Close
Close

Kawałki, którymi jarałem się w 2012 roku

Skip to entry content

Sylwester już pojutrze (wiem, wiem, macie kalendarze). Myślałem, że moje poszukiwania epickiej domówki skończą się na tym, że sam będę musiał zrobić imprezę, ale odzew na mój apel zadziałał. I to lepiej, niż się spodziewałem! Dzięki, naprawdę nie spodziewałem się, że dostanę tyle zaproszeń. To bardzo, bardzo miłe. Przechodząc do konkretów, żeby sylwester był udany nie wystarczy kontener przyjaciół i zgrzewka środków odurzających. Musi być muzyka. Dobra muzyka!

Przed Wami 10 najlepszych kawałków, którymi jarałem się w mijającym roku. Absolutne kozaki, które zostają w głowie na długo po wyłączeniu. Playlista ułożona tak, żeby weszła łagodnie i przepaliła styki dopiero pod jej koniec. No to jedziemy!

 

#1 Hey – Wieliczka

Pierwszy singiel z nowej płyty rozkminiliśmy i z pozostałymi numerami już nie poszło tak gładko. Dalej nie mam pojęcia o czym jest ten kawałek, ale puśćcie go sobie o 8 rano wychodząc, do pracy/szkoły… Jest tak kojący, tak łagodnie wprowadza rytm dnia. Wychodzę na śnieg, zakładam słuchawki, puszczam „Wieliczkę” i czuję powiew lata. Co za lekkość!

 

#2 The XX – Chained

Ktoś jest w stanie odróżnić ich poszczególne numery od siebie, bez patrzenia w tracklistę? Równie dobrze mógłby tu się znaleźć każdy inny kawałek z płyty „Coexist” i nikt by raczej nie zauważył różnicy. Nie zmienia to faktu, że wszystkie płyną, delikatnie się sączą pozwalając słuchaczowi się porwać. Zabierają mnie ze sobą gdzieś daleko od bieżących zmartwień i w zasadzie nawet nie wiem kiedy. Tak, to właśnie świadczy o tym, że muzyka jest dobra.

 

#3 Lykke Li – Little Bit (AutoErotique Bootleg remix)

Tu dalej płyniemy, ale wpadamy już w rwący strumień. Utwór co prawda z maja 2011, ale odkryłem go dopiero miesiąc temu, więc jest w tym zestawieniu. Dobry na pierwsze, nieśmiałe zerwanie się z kanapy i sprawdzenie co się dzieje na parkiecie. To raz. A dwa, że mam do niego szczególny sentyment, bo przy oryginale wciąż wspominam swoją nieszczęśliwą miłość.

 

#4 Lana Del Rey – Summertime Sadness (Reich & Bleich remix)

W muzyce pop to jest rok Lany i nie powiesz, że nie. A to jest drugi dobry przykład, jak z kawałka do wczuty zrobić klubowy benger (pierwszy masz wyżej).

 

#5 Jamal – DEFTO

Soundtrack do tegorocznej majówki. Jedyny utwór, który wrzuciłem z klipem, bo w tym przypadku muzyka bez obrazu nie istnieje. Najlepszy polski teledysk 2012, jeśli nie w ogóle! Odbierając „DEFTO” słuchem i wzrokiem nie da się tego nie poczuć. Jest ktoś, kto się nie zgodzi?

 

#6 Starszy – Dzisiaj żyję

Po prostu pierwsze polskie dobre dicho! Rozpisywałem się na ten temat obszernie już tutaj, więc nie będę się powtarzał.

 

#7 DonGuralEsko – Trochę czasu (Robo3kz remix)

Nowa płyta Gurala jest co najmniej poniżej oczekiwań, żeby nie powiedzieć słaba, ale ten remix to kozak!

 

#8 Mixtura – Piętno + Grizzlee&Pezet

Jak to usłyszałem, to przestałem wciskać „repeat” dopiero jak nauczyłem się całego tekstu na pamięć. To pierwszy przypadek tak udanego rapowania pod drum’n’bass. Kto mógł to zrobić jak nie Pezet? A ten refren? Na rany Chrystusa, miód, miód, miód (miłość w zasadzie)! Nie byłem fanem Grizzleego ani EastWest Rockers, ale chyba zacznę.

 

#9 Borixon – Papierosy (Erionite remix)

To leciało w tym roku tyle razy, że musiało się pojawić. Nie policzę na placach rąk wszystkich moich znajomych ile melanży to nakręciło. Papierosy, które jaram!

 

#10 Pezet – Brutto czy netto

Paweł z Ursynowa po raz drugi. „Radio Pezet” to niekwestionowany hit i prekursor nowych trendów w rapie. Koniec i kropka (poczekajcie 2 lata, a zobaczycie, że reszta sceny też pójdzie tą drogą). Oprócz utworu z Bednarkiem, w zasadzie nie ma na tej płycie słabego momentu. I mimo, że szaleńczo jarałem się „Miejskim soundem” i „Supergirl”, gdy wyszły, to „Brutto czy netto” jest największym niszczycielem. Właśnie tak się rapuje pod dubstepy!

Podsumowując moje hity 2012, to jak łatwo można zauważyć, dominuje elektronika. I czy lubicie Skrillexa i Borgore’a, czy nie, to mają oni olbrzymi wpływ na współczesną muzykę i wątpię, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Oczywiście wszelkie indie-alternatywne brzmienia będą cieszyć się coraz większą popularnością, ale różnego typu „wiertarki” będą młócić jeszcze kilka dobrych. Idźcie i bawcie się przy tym wszyscy! Amen.

zdjęcie w nagłówku autorstwa Son Of Fugazi
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • http://www.youtube.com/watch?v=rGKfrgqWcv0

    To jest moj hit z konca roku. Bez dwoch zdan. Choc mozliwe, ze nie Twoje klimaty ;)

    DEFTO – swietny teledysk. Ma w sobie jakas blizej nieokreslona magie..

  • Guest

    http://www.youtube.com/watch?v=M2IPU05tZ2k przyczepiło się to do mnie i odczepić nie chce.

    • Piękna piosenka, ale z września 2011, więc nie kwalifikuje się :)

  • To co z tym Sylwestrem, pochwalisz się? :)

    • Na pewno domówka w Krakowie, ale jeszcze nie wiem gdzie. Dogadujemy szczegóły :)
      A u Ciebie jak sytuacja?

      • Wrocław, domówka. Potem rynek, potem sami nie wiemy :) Oby było głośno, tłoczno, i nietrzeźwo. Jakaś niewiasta też mogłaby się napatoczyć. Nie miałbym nic przeciwko :)

      • Tyle zaproszeń i jednak domówka?? To po robiłeś tym ludziom nadzieję? Przestaną komentować ;)

        • Cytat z poprzedniego posta „Marzy mi się epicka domówka!” i teraz powiedz, którego wyrazu nie zrozumiałeś :)

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Lubicie eksperymenty? Ja bardzo! Zróbmy jeden i sprawdźmy, czy te 28 tysięcy osób, które mnie czyta ma jakieś realne przełożenie na rzeczywistość.

Za 4 dni jest sylwester, a ja nie mam żadnych planów (to znaczy mam, ale to taka deska ostatniego ratunku). Na spokojnym wyjeździe w górach byłem w zeszłym roku. Było bardzo spoko, ale co za dużo to nie zdrowo. Nie chcę iść do żadnego klubu, bo takie imprezy nie mają klimatu. Poza tym zazwyczaj obowiązuje tam strój studniówkowy, a ja już dawno skończyłem liceum. Na sylwestra z jedynką jestem za młody, a na nudne posiadówy zbyt piękny.

Marzy mi się epicka domówka! Podobna do tych z pierwszych serii „Skinsów”, spokojniejsza, niż ta z „Project X”, dorównująca imprezom na Dietla 44. Taka, gdzie nikt nie martwi się, że wódka rozlała się na panele. Taka, gdzie gospodarz cieszy się, że goście przyszli ze znajomymi. Taka, gdzie ludzie przyszli się bawić, a nie licytować ile chcieliby złamać przykazań. Jeśli robisz taką imprezę i chcesz się przekonać, czy bez bandaży na twarzy wyglądam równie dobrze co z nimi, to dawaj znać! Wpadnę z trójką przyjaciół i wspólnie powtórzymy zagadnienia matematyczne związane z procentem składanym.

 

kontakt@stayfly.pl

 

Bardzo jestem ciekaw ilu z Was – czytających mnie osób – będzie na tyle otwartych i wyluzowanych by zaprosić mnie – gościa z internetu – do siebie na melanż. Przekonajmy się! Sprawdźmy, czy bloger może faktycznie liczyć na swoich czytelników, czy to tylko pic na wodę, fotomontaż.

Ps. Jako, że rzucam na szalę całą swoją reputację, miło jakby ktoś jednak napisał.

---> SKOMENTUJ

Zakładam, że większość z Was była kiedyś w związku. Rocznym, dwuletnim, miesięcznym, tygodniowym. Nieważne ile on trwał, ważne jakie uczucia się z nim wiązały. Czy była to miłość, fascynacja, przywiązanie, czy rozsądek? Choć to ostatnie to nie uczucie, tylko wynik logicznego rozumowania. Niezależnie czy byłeś z drugą osobą tylko dla seksu, czy dlatego, że panowała miedzy Wami kosmiczna harmonia dusz, to po rozstaniu czułeś stratę. Brak. Jakiś rodzaj pustki. Zgadza się?

 

Podejście „lód w sercu”

Dziwne byłoby, gdybyś rozstał się z kimś, z kim dzieliłeś czas, pieniądze, łóżko i swoje ciało i nie towarzyszyłyby temu żadne emocje. Nie odczułbyś zadnej róznicy. Żadnej nostalgii lub choćby chwilowej melancholii. Oznaczałoby to, że albo jesteś wykastrowany z uczuć, albo… jesteś robotem (sztuczna inteligencja to nie plotki).

 

Podejście „popkulturowo-serialowe”

Druga skrajność, to nastawienie do związku, które jest lansowane we wszystkich komediach romantycznych i większości seriali, czyli albo jesteśmy razem albo strzelam sobie w łeb. „Wolałbym zginąć, niz żyć bez ciebie”, „jesteś wszystkim co mam”,  „bez ciebie moje życie nie ma sensu” – popkultura pierze ludziom mózgi gorzej, niż kościół. Jak możesz dać sobie wmówić, że Twoje życie ma sens, tylko gdy jesteś w związku? Że to kim jesteś i co robisz zupełnie traci wartość, gdy nie ma przy Tobie osoby płci przeciwnej? Przecież to śmieszne.

 

Jeśli masz beznadziejne życie, to związek tego nie zmieni

Może Ci się zrobić przykro w tej chwili, ale tak jest. Jeśli nienawidzisz swojego życia i przeklinasz każdy kolejny dzień, to bycie z kimś nagle tego nie odmieni. A jeśli liczysz na to i tylko myśl o znalezieniu drugiej połówki każe Ci budzić się rano, to grubo sie na tym przejedziesz. Uzależnianie sensu swojego istnienia na tej planecie od innej osoby jest poronionym pomysłem. Z dwóch powodów:

  1. Żyje się dla siebie nie dla kogoś. Żyje się po to, żeby realizować swoje pasje, cele i marzenia. Druga osoba może Ci w tym pomóc, możesz dzielić się z nią szczęściem, ale nie może być celem samym w sobie. No chyba, że wraz z narodzinami przyjąłeś rolę reproduktora, którego jedyną misją jest przedłużenie gatunku. W takim wypadku zgłoś się do zoo, bo nie jesteś człowiekiem, tylko zwierzęciem.
  2. Obarczanie durgiej osoby odpowiedzialnością za swój los jest patalogią. Wyobraź sobie, że to Ty jesteś z tej drugiej strony. Jak się czujesz z tym, że ktoś jest tak pusty, że tylko Ty możesz wypełnic jego żadne jestestwo? Że totalnie nie ma poczucia własnej wartości, ani swojej autonomicznej sfery życia? Że jesteś jego prywatnym ratownikiem, który codziennie musi wyławiać go ze środka morza, bo jesli tego nie zrobi, to utonie? Obciążające, co? Ile będziesz w stanie być CAŁYM ŚWIATEM na 3 etaty? Kwartał, pół roku?

 

Najpierw Ty!

Bądź singlem. Bądź żoną. Bądź romantykiem. Bądź zimną suką. Bądź kim chcesz, ale najpierw znajdź sens życia w sobie, a potem szukaj ludzi z którymi będziesz się nim dzielił. Nigdy na odwrót, okej?

---> SKOMENTUJ