Close
Close

Znowu dałem się złapać na trailer, cholera jasna. Chyba nigdy się tego nie oduczę. Nie żeby mnie oszołomił, nie. Nabrał mnie na zjadliwy polski komedio-dramat. Wiedziałem, że nie będzie fajerwerków, ale liczyłem na przyzwoitą rozrywkę. Taką, że bez uprzedniego odurzania się będę mógł parsknąć śmiechem więcej, niż 3 razy. Ale tak uczciwie, a nie tylko po to, by dziewczyny rząd wcześniej dowiedziały się, że siedzi za nimi młodzieniec o niebiańskim wokalu.

 

Nie czuję bluesa

„Bejbi blues” jest beznadziejne. Jest na tyle niechlujnie, bez przekonania i amatorsko zrobione, że na tytułowej planszy jest błąd. Gdy zaczyna się film pojawia się napis „baby blues”, zamiast „Bejbi blues”. Ot, taka literóweczka, pewnie ktoś zapomniał zmienić i tak poszło. Scenarzysta zapomniał napisać dialogów, a aktorzy zapomnieli, że mają grać. Nawet montażyście się przysnęło i co jakiś czas w filmie są ni z gruchy, ni z pietruchy czarne plansze (WTF?).

 

Same pozytywy

W tym filmie jest tyle słabych elementów i rzeczy źle zrobionych, że pierwszy raz łatwiej będzie mi wymienić, co jest w porządku. W 105 minutach „Bejbi blues” dobre jest 5 rzeczy:

  1. Ciepłe, pastelowe kolory na modłę serialu „Skins”.
  2. Goły tyłek Klaudii Bułki (z cyckami już gorzej).
  3. Szpilki w groszki głównej bohaterki.
  4. Podkład jedynej polskiej piosenki w ścieżce dźwiękowej (niestety wokal to już kompletna wiocha).
  5. Szminka, którą są pomalowane ekspedientki w butiku.

I to by było na tyle z pozytywnych aspektów nowej ikony polskiej kinematografii.

 

Co z tym Giertychem?

Nie chcę się jakoś przesadnie pastwić nad tym filmem, bo miałem całkiem udany weekend, dlatego zakończę na tym akapicie. Magdalena Berus (grająca główną bohaterkę), to aktorka jednej miny. Tym samym, niedookreślonym quasi-grymasem wyraża szczęście, złość, gorycz i rozpacz. Nie wiem czy jest spokrewniona z Romanem, ale poziom ekspresji mimicznej mają na tym samym poziomie. Nuda, nuda, nuda. Po prostu N-U-D-A! Reżyser chciał zakamuflować tę jej ułomność, pokazując ją nagą w każdej sprzyjającej sytuacji. Niestety, nie pomogło. A wystarczyłoby żeby zastąpiła ją równie goła Aleksandra Hamkało i film byłby o niebo lepszy, prawda?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Trzy tygodnie temu mówiłem Wam dziewczyny, w czym nie powinnyście wychodzić z domu, jeśli nie chcecie zostać starymi pannami. Teraz macie okazję się odwdzięczyć. Poniżej macie 3 pary butów, w których chodzę w zimie. Jak widać, czas ani właściciel nie był dla nich łaskawy i przydałoby się je wymienić na nowszy model (a na pewno cieplejszy). Mimo, że wszystkie poświąteczne wyprzedaże obszedłem 2 razy, to nie znalazłem nic na tyle fajnego, żeby to kupić. Dlatego właśnie zwracam się do Was.

 

Wersja bez śniegu i deszczu

Zasadniczo można by je bardziej nazwać jesiennym, niż zimowymi, ale jak nie ma strasznych deszczy, ani śniegów, to spokojnie można w nich śmigać. Ich ewidentnym plusem, jest to, że są samart casual i można w nich spokojnie pójść na jakieś oficjalne spotkanie (na szczęście nie mam takich za często, ale czasem się zdarza). Mimo ich uniwersalności, przy temperaturze poniżej zera, można sobie odmrozić stopy (nic fajnego).

 

Wersja ze śniegiem i deszczem

Te Pumki mam już dłuższy czas. Są ciepłe, wytrzymałe i pasują mi do wszystkich ciuchów. Dają radę na śniegu i deszczu (umiarkowanym rzecz jasna). Trzeba rzucać się w zaspy albo kałuże żeby przemokły. Lubię je jak cholera, ale są takie momenty, że muszę włożyć coś mniej streetwearowego i wtedy jest problem…

 

Wersja -20 na termometrze

To buty jeszcze z czasów, gdy nie wyobrażałem sobie, że można w zimie chodzić w czymś innym, niż miodówki. Teraz średnio za nimi przepadam, bo tak naprawdę do niewielu rzeczy mi pasują. Poza tym, są wielkie i ciężkie i czuję się w nich jak słoń. Ale jak temperatura i krajobraz zaczynają przypominać bardziej koło podbiegunowe, niż Europę Środkową, to całuję je po sznurówkach i dziękuję, że są.

 

Co 28000 głów to nie jedna

Pomóżcie mi znaleźć fajne, zimowe buty, które będą ciepłe, wygodne i jakoś przyzwoicie wyglądały. Takie, żebym mógł w nich pójść i do klubu i do teatru, ale żeby nie były jakieś strasznie poważne. Wiem, że macie dobry gust (w końcu mnie czytacie), wiecie w czym ja się dobrze czuję, więc wierzę, że znajdziecie coś odpowiedniego. Aha, z góry uprzedzam, że buty z  sieciówek z ciuchami (H&M, Reserved, a już na pewno Pull&Bear) raczej odpadają. Głównie dlatego, że są marnej jakości i wytrzymują maksymalnie sezon, a nie chce mi się użerać z reklamacjami i sprzedawcami.

To jak, mogę liczyć, że podrzucicie jakieś linki do komentarzy?

autorem zdjęcia jest markpharma84

Większość blogów, serwisów i portali wystrzelało się z podsumowań zeszłego roku już 1-go stycznia, więc mogę na spokojnie wrzucić swoje bez obaw, że zginę w potopie takich samych tekstów. W rankingu zeszłorocznych faili skupiałem się głównie na szeroko pojętej kulturze, ale wpadły też poboczne, około-blogowe rozczarowania. Nie jest tego dużo, bo zeszły rok był zdecydowanie udany, ale kilka rzeczy faktycznie nie zagrało.

 

Trzecia płyta Crystal Castles

Dwie pierwsze płyty były mistrzowskie. Te przesterowane 8-bitowe produkcje, to było coś! Tyle emocji, tyle psychodeli. Puszczałem play, wrzucałem słuchawki na uszy i miałem obrazy przed oczami. Raz się przy tym wzruszałem, raz nakręcałem do działania. A ta nowa płyta? Z migreną i wielkim bólem uszu udało mi się przesłuchać ją 3 razy. Dałbym sobie spokój już po pierwszym odsłuchu, ale chciałem być rzetelny. Cholera jasna, to nie brzmi! Ta „muzyka” jest po prostu brzydka. Ani nie płynie, ani nie buja, ani nie ma pierdolnięcia. Padaka po całości. A tyle czekałem na tę płytę…

 

Nie pojechałem na Hip-Hop Kemp

To moja osobista porażka. Obiecuję sobie, że pojadę na ten festiwal od 4 lat i zawsze coś staje na przeszkodzie. „Trafiło mnie to jak kosa na kamień – związki, rodzina, forsa, mieszkanie” jak rapuje Pezet w najnowszym singlu. Każda wymówka i pretekst by się nie zebrać jest dobra, ale nie tym razem, oj nie. Mam już kupiony bilet na tegoroczną edycję, także jadę choćby nie wiem co (już się cieszę jak małe dziecko)!

 

Basen Narodowy w Warszawie

Piłka nożna obchodzi mnie jeszcze mniej, niż motoryzacja i jestem totalnym ignorantem, jeśli chodzi o wszelkie wydarzenia sportowe, ale obok tego nie dało się przejść obojętnie. Totalna kompromitacja PZPNu, Polski i oczywiście służb porządkowych, które panom pływakom obracającym międzynarodową porażkę w gorzki żart, zamiast orderu uśmiechu chciały dać grzywny. Niestety, ale po tej akcji Anglicy na pewno nie nabiorą do nas szacunku.

 

Likwidacja połączenia Kraków-Katowice w Polskim Busie

zdjęcie pochodzi z serwisu v10.pl

Przejazd Polskim Busem był jedynym cywilizowanym sposobem na podróż między Krakowem a Katowicami (jeśli nie posiadasz własnego auta rzecz jasna). Niestety z powodu głębokiej nieudolności marketingowców pracujących w tej firmie, połączenie zamknięto (więcej tutaj). I teraz albo walczysz o życie czekając na Uni-Busa, albo powstrzymujesz wymioty przez 2,5 godziny jadąc rozlatującym się PKP. Bleee!

 

Pobyt w Londynie

zdjęcie autorstwa az1172

To kolejne ze stricte osobistych rozczarowań. Szeroko opisywałem Wam tamtejsze jedzenie, wystawy sklepowe i galerie sztuki. I mimo, że english breakfast jest bardzo spoko, Camden Town było urzekające i chętnie pokarmiłbym jeszcze raz wszystkie kaczki w Hyde Parku, to spodziewałem się czegoś więcej. Chyba miałem za duże oczekiwania, ale byłem przekonany, że miasto Dizzeego Rascala i Professora Greena totalnie mnie oszołomi. Że ogłupieję na jego punkcie, bezpamiętnie się zakocham i nie będę chciał wracać. Było po prostu w porządku i nic poza tym.

 

Nowy Bond

Było dużo innych słabych filmów w tym roku (na przykład Fuck For Forest), ale James Bond to jednak dżentelmen, który w żadnym wypadku nie powinien dawać dupy. Nawet, gdy reżyserowie i producenci bardzo go proszą. A ten jednak zdjął spodnie i nadstawił pośladki. Słabe laski, słabe efekty, słaba akcja. Na dobitkę od połowy filmu nie oglądamy już agenta 007, tylko „Kevina samego w domu” 40 lat później. A zapowiadał się taki ładny film na jubileusz.

 

A koniec świata?

Fail numer jeden według wielu moich znajomych. Strasznie się na to nastawiali (pobrali pożyczki w Providencie i takie tam), a tu taki zawód. Ja mimo wszystkich przeciwności losu cieszę się, że to jeszcze nie teraz. Jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle celów do osiągnięcia, tyle miejsc do odkrycia i tylu ludzie do poznania! Teraz to na pewno nie byłby dobry moment na koniec świata, choć nie wiem czy kiedykolwiek będzie właściwy. Będzie?