Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #10 – Kurczak à la MasterChef

Skip to entry content

Gotując ostatnio najszybsze danie na świecie, pisałem Wam, że następnym razem chcę robić coś kozackiego. Coś czego nie powstydziliby uczestnicy MasterChefa. Coś co będzie wyzwaniem i zajmie więcej, niż 20 minut. W komentarzach padały propozycje wykwintnych makaronów i mimo, że kusiły, to chyba przestalibyście mnie czytać, gdybyście zobaczyli 4-ty pod rząd wpis z makaronem. Zgadza się? No! A, że ja nie lubię tracić czytelników, to wybrałem propozycję Marceli, czyli kurczak w cieście francuskim faszerowany pieczarkami i serem.

 

Pomoc kuchenna

Wiedziałem, że połączenie haseł “faszerowany” i “ciasto francuskie” nie będzie bułką z masłem (mówiąc dosłownie), więc wziałem koło ratunkowe – telefon do przyjaciela. Będąc w tej komfortowej sytuacji, że połowa moich znajomych to profesjonalni blogerzy kulinarni, po prosiłem Paszczaka i Panią Paszczakową o wsparcie techniczne. Oprócz dodatkowej pary rąk przy walce z obieraniem, krojeniem i szatkowaniem (choć nie wiem, czy to nie to samo co krojenie), dowiedziałem się kilku rzeczy, które zmieniły moje życie na zawsze. Ania i Michał sprzedali mi 3 bezcenne kuchenne lifehacki:

  1. Pieczarek nie trzeba obierać ze skórki. Wystarczy je dobrze umyć.
  2. Pieczarek nie trzeba kroić ani szatkować. Można je zetrzeć na tarce, wychodzi na to samo, a jest szybciej.
  3. Jedzenie fotografuje się dopiero gdy wystygnie. Gdy jest gorące to paruje – źle to wygląda i para siada na obiektywie.

Do punktu numer 3 nigdy w życiu sie nie przekonam, bo nie po to gotuję, żeby jeść letnie (nawet kosztem zdjęć). Jeśli jednak chcecie wiedzieć co jeszcze stoi za sekretem super-fot na blogach kulinarnych, to sprawdźcie bonus na końcu wpisu.

 

Co jest potrzebne?

Żeby zrobić kurczaka à la MasterChef dla 4 osób potrzebujemy:

  • 4 piersi kurczaka
  • pół kilo pieczarek
  • 400 gram zółtego sera
  • 4 cebule
  • 1 pora
  • 2 opakowania ciasta francuskiego (na zdjęciu jest jedno, bo myśleliśmy, że tyle wystarczy, ale w trakcie gotowania okazało się, że jednak ktoś musi pobiec po drugie do sklepu)
  • kilogram ziemniaków
  • 4 pomidory
  • 2 ogórki konserwowe (też o nich zapomnieliśmy, ale znalazły się w lodówce)
  • szczypiorek
  • kostkę masła

Dużo składników, dużo zabawy, ale też dużo jedzenia. Co do kosztów, to wyszło jakieś 15zł na głowe, także spokojnie zmieściliśmy sie w budżecie.

 

No to patroszymy to bydlę!

Zabawę zaczynamy standardowo, od pokrojenia wszystkich warzyw i starcia sera (tutaj pytanie dla speców – czy ziemniak to warzywo?).

 

Jak warzywka mamy już pocięte, to cebulę z pieczarkami wrzucamy na patelnię i dusimy (por dojdzie na końcu).

 

Gdy farsz (cebula + pieczarki) jest już podduszony, do ziemniaków sypiemy granulowany czosnek i podgotowujemy (ziemniaki później pójdą do pieca, więc nie muszą być całkiem ugotowane).

 

Teraz zabawa z mięsem. Odcinamy tłuszcz i inne brzydkie rzeczy i robimy “kieszenie” na farsz.

 

Mieszamy starty ser z porem i resztą farszu i od tego monentu zabawa wchodzi na wyższy level. Najpierw wypychamy “kieszeń” w kurczakowej piersi, tak żeby nie zostało żadne wolne miejsce, ale jednocześnie, żeby konstrukcja sie nie rozleciała. Potem pakujemy kurczaka w ciasto. Michał wybrał wersję “easy” (uuu, słabo, słabo), czyli zawinięcie mięsa w jednolity płat ciasta. Ja jak się domyślacie poszedłem ścieżką “hard” i owijałem kurczaczka paseczkami. Cóż, chciałem przykozaczyć i wyszedł mi mały Frankenstein, ale musiałem podjąc to wyzwanie (Breavehart jak nic).

 

W momencie gdy zawinęliśmy wszystkie piersi ciastem francuskim, ziemniaki powinny być gotowe. Posypujemy je przyprawą do grilla i wrzucamy na blaszkę (później trafią do pieczenia). Nasze zawijańce natomiast pakujemy do piekarnika (rozgrzanego uprzednio do 150 stopni) na 30-40 minut.

 

10 minut przed wyjęciem mięsa z piekarnika wrzucamy do niego ziemniaki, żeby się podpiekły.

 

Gdy kurczak dochodzi w piekarniku, kroimy pomidory, ogórki i szczypiorek, towrząc niespotykaną, wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju sałatkę (głównie chodzi o to, żeby były jakiekolwiek warzywa).

 

Mięso się upiekło, ciasto wyrosło, ziemniaki się spiekły…

 

Faszerowany kurczak w cieście francuskim jest gotowy!

Tak to wygląda. Moim zdaniem bardzo spoko, aczkolwiek po ugotowaniu okazały się dwie zaskakujące rzeczy:

  1. Ta niewinna porcja u góry, to za dużo jak na jednego człowiek. Serio! Ja jem całkiem sporo, a nie dałem rady zjeść całego i z bolącym sercem musiałem sobie zapakować połówkę “na potem”.
  2. Gdy wyjąłem na drugi dzień z lodówki tę zimną połówkę, okazało się, że kurczak faszerowany pieczarkami i serem w cieście francuskim jest lepszy na zimno, niż na ciepło! Dacie warię? No nie wpadłbym na to, że mięso może być lepsze zimne, niz gorące.

 

Bonus – jak oni robią te mega pro foty?

Te ultra zajebiste zdjęcia nie biorą się z nikąd. Raz, że dobry aparat, dwa, że statyw, trzy, że ekspozycja, cztery, że oświetlenie. Właśnie, oświetlenie. Jakich umiejętności związanych z ustawianiem ostrości byś nie miał, to jednak 1600 wat robi swoje. Gdyby nie parasole, to chyba byśmy tam oślepli od tej jasności. W chwili, gdy to zobaczyłem, przestałem mieć kompleksy, że moje zdjęcia nie są jak z książek kulinarnych. Ja po prostu nie mam parasoli…

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Olać czerstwe życzenia i równie nic niewnoszące podsumowania mijającego roku. Kogo dzisiaj obchodzi ile pieniędzy wydano na służbę zdrowia i z jakich obietnic przedwyborczych nie wywiązał się Tusk w 2012? Zapomnijmy na chwilę o rzeczach, na które nie mamy wpływu w tym momencie i wróćmy do problemów pierwszego świata (po raz kolejny zresztą). Skupmy się na dylemacie powracającym jak poniedziałek po niedzieli, i ustalmy co pijemy?

 

Orzechówka z mlekiem vs. wiśniówka z sokiem bananowym

Poza whisky z miodem i mlekiem, to moje 2 ulubione drinki. Nie dość, że umiem je samodzielnie wykonać, to jeszcze składniki są dostępne w każdym sklepie z zabawkami. Jeśli jeszcze nie piliście tych specjałów, to nadróbcie zaległości czym prędzej. Orzechówka z mlekiem smakuje jak Monte (dosłownie, pycha!), a wiśnia z bananem jak… coś po czym wiesz, że nie będziesz miał kaca. Lubię słodkie drinki, bo życie nie może być gorzkie. Kierując się tą zasadą, spróbowałbym czegoś nowego, słodkiego, prostego? Jakieś propozycje, co pijemy?

 

Perła Winter?

Gdyby ktoś wpadł na pomysł, że sylwester nie musi być z przytupem (bo nie musi) i można po prostu napić się piwka, to omijajcie Perłę Winter. Jest słodka, to fakt, ale na tym kończą się jej atuty. Tak jak Perła Summer, wali chemią na kilometr. Bierzesz pierwszego łyka i myślisz, że ktoś przy produkcji pomylił tanią oranżadę z piwem i nieumyślnie dolał do niej alkoholu. Bierzesz drugiego i zastanawiasz się czy napoje z Leader Price’a nie mają w sobie mniej emulgatorów, zagęszczaczy i sztucznych aromatów. Bierzesz trzeciego i wiesz, że nie uda Ci się dopić piwa do końca. Jeśli pijecie, to na własną odpowiedzialność i żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Ps. Dzięki za wszystkie propozycje sylwestrowe, nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Strasznie miło, że można na Was liczyć :*

Kawałki, którymi jarałem się w 2012 roku

Skip to entry content

Sylwester już pojutrze (wiem, wiem, macie kalendarze). Myślałem, że moje poszukiwania epickiej domówki skończą się na tym, że sam będę musiał zrobić imprezę, ale odzew na mój apel zadziałał. I to lepiej, niż się spodziewałem! Dzięki, naprawdę nie spodziewałem się, że dostanę tyle zaproszeń. To bardzo, bardzo miłe. Przechodząc do konkretów, żeby sylwester był udany nie wystarczy kontener przyjaciół i zgrzewka środków odurzających. Musi być muzyka. Dobra muzyka!

Przed Wami 10 najlepszych kawałków, którymi jarałem się w mijającym roku. Absolutne kozaki, które zostają w głowie na długo po wyłączeniu. Playlista ułożona tak, żeby weszła łagodnie i przepaliła styki dopiero pod jej koniec. No to jedziemy!

 

#1 Hey – Wieliczka

Pierwszy singiel z nowej płyty rozkminiliśmy i z pozostałymi numerami już nie poszło tak gładko. Dalej nie mam pojęcia o czym jest ten kawałek, ale puśćcie go sobie o 8 rano wychodząc, do pracy/szkoły… Jest tak kojący, tak łagodnie wprowadza rytm dnia. Wychodzę na śnieg, zakładam słuchawki, puszczam “Wieliczkę” i czuję powiew lata. Co za lekkość!

 

#2 The XX – Chained

Ktoś jest w stanie odróżnić ich poszczególne numery od siebie, bez patrzenia w tracklistę? Równie dobrze mógłby tu się znaleźć każdy inny kawałek z płyty “Coexist” i nikt by raczej nie zauważył różnicy. Nie zmienia to faktu, że wszystkie płyną, delikatnie się sączą pozwalając słuchaczowi się porwać. Zabierają mnie ze sobą gdzieś daleko od bieżących zmartwień i w zasadzie nawet nie wiem kiedy. Tak, to właśnie świadczy o tym, że muzyka jest dobra.

 

#3 Lykke Li – Little Bit (AutoErotique Bootleg remix)

Tu dalej płyniemy, ale wpadamy już w rwący strumień. Utwór co prawda z maja 2011, ale odkryłem go dopiero miesiąc temu, więc jest w tym zestawieniu. Dobry na pierwsze, nieśmiałe zerwanie się z kanapy i sprawdzenie co się dzieje na parkiecie. To raz. A dwa, że mam do niego szczególny sentyment, bo przy oryginale wciąż wspominam swoją nieszczęśliwą miłość.

 

#4 Lana Del Rey – Summertime Sadness (Reich & Bleich remix)

W muzyce pop to jest rok Lany i nie powiesz, że nie. A to jest drugi dobry przykład, jak z kawałka do wczuty zrobić klubowy benger (pierwszy masz wyżej).

 

#5 Jamal – DEFTO

Soundtrack do tegorocznej majówki. Jedyny utwór, który wrzuciłem z klipem, bo w tym przypadku muzyka bez obrazu nie istnieje. Najlepszy polski teledysk 2012, jeśli nie w ogóle! Odbierając “DEFTO” słuchem i wzrokiem nie da się tego nie poczuć. Jest ktoś, kto się nie zgodzi?

 

#6 Starszy – Dzisiaj żyję

Po prostu pierwsze polskie dobre dicho! Rozpisywałem się na ten temat obszernie już tutaj, więc nie będę się powtarzał.

 

#7 DonGuralEsko – Trochę czasu (Robo3kz remix)

Nowa płyta Gurala jest co najmniej poniżej oczekiwań, żeby nie powiedzieć słaba, ale ten remix to kozak!

 

#8 Mixtura – Piętno + Grizzlee&Pezet

Jak to usłyszałem, to przestałem wciskać “repeat” dopiero jak nauczyłem się całego tekstu na pamięć. To pierwszy przypadek tak udanego rapowania pod drum’n’bass. Kto mógł to zrobić jak nie Pezet? A ten refren? Na rany Chrystusa, miód, miód, miód (miłość w zasadzie)! Nie byłem fanem Grizzleego ani EastWest Rockers, ale chyba zacznę.

 

#9 Borixon – Papierosy (Erionite remix)

To leciało w tym roku tyle razy, że musiało się pojawić. Nie policzę na placach rąk wszystkich moich znajomych ile melanży to nakręciło. Papierosy, które jaram!

 

#10 Pezet – Brutto czy netto

Paweł z Ursynowa po raz drugi. “Radio Pezet” to niekwestionowany hit i prekursor nowych trendów w rapie. Koniec i kropka (poczekajcie 2 lata, a zobaczycie, że reszta sceny też pójdzie tą drogą). Oprócz utworu z Bednarkiem, w zasadzie nie ma na tej płycie słabego momentu. I mimo, że szaleńczo jarałem się “Miejskim soundem” i “Supergirl”, gdy wyszły, to “Brutto czy netto” jest największym niszczycielem. Właśnie tak się rapuje pod dubstepy!

Podsumowując moje hity 2012, to jak łatwo można zauważyć, dominuje elektronika. I czy lubicie Skrillexa i Borgore’a, czy nie, to mają oni olbrzymi wpływ na współczesną muzykę i wątpię, żeby zmieniło się to w najbliższym czasie. Oczywiście wszelkie indie-alternatywne brzmienia będą cieszyć się coraz większą popularnością, ale różnego typu “wiertarki” będą młócić jeszcze kilka dobrych. Idźcie i bawcie się przy tym wszyscy! Amen.

zdjęcie w nagłówku autorstwa Son Of Fugazi