją znam tylko jedno. Jest to penne z mięsem mielonym i jajkiem. Proste (banalne) i szybkie (błyskawiczne). Jeśli jesteś kulinarną kaleką lub w tygodniu nie masz czasu nawet żeby sobie w spokoju poczytać Stay Fly, to dzisiejszy przepis powinieneś sobie dodać do ulubionych w zakładkach.

 

Tak niewiele potrzeba nam do szczęścia

Dzisiejsze danie jest naprawdę minimalistyczne. Żeby nasycić żołądek w 10 minut potrzebujemy:

  • 150 gram mięsa mielonego (obojętnie jakiego)
  • 4 garści makaronu penne
  • 2 jajka
  • i z rzeczy, których nie widać na zdjęciu: oregano i sól

Tyle! Nie dużo, co? Koszt to jakieś 4,5zł.

 

Przekraczamy prędkość światła

Nastawiamy wodę na gaz i przykrywamy pokrywką, żeby się w ciągu trzykrotnego mgnienia okiem zagotowała. Gdy to się dzieje wrzucamy 4 garści penne i rozgrzewamy patelnię. Na gorącą patelnie rzucamy mięcho i rozdrabniamy na małe kawałeczki.

 

Jeśli makaron przykryliśmy pokrywką i daliśmy ogień na maksa, to powinien być gotowy w ciągu jakichś 7 minut. Mięcho też (pamiętamy o przemieszywaniu).

 

Wsypujemy makaron na patelnię, straszymy go ogniem, doprawiamy całość oregano i solą i mieszamy jakieś 30 sekund.

 

Po połowie minuty wbijamy na patelnie 2 jaja i (jak to określiła jedna z czytelniczek w poprzednim wpisie) rozbełtujemy je. Mieszamy energicznie, żeby całe mięcho i makaron obeszło jajkami i szybko się ścięło. Nie powinno Wam to zając więcej, niż 45 sekund.

 

Zmieściliśmy się w 10 minutach?

Według moich obliczeń wynika, że tak. Zrobiliśmy obfitą i sycącą szamkę w 600 sekund (musiałem użyć kalkulatora żeby to policzyć). Wygląda co najmniej średnio, ale tym razem nie o to tu chodziło. Głównym kryterium było tempo, a to było mistrzowskie. Zresztą sprawdźcie sami, czy pobijecie mój czas.

To był 9-ty odcinek cyklu „Grzeczny Chłopiec gotuje”, z czego dość jasno (przynajmniej dla mnie) wynika, że następny jest 10-ty. Co oznacza, że szykuje się mały cyklowy jubileusz. W związku z tym, nie będzie żadnych prostych banalnych dań, tylko zrobię coś kozackiego. Coś godnego MasterChefa, a jak!

I tu jak zwykle proszę Was o pomoc: jakie znacie najbardziej kozackie danie, które można przygotować w domu do 20zł na osobę? Coś takiego, żeby Magdzie Gessler oszalały kubki smakowe, a Michael Moran powiedział, że to „przyjemny dań”?

W ramach niekończącego się umiłowania samego siebie, przeglądałem wczoraj posty z mojej wyprawy do Londynu. Pisząc je byłem przekonany, że napisałem Wam o wszystkim, o czym warto napisać. W końcu był i Hyde Park, i Harrods, i kurczakburgery (sacrum zmieszało się z profanum, a policjanci przestali gonić za picie w plenerze). Po czym spojrzałem w folder ze zdjęciami i olśniło mnie. Zapomniałem o Camden Town…

 

Dzielnica Amy Winehouse

Za jej piosenkami jakoś szczególnie nie przepadałem i po jej śmierci też nagle się to nie zmieniło, ale dzielnię to muszę przyznać, że miała kozacką. Nie ma takiego miasta w Polsce, w którym można na co dzień spotkać tyle freaków i cudaków, co w londyńskim Camden Town. Ta miejscówka to mekka wszystkich gotów, electro-gotów, metalowców, cyber-punkowców, emo i innych ludzi, których z pewnością nie wpuściliby do żadnego biurowca w Krakowie.

 

Cyberdog

„Cyberpies” to sklep z najbardziej pokręconymi akcesoriami w jakim miałem okazję być. Buty na koturnach wyższych niż Danny DeVito, peruki z plastikowych rur i implanty większości części ludzkiego ciała. To asortyment podstawowy w tym sklepie. Były tam zasadniczo same dziwne rzeczy, którymi Kasia Tusk z pewnością nie chwaliłaby się na swoim blogu. Mimo to, włos zjeżył mi się na pośladkach, dopiero gdy zszedłem do podziemi.

Cóż tam oczy me ujrzały? Akcesoria erotyczne (jeśli nie macie skończonych 30-stu lat, to w tej chwili przestańcie czytać), a wśród nich podwójny fluorescencyjnych wibrator doodbytniczy „stylizowany na członka obcego”. Bleee! Jak teraz o tym myślę, to wciąż robi mi się… źle. Mózg mi eksplodował trzykrotnie i w chwili słabości dałem się złapać obsłudze na robieniu zdjęć (a był zakaz przy wejściu, oj były). Skończyło się bez mordobicia i po wyjściu stamtąd wciąż mogłem zjeść frytki z rybą używając wszystkich jedynek, ale niestety foty bezpowrotnie przepadły. Wrrr, I’ll be back!

 

Szama

Nie spodziewałem się tego, ale jedzenie było tam całkiem znośne i to bez dziwactw. Były Pizze, burgery, zapiekanki, ale przede wszystkim chińszczyzna! Masę różnej maści chińszczyzny. I nawet nie tak bardzo zapadły mi w pamięć same kurczaki na 3 miliony sposobów, co sprzedawcy. Każdy handlujący tam Azjata zapraszał (wołał) Cię na darmową mini-porcyjkę. Zrobiłeś 2 rundki po wszystkich stoiskach i byłeś już tak najedzony, że nie było potrzeby nic kupować.

 

Fauna i flora

Jeśli mój wstęp o ludziach ze strefy cienia Was odstraszył, to zakończenie powinno Was zdecydowanie przekonać do Camden Town. Jak widać, jestem tam zielono i strasznie klimatycznie. Można się elegancko wyłożyć na murku nad wodą, poczytać, posłuchać muzyki i pokontemplować rzeczywistość (lub swoją zajebistość). Po Hyde Parku, to druga najfajniejsza miejscówka w Londynie na chillout i piwko w plenerze, czyli to co blogerzy lubią najbardziej.

Ktoś z Was też już tu był (jest)?