Close
Close

Nastoletni trzydziestolatek – recenzja książki Niekrytego Krytyka

Skip to entry content

Znasz Niekrytego Krytyka? Pewnie, że znasz! Nie ma chyba nikogo między 16, a 24 rokiem życia, kto by go nie znał. Gość zaktualizował polską wersję „american dream”, czyli od zera do youtubera. Jest najpopularniejszym twórcą treści wideo w Polsce, a jego filmik mają średnio po 1000000 (słownie: MILION!) wyświetleń. To dużo (DUŻO) więcej, niż połowie telewizyjnych gwiazd by się marzyło. Oprócz tego ma swoją księgarnię internetową, sklep z koszulkami i… niedawno wydał książkę.

 

Niekryty pisze! Hmm… ale o czym?

O czym może napisać książkę dorosły koleś, rzucający w co drugim zdaniu „cholera jasna” lub „dziwko”?

Jego program jest świetny. Uwielbiam zadzwonić o 3 w nocy po pizzę i między jednym postem, a drugim obejrzeć sobie „Przemyślenia Niekrytego Krytyka”. Albo zacząć ciężką niedzielę po niepamiętnej sobocie odpalając „Niekryty Krytyk ocenia”. Czysta rozrywka, bez silenia się na jakąś misję i dopinania niepotrzebnej ideologii. Pełna niepoprawność polityczna, docinki ostre jak skalpel chirurga Donatelli Versace i dystans. Do życia, do świata, ale przede wszystkim do siebie. Jaram się, jest świetny!

Tylko co taki internetowy showman może sensownego napisać w książce? Książce, która nie jest poradnikiem „jak w 2 lata zdobyć pół miliona subskrybentów”. Więcej, w książce, która w tytule ma hasło „zeznania”, co sugeruje, że nie będzie papierową wersją jego youtube’owych wyczynów. Zeznania to się składa na policji, wyznania, to byłby gejszy, a tu podobno ma być o życiu, na serio i jeszcze motywująco.

I jest! Tyle, że…

 

To książka dla młodych. Bardzo młodych

Pierwsza literacka publikacja Macieja Frączyka kierowana jest do jego głównej grupy odbiorców, czyli gimnazjalistów. I nie jest to broń boże jakiś zarzut, bądź przytyk. Ot, stwierdzenie faktu. Zaprojektowana jest zarówno pod kątem treści, układu, wykonania i formy tak aby trafić do nastoletniego czytelnika. Najlepiej takiego pryszczatego 15-latka, który po szkole siedzi na Kwejku, przegląda memy, biegle cytuje doktora House’a i jest bardziej zżyty ze swoją postacią z WOWa, niż z własną rodziną.

Żałuję, że mnie w tym wieku w ręce nie wpadła tego typu książka. A w zasadzie, że nikt mnie nie zmusił, żebym ją przeczytał, bo wtedy czytanie uważałem za najnudniejsze zajęcie na świecie.

„Zeznania Niekrytego Krytyka” to kop. Może nie z półobrotu, ale na pewno w tyłek. Kop do działania, przysłowiowy liść na odmułkę. Autor na różne sposoby, mniej i bardziej bezpośrednio, mówi czytelnikowi „OGARNIJ SIĘ!”, a w zasadzie „RÓB COŚ!”. Stara się wytłumaczyć nastolatkom, że jeśli nie będą rozwijać się teraz – gdy chodzą do szkoły i ich jedynym zmartwieniem jest zdanie do następnej klasy – to nie zrobią tego nigdy.

Jeśli nie odkryją w sobie pasji w momencie, gdy jest na to czas, to później będą robić to co 80% społeczeństwa. Sprzedadzą swoje marzenia za wymaganą ratę kredytu mieszkaniowego. Będą chodzić do nudnej pracy, której nienawidzą, przeklinać poniedziałki i błogosławić piąteczki, które staną się jedynym sensem ich życia.

 

Łącznik między światem dorosłych, a niedojrzałych

Treść, którą Niekryty przekazuje gimnazjalistom jest ważna, ale jeszcze ważniejszy jest sposób w jaki to robi. On mówi ich językiem! Nie jak pani pedagog, pani od polskiego, pani psycholog, ani żadna inna pani. Nie jak rodzice, dziadkowie, wujkowie, ciociowie, ani jacykolwiek inni ludzie po 20-stce. On mówi jak małolat. Jak dzisiejsza młodzież. Jakby był jednym z nich.

Wiąże się to z tym, że jedno zdanie rozciąga na 5-6 linijek, wrzucając dygresje, żarciki i kompletnie wyrwane z kontekstu nawiązania. Czyli dostosowuje przekaz do wielowątkowego sposobu odbierania rzeczywistości, jakim posługują się współcześni młodzi ludzie. Żeby nie powiedzieć, że rozwadnia esencję tylko po to, by pokonać dys-koncentrację gimnazjalistów.

Jeśli masz brata, siostrę, chłopaka lub matkę w wieku około-licealnym, to kup jej tę książkę. Jeśli coś ma do niej trafić, poruszyć ją, zmusić do myślenia i zastanowienia się nad swoją przyszłością, to najprawdopodobniej będą to „Zeznania Nieznanego Krytyka”. Książka gościa, który od 13 roku życia pisał teksty do szuflady, po to, by po latach poszukiwań znaleźć coś co go jara, zagwarantowało mu popularność i przynosi konkretną kasę.

 

„Zeznania Niekrytego Krytyka” kupiłem i zrecenzowałem we współpracy z serwisem zniżkowym Cuponation. Znajdziecie w nim kupony rabatowe na ciuchy, kosmetyki, elektronikę i oczywiście promocje na książki (między innymi do Empiku).

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Kto ile powinien zarabiać? | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Jin

    Fajna recenzja zgadzam sie z toba, ale nie wydaje ci sie, ze za krotka tak ksiazka?

    • Dzienia

      Dla mnie właśnie w sam raz, jedno słoneczne popołudnie i po sprawie :)

    • Dla mnie za krótka, ale tak jak pisałem, zarówno treść, układ, jak i forma, czyli w tym wypadku tez długość, jest dostosowana do młodych ludzi :)

  • Sońka

    jak ta ksiazka taka dobra dla nastolatkow, to moze chrzestnemu kupie, bo w tym roku bedzie konczyl gimnazjum

  • Gosling

    Krytyka oglądam od początku, jest zajebisty!!! Wojewodzki moglby sie uczyc!

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Jak nie podrywać dziewczyny w klubie?

Skip to entry content

W kwestiach klubowych gramy w otwarte karty i oboje wiemy, że nikt tam nie chodzi pograć w szachy, więc pozwól, że dam Ci radę. W zasadzie trzy rady odnośnie tego, jak nie podrywać dziewczyny w klubie, które Ty, drogi czytelniku płci męskiej, powinieneś potraktować całkiem serio. Oczywiście jeśli jesteś singlem i planujesz to zmienić w perspektywie najbliższych stu lat.

I jeszcze słowo dla pań. Drogie panie, mimo, że ten wpis kierowany jest stricte do samców, to nie czujcie się pominięte bądź zaniedbane. To wszystko dla Waszego dobra (w komentarzach możecie napisać jak bardzo mnie kochacie za ten tekst).

 

Po pierwsze: zabójcze teksty zabijają tylko Twoje szanse

Pewnie myślisz, że żeby zagadać do dziewczyny musisz mieć jakiś morderczy greps. Jakieś hasło, które zwali ją z nóg i pozbawi kontaktu z bazą, aż do momentu, gdy obudzi się u Ciebie. Jakąś trzy tysiące razy przekminioną frazę, która pokaże, że jesteś niewiarygodnie bystrym erudytą o duszy niepoprawnego romantyka.

Nie, nie musisz.

Hasła w stylu „bolało? …jak spadłaś z nieba”, „twój ojciec musi być złodziejem… bo ukradł gwiazdy i włożył ci w oczy”, czy „przepraszam, ale masz na sobie coś mojego… mój wzrok” nie pomagają. Powodują, że jeśli ona nawet przez ułamek sekundy myślała o tym, żeby się z Tobą przespać, to właśnie w tej chwili wpisuje tę myśl na listę największych życiowych porażek.

Jeśli nie chcesz świadomie rezygnować z reprodukcji, a masz niewielkie doświadczenie w podrywaniu kobiet, najlepiej jeśli rozmowę rozpoczniesz po prostu od „cześć”.  Po pierwsze (i bardzo istotne), nie weźmie Cię, za recytującego głupkowate formułki z forum dla prawiczków idiotę. Po drugie, zaczynając gadkę od „cześć” masz naprawdę niewiele okazji żeby coś spieprzyć.

 

Po drugie: ona wie, że ma hipnotyzujące oczy

Odpuść sobie wyświechtane banały w stylu „masz zjawiskową urodę”, „twój uśmiech jest powalający” i wszystkie wariacje na temat oczu.

Zakładam, że nie jesteś sfrustrowanym absolwentem mechaniki i robotyki i nie zagadujesz do szalonych licealistek, ani studentek informatyki. Jeśli tak, to wiedz, że większość dziewczyn w wieku 19+, wszystkie możliwe kombinacje tekstu o oczach słyszała przynajmniej sto razy. Uwierz mi, że atrakcyjna laska, przy każdej wizycie w klubie dowiaduje się średnio od 5 gości, że jej „look” jest „hipnotajzin”. Koniecznie chcesz być szósty?

Jeśli już chcesz powiedzieć jej jakiś komplement niech będzie on szczery.

Laski poświęcają masę czasu na przygotowania zanim wyjdą na imprezę. Doceń to, a będą jadły Ci z ręki. Powiedz, że ta biała sukienka świetnie kontrastuje z tym czarnym paskiem i szpilkami. Albo, że ma śliczną torebkę i że jeszcze nie widziałeś w tym lokalu dziewczyny z równie fajną.

Jedna sprawa – czegokolwiek jej nie powiesz, to musi być prawdą i Ty sam musisz tak uważać. Jeśli panna ubrała się jak na wizytę w MOPSie, a Ty powiesz, że jej stylówka przyćmiewa słońce nad równikiem, to nic z tego nie wyjdzie. Wyczuje, że łżesz i że nawet gdyby przyszła w kombinezonie NASA to starałbyś się jej ściemnić, że podkreśla jej talię.

 

Po trzecie: nie stawiaj

Stawianie alkoholu, to jedna z głupszych rzeczy jaką możesz zrobić podrywając dziewczynę w klubie.

Przede wszystkim puknij się kartą płatniczą w czoło i zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: po co chcesz to zrobić? A teraz pozwól, że powiem Ci jak ona odbiera Twoje intencje:

  1. Pomyśli, że chcesz jej zaimponować w ten sam oryginalny sposób, co 15-stu typa przed Tobą. Żeby Twój nietuzinkowy pomył odniósł jakikolwiek pozytywny skutek, musiałbyś jej zafundować butelkę Dom Pérignon. To jak, naprawdę przypadkowa dziewczyna w klubie jest tego warta?
  2. Weźmie Cię za turbo nudziarza, który nie jest w stanie w normalny sposób zdobyć uwagi kobiety, tylko musi ją sobie kupić. I jeśli to Twój jedyny pomysł na podryw, to przyznaj się przed lustrem, że tak faktycznie jest i wróć do domu.
  3. Uzna, że chcesz ją upić, żeby była łatwiejsza i zależy Ci tylko na seksie. Jeśli jest imprezową laską szukająca sponsora, to masz ją w garści. Tylko, czy Ty faktycznie chcesz być sponsorem?

Żeby zdobyć szacunek i uwagę kobiety, musisz ją zainteresować rozmową i swoją osobą. Dopiero później możesz się silić na partnerskie (uczulam na to słowo) gesty, czyli raz Ty płacisz za nią, raz ona za Ciebie. Dasz jej w ten sposób do zrozumienia, ze ani nie próbujesz jej kupić, ani nie jesteś pierwszym lepszym frajerem, który daje się czesać na drinki.

---> SKOMENTUJ

Grzeczny Chłopiec gotuje #12 – Mini-zapiekanki

Skip to entry content

Ciasto francuskie po raz trzeci! Po „hot dogu po królewsku” zostało mi trochę tego ciasta i pytałem Was, jaką sensowną przegryzkę można z nim zrobić. Myślałem o kieszonkach szpinakowych, które proponowała Olga, ale ostatecznie padło na coś co nazwałem mini-zapiekankami. I tak, wiem, że „normalne” zapiekanki są z pieczarkami. Moja jest nienormalna!

 

Co zapiekamy?

Żeby zrobić 6 mini-zapiekanek, będziemy potrzebować niewiele. Bardzo niewiele:

  • 1 średniego pomidora
  • 3 plastry żółtego sera
  • 1,5 plastra szynki (chyba, że jakaś mała szyneczka, to wtedy 3)
  • resztkę ciasta francuskiego (mniej więcej 1/3 kartki A4)

Tak jak napisałem wyżej, wychodzi z tego 6 porcji. Można to potraktować jako przekąski dla 2 osób, albo normalną kolację dla jednej (dla jednego faceta, żeby nie było wątpliwości). Za całość wychodzi jakieś 3,50zł, także bardzo przyzwoicie.

 

Tniemy, tniemy, tniemy

Najpierw tniemy ciasto na 3 równe części (jak to mówią studentki pedagogiki – na 3 połowy), a potem wzdłuż na pół.

 

Na przygotowane prostokąty z ciasta układamy po przekątnej kawałki pomidora. Jeśli ułożycie je inaczej albo pomidora pokroicie na inne części, to świat też nie powinien się zawalić (aczkolwiek nie dam sobie ręki uciąć).

 

Na to szyneczka (po 1/4 plastra na porcję).

 

I na to ser (po pół plastra na porcję).

 

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni i pakujemy to na 10-15 minut (zależy jak Wam termoobieg chodzi), aż ciasto nie wyrośnie, a ser się nie stopi.

 

Zapieksy gotowe!

Średnio po jakichś 12 minutach szamka jest gotowa i można wyciągać. Zanim rzucicie się do jedzenia, to odczekajcie chwilę, bo wilgoć w pomidorach strasznie kumuluje ciepło i łatwo spalić sobie podniebienie.

Mini-zapiekanki robi się łatwo, dość szybko i są naprawdę smaczne (i nie przeszkadza brak pieczarek!). Co prawda nie tak dobre, jak te z okrąglaka na Placu Nowym, ale na pewno najlepsze jakie udało mi się jeść w wersji domowej. Tym razem zapomniałem, ale przed położeniem sera można sypnąć jeszcze ziół prowansalskich dla wzmocnienia smaku.

Tak na marginesie, po tym wpisie wydaje mi się, że z ciasta francuskiego da się zrobić wszystko. Ale, ale. Daję sobie od niego spokój na jakiś czas. Tym razem zrobię coś z krewetkami, bo żadnych owoców morza jeszcze nie było na blogu. Jak zwykle przy wpisach kulinarnych, liczę na Waszą pomoc i garść inspiracji.

Co można kozackiego i prostego zrobić z krewetek, ale bez makaronu?

---> SKOMENTUJ