Close
Close

Mamy Metaxę. Nie wiemy z czym ją wypić

Skip to entry content

Olać to, że jest poniedziałek. I co z tego, że jutro trzeba iść do pracy/na uczelnię/pisać bloga. Mamy Metaxę! Maciek właśnie wrócił z pracy i przyniósł flaszunię, którą dostał za jakiś mega deal.

Darowanej flaszce podobno się w sposób podania nie zagląda, ale jakoś ją trzeba wypić. A my nie mamy pojęcia jak. Wiadomo, że każde alko (oprócz piwa) dobrze się łączy z colą. Ale bezcześcić trunek, który 5 lat leżakował w piwnicy chemiczną mieszanką do odrdzewiania metalu? Nie, nie, nie tym razem.

Jedyne co nam przychodzi do głowy to tonic, albo picie czystej z lodem (z tym, że nie mamy lodu). Ale jako, że co 29 365 głów to nie jedna, tak więc zapytuję się Was drodzy czytelnicy: z czym najlepiej wypić Metaxę?

W miarę szybkie i sensowne odpowiedzi zostaną nagrodzone dożywotnim fejmem i możliwością przechodzenia na czerwonym.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

World Press Photo 2012 – wrażenia

Skip to entry content

Rok temu pisałem, że na World Press Photo ’11 było wtórnie i tendencyjnie. W tym roku mógłbym zasadniczo przepisać cały tekst z zeszłego, tylko przed każdym epitetem dopisać słowo „bardzo”. Tegoroczna edycja była jeszcze bardziej nieciekawa niż seans „Fuck For Forest”. Miałem wrażenie, że już nawet autorzy zdjęć cykają je bardziej z obowiązku i musu, niż szczerych chęci.

Martwi, okaleczeni i zdeformowani ludzie już totalnie przestali wywoływać jakieś silniejsze emocje. Szok na widok pourywanych kończyn zamienił się miejscem z przyzwyczajeniem. I bez sensu twierdzić, że to wina odbiorców, bo to tak jakby obrażać się, że reklama proszku do prania sprzed 10 lat dziś nie zachęca nikogo do kupna.

Po cichu liczyłem na zdjęcia foczek, ptaszków i innych słodkich zwierzątek na tle natury, ale tu też bez szału. Dużo słabsze prace niż w zeszłym roku. Kompletnie nie ma się nad czym rozwodzić. To samo tyczy się kategorii „sport”. Tylko jedno zdjęcie (z pływakami) przykuło moją uwagę, a i tak nie na długo. Napisałbym coś więcej, ale mi się nie chce, a Wam tym bardziej nie będzie się chciało tego czytać.

Poniżej kilka zdjęć zdjęć (taka mała incepcja), które dadzą Wam pogląd na całą wystawę.

I co, natchnęło Was żeby się wybrać?

Prezent mikołajkowy do 20zł: wersja męska

Skip to entry content

Było to trochę temu, ale pamiętam wszystkie mikołajki klasowe, grupowe i nawet pracownicze. Miała być szalona zabawa, że niby losuje Cię przypadkowa osoba i kupi Ci nie wiadomo jaką niespodziankę i ogłupiejesz ze szczęścia. Zdarzyło mi się ogłupieć parę razy, ale niestety nigdy ze szczęścia. Czasem dostawałem taki badziew, że nawet głupio było mi to wrzucać do kosza PCK. Dziękowałem bogu, karmie i wszystkim mocom nieczystym, gdy w paczce były czekoladki albo cokolwiek słodkiego. Zawsze można to było dać komuś innemu za rok i mieć już prezent z głowy.

Ale, ale, nie o to chodzi żeby puszczać w świat złą energię, bo później do Ciebie wróci. Może nie zawsze to widać, ale wychodzę z założenia, że lepiej uszczęśliwiać ludzi, niż irytować (no chyba, że bardzo sobie zasłużą na to drugie, to wtedy nie ma wyboru). Kierowany tymi szlachetnymi przesłankami, stworzyłem dla Was listę 5 sensownych prezentów z okazji Dnia Świętego Mikołaja, do 20 złotych. Dzisiaj pomysły jak uszczęśliwić facetów, w przyszłym tygodniu będziemy robić dobrze kobietom.

#1 Film „Showgirls”

Nie znam faceta, któremu nie podobałby się ten film, a mimo to wielu wciąż go nie widziało. Taki klasyk warto mieć w oryginale, na półce. Głownie po to, żeby pochwalić się kolegom, ale również by móc sięgnąć po niego w chwili zwątpienia (związkowego, zawodowego, ogólno-życiowego).

#2 Kask piwny

Marzę o tym odkąd zobaczyłem czołówkę „Maski” jako dzieciak. Co prawda, wtedy jeszcze nie wiedziałem do czego to służy. Ba, gdy kilka lat później poznałem smak piwa, zastanawiałem się jak ludzie mogą pić to ohydztwo. Mimo wszystko, czułem, że muszę to mieć. Że w takim kasku to byłbym gość i mógłbym z powodzeniem udawać futbolowego speca, mimo, że nie mam bladego pojęcia o piłce nożnej.

#3 Paczka dobrych prezerwatyw

Czy jesteście w związku, czy jest singlem, czy eunuchem, to taka paczka mu się przyda. Choćby po to, żeby poratować kumpla w potrzebie lub zrobić z prezerwatyw balony i rozkręcić imprezę.

#4 Bilet do Londynu

Każdy z moich kumpli chciałby się napić piwka w typowym, zatłoczonym londyńskim pubie. Nawet ci, którzy mają wszyty esperal. Jeśli myślisz, że ufundowanie takiej wycieczki jest ponad Twoje możliwości finansowe, to sprawdź Fly4Free. Obdarowywanego spokojnie można wysłać do Anglii za 19 złotych, także mieścimy się w budżecie.

#5 Złoty spray

Nie spodziewałem się, że tak mocno jeszcze tkwi we mnie dziecko, dopóki nie dostałem do rąk farby w sprayu. Gdy podczas pierwszego „reCYCLINGu” pod MOCAKiem dorwałem się do złotej puszki, cały świat przestał się liczyć. Miałem tylko troszkę popsikać na ramę swojego roweru, a malowałem dopóki farba zupełnie się nie skończyła. Później poszedłem do sklepu, kupiłem sobie 2 puchy i wymalowałem wszystkie metalowe elementy w zasięgu wzroku. Tyle radości z tak banalnej rzeczy. Polecam całym sercem, to chyba najfajniejszy prezent jaki mógłby dostać z całego zestawienia.

I to tyle jeśli chodzi o męską wersję prezentów do 20zł (damska we wtorek). Korzystajcie, komentujcie, inspirujcie się i dajcie znać, co Waszym zdaniem powinno koniecznie się znaleźć w tym zestawieniu, a tego nie ma.

autorem zdjęcia jest gekimo