Close
Close

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że dzieli ich wszystko.

 

Hank Moody jest wiecznym chłopcem.

To duże dziecko prowadzące hulaszczy tryb życia, bez stałego, poważanego przez społeczeństwo zajęcia, które zapewniałoby mu elementarną stabilizację. Zasadniczo nigdzie nie przynależy i nie obowiązują go żadne zasady ani normy poza tymi, które sam sobie wyznaczy. A i tych nie zawsze się trzyma – sypia gdzie popadnie i z kim popadnie. Mieszka w Los Angeles – mieście, gdzie pół nagie laski na rolkach jeżdżą cały rok, a temperatura nawet w zimie nie spada poniżej 15 stopni (to jest to!).

 

Don Draper jest filarem jednej z najpopularniejszych nowojorskich agencji reklamowych.

Cały dzień w biegu – spotyka się z rekinami biznesu, dopina kontrakty za grubą kasę, tworzy kampanie, które ogląda cały kraj. Jest poważnym i poważanym człowiekiem, który trampki widział tylko w reklamie konkurencji. Głowa rodziny utrzymująca willę, żonę i dwójkę dzieci (w tej kolejności). Dba o wizerunek bardziej, niż prezydent. Jak bardzo melanż by go nie poniósł, i z iloma kochankami by nie spółkował, zawsze wraca na noc do domu.

Mimo tylu różnic, mają jednak parę wspólnych wad.

 

Kto jest gorszym partnerem?

O tym, że Hank jest tragicznym chłopakiem/facetem/partnerem dowiadujemy się już w pierwszym odcinku.

Wierność zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. Jeśli ma okazję zaliczyć coś na boku i nie jest zbyt pijany by utrzymać erekcję, to z pewnością to zrobi. Młode, stare, brzydkie, ładne – nie ma różnicy. Ważne, żeby były chętne i nie narzekały na to, że ciągle chodzi w jednym t-shircie. Mimo, że nie umie utrzymać genitaliów za rozporkiem, to Karen – jego prawdziwa miłość – wszystko mu wybacza, godząc się z tym, że to po prostu taki typ człowieka.

 

Don zgrywa przyzwoitego męża, odpowiedzialną głowę rodziny, ale jest taki sam jak Moody. Może nawet gorszy.

W niektórych odcinkach zalicza więcej babeczek, niż główny bohater Californication przez pół sezon. Gustuje w wysoko postawionych kobietach biznesu, które zarabiają więcej od niego. Aczkolwiek jak trafi się jakaś biedniejsza Żydóweczka, to też sobie dziabnie. Rzadko flirtuje i rwie inne panny otwarcie. Najczęściej migdali się z nimi pod płaszczykiem spotkań biznesowych. Mimo, że zdradza jak nimfomanka na rauszu, (w miarę) skutecznie dba o to, by żona nie dowiedziała się o żadnym skoku w bok.

 

Wynik: wygrywa Draper!

Oboje cudzołożą bez opamiętania, jednak w przypadku Hanka to zdecydowanie wina Karen. Zamiast go zostawić na lodzie z przepitym pyskiem, wraca do niego jak dobrze rzucony bumerang. Widać lubi to. Gorszym partnerem zdecydowanie jest Don, ponieważ wielokrotnie, bezczelnie i bez cienia skruchy okłamuje żonę. Gdy Betty dowiaduje się, że ojciec jej dwójki dzieci złamał 6-te przykazanie, dość skutecznie wykrzykuje mu tytuł drugiego singla Sistars. Co ewidentnie świadczy o tym, że jej taka sytuacja nie odpowiada.

 

Kto jest gorszym ojcem?

Hank przegrał w kategorii „beznadziejny facet”, więc może uda mu się zrehabilitować w kwestii nieodpowiedzialnego ojcostwa?

Sypiał zarówno z koleżankami jak i nauczycielkami Becki, zdradzając przy tym jej matkę. Barwnie urozmaicił jej dzieciństwo, pokazując, że popęd jest najważniejszy bez względu na konsekwencje. Niejednokrotnie spotykał się z córką pod wpływem alkoholu bądź narkotyków (lub na zjeździe), udowadniając jej do jakiej ruiny mogą doprowadzić człowieka używki.

 

Teraz kolej na Dona, czy będzie podwójnym wygranym?

Sytuacja fok na Alasce bardziej go absorbuje, niż własne dzieci (a nie jest na szycie jego listy zainteresowań). Gdyby żył w dzisiejszych czasach widywałby je tylko na Facebooku. W domu jest gościem i to najczęściej nietrzeźwym. Jedyne frazy jakie wypowiada do swoich potomków to „do spania!” lub „zrób mi drinka”. Gdyby nie barmańska funkcja jego dzieciaków i fakt, że Betty czasem się na nie poskarży, chyba nie wiedziałby o ich istnieniu.

 

Wynik: znów Don Draper!

Moody jest książkowym przykładem patologii. Chodzącą puszką pandory. To fakt i nie ma za bardzo miejsca na polemikę w tym temacie. Jednak nie można mu odmówić troski o córkę. Co by się nie działo skacze za nią w ogień. Stoi za nią sztywno jak mur (berliński). Zawsze służy jej radą i pomaga w każdej sytuacji (nawet gdy jest w trakcie stosunku lub nietrzeźwy). Draper natomiast ma wywalone po całości. W jego świecie najważniejsza jest kasa i kochanki, a dzieci są tylko skutkiem ubocznym wadliwych prezerwatyw. Nie dba o nie, nie interesuje się, kompletnie nie poświęca im uwagi. Woli przespać się z 15-tą córką właściciela linii lotniczych, niż spędzić czas z synem. Dno dna!

 

Mamy zwycięzcę!

Don Draper mimo pozowania na zapracowanego faceta, który wypruwa sobie flaki dla rodziny, okazał się gorszym partnerem i ojcem. Alkoholik, dwulicowiec, kłamca i oszust – dyrektor kreatywny agencji reklamowej. Zdeklasował Hanka Moody’ego, który wydawało się, że jest czarnym koniem w kwestii degrengolady. Wypruty z moralności zdewaluował do zera wartość rodziny usprawiedliwiając wszystko trudnym dzieciństwem. Tak, mamy zwycięzcę!

<brawa i gratulacje>

(niżej jest kolejny tekst)

9
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja | Stay Fly - blog lifestylowy5 powodów dla których warto pedałować | Stay Fly - blog lifestylowycandyMonika PabianOlga Cecylia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
vividbats
Gość
vividbats

kim jest don draper?…

Grzeczny Chłopiec
Gość

No nie mów, że nie oglądałaś Mad Mena? :)
http://www.filmweb.pl/serial/Mad+Men-2007-436999

Olga Cecylia
Gość

Mad Men, liczba mnoga :-) Szczerze mówiąc, mam w oglądaniu tego serialu przestoje – aktor jest idealny, ale mnie to po prostu przygnębia, kiedy w dużych dawkach widzę bardzo wiernie oddaną sytuację kobiet w latach 60. Nie tknęłabym Dona długim kijem! Z Hankiem przynajmniej byłoby fajnie w łóżku ;-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Masz rację, ale jak w takim razie jaka jest poprawna odmiana? „Mad Menów”?
Mnie przeraża ile oni wtedy palili i fakt, że robili to WSZĘDZIE. Po całym dniu człowiek musiał śmierdzieć jak tuzin popielniczek.

Olga Cecylia
Gość

Po prostu „Mad Men”. To już jest angielska liczba mnoga, nie odmienia się, tak jak „Friends” czy „Desperate Housewives”.

Kiedyś czytałam wywiad z aktorem grającym główną rolę – te papierosy są ziołowe, bo przy wszystkich dublach by padli, gdyby naprawdę palili. Hamm się też dziwił, jak można było tyle palić i pić, że prawdziwi Mad Men musieli mieć zrujnowane organizmy już koło trzydziestki.

Monika Pabian
Gość

Hank jest przystojniejszy i jego pocieszny usmiech potrafi nawet we mnie wywołać jakieś tam ludzkie uczucia ;) Ale nie na tyle,żeby mi się nie znudził po 2 czy 3 sezonie, co za dużo to nie zdrowo co innego z jednym partnerem…. ;) Tego drugiego nie oglądałam, muszę nadrobić w końcu sesja :D

candy
Gość
candy

Dla mnie Hank jest takim chlopcem, a Don to prawdziwy facet… :) w tym garniturze, ach chcialabym z nim pójsc na jednego czy dwa Old Fashioned :)

trackback

[…] dodatkowego czasu. Możesz połączyć pożyteczne z pożytecznym (hasło reklamowe na miarę Dona Drapera). Co do tych cycków, to lekko świrowałem. Nie mam żadnych danych, potwierdzających, że rosną […]

trackback

[…] Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Szustkosky – człowiek orkiestra (post z aukcji WOŚP)

Skip to entry content

Pamiętacie akcję z postem dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którego mogliście wylicytować na Allegro? Ostatecznie poszedł za 150 złotych. Biorąc pod uwagę, że licytowały same osoby prywatne, to całkiem przyzwoity wynik, a na pewno największa kwota jaką do tej pory udało mi się wesprzeć Jurka Owsiaka.  Bałem się, szczerze mówiąc, kto wylicytuje tego posta i czy przypadkiem nie przyjdzie mi opisywać jakichś absurdalnych absurdaliów. Na szczęście los był się łaskawy (jak zwykle zresztą) i zwycięzcą aukcji okazał się zrównoważony gość, który poprosił bym napisał o jego kumplu.

 

Zdjęcia, relacje, wideo,

Szustkosky – brzmi dziwnie i z niczym się nie kojarzy. No może z jakimś ukraińskim szewcem, ale oprócz tego, że gość (jak podejrzewam) chodzi w butach, to raczej nie ma z nimi nic więcej wspólnego. Zajmuje się za to sztukami audio-wizualnymi, mówiąc najogólniej. Zaangażowany jest w kilka projektów, w których robi zdjęcia okazjonalne, okolicznościowe i te zupełnie bez okazji. Realizuje również różnego rodzaju filmiki, zapowiedzi, zajawki, wideorelacje i teledyski. Człowiek orkiestra tylko bez puzonu, można by powiedzieć.

 

Zdjęcia

Fotorelacje z imprez muzycznych, wydarzeń sportowych i innych eventów kulturalnych robi pod szyldem „Made by mind”. Reportażem ślubnym i zdjęciami okolicznościowymi zajmuje się natomiast pod własną ksywą (jeśli to odwrócone „k’ można traktować jak logotyp „Szustkoskyego”). Zdjęcia z „interracial wedding” bardzo udane.

 

Wideo

Szustkowsky reżyserowaniem, kręceniem i montowaniem również zajmuje się pod dwoma egidami. Pierwsza, to wcześniej wymienione „Made by Mind”, a druga to „Don’t Eat Yellow Snow” (piękna nazwa, cudowny przekaz). „Made by Mind” bardziej skupia się na teledyskach, trailerach i zapowiedziach wydarzeń około-muzycznych. „DEYS” natomiast dedykowane jest stricte sportom zimowym, także znajdziecie tam wideorelacje z zawodów snowboardowych i podobnych czynności, gdzie ludzie łamią sobie kończyny na śniegu.

 

A Twoja cegiełka?

Ten wpis, to moja cegiełka w budowaniu lepszego świata.

Dzieciaki i seniorzy dostali 150zł na potrzebne sprzęty do godziwego bytu. I nawet jeśli 20% z tego wziął sobie Jureczek, to nie mam nic przeciwko, bo gość robi dobrą robotę dla nas wszystkich i siedzi nad tym cały rok. Szustkosky – fotograf, kamerzysta, montarzysta, realizator dostał wsparcie promocyjne i mam nadzieję, że wieść o nim pójdzie dalej. Czemu? Bo gość się dwoi i troi żeby żyć z tego co lubi robić, zamiast narzekać, że siedzi w durnej robicie, której nienawidzi i odlicza dni do piąteczku.

Teraz Twoja kolej! Możesz się pochwalić co wystawiłeś na aukcję WOŚP, albo przypucować z jakimkolwiek innym dobrym uczynkiem, który sprawił, że świat będzie lepszy. I serio, nie ma tu nawet fałszującej nutki ironii. Mocno wierzę, że to co dajesz wraca do Ciebie (łącznie z przeprowadzaniem staruszek przez ulicę).

Co czwarty mój znajomy jest wytatuowany. Przynajmniej w jednym miejscu. Jedni mają wydziarane symbole odwołujące się do nauki, bądź mitologii, a drudzy określające ich sentencje. Jeszcze inni umieścili na swoich ciałach imiona partnerów. Moja niedawno poznana koleżanka chce sobie zafundować dadaistyczny obraz na ramieniu, a kumpela z akademika różę na nadgarstku. Kilku muzyków, których słucham ma rękawy składające się z abstrakcyjnych kształtów na obu rękach, natomiast na koncertach zdarzyło mi się widzieć psychofanów z ich podobiznami na łydkach. Dołóżmy do tego jeszcze Zombie Boya, który jest jednym wielkim, chodzącym tatuażem i mamy zasadniczo pełne spektrum pomysłów na dziarę (jeśli o czymś zapomniałem, to nie omieszkaj przypomnieć mi o tym w komentarzach).

 

Co dla mnie?

Zawsze gdy rozmowa w towarzystwie schodzi na temat tatuaży lub poznaję kogoś z tak efektowną dziarą, że nie sposób oderwać od niej wzroku, zastanawiam się, czy może ja nie pokolorowałbym sobie skóry. Zazwyczaj taka myśl nie trwa w moim umyśle dłużej, niż chwilę (czyli 7,16 sekundy). Mimo mojego zachwytu na niektórymi tatuażami ocierającymi się o dzieło sztuki, to jednak w większości przypadków, uważam, że to szpecenie się. Ewentualnie znaczenie się jak bydło na pastwisku.

Są jednak takie momenty, kiedy myśl o udekorowaniu się trwa trochę dłużej. Na przykład kwadrans lub dwa. Wtedy zawsze zastanawiam się, czy jest coś tak uniwersalnego i ponadczasowego, co chciałbym trwale nanieść na swoje ciało? Czy jest jakaś sentencja, hasło bądź symbol, który po 6 miesiącach wciąż będzie aktualny?

W moim życiu oprócz kilku fundamentalnych spraw, raczej większości rzeczy jest zmiennych i swobodnie ewoluuje wraz z czasem. W związku z tym, jedyne 2 hasła, które nie byłyby totalnie banalne i których nie musiałbym się wstydzić, bądź usuwać po kwartale, to:

  • „nikt nie wierzy we mnie bardziej, niż ja”
  • i „forever young”

Oba definiują moje podejście do życia i odwołują się do wartości, które wyznaję. Mimo, że są ze mną już dłuższy czas (jakieś 5 lat), to nadal nie mam przekonania do tego, żeby je sobie wytatuować. Głównie zastanawiam się na tym gdzie takie hasła mogłyby się znaleźć, żeby byłby dobrze widoczne dla mnie, ale jednocześnie nie biły po oczach napotkanych ludzi. Nadgarstki są chyba zbyt oczywiste, a przedramiona, to jednak za duża powierzchnia.

Macie jakieś pomysły?