Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #11 – Hot dog po królewsku

Skip to entry content

Ostatnio polubiłem ciasto francuskie. Po udanym kurczaku à la MasterChef poszedłem za ciosem i zastanawiałem się co można by jeszcze nietypowego z nim zrobić. Z pomocą jak zwykle przyszła mi jedna z czytelniczek. Poprzednio było dość trudno, teraz będzie arcy prosto. Nawet największe kaleki kuchenne poradzą sobie z hot dogiem po królewsku.

 

Raz, dwa, trzy!

Do kozackich hot dogów potrzebujemy tylko 3 rzeczy:

  • parówek (Berlinki najlepsze!)
  • mozzarelli (kupiłem marki Carrefour, bo była na promocji – może być, choć wiadomo, że Galbani lepsza)
  • ciasta francuskiego (tu raczej bez różnicy jakie)

Za zakupy zapłaciłem około 10 złotych. Ciasta spokojnie starczyło na 5 hot dogów i jeszcze zostało, ale mozzarelli niestety tylko na 3 (związku z tym ostatnie 2 musiałem zjeść ze zwykłym żółtym serem, ale też były wporzo).

 

Owijanie parówy

Najpierw musimy uciąć sobie ciasto. Przykładamy parówę i odkrawamy tyle, żeby starczyło na owinięcie parówki i został jeszcze zapas na mozzarellę.

 

Drugi krok, to cięcie mozzarelli. Kroimy kilka plastrów na długość parówki i układamy na cieście.

 

Punkt numer 3, to zawinięcie parówy w ciasto. Jak zostawiliście zapas ciasta na mozzarellę, to nie powinno być problemów (jak trochę się przeliczyliście, to musicie ponaciągać ciasto, żeby się nie otworzyło w trakcie pieczenia). Zawiniątko nacinamy w poprzek jak kiełbaskę na ognisk (robimy to głównie ze względów wizualnych, żeby po upieczeniu ładnie wyglądało na zdjęciach).

 

Hot doga wrzucamy na 15 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni (jeśli macie termoobieg, to włączcie).

 

Mów mi królu!

Wyszło ładnie, smacznie, i niewielkim nakładem pracy. Nie wiem do czego można by porównać smak parówki z mozzarellą i ciastem francuskim, ale zdecydowanie komponuje się. Żeby nie było za mdłe, można dodać do tego standardowo keczupu, albo majonez (ewentualnie sos czosnkowy). Jeden wystarcza jako przekąska, 2 można traktować jako kolację, natomiast 3 wystarczają na wypaśne śniadanie, które daje kopa na cały dzień. Tak polubiłem to ciasto francuskie, że coś bym sobie jeszcze z nim zrobił (i to nie tylko dlatego, że mi zostało).

Co można jeszcze zrobić niedużego, na słono jako kolację/przekąskę z ciastem francuskim?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Masz kota, paprotkę i 20 giga odcinków “Dr House’a”, ale czujesz, że w życiu może chodzić o coś więcej? Twój chłopak był całym Twoim światem, ale zostawił Cię dla innej (hultaj jeden) i egzystencja na tej planecie nie ma za bardzo sensu? Chciałbyś mieć tak zajebiste życie jak Justin Timberlake (możesz wstawić nazwisko kogokolwiek innego kim się jarasz), ale 8-godzinne przeglądanie Kwejka jakoś Ci w tym nie pomaga? Ciągle nie możesz sobie znaleźć dziewczyny, bo nie ma jej ani pod łóżkiem, ani w lodówce, ani za kubłem ze śmieciami?

 

Rusz tyłek!

W domu umierają ludzie. To stwierdzone, zbadane i udowodnione. Nie umieraj, wyjdź z domu! Wyjdź przejść się wokół bloku, wyjdź przejechać się na rowerze, wyjdź pobiegać z psem po parku. Wyjdź nawet na kółko różańcowe, ale zrób coś ze sobą i rusz w końcu cztery lity (żeby nie powiedzieć dupę)!

Tak, ja wiem, że nie masz przyjaciół ani znajomych, pies Ci zdechł, a Twoja miejscowość to zabita dechami dziura, w której nawet Boysi nie chcą grać i nie masz gdzie wyjść. Spoko. Możesz szukać wymówek i usprawiedliwiać swój marazm siłą wyższą – to wygodne i niewymagające. Możesz też wziąć sprawy w swoje ręce i zainteresować się tym, co dzieje się w Twoim mieście.

W każdym, ale to w każdym mieście są takie akcje jak:

  • kursy językowe
  • kursy tańca
  • kursy sztuk walki
  • kursy szycia/gotowania/projektowania/i-tysiąca-pięciu-set-innych-rzeczy
  • wieczorki literackie
  • parki/place zabaw/skwerki
  • spotkania z aktorami/pisarzami/politykami/i wszystkimi innymi “ami”
  • dyskusyjne kluby filmowe
  • wernisaże
  • kółka różańcowe (i bynajmniej nie jest to kpina)
  • spotkania blogerów

To co, dotarło, że już masz gdzie się podziać?

 

Ale po co?

Żeby poznać ludzi! Z kim przestajesz, takim się stajesz – to nie pusty slogan, to prawda. Jeśli otaczasz się nudziarzami bez pomysłów i ambicji nie dziw się, że Twoje życie to syf bez perspektyw. Im więcej osób poznajesz, tym większa szansa, że z jedną z nich coś zrobisz. Wpadniecie na genialny pomysł, założycie firmę i zarobicie kupę siana.

Nawet król gburów – Mark Zuckerberg – wychodził z domu w trakcie pracy nawet Facebookiem i spotykał się z ludźmi. Widziałeś “The social network”, wiesz, że na pomysł “statusu związku” nie wpadł sam. Gdy poznajesz nowych ludzi, wymieniacie się podglądami, doświadczeniami i pomysłami. Im częściej słuchasz historii osób, które są całkowicie inne od Ciebie, tym szersze masz spojrzenie na świat i tym łatwiej możesz znaleźć inspirację do zrobienia czegoś. Czegoś wielkiego!

Jeśli oczywiście nie zależy Ci na zostawieniu po sobie jakiejś monumentalnej spuścizny, to w porządku. Tacy ludzie też są potrzebni i nie mniej wartościowi, ale pamiętaj o tym, że we własny pokoju trudno poznać drugą połówkę (lub trzecią, czy czwartą – zależy kto ma jakie preferencje seksualne). Żeby ją znaleźć musisz zacząć szukać, a to wiąże się z tym, że Twoje pośladki będą musiał na dłuższą chwilę oderwać się od fotela. Dasz radę?

 

Testowane na ludziach

Gdy byłeś dzieciakiem wychodziłeś na podwórko i grałeś w piłkę, gumę, puszkę, rozciągańca albo stawiałeś zamki z piasku. Cokolwiek to nie było, to poznawałeś inne dzieciaki. Po prostu. Bez większej filozofii. Wymienialiście się foremkami, łopatkami, piłkami, karteczkami i milionem innych zabawek, poznając się przy tym i zawiązując relacje. Mocniejsze lub luźniejsze, ale ciągle tworzyłeś jakieś nowe relacje. Co zmieniło się od tamtego czasu?

Zapomniałeś już jakie to proste?

Jeśli tak, to spróbuj starej, dobrej sztuczki – wyjdź z domu!

To działa. Serio.

Fly Style #1 – Futro, skóra i śnieżna kula

Skip to entry content

Pozazdrościłem ostatnio bardzo mojej nowej koleżance Plamce (warto zajrzeć na jej bloga nie tylko ze względu na świetne nogi). Głównie tego, że pod każdym postem na blogu ma dużo komentarzy. Bardzo dużo. Gdzieś z 5 razy więcej, niż ja. Co mi pozostało zrobić, żeby zazdrość nie zamieniła się w zawiść? Zostać szafiarzem!

W zdjęciach pomagał mi mój przyjaciel malarz i oprócz tego, że drugi raz w ciągu jednego miesiąca wyszedłem z domu (obalając przy tym mit blogera), doznałem też pewnego odkrycia. Bandaż na twarzy w zimie to świetna sprawa! Serio! Od początku listopada nie było mi tak ciepło, a przy okazji bezdomni bali się mnie zaczepiać. Polecam, to większy “must have” tego sezonu, niż czapka z futerkiem.

 

Śnieżki

Przy okazji tematów około-zimowych – wiem, że jest zimno, ciemno i strasznie. Wiem to najbardziej jak się da, bo mieszkam w kamienicy i przed zaśnięciem modle się o choćby 2 stopnie więcej. Ale, ale… Zimę można sobie osłodzić i to jak! Nieważne, czy masz 18 lat, czy 35, przypomnijc sobie jak miałeś 7 i największą frajdą w ciągu całego dnia była bitwa na śnieżki. Ile radości sprawiało rzucenie w sąsiada kulą śniegu (albo chociaż w jego okno).

Dzisiaj w Krakowie był dzień lodowiska. Do południa padał deszcz, a popołudniu zamarzł tworząc ze wszystkich chodników i ulic ślizgawkę. Ludzie marudzili pod nosem albo donośnie przeklinali dając wyraz swojej dezaprobacie wobec zaistniałej sytuacji. Ja się jarałem! W podstawówce trzeba było się nie lada nastarać, żeby zrobić choć 3 metrową ślizgawkę, a tu lodowisko na powierzchni całego Krakowa, ot tak! Ekstra!