Close
Close


Najpierw 3 tygodnie temu polski internet obiegł filmik „Jak ważna może być jedna sekunda”. Teraz ludzie na całym świecie zachwycają się disneyowskim „Paperman”.

Podobno wykonany jest jakąś super-hiper-wypaśną techniką. Mogę się nie znać (mogę?), ale dla mnie to zwykła animacja. Po prostu bajka. Ładna, prosta bajka. I podejrzewam, że większość ludzkości też jak ją odbiera. Ale nie chodzi o to czy w 3, czy w 10 D jest zrobiona. Wywołała poruszenie z zupełnie innego powodu, niż kwestie realizacji. Z tego samego, dla którego tak ochoczo ten filmik był udostępniany na Facebooku.

To ludzki strach.

 

Strach przed wyjściem ze strefy komfortu

Większość facetów to cioty.

Udają maczo-morderców, ale paraliżuje ich lęk przed podejściem do nieznajomej. Barwnie opowiadają komu to nie obili mordy, ale nie potrafią otworzyć swojej. Snują pikantne fantazje erotyczne o koleżankach z pracy/laskach z uczelni/dziewczynach w klubie, które po wsze czasy pozostają tylko fantazjami. Opowiadają w jakich pozycjach i z jaką częstotliwością nie rżnęliby telewizyjnych celebrytek, ale gdy mają zagadać do dziewczyny na przystanku, to jaja cofają im się do moszny.

Obezwładnia ich lęk przed porażką.

 

Od tego się nie umiera

Ile razy mijałeś na ulicy dziewczynę, o której potem myślałeś cały dzień, noc i 3 najbliższe wizyty pod prysznicem? Mogłeś ją zaczepić, poznać, poderwać, przespać się z nią albo nawet ożenić, ale nie zrobiłeś żadnej z tych rzeczy. Bo się bałeś. Bałeś się jak 5-letnie dziecko bite kablem w ciemnej piwnicy.

I teraz zastanów się na spokojnie, co się mogło stać? Myślisz, że by Cię pogryzła? Oderwała Ci ucho albo rękę? Żeby gdybyś ją spytał, czy chce iść na spacer, to zaczęłaby wzywać policję? A gdyby powiedziała, że nie może bo się śpieszy, to urwało by Ci jaja? A co gdyby się zgodziła? Co gdyby powiedziała, że chętnie się z Tobą przespaceruje i poszlibyście do parku? Ot, tak po prostu, jak to ludzie robią. Myślisz, że mielibyście wiele wspólnych tematów? Że śmiałaby się z Twoich żartów?

Tego niestety nigdy (przeliteruj sobie na głos to słowo) się nie dowiesz, bo sam sobie urwałeś jaja i schowałeś do kieszeni przepuszczając okazję na poznanie jej. Życie to nie bajka Disneya i żadne samolociki nie zaczną w Ciebie napierdalać wskazując Ci drogę do tajemniczej nieznajomej. Choć gdybyś pracował w World Trade Center 12 lat temu, to jeden z nich wskazałby Ci koniec Twojej drogi życiowej.

Tak, zmierzam do tego, że nie znasz dnia ani godziny, więc proszę Cię – zrób coś dla siebie i świata i nie bądź pizdą! Gdy następnym razem trafisz w warzywniaku na laskę, której uśmiechem mógłbyś wytapetować całe mieszkanie, to zagadaj do niej. Okej? Naprawdę nie umrzesz od tego.

(niżej jest kolejny tekst)

39
Dodaj komentarz

avatar
20 Comment threads
19 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
Mjichał ZetJan FavreOlka5 powodów dla których warto pedałowaćDziewczyno, zdejmij te słuchawki! Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
evemarie
Gość

To samo powinno się dotyczyć dziewczyn – bo czy cycki nam urwie jak zapytamy kolesia o numer telefonu? Albo powiemy coś miłego o jego stylu? Albo zagadamy czekając na przystanku? Głowa do góry dziewczyny i więcej odwagi!

Klara
Gość
Klara

Otóż to! Popieram kolezanke! Dziewczyny wezcie sie w garsc i tez nie badzcie pipami, jesli widzicie super kolesia, to korona wam z glowy nie spadnie jesli do niego podejdziecie.

Paulina Ziętarska
Gość

Z jednej strony się z Wami dziewczyny zgadzam z drugiej…Nie macie wrażenia, że dziś żeby umówić się z facetem, trzeba się najpierw samej oczarować, potem samej zaproponować randkę, a w wielu przypadkach także samej uwieść ( już nie mówię o przypadkach kiedy na końcu samej trzeba się w tym łóżku sobą zająć :P)? Więc z jednej strony OK, nie, nie urwie nam cycków jeżeli to my pierwsze zagadamy do kolesia… a z drugiej..cytując piosenkę Danuty Rinn : „Gdzie Ci mężczyźni…”

.

Gabriela Francuz
Gość

Mam dokładnie takie samo wrażenie. Relacja i związek w wersji zrób to sam. Staraj się za dwoje, a na pewno nikt Cię za to nie doceni.

Paulina Ziętarska
Gość

dokładnie -.-

looqash.com
Gość

Wszyscy macie rację! Faceci, kobiety – do dzieła! Ja mimo że mam żonę to zagaduję do fajnych nieznajomych dziewczyn! Ale tylko zagaduję, just for fun ;)

Ekaterina Kozlova
Gość

Ciekawe co na to twoja żona :P :D

looqash.com
Gość

No przecież nie wie, kobiety nie mogą wiedzieć takich rzeczy ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Żona Łukasza nie czyta Stay Fly, także nigdy się nie dowie :)

looqash.com
Gość

Absolutnie! Także sorry, ale nie mogę jej polecić Twojego bloga bo inaczej byłbys współwinny że prowokujesz takie tematy :P

Panna.A
Gość
Panna.A

Jutro egzamin a ja znów na Stay Fly! Sprawy damsko-męskie zawsze były dość skomplikowane. Tak to już chyba w świecie bywa, że jak ktoś nam się strasznie spodoba to stajemy się przynim bardzo niesmilai i skryci – przynajmniej ja tak mam. Ile to razy w naszym drogim krakowskim MPK ( czy na studiach) spotkałam chłopaka na którego widok szybciej zabiło mi serce, zmiękły nogi i rumieńce wyskoczyły na policzkach. Ale co z tego, jak ogarnia czasem człowieka taka nieśmiałość i niemoc, że nie jest wstanie nawet ponownie spojrzeć na tą osobą a co dopiero podejść i zagadnąć! A jak już… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

„TA osoba myśli, że prawdopodobnie brakuje Ci jakiejś klepki” – nie masz pojęcia co ona myśli, dopóki jej o to nie spytasz, albo sama Ci tego nie powie, także nie ma sensu bazować na niedopowiedzeniach :) a nawet jeśli zrobi kwaśną minę i zadrze nosa, to najwyraźniej nie jest to ktoś z kim chciałabyś się spotykać, bo po co Ci taki sztywniak, który odrzuca zaloty wyluzowanej i pewnej siebie dziewczyny? :)

Panna.A
Gość
Panna.A

Celna uwaga. Może faktycznie następnym razem warto by było zebrać się na odwagę… Jak się nie uda, to zawsze zostaje spotted MPK ;)

Olga Cecylia
Gość

Ja jestem ciekawa, co wynika z takiego odważenia się. Są związki, które tak się zaczynają? Od zagadania na ulicy?

Mnie kiedyś jakiś facet chciał zaprosić na kawę, jak stałam w kolejce do kasy w sklepie. Nie poszłam, bo pod płaszczem miałam piżamę, 10 minut wcześniej wstałam z łóżka i nawet nie zdążyłam się uczesać… Ale samo zaproszenie było mega miłe :-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Są związki, które tak się zaczynają?” tak jak są związki, które zaczynają się od podrywu w klubie/bibliotece/na uczelnie/na domówce, tak są również i te, które zaczynają się o rozmowy na ulicy/przystanku :)

A z takiego odważenia wynika głównie to, że zderzasz swoje wyobrażenia i fantazje z rzeczywistością. Lepiej dotknąć i się oparzyć, dostając wiedzę, że to nie wyszło, niż całe życie pozostawać w sferze złudzeń i zastanawiać się „jakby to było gdyby…”

Olga Cecylia
Gość

Wiesz, że nie mam doświadczenia w związkach :-) Moi znajomi poznają się albo w placówkach edukacyjnych, albo w internecie ;-)

Co do drugiej części – 100% tró. I nawet jak ktoś odmówi, to i tak się mu robi miło!

trackback

[…] Ostatnio na blogu Stay Flay przeczytałem tekst, który zainspirował mnie do przemyśleń. Chodzi o wpis Paperman, czyli nie bądź pizdą! […]

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Konfrontacja: pizza Dr. Oetkera

Skip to entry content

Natchniony konfrontacjami AdBustera, pomyślałem, że też sobie zrobię podobną, a co! Żeby jednak nie kserować pomysłu najpopularniejszego testera podpasek płci męskiej, pomyślałem, że nie będę konfrontował produktu z reklamą. Nie. Postanowiłem porównać zdjęcie produktu na opakowaniu, z jego realnym wyglądem po przygotowaniu. Na pierwszy ogień poszło dość głośna marka w kontekście blogosfery – nie kto inny jak Dr. Oetker!

 

Pizza na zdjęciu, a w rzeczywistości

Na co dzień nie jadam mrożonek, pół-produktów, zupek chińskich, ani innych takich wynalazków. Pomijając kwestie jakościowo-odżywcze, to po prostu źle smakuje (albo w ogóle). Zdarzają się jednak takie momenty, że „rany boskie, szybko, szybko, trzeba coś zjeść, bo to, tamto, sramto i owamto, a nie mam nic w lodówce”. Wczoraj był właśnie takim moment. Nie mając zbyt szerokiego wyboru, wyjąłem z zamrażalnika awaryjną pizzę mojego współlokatora, wrzuciłem do piernika i modliłem się, żeby nie wyszła z tego jakaś niejadalna podeszwa. Albo  guma o smaku Vegety.

Po 13 minutach w 200 stopniach z termoobiegiem wyjąłem placka i byłem w lekkim szoku. Ta pizza wyglądała jak pizza! Serio! Normalnie moje doświadczenia z mrożoną pizzą bazowały na tym, że góra była spalona, a spód surowy, a tu taka niespodzianka! Pizza wyglądała jak na obrazku albo i lepiej. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że miała smak. I to całkiem przyzwoity. Jak w dzieciństwie jadłem jakąś Riggę, to bez keczupu nie było szansy tego przełknąć, a tu takie rzeczy.

Pierwsza konfrontacja wypadła niespodziewanie pozytywnie, dlatego przy drugim podejściu na warsztat biorę mrożoną lazanię. Tu już nie przewiduję takich rewelacji.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że dzieli ich wszystko.

 

Hank Moody jest wiecznym chłopcem.

To duże dziecko prowadzące hulaszczy tryb życia, bez stałego, poważanego przez społeczeństwo zajęcia, które zapewniałoby mu elementarną stabilizację. Zasadniczo nigdzie nie przynależy i nie obowiązują go żadne zasady ani normy poza tymi, które sam sobie wyznaczy. A i tych nie zawsze się trzyma – sypia gdzie popadnie i z kim popadnie. Mieszka w Los Angeles – mieście, gdzie pół nagie laski na rolkach jeżdżą cały rok, a temperatura nawet w zimie nie spada poniżej 15 stopni (to jest to!).

 

Don Draper jest filarem jednej z najpopularniejszych nowojorskich agencji reklamowych.

Cały dzień w biegu – spotyka się z rekinami biznesu, dopina kontrakty za grubą kasę, tworzy kampanie, które ogląda cały kraj. Jest poważnym i poważanym człowiekiem, który trampki widział tylko w reklamie konkurencji. Głowa rodziny utrzymująca willę, żonę i dwójkę dzieci (w tej kolejności). Dba o wizerunek bardziej, niż prezydent. Jak bardzo melanż by go nie poniósł, i z iloma kochankami by nie spółkował, zawsze wraca na noc do domu.

Mimo tylu różnic, mają jednak parę wspólnych wad.

 

Kto jest gorszym partnerem?

O tym, że Hank jest tragicznym chłopakiem/facetem/partnerem dowiadujemy się już w pierwszym odcinku.

Wierność zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. Jeśli ma okazję zaliczyć coś na boku i nie jest zbyt pijany by utrzymać erekcję, to z pewnością to zrobi. Młode, stare, brzydkie, ładne – nie ma różnicy. Ważne, żeby były chętne i nie narzekały na to, że ciągle chodzi w jednym t-shircie. Mimo, że nie umie utrzymać genitaliów za rozporkiem, to Karen – jego prawdziwa miłość – wszystko mu wybacza, godząc się z tym, że to po prostu taki typ człowieka.

 

Don zgrywa przyzwoitego męża, odpowiedzialną głowę rodziny, ale jest taki sam jak Moody. Może nawet gorszy.

W niektórych odcinkach zalicza więcej babeczek, niż główny bohater Californication przez pół sezon. Gustuje w wysoko postawionych kobietach biznesu, które zarabiają więcej od niego. Aczkolwiek jak trafi się jakaś biedniejsza Żydóweczka, to też sobie dziabnie. Rzadko flirtuje i rwie inne panny otwarcie. Najczęściej migdali się z nimi pod płaszczykiem spotkań biznesowych. Mimo, że zdradza jak nimfomanka na rauszu, (w miarę) skutecznie dba o to, by żona nie dowiedziała się o żadnym skoku w bok.

 

Wynik: wygrywa Draper!

Oboje cudzołożą bez opamiętania, jednak w przypadku Hanka to zdecydowanie wina Karen. Zamiast go zostawić na lodzie z przepitym pyskiem, wraca do niego jak dobrze rzucony bumerang. Widać lubi to. Gorszym partnerem zdecydowanie jest Don, ponieważ wielokrotnie, bezczelnie i bez cienia skruchy okłamuje żonę. Gdy Betty dowiaduje się, że ojciec jej dwójki dzieci złamał 6-te przykazanie, dość skutecznie wykrzykuje mu tytuł drugiego singla Sistars. Co ewidentnie świadczy o tym, że jej taka sytuacja nie odpowiada.

 

Kto jest gorszym ojcem?

Hank przegrał w kategorii „beznadziejny facet”, więc może uda mu się zrehabilitować w kwestii nieodpowiedzialnego ojcostwa?

Sypiał zarówno z koleżankami jak i nauczycielkami Becki, zdradzając przy tym jej matkę. Barwnie urozmaicił jej dzieciństwo, pokazując, że popęd jest najważniejszy bez względu na konsekwencje. Niejednokrotnie spotykał się z córką pod wpływem alkoholu bądź narkotyków (lub na zjeździe), udowadniając jej do jakiej ruiny mogą doprowadzić człowieka używki.

 

Teraz kolej na Dona, czy będzie podwójnym wygranym?

Sytuacja fok na Alasce bardziej go absorbuje, niż własne dzieci (a nie jest na szycie jego listy zainteresowań). Gdyby żył w dzisiejszych czasach widywałby je tylko na Facebooku. W domu jest gościem i to najczęściej nietrzeźwym. Jedyne frazy jakie wypowiada do swoich potomków to „do spania!” lub „zrób mi drinka”. Gdyby nie barmańska funkcja jego dzieciaków i fakt, że Betty czasem się na nie poskarży, chyba nie wiedziałby o ich istnieniu.

 

Wynik: znów Don Draper!

Moody jest książkowym przykładem patologii. Chodzącą puszką pandory. To fakt i nie ma za bardzo miejsca na polemikę w tym temacie. Jednak nie można mu odmówić troski o córkę. Co by się nie działo skacze za nią w ogień. Stoi za nią sztywno jak mur (berliński). Zawsze służy jej radą i pomaga w każdej sytuacji (nawet gdy jest w trakcie stosunku lub nietrzeźwy). Draper natomiast ma wywalone po całości. W jego świecie najważniejsza jest kasa i kochanki, a dzieci są tylko skutkiem ubocznym wadliwych prezerwatyw. Nie dba o nie, nie interesuje się, kompletnie nie poświęca im uwagi. Woli przespać się z 15-tą córką właściciela linii lotniczych, niż spędzić czas z synem. Dno dna!

 

Mamy zwycięzcę!

Don Draper mimo pozowania na zapracowanego faceta, który wypruwa sobie flaki dla rodziny, okazał się gorszym partnerem i ojcem. Alkoholik, dwulicowiec, kłamca i oszust – dyrektor kreatywny agencji reklamowej. Zdeklasował Hanka Moody’ego, który wydawało się, że jest czarnym koniem w kwestii degrengolady. Wypruty z moralności zdewaluował do zera wartość rodziny usprawiedliwiając wszystko trudnym dzieciństwem. Tak, mamy zwycięzcę!

<brawa i gratulacje>