Close
Close

Wchodzę sobie ostatnio na Pudelka, żeby sprawdzić czy Weronika Grycan dalej lansowana jest na symbol seksu, a tu Monika Brodka wygłasza takie mądrości o Lanie Del Rey:

Śmieszne. Żałosne. Obłudne.

 

Po pierwsze: przyganiał kocioł garnkowi

Brodka jeszcze do niedawna była w 100% produktem marketingowym, bez krzty własnej inwencji twórczej. Po wygraniu „Idola” nie mogła nawet pierdnąć bez zgody BMG, a co dopiero fantazjować o byciu niezależnym wykonawcą. Wytwórnia wydała jej 2 miałkie płyty, których grupą docelową byli emeryci i użytkownicy Epulsa. Wykonywała z góry narzucony repertuar, pod z góry narzucone podkłady muzyczne i grała ze z góry narzuconym zespołem. Jak takiej dziewczynie z plasteliny, może przejść przez myśl zarzucanie komukolwiek, że za jego sukcesem stoi agencja reklamowa? Wy mi powiedzcie, bo ja nie wiem.

 

Po drugie: impotenci nie powinni wypowiadać się o charyzmie

Brodka lubi o sobie mówić, że jest artystką, ale w istocie jest tylko zwykłym wykonawcą. Bardzo dobrym, ale mimo wszystko wykonawcą, którego z grzeczności umieszcza się we wkładce płyty. W życiu sama nie skomponowała sama muzyki, ani nie napisała tekstu, mimo, że niektóre z jej utworów mają zaledwie 10 wersów.

Jest twórczym impotentem. Potrafi tylko odtwarzać stworzone przez osoby trzecie utwory. Jedyną dobrą płytę w swoim dorobku – Grandę – nagrywała 4 lata. Biorąc pod uwagę, że bez zapychającego skitu, ma ona niecałe 34 minuty, to słabo. Bardzo słabo. Niedawno wydany, podwójny singiel „LAX”, który niesłusznie nazwano epką, nagrywała 2 lata. Tak, przez 730 dni udało jej się nagrać 2 utwory. Prawdziwa potrzeba tworzenia, co?

Jak w obliczu tych faktów można Lanie Del Rey zarzucać brak charyzmy?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Są tu jacyś dizajnerzy? BIC ma dla Was kasę

Skip to entry content

Kojarzycie  firmę BIC – najpopularniejszego producenta długopisów i zapalniczek? Stuknęła jej właśnie 40-stka i w związku z tym jubileuszem przygotowała konkurs, w którym można zgarnąć grubą kasiorę. Mówiąc grubą, mam na myśli 4000 euro, czyli budżet, za który możecie spokojnie przeżyć rok akademicki w Krakowie, albo kupić sobie kilka par fajnych butów.

 

O co kaman?

Z okazji wcześniej wspomnianych urodzin, wystartował konkurs „Design on fire”, który polega na zaprojektowaniu jubileuszowej zapalniczki. Na konkursowej stronie macie aplikację, w której jest dużo szablonów, teł (wiem, że to dziwnie brzmi, ale to poprawna odmiana wyrazu „tło”), obrazków, wzorków i innych gadżetów, które pomogą Wam zaprojektować turbo-wypasioną zapalarę. Jeśli jesteście bardziej ogarnięci w temacie projektowania, to możecie też załadować swój w pełni autorski projekt.

Na umieszczenie swojej wersji zapalniczki macie czas do 13 lutego. Później nastąpi drugi etap konkursu, w którym zostanie tylko 18 finalistów. Jeśli uda Wam się dojść do samego końca (za co trzymam kciuki), oprócz górki pieniędzy dostaniecie mega fejm. Wasz projekt znajdzie się na MILIONIE zapalniczek, które trafią do sprzedaży w całej Europie! Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że Wasza praca będzie początkiem niejednego związku, bo jak wynika z badań czeczeńskich biur matrymonialnych, 30% znajomości damsko-męskich zaczyna się od hasła „masz ognia?”.

 

Moja wersja

Jak widzicie, nie macie zbyt silnej konkurencji. I nawet nie musicie zaprzeczać w komentarzach. Wiem, że bozia z jakiegoś konkretnego powodu powiedziała, że mam pisać, a nie robić grafiki.


Sponsored by BuzzParadise

Był rok 1997

Jechałem pociągiem na zieloną szkołę i śpiewałem „Kolorowe sny” razem z resztą klasy. Darliśmy się na cały wagon. Po trzecim bisie, wpadła do naszego przedziału piegowata smarkula z klasy równoległej i spytała, kto ma kastę Just 5. Wiedziałem, że tego pożałuję, ale powiedziałem, że ja. Oznajmiła (w zasadzie rozkazała), że mam się z nią wymienić i dała mi jakąś inną, lekko zdartą. Za żadne skarby nie chciałem oddawać albumu mojego najukochańszego zespołu, w którym Bartek Wrona tak bosko śpiewał, ale nie należałem wtedy do najbardziej asertywnych 9-latków. Jej żądający wzrok przeszywał mi czaszkę na wylot. Ze spuszczonym wzrokiem oddałem jej kasetę bez walki, rzucając na koniec retoryczne „ale oddasz?”. Wiedziałem, że nie odda i wiedziały to też chłopaki z klasy jadące ze mną w przedziale. Żeby zachować twarz, udałem, że zrobiłem arcy korzystną wymianę i włożyłem ten jej przegrywany szmelc do walkaman, nienaturalnie długo uśmiechając się. Wcisnąłem „play” i po 5 minutach już nie musiałem robić dobrej miny do złej gry. W rzeczy samej podobało mi się. To było „N Sync”. Tak poznałem się z Justinem Timberlake’iem.

 

Był rok 2006

Udawałem, że wiem jak tańczyć do jakiegoś gniotu Shakiry, depcząc prześliczną brunetkę, która udawała, że wcale ją to nie boli. To były czyjeś 18-ste urodziny. Nie mam pojęcia czyje, bo niezależnie, czy nas ktoś zapraszał, czy nie, chodziliśmy na wszystkie. Czułem, że ta dziewczyna długo nie wytrzyma moich nieskoordynowanych ruchów i albo ktoś zmieni piosenkę, albo będę musiał coś do niej zagadać i ściągnąć ją z parkietu. Wyjście z inicjatywą do nieznajomej przerażało mnie bardziej, niż odpowiedź ustna z historii, ale, że nie chciałem zadeptać jej na śmierć, przygotowywałem się już na coś w stylu „yyy, eee, bo, yyy, chyba wiem kto, yyy, ma jeszcze karteczki na piwo”. Na szczęście nie musiałem użyć tego zabójczego grypsu. Shakira w końcu przestała wyć i poleciało „My love”. Przy tym numerze nie brałem jeńców. Dziewczę nie miało już drogi ucieczki, było moje. Moje, moje, moje. Zaczęliśmy się kołysać jak Patrick Swayze z Jennifer Grey i ni stąd ni zowąd dowiedziałem się, że ma kolczyk w języku. Wtedy ja i Justin skumplowaliśmy się na dobre.

 

Jest rok 2013

Od ostatniej płyty Timberlake’a minęło 7 lat, a dzisiejsze nastolatki myślą, że Pitbull robi muzykę (albo, co gorsza, media wmawiają im, że on rapuje). Jak jestem w klubie gibam się do electro albo boom-bapu i zastanawiam się, gdzie jest mój przyjaciel z dawnych lat? Co się stało z moim wiernym kompanem, z którym rozkręciliśmy tyle melanży? Z którym mieszaliśmy alkohole, dzień z nocą i dziewczynom w głowach? Ktoś mi tam mówił, że olał nasze wspólne imprezy, bo… Bo co? Bo Hollywood? Bo aktorstwo? Bo wystrzelił w „The social Network” i spadł jak Ikar w „In time”? Wiedziałem, że tylko się zgrywa. Że to nie jest na serio. Że tak się droczy tylko i zaraz wróci. I wraca! Mój najlepszy kumpel – Justin Timberlake – wraca w glorii i chwale z nowym singlem na bicie Timbalanda. Ten rok będzie nasz, zobaczycie!