Close
Close

Masz kota, paprotkę i 20 giga odcinków „Dr House’a”, ale czujesz, że w życiu może chodzić o coś więcej? Twój chłopak był całym Twoim światem, ale zostawił Cię dla innej (hultaj jeden) i egzystencja na tej planecie nie ma za bardzo sensu? Chciałbyś mieć tak zajebiste życie jak Justin Timberlake (możesz wstawić nazwisko kogokolwiek innego kim się jarasz), ale 8-godzinne przeglądanie Kwejka jakoś Ci w tym nie pomaga? Ciągle nie możesz sobie znaleźć dziewczyny, bo nie ma jej ani pod łóżkiem, ani w lodówce, ani za kubłem ze śmieciami?

 

Rusz tyłek!

W domu umierają ludzie. To stwierdzone, zbadane i udowodnione. Nie umieraj, wyjdź z domu! Wyjdź przejść się wokół bloku, wyjdź przejechać się na rowerze, wyjdź pobiegać z psem po parku. Wyjdź nawet na kółko różańcowe, ale zrób coś ze sobą i rusz w końcu cztery lity (żeby nie powiedzieć dupę)!

Tak, ja wiem, że nie masz przyjaciół ani znajomych, pies Ci zdechł, a Twoja miejscowość to zabita dechami dziura, w której nawet Boysi nie chcą grać i nie masz gdzie wyjść. Spoko. Możesz szukać wymówek i usprawiedliwiać swój marazm siłą wyższą – to wygodne i niewymagające. Możesz też wziąć sprawy w swoje ręce i zainteresować się tym, co dzieje się w Twoim mieście.

W każdym, ale to w każdym mieście są takie akcje jak:

  • kursy językowe
  • kursy tańca
  • kursy sztuk walki
  • kursy szycia/gotowania/projektowania/i-tysiąca-pięciu-set-innych-rzeczy
  • wieczorki literackie
  • parki/place zabaw/skwerki
  • spotkania z aktorami/pisarzami/politykami/i wszystkimi innymi „ami”
  • dyskusyjne kluby filmowe
  • wernisaże
  • kółka różańcowe (i bynajmniej nie jest to kpina)
  • spotkania blogerów

To co, dotarło, że już masz gdzie się podziać?

 

Ale po co?

Żeby poznać ludzi! Z kim przestajesz, takim się stajesz – to nie pusty slogan, to prawda. Jeśli otaczasz się nudziarzami bez pomysłów i ambicji nie dziw się, że Twoje życie to syf bez perspektyw. Im więcej osób poznajesz, tym większa szansa, że z jedną z nich coś zrobisz. Wpadniecie na genialny pomysł, założycie firmę i zarobicie kupę siana.

Nawet król gburów – Mark Zuckerberg – wychodził z domu w trakcie pracy nawet Facebookiem i spotykał się z ludźmi. Widziałeś „The social network”, wiesz, że na pomysł „statusu związku” nie wpadł sam. Gdy poznajesz nowych ludzi, wymieniacie się podglądami, doświadczeniami i pomysłami. Im częściej słuchasz historii osób, które są całkowicie inne od Ciebie, tym szersze masz spojrzenie na świat i tym łatwiej możesz znaleźć inspirację do zrobienia czegoś. Czegoś wielkiego!

Jeśli oczywiście nie zależy Ci na zostawieniu po sobie jakiejś monumentalnej spuścizny, to w porządku. Tacy ludzie też są potrzebni i nie mniej wartościowi, ale pamiętaj o tym, że we własny pokoju trudno poznać drugą połówkę (lub trzecią, czy czwartą – zależy kto ma jakie preferencje seksualne). Żeby ją znaleźć musisz zacząć szukać, a to wiąże się z tym, że Twoje pośladki będą musiał na dłuższą chwilę oderwać się od fotela. Dasz radę?

 

Testowane na ludziach

Gdy byłeś dzieciakiem wychodziłeś na podwórko i grałeś w piłkę, gumę, puszkę, rozciągańca albo stawiałeś zamki z piasku. Cokolwiek to nie było, to poznawałeś inne dzieciaki. Po prostu. Bez większej filozofii. Wymienialiście się foremkami, łopatkami, piłkami, karteczkami i milionem innych zabawek, poznając się przy tym i zawiązując relacje. Mocniejsze lub luźniejsze, ale ciągle tworzyłeś jakieś nowe relacje. Co zmieniło się od tamtego czasu?

Zapomniałeś już jakie to proste?

Jeśli tak, to spróbuj starej, dobrej sztuczki – wyjdź z domu!

To działa. Serio.

(niżej jest kolejny tekst)

52
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
30 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
19 Comment authors
haoTrasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja ogólnopolska | Stay Fly - blog lifestylowy„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja | Stay Fly - blog lifestylowyTrasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja regionalna | Stay Fly - blog lifestylowySorry, ale kim ty w ogóle jesteś? | Stay Fly - blog lifestylowy Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika Cisłak
Gość

Biorąc pod uwagę fakt, że mówi to gość z takiego, a nie innego miasta, to to, że mieszka się w dziurze faktycznie nie jest żadną wymówką :>

Paulina Ziętarska
Gość

mnie bardziej urzekło, że mówi to gość który jest przedstawicielem grupy społecznej, która „słynie” z tego, że absolutnie nie spędza całych dni przed laptopem :P

Klara
Gość
Klara

A właśnie się z nim zgadzam i uważam że ma rację! Mam już dość narzekania moich kolezanek że nie moga sobie nikogo znaleźc a nic nie robią tylko siedzą w domu!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dziewczyny też się zgadzają, tylko zakamuflowały przekaz :)

Paulina Ziętarska
Gość

oczywiście, że się zgadzamy :] A ze swojej strony mogę zaprosić do loftów, jak ktoś fajnej szkoły tańca szuka ;)

Paulina Ziętarska
Gość

kogoś fajnego można poznać nawet wychodząc z domu tylko wyrzucić śmieci :) typ koleżanek które tylko narzekają prawdopodobnie też czasem na uczelnie/do pracy/sklepu. idzie (lub jedzie tramwajem/busem! jeszcze więcej ludzi!) Tylko czasem łatwiej jest narzekać niż zagadać do kolesia stojącego przed Tobą w kasie :P

anhydryt
Gość

Czuję się jakbym czytała Bravo Girl.

Grzeczny Chłopiec
Gość

W sensie, że co ci się dzieje?

anhydryt
Gość

Tak jak Paulina napisała.

Paulina Ziętarska
Gość

aaa w Bravo (albo to nie było Bravo?) był chyba nawet x lat temu nawet artykuł gdzie wyjść żeby poznać fajnego kolesia :] Z drugiej strony anhydryt…niektórym przeczytanie tego naprawdę by pomogło. Zwłaszcza jęczącym singlom przed walentynkami…

anhydryt
Gość

Jęczące single przed walentynkami? Przepraszam, pomyliłam adres.

Pablo
Gość
Pablo

To w walentynki nie mozna byc singlem? smieszna jestes…

anhydryt
Gość

Nie mam bladego pojęcia kim można być w walentynki, bo nigdy się takimi zabawami nie zajmowałam, chociaż muszę Ci się przyznać, że dopóki nie przeczytałam tych komentarzy żyłam w przekonaniu, że to rozrywka dla gówniarzerii.

Wytłumaczysz mi jak z mojego komentarza wyczytałeś, że nie można być singlem w walentynki? Nie wiem czy ja piszę niejednoznacznie, czy Ty nie rozumiesz tekstu, który czytasz.

Pablo
Gość
Pablo

„Jęczące single przed walentynkami? Przepraszam, pomyliłam adres.” piszesz nie jedznocznacznie i czytasz bravo girl, tak wywnioskowalem z twojego komentarza, ze w walentynki nie mozna byc singlem.

anhydryt
Gość

Ciężko się dyskutuje z kimś, kto nie potrafi napisać zdania bezbłędnie. Ok, niech będzie moja wina, choć podejrzewam, że czytasz tak jak piszesz.

Wojciech Kopeć
Gość

true

kam.
Gość

lubię to! i popieram!

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Co się zmieniło? Teraz dla wielu podwórkiem jest internet :-) Ale i tak realna aktywność go przebija.

Mam takich jęczących znajomych i gwarantuję Ci, że gdyby im pokazać ten post, to by na pewno coś znaleźli. Na przykład, że mieszkają na wsi i nie mają pieniędzy na dojazd do miasta na kółko różańcowe!

Kto chce, szuka sposobów. Kto nie chce, szuka wymówek :-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Zdradziłaś moją złota myśl na kolejny post „jeśli czegoś chcesz najdziesz sposób, jeśli nie, znajdziesz wymówkę”. Czasem strasznie mnie zaskakuje to ile mamy podobnych przemyśleń, mimo faktu, że zupełnie się różnimy :)

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Wspólnota Ludzi Myślących? ;-)

Katarzyna Malinowska
Gość

:)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Fly Style #1 – Futro, skóra i śnieżna kula

Skip to entry content

Pozazdrościłem ostatnio bardzo mojej nowej koleżance Plamce (warto zajrzeć na jej bloga nie tylko ze względu na świetne nogi). Głównie tego, że pod każdym postem na blogu ma dużo komentarzy. Bardzo dużo. Gdzieś z 5 razy więcej, niż ja. Co mi pozostało zrobić, żeby zazdrość nie zamieniła się w zawiść? Zostać szafiarzem!

W zdjęciach pomagał mi mój przyjaciel malarz i oprócz tego, że drugi raz w ciągu jednego miesiąca wyszedłem z domu (obalając przy tym mit blogera), doznałem też pewnego odkrycia. Bandaż na twarzy w zimie to świetna sprawa! Serio! Od początku listopada nie było mi tak ciepło, a przy okazji bezdomni bali się mnie zaczepiać. Polecam, to większy „must have” tego sezonu, niż czapka z futerkiem.

 

Śnieżki

Przy okazji tematów około-zimowych – wiem, że jest zimno, ciemno i strasznie. Wiem to najbardziej jak się da, bo mieszkam w kamienicy i przed zaśnięciem modle się o choćby 2 stopnie więcej. Ale, ale… Zimę można sobie osłodzić i to jak! Nieważne, czy masz 18 lat, czy 35, przypomnijc sobie jak miałeś 7 i największą frajdą w ciągu całego dnia była bitwa na śnieżki. Ile radości sprawiało rzucenie w sąsiada kulą śniegu (albo chociaż w jego okno).

Dzisiaj w Krakowie był dzień lodowiska. Do południa padał deszcz, a popołudniu zamarzł tworząc ze wszystkich chodników i ulic ślizgawkę. Ludzie marudzili pod nosem albo donośnie przeklinali dając wyraz swojej dezaprobacie wobec zaistniałej sytuacji. Ja się jarałem! W podstawówce trzeba było się nie lada nastarać, żeby zrobić choć 3 metrową ślizgawkę, a tu lodowisko na powierzchni całego Krakowa, ot tak! Ekstra!

Tarantino + DiCaprio = „Django”

Skip to entry content

Na „Django” napalałem się od dawna, i tak jak pisałem Wam na fapejdżu, kilkadziesiąt innych osób też. Nie jestem fanem westernów, trailer raczej ostudził mój zapał, niż wzniecił, a jedyny dobry film jaki widziałem z Jamiem Foxxem (główny bohater), to „Ray” sprzed 8 lat. Mimo to, nie wyobrażałem sobie jak mógłbym nie pójść na tę premierę do kina. Poszedłem pełen obaw i pierwsze co mi się nasunęło, to to, że…

 

Nikt nie zabija jak Tarantino!

Barwne eksterminacje, to zawsze jeden z największych walorów jego filmów. To pieczołowite odcinanie kończyn, wyniosłe miażdżenie czaszek, niemal poetyckie rozrywanie ciała na strzępy. W filmach innych reżyserów ludzie po prostu umierają. U Quentina zabójstwo podniesione jest do rangi sztuki i nie brak tego też w „Django”. Cudownie rozbryzgująca się krew z konających zwłok, jest obecna w większości kluczowych scen. Jak wspomniałem, to western, więc zabijanie ludzi bronią palną pewnie Was jakoś specjalnie nie zaskoczy. Żebyście nie wyszli z kina uczuciem niedosytu, Tarantino przygotował dla Was takie smaczki jak rozszarpywanie okaleczonego człowieka przez psy. Od razu lepiej, prawda?

 

Nie bierz DiCaprio do filmu. Ukradnie Ci film

Leonardo rolą w tym filmie, utwierdził mnie po raz kolejny w przekonaniu, że tak jak Eminem jest najlepszym raperem, tak on jest najlepszym aktorem. Bezapelacyjnie i bezterminowo. Ten gość potrafi zagrać wszystko! Gdyby kazali mu zagrać miękki kamień, to podejrzewam, że też nie miałby z tym większych problemów. To jaką ekspresją operuje w tym filmie, przerasta Ryana Goslinga, czy Johnnego Deppa o 3 życia. I żeby nie było nie porozumień – nic do nich nie mam. Ba, uważam, że są świetni i bardzo ich lubię, ale DiCaprio to zupełnie inna kategoria.

Z jednej strony to plus, z drugiej minus. Minus, bo zupełnie deklasuje pozostałych aktorów. O ile jeszcze Christoph Waltz jest zauważalny i dopóki nie pojawia się Leo, gra pierwsze skrzypce, o tyle Jamie Foxx zupełnie blednie w jego świetle świetle. Gdyby nie fakt, że Jamie gra głównego bohatera, to od momentu, w którym na ekranie pojawia się blondas z Kalifornii, nie wiem czy pamiętałbym o jego istnieniu.

Pozostali aktorzy grają bardzo poprawnie. Niestety nie dają większych powodów do „ochów i achów” i nie pomagają im w tym też czerstwe dialogi. Nie uświadczysz tu kanonady ciętych ripost i rezolutnych point. Przez pierwszą połowę miałem momentami wrażenie, że film się ciągnie jakby złapał gumę (a przez drugą jakby jechał na kole zapasowym). Na szczęście, przeciętny scenariusz nie dostarczał męczarni podczas seansu, jak w przypadku „Bejbi blues”.

 

Beztroska rozrywka czy głęboka refleksja?

Wielu postrzega filmy Tarantino jako rozkoszną rozpierdziuchę z latającymi flakami. Tak jest (i za to go kocham!), ale nie do końca. Może się to wydawać niewiarygodne, ale te filmy mają drugie dno. Tak jak w „Bękartach wojny” ukrytym przesłaniem była zemsta uciemiężonych żydów na Niemcach, tak w „Django” czarnoskórzy niewolnicy odgrywają się na białych panach. W naszej szerokości geograficznej po emisji tego filmu nie spodziewałbym się jakiejś ożywionej dyskusji na temat dyskryminacji rasowej, ale w Stanach podejrzewam, że takie sytuacje miały miejsce. Bo mimo, iż od czasów niewolnictwa minęło kilka stuleci, to wciąż zbyt mało by o tym zapomnieć.

 

Tarantino się starzeje?

Takie pytanie zacząłem sobie zadawać po obejrzeniu „Djnago”. Oczekiwałem, że film zmiecie mnie z powierzchni ziemi, a ledwie mnie rozkołysał, bo o poruszeniu nie ma mowy. Dialogi słabe, scenariusz niepotrzebnie rozciągnięty na prawie 3 godziny i jeszcze wyrzuty moralne. Pierwszy raz spotykam się z tym (aczkolwiek możliwe, że pierwszy raz zwróciłem na to uwagę), żeby jakiś zabójca u Quentina w filmie miał sumienie. Przecież to nie przystoi! Jak uśmiechnięty łowca głów, w jednej z końcowych scen, może się wzdrygać na myśl o bestialsko rozszarpanym afro-amerykaninie? Przecież to zbyt ludzkie jak na tego reżysera, nieprawdaż?