Close
Close

Układamy playlistę na parapetówkę

Skip to entry content

Przeprowadzam się. Z moich obliczeń wynika, że po raz 14-sty (na pewno nie ostatni). Wciąż pozostaję w ścisłym śródmieściu (według Googli 700 metrów od Rynku Głównego), ale tym razem bardziej od strony Kina Kijów.

Tak, czy inaczej, jak przeprowadzka, to i parapetówka musi być! Raz żeby mieszkanie się przyjęło. Dwa, żeby sprawdzić czy mam jeszcze jakichś znajomych i czy ktokolwiek przyjdzie. Trzy, żeby sąsiedzi wiedzieli, że nie są sami w budynku (oj, nie).

Ostatnio trochę kłóciłem się z Wami w sprawach muzycznych. Raz trochę, a drugi raz trochę bardzo. Teraz możecie się odgryźć, a w zasadzie wgryźć się w moje kształtowanie gustu, tak jak ja się wgryzam w Wasze.

 

Ratunku, pomocy!

Chcę żebyście pomogli mi stworzyć playlistę na pierwszą domówkę w nowym mieszkaniu. Ale nie byle jaką playlistę, tylko prawdziwy soundtrack do epickiego melanżu! I to „epickiego” nie tylko w odniesieniu do rodzaju literackiego.

Niech będzie epokowo, nie będzie heroicznie, niech będzie dużo słowa na „p”. Niech wszyscy w promieniu dwóch kamienic wiedzą, że w sobotni wieczór nie gramy w szachy. Ani bierki. Niech będzie i do tańca i do alko-różańca.

Drodzy czytelnicy najlepszego bloga lifestylowego, ja skromny chłopak z Sosnowca proszę Was – podrzućcie mi coś co:

 

#1 Będzie dobre do picia

Głównym motywem przewodnim każdej kolejki od zawsze był „Drin za drinem”, ale ile lat z rzędu można męczyć to samo? Tede potrzebuje godnego następcy!

 

#2 Będzie dobre do tańczenia

Zazwyczaj jak tańczymy to albo do Justina, albo do jakiejś zremixowanej Lany albo Lykke Li. Albo jakichś szalonych afro-brzmień jak te u góry. Znajomy z Warszawy ostatnio powiedział mi, że podobno da się tańczyć też do czegoś innego. Nie wiem, słyszeliście coś o tym?

 

#3 Będzie dobre do śpiewania

Że to się śpiewa u mnie na domówkach (w sensie, że laski śpiewają, żeby nie było), to już wiecie stąd. „Ty myślisz, że są ludźmi tylko ludzie” – tak, dokładnie tak myślę i bardzo chcę żeby tak pozostało. W związku z powyższy, jak w przyszłą sobotę wszyscy wejdą w stan nieważkości, spoko by było jakby zaczęli śpiewać jednak coś innego.

 

#4 Będzie dobre do niszczenia relacji z sąsiadami

Sorry, ale jak jest melanż musi być jakaś dobra młócka. Straciłbym reputację, gdyby było inaczej. W tym temacie jestem akurat dość biegły i staram się na bieżąco kontrolować, czy wyszły jakieś warte uwagi wiertarki, ale szybodrżącego electro nigdy za mało. Jak macie coś dobrego, to podrzucajcie. Może akurat zachwyci moich nowych sąsiadów i nie wybiorą trzycyfrowego numer kończącego się siódemką.

To co, mogę na Was liczyć? Pokażecie mi czym się jaracie i pomożecie ułożyć kozacką playlistę?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Wychodzenie z domu działa. Czasem aż za bardzo.

Urodziłem się w Thouars, wychowywałem w Sosnowcu, studiowałem chwilę w Katowicach, od dłuższego czasu mieszkam w Krakowie. Mam 6 różnych indeksów z 4 różnych uczelni. Mieszkałem w 3 akademikach i w 7 mieszkaniach. Od 16-go roku życia 18 razy zmieniałem pracę. Średnio raz w tygodniu jestem na jakiejś imprezie/koncercie/konferencji/spotkaniu tematycznym.

 

I co z tego?

To, że ciągle poznaję więcej ludzi, niż bym się spodziewał i był w stanie przyswoić. Przy czym to poznawanie jest często symboliczne i bywa, że ogranicza się do:

X: Cześć, jestem Czesiek.

Y: A ja Wiesiek.

X: No to cześć.

Nie żebym był jakimś gburem, ale takich ludzi nie rejestruję, a ich imienia nawet nie staram się zapamiętać. W zasadzie to zapominam je już w momencie, gdy je wymawiają. Jak idę na domówkę, gdzie jest więcej, niż 15 osób, to nawet się nie przedstawiam. Bo kogo obchodzi czy jestem Grzesiek, czy Leszek jeśli widzi mnie pierwszy i najprawdopodobniej ostatni  raz w życiu?

Gorzej jednak, gdy widzimy się ten drugi raz.

 

To my się znamy?

Zdarza mi się to mniej więcej raz w miesiącu. Idę sobie beztrosko na jakiejś spotkanie towarzyskie, żeby zluzować poślady i przestać się martwić o wszystkie ginące gatunki zwierząt. Witam się z ludźmi i widzę jedną jedyną nową twarz. Przedstawiam się, bo jesteśmy w tak kameralnym gronie, że na pewno będziemy ze sobą rozmawiać. I słyszę ryk. Oburzony ryk niedźwiedzia wyrwanego z zimowego snu:

ALE PRZECIEŻ MY SIĘ ZNAMY!!! ZNAMY SIĘ, ZNAMY, ZNAMY!!! JAK MOŻESZ NIE PAMIĘTAĆ, ŻE SIĘ ZNAMYYYYYYYYY!?!?!?

Najczęściej okazuje się, że poznaliśmy się 15 lat temu na domówce u kuzyna kolegi znajomego siostry chłopaka mojej kumpeli, która wkręciła mnie na krzywy ryj. Oburzona, warcząca niedźwiedzica była jedną ze stu pięćdziesięciu pseudo-hipsterek w zerówkach, a teraz dla odmiany wygląda jak początkująca Ally McBeal. Jak bardzo racjonalnie uzasadnione by to nie było, ona i tak nie może pojąć, jak śmiałem jej nie poznać.

No jak, jak, jak?

 

Śmiać się, płakać, czy przepraszać?

Kiedyś wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś mnie zapamiętał (mimo, że ja nie mam najmniejszego pojęcia kim on jest) to znaczy, że zrobiłem dobre pierwsze wrażenie. I może nie warto go niszczyć. Więc trzeba posypać głowę popiołem, ukorzyć się, paść do stóp i wyłkać „przepraszam, to dlatego, że nie wziąłem dziś rano lecytyny”.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że chyba nie ma tyle popiołu na świecie i jednak trzeba to załatwiać jakoś inaczej.

Później naszła mnie refleksja, że jeśli nie zapamiętałem czyjegoś imienia, twarzy, ani wielkości miseczki, to znaczy, że chyba nie było takiej potrzeby. Skoro dana osoba nie była na tyle interesująca wizualnie bądź intelektualnie, żeby moje neurony zrobiły dla niej miejsce w zwojach mózgowych, to po co udawać, że wolałbym by było inaczej? Nie pamiętam Cię i już.  Widać nie dałaś mi żadnego powodu, bym miał za co Cię pamiętać.

Kiedy sytuacja jest odwrotna i ktoś patrzy na mnie jak psychofan Apple’a na telefon z Androidem, to nie mam do niego pretensji, że mnie nie poznaje. I nie liczę, że będzie udawał, że wie kim jestem. Wiem, że jeśli ktoś miałby tu orzekać o czyjejś winie, to spadłaby ona na mnie. Bo niby czyja to wina, że byłem na tyle zwykły, nijaki i niewyróżniający się z tłumu, że mój rozmówca nie odnotował mojego istnienia?

---> SKOMENTUJ

Wywołaj kryzys na Facebooku w 5 minut

Skip to entry content

Kiedyś w jakiejś trzecioligowej stacji zaproszono Korwina-Mikke na wywiad (te mainstreamowe nie są nim zainteresowane). Rozmowa w pewnym momencie zeszła na kwestie związane z posiadaniem broni. Korwin oczywiście był za, twierdząc, że każdy kto ma taką potrzebę, powinien móc kupić sobie pistolet. Pokazowo zdziwiona dziennikarka spytała go, czy wie z czym by się to wiązało i czy nie boi się, że ludzie mając wolny dostęp do karabinów, zaczęliby się masowo zabijać. Janusz skontrował, że mężczyźni mając masowo dostęp do penisów, nie są z tego tytuły automatycznie gwałcicielami.

I słuszne jest to stwierdzenie, bo ludzie mając dostęp do zapałek i benzyny nie podpalają wszystkiego co się rusza, tylko i wyłącznie z powodu możliwości zrobienia tego.

 

Otwieram Puszkę Pandory

Na co dzień staram się trzymać założenia, że ludzie z natury są dobrzy. A przynajmniej, że nikt nie jest z natury zły. Choć jak każdy, miewam momenty, że rzucam w nasz gatunek tekstami równie elokwentnymi, co kwestie Bogusława Lindy w „Psach”. Tak czy inaczej, postanowiłem, że nie będę bazował na przypuszczeniach, a sprawdzę jak to z tymi ludźmi faktycznie jest.

Czy bliżej nam do Matki Teresy z Kalkuty, czy raczej do Damiena z Omenu?

Żeby się o tym przekonać, nie rozdam każdemu po bazooce (zamknęliby mnie za to do więzienia). Dam każdemu po paczce petard i zobaczę czy ktoś odpali je na szkolnym korytarzu.

Za chwilę dowiesz się jak w 4 krokach wywołać profesjonalny kryzys na Facebooku. Możesz dzięki temu przyprawić niejednego junior brand managera o poważny ból głowy, i sprawić, że o Twojej akcji napisze Mediafun. A już na pewno NaTemat, oni kochają rozdmuchiwać nawet nawet najbardziej błahe aferki. Możesz też nie zrobić nic. Bo niby czemu, bez żadnego konkretnego powodu i z premedytacją, miałbyś komuś szkodzić?

 

Krok #1: wybierz cel

Jeśli chcesz wywołać kryzys w mediach społecznościowych, to musisz wybrać markę, której działania w ogóle kogokolwiek interesują. Atakowanie lokalnych biznesów typu „Pierogi u Zosi”,  „Kawiarnia u Zenka”, czy „Warzywniak Dorotki” zupełnie nie ma sensu. Po pierwsze – nikt tego nie zauważy, po drugie – po co ktoś miałby o tym mówić?

Musisz wybrać na tyle duży cel, żeby jego paniczną szamotaninę ktokolwiek zobaczył i chciał się nią zainteresować. Marki (i fanpejdże) wielkości „McDonald’s Polska”, czy „Starbucks Polska” będą w sam raz. „Alma24” też się jeszcze załapie.

 

Krok #2: sklonuj fanpejdż

Jeśli już wiesz komu chcesz zafundować bezpłatny wpis na większości branżowych blogów, musisz sklonować jego fanpjedż. Znaczy to tyle, że musisz założyć stronę na Facebooku, która będzie nazywać się dokładnie tak jak oryginalna i mieć tę samą grafikę w avatarze. Tyle. Nie musisz uzupełniać żadnych szczegółowych informacji, ani zaprzątać sobie głowy choćby ustawieniem zdjęcia w tle.

Niektóre marki zablokowały możliwość tworzenia duplikatów, ale większość wciąż beztrosko otwiera przed Tobą tę furtkę.

 

(Profil Playa posłużył mi tylko za przykład do zdjęć i w żadnym wypadku go nie atakowałem. Na marginesie to jedna z lepiej odnajdujących się marek w mediach społecznościowych.)

 

Krok #3: napisz niekorzystny komentarz

Czas na przejście do ataku właściwego. Przelogowywujesz się na sklonowany profil i wchodzisz z niego na oryginalny fanpejdż marki, której wizerunek z jakiegoś powodu chcesz nadszarpnąć. Rozglądasz się po tablicy i szukasz czegoś co można niedyplomatycznie skomentować.

Idealnie, gdy marka ma widoczne okienko z postami innych użytkowników. Na 70% większością z nich będą pytania, reklamacje i zażalenia. W tej sytuacji wystarczy, że na czyjekolwiek pytanie odpiszesz „wal się <imię autora pytania>”, bądź „takich ja ty tu nie obsługujemy”.

Gdy nie ma postów innych użytkowników, zostaje Ci włączenie się do dyskusji pod jakimś aktualnym statusem. Dobrze aby Twoja wypowiedź obrażała czyjeś uczucia religijne, jakąś grupę społeczną, mniejszość etniczną bądź seksualną. A najlepiej wszystko na raz. Wtedy będziesz miał stuprocentową pewność, że ktoś poczuje się dotknięty Twoim komentarzem.

 

 

Krok #4: puść info w świat

Niestety, pisząc z duplikatu profilu inni użytkownicy biorący udział w dyskusji nie dostaną notyfikacji o Twoim komentarzu. Musisz na własną rękę powiadomić całego Facebooka o tym, co właśnie zaszło. Nie martw się, nie jest to wcale trudniejsze, niż sabotaż, który przed chwilą przeprowadziłeś.

Żeby niefortunny komentarz stał się zalążkiem kryzysu, wystarczy, że:

  • wkleisz print-screena do siebie na tablicę z dopiskiem „OMG!!!”, „WTF?!?!” lub „ale jaja to teraz <marka x> ma przerąbane”.
  • wrzucisz print-screena na Kwejka, Mistrzów i 3 inne strony z głupkowatymi obrazkami
  • umieścisz linka na Wykopie wraz z nagłówkiem „<marka x> znów w tarapatach” lub „<marka x> obraża Azjatów/rolników/Katowiczan/kogokolwiek innego kogo obraziłeś w swoim komentarzu”.

Przy dobrych wiatrach, zanim ktokolwiek zauważy, że cytowaną wypowiedź zamieszczono ze sklonowanego konta, Twój wykop będzie już na głównej.

Masz już całą niezbędną wiedzę, aby wpisać się trzema szóstkami w historię kryzysów na Facebooku. Możliwe, że będziesz cytowany na ogólnopolskich konferencjach, a Twoja destrukcyjna akcja przebije się nawet do prasy. Czas sprawdzić czy gdybyś miał pistolet powystrzelałbyś wszystkich na swojej ulicy. Czas zadać pytanie, które tliło Ci się w głowie od początku tekstu…

 

I co teraz zrobisz?

---> SKOMENTUJ