Close
Close

Grzeczny Chłopiec gotuje #12 – Mini-zapiekanki

Skip to entry content

Ciasto francuskie po raz trzeci! Po „hot dogu po królewsku” zostało mi trochę tego ciasta i pytałem Was, jaką sensowną przegryzkę można z nim zrobić. Myślałem o kieszonkach szpinakowych, które proponowała Olga, ale ostatecznie padło na coś co nazwałem mini-zapiekankami. I tak, wiem, że „normalne” zapiekanki są z pieczarkami. Moja jest nienormalna!

 

Co zapiekamy?

Żeby zrobić 6 mini-zapiekanek, będziemy potrzebować niewiele. Bardzo niewiele:

  • 1 średniego pomidora
  • 3 plastry żółtego sera
  • 1,5 plastra szynki (chyba, że jakaś mała szyneczka, to wtedy 3)
  • resztkę ciasta francuskiego (mniej więcej 1/3 kartki A4)

Tak jak napisałem wyżej, wychodzi z tego 6 porcji. Można to potraktować jako przekąski dla 2 osób, albo normalną kolację dla jednej (dla jednego faceta, żeby nie było wątpliwości). Za całość wychodzi jakieś 3,50zł, także bardzo przyzwoicie.

 

Tniemy, tniemy, tniemy

Najpierw tniemy ciasto na 3 równe części (jak to mówią studentki pedagogiki – na 3 połowy), a potem wzdłuż na pół.

 

Na przygotowane prostokąty z ciasta układamy po przekątnej kawałki pomidora. Jeśli ułożycie je inaczej albo pomidora pokroicie na inne części, to świat też nie powinien się zawalić (aczkolwiek nie dam sobie ręki uciąć).

 

Na to szyneczka (po 1/4 plastra na porcję).

 

I na to ser (po pół plastra na porcję).

 

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni i pakujemy to na 10-15 minut (zależy jak Wam termoobieg chodzi), aż ciasto nie wyrośnie, a ser się nie stopi.

 

Zapieksy gotowe!

Średnio po jakichś 12 minutach szamka jest gotowa i można wyciągać. Zanim rzucicie się do jedzenia, to odczekajcie chwilę, bo wilgoć w pomidorach strasznie kumuluje ciepło i łatwo spalić sobie podniebienie.

Mini-zapiekanki robi się łatwo, dość szybko i są naprawdę smaczne (i nie przeszkadza brak pieczarek!). Co prawda nie tak dobre, jak te z okrąglaka na Placu Nowym, ale na pewno najlepsze jakie udało mi się jeść w wersji domowej. Tym razem zapomniałem, ale przed położeniem sera można sypnąć jeszcze ziół prowansalskich dla wzmocnienia smaku.

Tak na marginesie, po tym wpisie wydaje mi się, że z ciasta francuskiego da się zrobić wszystko. Ale, ale. Daję sobie od niego spokój na jakiś czas. Tym razem zrobię coś z krewetkami, bo żadnych owoców morza jeszcze nie było na blogu. Jak zwykle przy wpisach kulinarnych, liczę na Waszą pomoc i garść inspiracji.

Co można kozackiego i prostego zrobić z krewetek, ale bez makaronu?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie


Najpierw 3 tygodnie temu polski internet obiegł filmik „Jak ważna może być jedna sekunda”. Teraz ludzie na całym świecie zachwycają się disneyowskim „Paperman”.

Podobno wykonany jest jakąś super-hiper-wypaśną techniką. Mogę się nie znać (mogę?), ale dla mnie to zwykła animacja. Po prostu bajka. Ładna, prosta bajka. I podejrzewam, że większość ludzkości też jak ją odbiera. Ale nie chodzi o to czy w 3, czy w 10 D jest zrobiona. Wywołała poruszenie z zupełnie innego powodu, niż kwestie realizacji. Z tego samego, dla którego tak ochoczo ten filmik był udostępniany na Facebooku.

To ludzki strach.

 

Strach przed wyjściem ze strefy komfortu

Większość facetów to cioty.

Udają maczo-morderców, ale paraliżuje ich lęk przed podejściem do nieznajomej. Barwnie opowiadają komu to nie obili mordy, ale nie potrafią otworzyć swojej. Snują pikantne fantazje erotyczne o koleżankach z pracy/laskach z uczelni/dziewczynach w klubie, które po wsze czasy pozostają tylko fantazjami. Opowiadają w jakich pozycjach i z jaką częstotliwością nie rżnęliby telewizyjnych celebrytek, ale gdy mają zagadać do dziewczyny na przystanku, to jaja cofają im się do moszny.

Obezwładnia ich lęk przed porażką.

 

Od tego się nie umiera

Ile razy mijałeś na ulicy dziewczynę, o której potem myślałeś cały dzień, noc i 3 najbliższe wizyty pod prysznicem? Mogłeś ją zaczepić, poznać, poderwać, przespać się z nią albo nawet ożenić, ale nie zrobiłeś żadnej z tych rzeczy. Bo się bałeś. Bałeś się jak 5-letnie dziecko bite kablem w ciemnej piwnicy.

I teraz zastanów się na spokojnie, co się mogło stać? Myślisz, że by Cię pogryzła? Oderwała Ci ucho albo rękę? Żeby gdybyś ją spytał, czy chce iść na spacer, to zaczęłaby wzywać policję? A gdyby powiedziała, że nie może bo się śpieszy, to urwało by Ci jaja? A co gdyby się zgodziła? Co gdyby powiedziała, że chętnie się z Tobą przespaceruje i poszlibyście do parku? Ot, tak po prostu, jak to ludzie robią. Myślisz, że mielibyście wiele wspólnych tematów? Że śmiałaby się z Twoich żartów?

Tego niestety nigdy (przeliteruj sobie na głos to słowo) się nie dowiesz, bo sam sobie urwałeś jaja i schowałeś do kieszeni przepuszczając okazję na poznanie jej. Życie to nie bajka Disneya i żadne samolociki nie zaczną w Ciebie napierdalać wskazując Ci drogę do tajemniczej nieznajomej. Choć gdybyś pracował w World Trade Center 12 lat temu, to jeden z nich wskazałby Ci koniec Twojej drogi życiowej.

Tak, zmierzam do tego, że nie znasz dnia ani godziny, więc proszę Cię – zrób coś dla siebie i świata i nie bądź pizdą! Gdy następnym razem trafisz w warzywniaku na laskę, której uśmiechem mógłbyś wytapetować całe mieszkanie, to zagadaj do niej. Okej? Naprawdę nie umrzesz od tego.

Konfrontacja: pizza Dr. Oetkera

Skip to entry content

Natchniony konfrontacjami AdBustera, pomyślałem, że też sobie zrobię podobną, a co! Żeby jednak nie kserować pomysłu najpopularniejszego testera podpasek płci męskiej, pomyślałem, że nie będę konfrontował produktu z reklamą. Nie. Postanowiłem porównać zdjęcie produktu na opakowaniu, z jego realnym wyglądem po przygotowaniu. Na pierwszy ogień poszło dość głośna marka w kontekście blogosfery – nie kto inny jak Dr. Oetker!

 

Pizza na zdjęciu, a w rzeczywistości

Na co dzień nie jadam mrożonek, pół-produktów, zupek chińskich, ani innych takich wynalazków. Pomijając kwestie jakościowo-odżywcze, to po prostu źle smakuje (albo w ogóle). Zdarzają się jednak takie momenty, że „rany boskie, szybko, szybko, trzeba coś zjeść, bo to, tamto, sramto i owamto, a nie mam nic w lodówce”. Wczoraj był właśnie takim moment. Nie mając zbyt szerokiego wyboru, wyjąłem z zamrażalnika awaryjną pizzę mojego współlokatora, wrzuciłem do piernika i modliłem się, żeby nie wyszła z tego jakaś niejadalna podeszwa. Albo  guma o smaku Vegety.

Po 13 minutach w 200 stopniach z termoobiegiem wyjąłem placka i byłem w lekkim szoku. Ta pizza wyglądała jak pizza! Serio! Normalnie moje doświadczenia z mrożoną pizzą bazowały na tym, że góra była spalona, a spód surowy, a tu taka niespodzianka! Pizza wyglądała jak na obrazku albo i lepiej. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że miała smak. I to całkiem przyzwoity. Jak w dzieciństwie jadłem jakąś Riggę, to bez keczupu nie było szansy tego przełknąć, a tu takie rzeczy.

Pierwsza konfrontacja wypadła niespodziewanie pozytywnie, dlatego przy drugim podejściu na warsztat biorę mrożoną lazanię. Tu już nie przewiduję takich rewelacji.