Close
Close

Był rok 1997

Jechałem pociągiem na zieloną szkołę i śpiewałem „Kolorowe sny” razem z resztą klasy. Darliśmy się na cały wagon. Po trzecim bisie, wpadła do naszego przedziału piegowata smarkula z klasy równoległej i spytała, kto ma kastę Just 5. Wiedziałem, że tego pożałuję, ale powiedziałem, że ja. Oznajmiła (w zasadzie rozkazała), że mam się z nią wymienić i dała mi jakąś inną, lekko zdartą. Za żadne skarby nie chciałem oddawać albumu mojego najukochańszego zespołu, w którym Bartek Wrona tak bosko śpiewał, ale nie należałem wtedy do najbardziej asertywnych 9-latków. Jej żądający wzrok przeszywał mi czaszkę na wylot. Ze spuszczonym wzrokiem oddałem jej kasetę bez walki, rzucając na koniec retoryczne „ale oddasz?”. Wiedziałem, że nie odda i wiedziały to też chłopaki z klasy jadące ze mną w przedziale. Żeby zachować twarz, udałem, że zrobiłem arcy korzystną wymianę i włożyłem ten jej przegrywany szmelc do walkaman, nienaturalnie długo uśmiechając się. Wcisnąłem „play” i po 5 minutach już nie musiałem robić dobrej miny do złej gry. W rzeczy samej podobało mi się. To było „N Sync”. Tak poznałem się z Justinem Timberlake’iem.

 

Był rok 2006

Udawałem, że wiem jak tańczyć do jakiegoś gniotu Shakiry, depcząc prześliczną brunetkę, która udawała, że wcale ją to nie boli. To były czyjeś 18-ste urodziny. Nie mam pojęcia czyje, bo niezależnie, czy nas ktoś zapraszał, czy nie, chodziliśmy na wszystkie. Czułem, że ta dziewczyna długo nie wytrzyma moich nieskoordynowanych ruchów i albo ktoś zmieni piosenkę, albo będę musiał coś do niej zagadać i ściągnąć ją z parkietu. Wyjście z inicjatywą do nieznajomej przerażało mnie bardziej, niż odpowiedź ustna z historii, ale, że nie chciałem zadeptać jej na śmierć, przygotowywałem się już na coś w stylu „yyy, eee, bo, yyy, chyba wiem kto, yyy, ma jeszcze karteczki na piwo”. Na szczęście nie musiałem użyć tego zabójczego grypsu. Shakira w końcu przestała wyć i poleciało „My love”. Przy tym numerze nie brałem jeńców. Dziewczę nie miało już drogi ucieczki, było moje. Moje, moje, moje. Zaczęliśmy się kołysać jak Patrick Swayze z Jennifer Grey i ni stąd ni zowąd dowiedziałem się, że ma kolczyk w języku. Wtedy ja i Justin skumplowaliśmy się na dobre.

 

Jest rok 2013

Od ostatniej płyty Timberlake’a minęło 7 lat, a dzisiejsze nastolatki myślą, że Pitbull robi muzykę (albo, co gorsza, media wmawiają im, że on rapuje). Jak jestem w klubie gibam się do electro albo boom-bapu i zastanawiam się, gdzie jest mój przyjaciel z dawnych lat? Co się stało z moim wiernym kompanem, z którym rozkręciliśmy tyle melanży? Z którym mieszaliśmy alkohole, dzień z nocą i dziewczynom w głowach? Ktoś mi tam mówił, że olał nasze wspólne imprezy, bo… Bo co? Bo Hollywood? Bo aktorstwo? Bo wystrzelił w „The social Network” i spadł jak Ikar w „In time”? Wiedziałem, że tylko się zgrywa. Że to nie jest na serio. Że tak się droczy tylko i zaraz wróci. I wraca! Mój najlepszy kumpel – Justin Timberlake – wraca w glorii i chwale z nowym singlem na bicie Timbalanda. Ten rok będzie nasz, zobaczycie!

(niżej jest kolejny tekst)

24
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
Playlista na parapetówkęJoanna Bochenek-OlińskaNikt już nie pamięta kim jest Nelly Furtado | Stay Fly - blog lifestylowyBędę Was badał! | Stay Fly - blog lifestylowyemi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lena
Gość
Lena

Tez na to czekalam! Justin jest swietny i ta nowa piosenka bardzo mi sie podoba. Chce juz cala plyte :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie ma sprawy, ktoś musiał to zrobić :)

Patrycja K
Gość
Patrycja K

tak jak zapowiedział w filmiku kilka dniu temu-potrzebował czasu do nowej płyty,nagrania zaczęły się już w zeszłe lato,wraca z jay-z w dobrym stylu ‚suit and tie’. miłego słuchania ;)

Martex
Gość
Martex

Dzięki wielkie Grzeczny Chłopaku, że przemówiłeś Justinowi do rozumu ;)
Czekam na płytę :))))

KK
Gość
KK

Myślałem, że to będzie wpis o new.myspace :P

Grzeczny Chłopiec
Gość

Myspace próbuje się łapać wszystkiego rękami i nogami byleby nie wypaść z rynku, ale nie jego koniec jest nieunikniony :)

Ola Kuszyńska
Gość

Piszesz z taką lekkością i żartem. Twoje posty czyta mi się prześwietnie, a tym mnie rozbawiłeś.

Co do repertuaru Justina to chyba nic lepszego, niż Seniorita nie powstanie ( a może się mylę). To jest taki kawałek kiedy biodra same zaczynają się kręcić, a nogi podążają w stronę parkietu.
Czekamy na płytę !

Grzeczny Chłopiec
Gość

Oj Olu, wiesz co powiedzieć, żeby mi poprawić humor :*

Co do repertuaru Justina, to moim faworytem jest jednak „My love” i nie wiem czy nagra coś co to przebije :)

MartaSzymula
Gość
MartaSzymula

A ja jak byłam mała to nie przepadałam ani za ‚N Sync ani za Justinem. ;p Przyszło dopiero z wiekiem.
No i zgodzę się z Olą – „Seniorita” jest mistrzostwem świata. Osobiście mam jeszcze ogroomny sentyment do „Summer Love”. :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Aaa, czyli rozumiem, że Ty byłaś w tym drugim obozie, który nienawidził ‚N Sync, a kochał Backstreet Boys? :)

MartaSzymula
Gość
MartaSzymula

Haha, dokładnie. ;D

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jest poniedziałek, środek miesiąca. Wypłata była przed weekendem, więc było za co się bawić i część z Was grubo popłynęła. W zależności od tego, czy finansują Was jeszcze rodzice, czy już pracujecie, wydaliście średnio od 50 do 300 złotych. A dzisiaj właśnie to liczycie, bo wczoraj głowa była jeszcze zbyt ciężka, by wejść na konto i zsumować wypłaty z bankomatu, to co mieliście w portfelu i płatności kartą. Po nic nie znaczącej z perspektywy czasu chwili zadumy,  dochodzi do Was, że kasa, którą przepuściliście w klubie na alko, starczyłaby na 2 płyty Waszego ulubionego artysty, wyjścia do kina na połowę filmów, które widzieliście w tym miesiącu na kompie i kilka kozackich obiadów u Gesslera.

I teraz punkt zwrotny: po co? czemu? dlaczego? Z jakiego powodu chodzicie do klubów i zostawiacie tam tyle hajsu? Bo chyba nie będziecie próbować mi wmówić, że dzieje się to ot, tak, bez powodu?

 

Chłopaki

U chłopaków piłka jest krótka, a sprawa prosta jak przekątna w kwadracie. Chłopaki chodzą do klubów, żeby zaliczyć. Często nie podoba im się muza, która tam gra, ani fakt, że muszą włożyć jajognioty i lakierki, żeby wejść do środka, ale robią to. Robią to, żeby poznać dziewczynę i nawiązać z nią dłuższą lub krótszą relację, która zakończy się seksem.

[emaillocker]

Dziewczyny

Dziewczyny są mistrzyniami hipokryzji w tym temacie. Będą Cię przekonywać, że chodzą do klubów, żeby spotkać się ze znajomymi. Że idą do zatłoczonej piwnicy, w której muzyka gra tak głośno, że nie słyszysz własnych myśli, żeby sobie pogadać. Logiczne, co? Będą wkręcać, że ubierają sukienkę z dekoltem po pępek albo spódnicę, przy której niewykonalne jest schylenie się bez pokazania bielizny wszystkim w promieniu 100 metrów, bo im tak wygodnie. Wiadomo, że w niczym nie chodzi się tak swobodnie jak w wysokich szpilkach, gdzie każdy gwałtowny ruch może równać się z zaliczeniem gleby.

Wydają pół pensji na ciuchy, żeby mieć na sobie najnowszą kolekcję Zary, bo jak można chodzić w starej, co nie? Pomijając ciuchy, które doprowadzają każdego zdrowego faceta do erekcji, śmieszy mnie ich uzasadnianie nakładania tapety. Myślisz, że po co spędzają 4 godziny przed lustrem, zanim wyjdą na imprezę? Czemu zmieniają fryzury częściej, niż dzwonek w telefonie, przedłużają włosy i nakładają tipsy? Dlaczego mają odżywki do części ciała, o których istnieniu przeciętny koleś nie ma pojęcia? To wszystko oczywiście dlatego, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze!

Dziewczyny tak jak chłopaki, chodzą do klubu żeby poznać reprezentanta płci przeciwnej. W teorii chcą znaleźć księcia z bajki, z którym zbudują dom i spłodzą trójkę dzieci. W praktyce te założenia kończą się najczęściej po prostu na seksie. Niestety w obawie przed opinią społeczną rzadko się do tego przyznają (bardzo rzadko). Tak jak do faktu, że wydają fortunę na ubrania i kosmetyki, tylko po to by najzwyczajniej w świecie mieć większe wzięcie.

[/emaillocker]

Share Week: dzielimy się fajnościami

Skip to entry content

 

Autor bloga jestKultura, zainicjował fajną akcję, która zwie się „Share Week”. Polega w skrócie na tym, że blogerzy polecają swoim czytelnikom innych blogerów, aby blogosfera rosła w siłę i wszystkim żyło się lepiej. Nie wiem czy powstrzyma to inflację i przyśpieszy budowę autostrad, ale na pewno wzbogaci Wasze życie w internecie. Poniżej macie 5 osób, których wcześniej Wam nie polecałem (bo tu i tu już mieliście kilka adresów), a do których naprawdę warto zajrzeć. I to „zajrzeć” mówiąc dosłownie, bo wyjątkowo będzie raczej do oglądania, niż czytania.

 

Marco prezentuje

Marca spotkałem na Blog Forum Gdańsk i stąd dowiedziałem się o jego kanale. Gość prowadzi arcy ciekawego vloga na tematy egzystencjalo-filozoficzne z domieszką science-fiction (a może z przewagą?). Świetnie ogląda się do kolacji, kiedy siedzisz sobie w wygodnym fotelu i możesz w spokoju porozkmniać zagadki wszechświata i ludzkiego mózgu. Jeden z 3 kanałów na YouTube, którego targetem nie są głównie gimbusy.

 

Venila Kostis

kliknij w obrazek, żeby przejść na bloga

O Venili też dowiedziałem się na BFG’12. Venila jest blogerką modową (nie piszę, że szafiarką, bo ostatnio dowiedziałem się, że to pejoratywne określenie) i oprócz tego, że potrafi się ubrać, to potrafi też pisać. Niby każdy absolwent podstawówki powinien się tym cechować, ale w jej kategorii to spora nisza. Nie prowadzi durnej komunikacji na fanpjedżu, nie wrzuca monosylabicznych podpisów, ani jednozdaniowych notek. Oprócz tego, że jest zajęta nie posiada większych wad.

 

Wybuchające Beczki

Krzychu reprezentuje moje lokalne podwórko, czyli Kraków. Jest tak wszechstronnym twórcą wideo, że nie wiem, czy powinienem go jeszcze nazywać vlogerem, czy już showmanem (choć w zasadzie jedno drugiego nie wyklucza). Nagrywa zarówno głupkowate filmiki, przy których można się zrelaksować po ciężkim dniu, jak i  szalenie wartościowe relacje z podróży po całym świecie. Nie wiem skąd się wzięła nazwa jego kanału – Wybuchające Beczki – ale to co na nim znajdziecie to z pewnością materiał wybuchowy.

 

Porysunki

kliknij w obrazek, żeby przejść na bloga

Porysunki, to jedne z najładniejszych lifestylowo-satyrycznych grafik na jakie ostatnio trafiłem. Autorka ma i ciekawą (swoją i oryginalną) kreskę i całkiem zgrabne dialogi, które bawią. Czasem bardziej, niż niejeden mem. Mogliście trafić na nią już wcześniej, bo kilku ilustracji użyczyła do tekstu o tym, że wygląd się nie liczy.

 

Kocham Gotować

Na koniec pan, który jest najpopularniejszym vlogerem kulinarnym, a mimo to są ludzie, którzy go nie znają. Na jego epickie „sieeemanko” reagujesz albo szerokim uśmiechem, albo podwyższonym ciśnieniem. Jest autorem takich klasyków, jak domowy przepis na Red Bulla, Coca-Colę, Frugo, czy smażonego Snickersa. To od niego wziąłem przepis na nudle z kurczakiem. Jeśli nie umiesz gotować, a chciałbyś się nauczyć, to jego kanał (zaraz po moim cyklu), jest najprostszą drogą.

 

Twój ruch

Jak zwykle, teraz Twoja kolej. Masz dwa wyjścia:

  1. możesz po prostu dać lajka i udostępnić tego posta na swojej tablicy, żeby dobra treść poszła w świat
  2. możesz aktywnie przyczynić się do promowania wartościowych twórców internetu i w komentarzach dać swoją  piątkę blogów/vlogów/fanpejdży, które trzeba sprawdzić

Niech fejm będzie z Tobą!