Close
Close

Konfrontacja: pizza Dr. Oetkera

Skip to entry content

Natchniony konfrontacjami AdBustera, pomyślałem, że też sobie zrobię podobną, a co! Żeby jednak nie kserować pomysłu najpopularniejszego testera podpasek płci męskiej, pomyślałem, że nie będę konfrontował produktu z reklamą. Nie. Postanowiłem porównać zdjęcie produktu na opakowaniu, z jego realnym wyglądem po przygotowaniu. Na pierwszy ogień poszło dość głośna marka w kontekście blogosfery – nie kto inny jak Dr. Oetker!

 

Pizza na zdjęciu, a w rzeczywistości

Na co dzień nie jadam mrożonek, pół-produktów, zupek chińskich, ani innych takich wynalazków. Pomijając kwestie jakościowo-odżywcze, to po prostu źle smakuje (albo w ogóle). Zdarzają się jednak takie momenty, że „rany boskie, szybko, szybko, trzeba coś zjeść, bo to, tamto, sramto i owamto, a nie mam nic w lodówce”. Wczoraj był właśnie takim moment. Nie mając zbyt szerokiego wyboru, wyjąłem z zamrażalnika awaryjną pizzę mojego współlokatora, wrzuciłem do piernika i modliłem się, żeby nie wyszła z tego jakaś niejadalna podeszwa. Albo  guma o smaku Vegety.

Po 13 minutach w 200 stopniach z termoobiegiem wyjąłem placka i byłem w lekkim szoku. Ta pizza wyglądała jak pizza! Serio! Normalnie moje doświadczenia z mrożoną pizzą bazowały na tym, że góra była spalona, a spód surowy, a tu taka niespodzianka! Pizza wyglądała jak na obrazku albo i lepiej. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że miała smak. I to całkiem przyzwoity. Jak w dzieciństwie jadłem jakąś Riggę, to bez keczupu nie było szansy tego przełknąć, a tu takie rzeczy.

Pierwsza konfrontacja wypadła niespodziewanie pozytywnie, dlatego przy drugim podejściu na warsztat biorę mrożoną lazanię. Tu już nie przewiduję takich rewelacji.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że dzieli ich wszystko.

 

Hank Moody jest wiecznym chłopcem.

To duże dziecko prowadzące hulaszczy tryb życia, bez stałego, poważanego przez społeczeństwo zajęcia, które zapewniałoby mu elementarną stabilizację. Zasadniczo nigdzie nie przynależy i nie obowiązują go żadne zasady ani normy poza tymi, które sam sobie wyznaczy. A i tych nie zawsze się trzyma – sypia gdzie popadnie i z kim popadnie. Mieszka w Los Angeles – mieście, gdzie pół nagie laski na rolkach jeżdżą cały rok, a temperatura nawet w zimie nie spada poniżej 15 stopni (to jest to!).

 

Don Draper jest filarem jednej z najpopularniejszych nowojorskich agencji reklamowych.

Cały dzień w biegu – spotyka się z rekinami biznesu, dopina kontrakty za grubą kasę, tworzy kampanie, które ogląda cały kraj. Jest poważnym i poważanym człowiekiem, który trampki widział tylko w reklamie konkurencji. Głowa rodziny utrzymująca willę, żonę i dwójkę dzieci (w tej kolejności). Dba o wizerunek bardziej, niż prezydent. Jak bardzo melanż by go nie poniósł, i z iloma kochankami by nie spółkował, zawsze wraca na noc do domu.

Mimo tylu różnic, mają jednak parę wspólnych wad.

 

Kto jest gorszym partnerem?

O tym, że Hank jest tragicznym chłopakiem/facetem/partnerem dowiadujemy się już w pierwszym odcinku.

Wierność zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. Jeśli ma okazję zaliczyć coś na boku i nie jest zbyt pijany by utrzymać erekcję, to z pewnością to zrobi. Młode, stare, brzydkie, ładne – nie ma różnicy. Ważne, żeby były chętne i nie narzekały na to, że ciągle chodzi w jednym t-shircie. Mimo, że nie umie utrzymać genitaliów za rozporkiem, to Karen – jego prawdziwa miłość – wszystko mu wybacza, godząc się z tym, że to po prostu taki typ człowieka.

 

Don zgrywa przyzwoitego męża, odpowiedzialną głowę rodziny, ale jest taki sam jak Moody. Może nawet gorszy.

W niektórych odcinkach zalicza więcej babeczek, niż główny bohater Californication przez pół sezon. Gustuje w wysoko postawionych kobietach biznesu, które zarabiają więcej od niego. Aczkolwiek jak trafi się jakaś biedniejsza Żydóweczka, to też sobie dziabnie. Rzadko flirtuje i rwie inne panny otwarcie. Najczęściej migdali się z nimi pod płaszczykiem spotkań biznesowych. Mimo, że zdradza jak nimfomanka na rauszu, (w miarę) skutecznie dba o to, by żona nie dowiedziała się o żadnym skoku w bok.

 

Wynik: wygrywa Draper!

Oboje cudzołożą bez opamiętania, jednak w przypadku Hanka to zdecydowanie wina Karen. Zamiast go zostawić na lodzie z przepitym pyskiem, wraca do niego jak dobrze rzucony bumerang. Widać lubi to. Gorszym partnerem zdecydowanie jest Don, ponieważ wielokrotnie, bezczelnie i bez cienia skruchy okłamuje żonę. Gdy Betty dowiaduje się, że ojciec jej dwójki dzieci złamał 6-te przykazanie, dość skutecznie wykrzykuje mu tytuł drugiego singla Sistars. Co ewidentnie świadczy o tym, że jej taka sytuacja nie odpowiada.

 

Kto jest gorszym ojcem?

Hank przegrał w kategorii „beznadziejny facet”, więc może uda mu się zrehabilitować w kwestii nieodpowiedzialnego ojcostwa?

Sypiał zarówno z koleżankami jak i nauczycielkami Becki, zdradzając przy tym jej matkę. Barwnie urozmaicił jej dzieciństwo, pokazując, że popęd jest najważniejszy bez względu na konsekwencje. Niejednokrotnie spotykał się z córką pod wpływem alkoholu bądź narkotyków (lub na zjeździe), udowadniając jej do jakiej ruiny mogą doprowadzić człowieka używki.

 

Teraz kolej na Dona, czy będzie podwójnym wygranym?

Sytuacja fok na Alasce bardziej go absorbuje, niż własne dzieci (a nie jest na szycie jego listy zainteresowań). Gdyby żył w dzisiejszych czasach widywałby je tylko na Facebooku. W domu jest gościem i to najczęściej nietrzeźwym. Jedyne frazy jakie wypowiada do swoich potomków to „do spania!” lub „zrób mi drinka”. Gdyby nie barmańska funkcja jego dzieciaków i fakt, że Betty czasem się na nie poskarży, chyba nie wiedziałby o ich istnieniu.

 

Wynik: znów Don Draper!

Moody jest książkowym przykładem patologii. Chodzącą puszką pandory. To fakt i nie ma za bardzo miejsca na polemikę w tym temacie. Jednak nie można mu odmówić troski o córkę. Co by się nie działo skacze za nią w ogień. Stoi za nią sztywno jak mur (berliński). Zawsze służy jej radą i pomaga w każdej sytuacji (nawet gdy jest w trakcie stosunku lub nietrzeźwy). Draper natomiast ma wywalone po całości. W jego świecie najważniejsza jest kasa i kochanki, a dzieci są tylko skutkiem ubocznym wadliwych prezerwatyw. Nie dba o nie, nie interesuje się, kompletnie nie poświęca im uwagi. Woli przespać się z 15-tą córką właściciela linii lotniczych, niż spędzić czas z synem. Dno dna!

 

Mamy zwycięzcę!

Don Draper mimo pozowania na zapracowanego faceta, który wypruwa sobie flaki dla rodziny, okazał się gorszym partnerem i ojcem. Alkoholik, dwulicowiec, kłamca i oszust – dyrektor kreatywny agencji reklamowej. Zdeklasował Hanka Moody’ego, który wydawało się, że jest czarnym koniem w kwestii degrengolady. Wypruty z moralności zdewaluował do zera wartość rodziny usprawiedliwiając wszystko trudnym dzieciństwem. Tak, mamy zwycięzcę!

<brawa i gratulacje>

Szustkosky – człowiek orkiestra (post z aukcji WOŚP)

Skip to entry content

Pamiętacie akcję z postem dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którego mogliście wylicytować na Allegro? Ostatecznie poszedł za 150 złotych. Biorąc pod uwagę, że licytowały same osoby prywatne, to całkiem przyzwoity wynik, a na pewno największa kwota jaką do tej pory udało mi się wesprzeć Jurka Owsiaka.  Bałem się, szczerze mówiąc, kto wylicytuje tego posta i czy przypadkiem nie przyjdzie mi opisywać jakichś absurdalnych absurdaliów. Na szczęście los był się łaskawy (jak zwykle zresztą) i zwycięzcą aukcji okazał się zrównoważony gość, który poprosił bym napisał o jego kumplu.

 

Zdjęcia, relacje, wideo,

Szustkosky – brzmi dziwnie i z niczym się nie kojarzy. No może z jakimś ukraińskim szewcem, ale oprócz tego, że gość (jak podejrzewam) chodzi w butach, to raczej nie ma z nimi nic więcej wspólnego. Zajmuje się za to sztukami audio-wizualnymi, mówiąc najogólniej. Zaangażowany jest w kilka projektów, w których robi zdjęcia okazjonalne, okolicznościowe i te zupełnie bez okazji. Realizuje również różnego rodzaju filmiki, zapowiedzi, zajawki, wideorelacje i teledyski. Człowiek orkiestra tylko bez puzonu, można by powiedzieć.

 

Zdjęcia

Fotorelacje z imprez muzycznych, wydarzeń sportowych i innych eventów kulturalnych robi pod szyldem „Made by mind”. Reportażem ślubnym i zdjęciami okolicznościowymi zajmuje się natomiast pod własną ksywą (jeśli to odwrócone „k’ można traktować jak logotyp „Szustkoskyego”). Zdjęcia z „interracial wedding” bardzo udane.

 

Wideo

Szustkowsky reżyserowaniem, kręceniem i montowaniem również zajmuje się pod dwoma egidami. Pierwsza, to wcześniej wymienione „Made by Mind”, a druga to „Don’t Eat Yellow Snow” (piękna nazwa, cudowny przekaz). „Made by Mind” bardziej skupia się na teledyskach, trailerach i zapowiedziach wydarzeń około-muzycznych. „DEYS” natomiast dedykowane jest stricte sportom zimowym, także znajdziecie tam wideorelacje z zawodów snowboardowych i podobnych czynności, gdzie ludzie łamią sobie kończyny na śniegu.

 

A Twoja cegiełka?

Ten wpis, to moja cegiełka w budowaniu lepszego świata.

Dzieciaki i seniorzy dostali 150zł na potrzebne sprzęty do godziwego bytu. I nawet jeśli 20% z tego wziął sobie Jureczek, to nie mam nic przeciwko, bo gość robi dobrą robotę dla nas wszystkich i siedzi nad tym cały rok. Szustkosky – fotograf, kamerzysta, montarzysta, realizator dostał wsparcie promocyjne i mam nadzieję, że wieść o nim pójdzie dalej. Czemu? Bo gość się dwoi i troi żeby żyć z tego co lubi robić, zamiast narzekać, że siedzi w durnej robicie, której nienawidzi i odlicza dni do piąteczku.

Teraz Twoja kolej! Możesz się pochwalić co wystawiłeś na aukcję WOŚP, albo przypucować z jakimkolwiek innym dobrym uczynkiem, który sprawił, że świat będzie lepszy. I serio, nie ma tu nawet fałszującej nutki ironii. Mocno wierzę, że to co dajesz wraca do Ciebie (łącznie z przeprowadzaniem staruszek przez ulicę).