Close
Close

Jest poniedziałek, środek miesiąca. Wypłata była przed weekendem, więc było za co się bawić i część z Was grubo popłynęła. W zależności od tego, czy finansują Was jeszcze rodzice, czy już pracujecie, wydaliście średnio od 50 do 300 złotych. A dzisiaj właśnie to liczycie, bo wczoraj głowa była jeszcze zbyt ciężka, by wejść na konto i zsumować wypłaty z bankomatu, to co mieliście w portfelu i płatności kartą. Po nic nie znaczącej z perspektywy czasu chwili zadumy,  dochodzi do Was, że kasa, którą przepuściliście w klubie na alko, starczyłaby na 2 płyty Waszego ulubionego artysty, wyjścia do kina na połowę filmów, które widzieliście w tym miesiącu na kompie i kilka kozackich obiadów u Gesslera.

I teraz punkt zwrotny: po co? czemu? dlaczego? Z jakiego powodu chodzicie do klubów i zostawiacie tam tyle hajsu? Bo chyba nie będziecie próbować mi wmówić, że dzieje się to ot, tak, bez powodu?

 

Chłopaki

U chłopaków piłka jest krótka, a sprawa prosta jak przekątna w kwadracie. Chłopaki chodzą do klubów, żeby zaliczyć. Często nie podoba im się muza, która tam gra, ani fakt, że muszą włożyć jajognioty i lakierki, żeby wejść do środka, ale robią to. Robią to, żeby poznać dziewczynę i nawiązać z nią dłuższą lub krótszą relację, która zakończy się seksem.

[emaillocker]

Dziewczyny

Dziewczyny są mistrzyniami hipokryzji w tym temacie. Będą Cię przekonywać, że chodzą do klubów, żeby spotkać się ze znajomymi. Że idą do zatłoczonej piwnicy, w której muzyka gra tak głośno, że nie słyszysz własnych myśli, żeby sobie pogadać. Logiczne, co? Będą wkręcać, że ubierają sukienkę z dekoltem po pępek albo spódnicę, przy której niewykonalne jest schylenie się bez pokazania bielizny wszystkim w promieniu 100 metrów, bo im tak wygodnie. Wiadomo, że w niczym nie chodzi się tak swobodnie jak w wysokich szpilkach, gdzie każdy gwałtowny ruch może równać się z zaliczeniem gleby.

Wydają pół pensji na ciuchy, żeby mieć na sobie najnowszą kolekcję Zary, bo jak można chodzić w starej, co nie? Pomijając ciuchy, które doprowadzają każdego zdrowego faceta do erekcji, śmieszy mnie ich uzasadnianie nakładania tapety. Myślisz, że po co spędzają 4 godziny przed lustrem, zanim wyjdą na imprezę? Czemu zmieniają fryzury częściej, niż dzwonek w telefonie, przedłużają włosy i nakładają tipsy? Dlaczego mają odżywki do części ciała, o których istnieniu przeciętny koleś nie ma pojęcia? To wszystko oczywiście dlatego, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze!

Dziewczyny tak jak chłopaki, chodzą do klubu żeby poznać reprezentanta płci przeciwnej. W teorii chcą znaleźć księcia z bajki, z którym zbudują dom i spłodzą trójkę dzieci. W praktyce te założenia kończą się najczęściej po prostu na seksie. Niestety w obawie przed opinią społeczną rzadko się do tego przyznają (bardzo rzadko). Tak jak do faktu, że wydają fortunę na ubrania i kosmetyki, tylko po to by najzwyczajniej w świecie mieć większe wzięcie.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Share Week: dzielimy się fajnościami

Skip to entry content

 

Autor bloga jestKultura, zainicjował fajną akcję, która zwie się „Share Week”. Polega w skrócie na tym, że blogerzy polecają swoim czytelnikom innych blogerów, aby blogosfera rosła w siłę i wszystkim żyło się lepiej. Nie wiem czy powstrzyma to inflację i przyśpieszy budowę autostrad, ale na pewno wzbogaci Wasze życie w internecie. Poniżej macie 5 osób, których wcześniej Wam nie polecałem (bo tu i tu już mieliście kilka adresów), a do których naprawdę warto zajrzeć. I to „zajrzeć” mówiąc dosłownie, bo wyjątkowo będzie raczej do oglądania, niż czytania.

 

Marco prezentuje

Marca spotkałem na Blog Forum Gdańsk i stąd dowiedziałem się o jego kanale. Gość prowadzi arcy ciekawego vloga na tematy egzystencjalo-filozoficzne z domieszką science-fiction (a może z przewagą?). Świetnie ogląda się do kolacji, kiedy siedzisz sobie w wygodnym fotelu i możesz w spokoju porozkmniać zagadki wszechświata i ludzkiego mózgu. Jeden z 3 kanałów na YouTube, którego targetem nie są głównie gimbusy.

 

Venila Kostis

kliknij w obrazek, żeby przejść na bloga

O Venili też dowiedziałem się na BFG’12. Venila jest blogerką modową (nie piszę, że szafiarką, bo ostatnio dowiedziałem się, że to pejoratywne określenie) i oprócz tego, że potrafi się ubrać, to potrafi też pisać. Niby każdy absolwent podstawówki powinien się tym cechować, ale w jej kategorii to spora nisza. Nie prowadzi durnej komunikacji na fanpjedżu, nie wrzuca monosylabicznych podpisów, ani jednozdaniowych notek. Oprócz tego, że jest zajęta nie posiada większych wad.

 

Wybuchające Beczki

Krzychu reprezentuje moje lokalne podwórko, czyli Kraków. Jest tak wszechstronnym twórcą wideo, że nie wiem, czy powinienem go jeszcze nazywać vlogerem, czy już showmanem (choć w zasadzie jedno drugiego nie wyklucza). Nagrywa zarówno głupkowate filmiki, przy których można się zrelaksować po ciężkim dniu, jak i  szalenie wartościowe relacje z podróży po całym świecie. Nie wiem skąd się wzięła nazwa jego kanału – Wybuchające Beczki – ale to co na nim znajdziecie to z pewnością materiał wybuchowy.

 

Porysunki

kliknij w obrazek, żeby przejść na bloga

Porysunki, to jedne z najładniejszych lifestylowo-satyrycznych grafik na jakie ostatnio trafiłem. Autorka ma i ciekawą (swoją i oryginalną) kreskę i całkiem zgrabne dialogi, które bawią. Czasem bardziej, niż niejeden mem. Mogliście trafić na nią już wcześniej, bo kilku ilustracji użyczyła do tekstu o tym, że wygląd się nie liczy.

 

Kocham Gotować

Na koniec pan, który jest najpopularniejszym vlogerem kulinarnym, a mimo to są ludzie, którzy go nie znają. Na jego epickie „sieeemanko” reagujesz albo szerokim uśmiechem, albo podwyższonym ciśnieniem. Jest autorem takich klasyków, jak domowy przepis na Red Bulla, Coca-Colę, Frugo, czy smażonego Snickersa. To od niego wziąłem przepis na nudle z kurczakiem. Jeśli nie umiesz gotować, a chciałbyś się nauczyć, to jego kanał (zaraz po moim cyklu), jest najprostszą drogą.

 

Twój ruch

Jak zwykle, teraz Twoja kolej. Masz dwa wyjścia:

  1. możesz po prostu dać lajka i udostępnić tego posta na swojej tablicy, żeby dobra treść poszła w świat
  2. możesz aktywnie przyczynić się do promowania wartościowych twórców internetu i w komentarzach dać swoją  piątkę blogów/vlogów/fanpejdży, które trzeba sprawdzić

Niech fejm będzie z Tobą!

Jest bardzo poważna akcja. Taka akcja żebyś dał piątaka, a w zasadzie dyszkę.

 

Do końca świata i jeden dzień dłużej

Zawsze wspieram Wielką Orkiestrę świątecznej Pomocy. Od najmłodszych lat, w drugą niedzielę stycznia wychodziłem z mamą na miasto szukać wolontariuszy z puchami. Zawsze wrzucałem pieniążka i dumnie nosiłem serduszko przypięte na piersi. Lubię Jurka Owsiaka, podoba mi się inicjatywa i strasznie mnie cieszy, że w tym dniu Polacy pokazują, że potrafią bezinteresownie pomagać!

Allegro, któryś tam już raz wspiera WOŚP. Możecie wystawiać na aukcjach co chcecie, a jak to się sprzeda, to hajsik pójdzie na małe dzieci i seniorów. Cele, na które kościół bardzo by chciał zebrać pieniążki, tylko mu jakoś nie wychodzi. Ale nie po to jest ten wpis, bym uzewnętrzniał swoją antypatię do katolicyzmu. Tym razem chodzi o coś innego.

 

Sprzedaję się po taniości

Wystawiłem na Allegro na sprzedaż post na Stay Fly. Szczegóły i aukcję macie tutaj. Jeszcze nigdy nie dało się mnie tak tanio kupić. Aukcja zaczyna się od 10zł, czyli równowartości 1000 groszy (liczyłem to z kalkulatorem). Jeśli ją wygracie jeden post na moim blogu jest Wasz. Napiszę o czym dusza zapragnie. Jeśli więc Wasi przyjaciele mają zespół, któremu przyda się promocja, lokal do którego nikt nie chodzi, lub po prostu piszecie wiersze, których nikt nie czyta, to jest okazja.

Zasadniczo nie ma ograniczeń co do tematyki, byleby nie były to jakieś gadżety erotyczne, ani dopalacze. Zaznaczam też, że recenzja/test/opis, mimo szczytnej aukcji charytatywnej, będzie subiektywny. Znaczy to tyle, że jeśli chcecie pokazać światu swoje zdjęcia, a nie są one najwyższych lotów, to nie będę lukrował. Po prostu jest wstawię i tyle. Nie mniej, myślę, że jest to dobra okazja, żeby podpromować swoją twórczość tani kosztem. I przede wszystkim pomóc dzieciakom i starszym osobom!

kliknij w obrazek, żeby przejść do aukcji

Powinienem Was namawiać i podpuszczać, żebyście pokazali ile macie hajsu w portfelach. Nie zrobię tego. Wierzę, że Stay Fly czytają dobrzy ludzie, którzy wiedzą, że to co dają później do nich wraca. Amen.

Ps. Jeśli sami coś wystawiliście na Allegro dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, to podzielcie się linkiem w komentarzach. A nuż ja albo ktoś z czytelników będzie tym zainteresowany.