Close
Close

Układamy playlistę na parapetówkę

Skip to entry content

Przeprowadzam się. Z moich obliczeń wynika, że po raz 14-sty (na pewno nie ostatni). Wciąż pozostaję w ścisłym śródmieściu (według Googli 700 metrów od Rynku Głównego), ale tym razem bardziej od strony Kina Kijów.

Tak, czy inaczej, jak przeprowadzka, to i parapetówka musi być! Raz żeby mieszkanie się przyjęło. Dwa, żeby sprawdzić czy mam jeszcze jakichś znajomych i czy ktokolwiek przyjdzie. Trzy, żeby sąsiedzi wiedzieli, że nie są sami w budynku (oj, nie).

Ostatnio trochę kłóciłem się z Wami w sprawach muzycznych. Raz trochę, a drugi raz trochę bardzo. Teraz możecie się odgryźć, a w zasadzie wgryźć się w moje kształtowanie gustu, tak jak ja się wgryzam w Wasze.

 

Ratunku, pomocy!

Chcę żebyście pomogli mi stworzyć playlistę na pierwszą domówkę w nowym mieszkaniu. Ale nie byle jaką playlistę, tylko prawdziwy soundtrack do epickiego melanżu! I to „epickiego” nie tylko w odniesieniu do rodzaju literackiego.

Niech będzie epokowo, nie będzie heroicznie, niech będzie dużo słowa na „p”. Niech wszyscy w promieniu dwóch kamienic wiedzą, że w sobotni wieczór nie gramy w szachy. Ani bierki. Niech będzie i do tańca i do alko-różańca.

Drodzy czytelnicy najlepszego bloga lifestylowego, ja skromny chłopak z Sosnowca proszę Was – podrzućcie mi coś co:

 

#1 Będzie dobre do picia

Głównym motywem przewodnim każdej kolejki od zawsze był „Drin za drinem”, ale ile lat z rzędu można męczyć to samo? Tede potrzebuje godnego następcy!

 

#2 Będzie dobre do tańczenia

Zazwyczaj jak tańczymy to albo do Justina, albo do jakiejś zremixowanej Lany albo Lykke Li. Albo jakichś szalonych afro-brzmień jak te u góry. Znajomy z Warszawy ostatnio powiedział mi, że podobno da się tańczyć też do czegoś innego. Nie wiem, słyszeliście coś o tym?

 

#3 Będzie dobre do śpiewania

Że to się śpiewa u mnie na domówkach (w sensie, że laski śpiewają, żeby nie było), to już wiecie stąd. „Ty myślisz, że są ludźmi tylko ludzie” – tak, dokładnie tak myślę i bardzo chcę żeby tak pozostało. W związku z powyższy, jak w przyszłą sobotę wszyscy wejdą w stan nieważkości, spoko by było jakby zaczęli śpiewać jednak coś innego.

 

#4 Będzie dobre do niszczenia relacji z sąsiadami

Sorry, ale jak jest melanż musi być jakaś dobra młócka. Straciłbym reputację, gdyby było inaczej. W tym temacie jestem akurat dość biegły i staram się na bieżąco kontrolować, czy wyszły jakieś warte uwagi wiertarki, ale szybodrżącego electro nigdy za mało. Jak macie coś dobrego, to podrzucajcie. Może akurat zachwyci moich nowych sąsiadów i nie wybiorą trzycyfrowego numer kończącego się siódemką.

To co, mogę na Was liczyć? Pokażecie mi czym się jaracie i pomożecie ułożyć kozacką playlistę?

(niżej jest kolejny tekst)

94
Dodaj komentarz

avatar
43 Comment threads
51 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
34 Comment authors
Plebiscyt na muzyczne hity 2013!Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera | Stay Fly - blog lifestylowyOchotę MamCzy chcesz imprezy w każdym pokoju swojego domu? Tak! | Stay Fly - blog lifestylowynatalia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dżejms Delfin
Gość
Dżejms Delfin

Hmmmmm….

Do tańczenia: Jeremih – Fuck U All The Time, chyba że tak się bardziej chcesz pobujać z laską, to wtedy Raphael Saadiq you should be here

Dagna Parynow
Gość

dokladnie. Jeremih, Saadiq to typowe poscielowki ;D ktore zreszta uwielbiam.

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Fuck U All The Time” piękny tytuł, ale to chyba do tańczenia tylko w łóżku :)
„chyba że tak się bardziej chcesz pobujać z laską, to wtedy Raphael Saadiq you should be here” zgadzam się jak najbardziej :)

Dżejms Delfin
Gość
Dżejms Delfin

Oj tam, oj tam, zaraz w łóżku… ;) Piosenka dobrze wprowadza w klimat!;)
A do śpiewania ZAWSZE, ale to ZAWSZE działa, jak się o pewnej już godzinie zapoda na youtubie „Ogórek ogórek ogórek, zielony ma garniturek…” Epickie! :D

Agga
Gość
Agga

Jeśli chodzi o niszczenie życia sąsiadom, polecam nową płytę Sofy – Hardkor i Disko (zwłaszcza pozycje: Headlights, Chaos Adhd, Electro Insanity) na bibę całkiem spoko, poza tym będziesz promował polską muzę wśród sąsiadów, hehe. A tak poza tym, to może N.E.R.D (tu nie mam jakichś konkretnych utworów na myśli, ale Rock Star może się sprawdzić, albo She wants to move), a jak już wszyscy będą pijani no to hity z eski i vivy są zawsze spoko, w takim momencie sprawdzają się wszelkie Shakiry, Black Eyed Peas, Maroon5 etc. a moim faworytem w tej kategorii jest Madcon – I’m begin. Co… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Sofę znam, bardzo łądną muzykę grają i ja bym był za tym, że jednak do tańczenia, bo z „Hardkor i Disko” taka typowa sieczka, to tylko „Chaos Adhd”, bo reszta jednak bardzo melodyjna jest :)
N.E.R.D. bardzo spoko, od zawsze jestem fanem Pharrella
Shakiropodobne rzeczy nie wchodzą w grę, nie da rady tyle wypić :)
A „Defto”, zgadzam się, piękna piosenka do śpiewania, jak jestem sam w mieszkaniu to sobie puszczam i śpiewa solo :)

Misia
Gość
Misia

http://www.youtube.com/watch?v=Tw0v8yYveY8 Beth Hart – Bang Bang Boo
http://www.youtube.com/watch?v=iZ9vkd7Rp-g Emiliana Torrini – Jungle Drum
http://www.youtube.com/watch?v=12zPU-8bsTE Gossip – Move In The Right Direction
– do śpiewania i tańczenia

http://www.youtube.com/watch?v=x0oAmBmZlIA Miss Li – Forever drunk – do nostalgicznego picia ;)

http://www.youtube.com/watch?v=VMnjF1O4eH0 Queen – Fat Bottomed Girls – do darcia mordy, jak ktoś zna tekst, ja znam i niezmiennie drę ;)

No moooże jestem trochę dziwna, ale jakoś nie lubię takich standardowych, ani tym bardziej weselnych kawałków na imprezach. A gdy już jest dramacik zawsze sprawdza się niezawodny http://www.stereomood.com/ gdzie wpisujemy I feel: party/dance/sexy :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Bang Bang Boom Boom” to bardziej chyba na łagodną kołysankę tuż przed świtem :)
„Jungle Drum” bardzo ładne
„Move In The Right Direction” – nie mój klimat, ale do tańczenia ewidentnie

„Forever drunk” – faktycznie lekko nostalgiczne, ale nie strasznie na szczęście :)

StereoMood nie znałem, dzięki Misia!

Misia
Gość
Misia

my pleasure :)

mysiek
Gość
mysiek
Grzeczny Chłopiec
Gość

Nooo, sosnowiecki hymn to wiadomo, że ogień w całym domu :)

Michał Maj
Gość

Ty lepiej mów kiedy ta parapetówa?:D

Grzeczny Chłopiec
Gość

Przyszła sobota :)

spinka
Gość
spinka

okej namówiłeś mnie!!!!

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Wychodzenie z domu działa. Czasem aż za bardzo.

Urodziłem się w Thouars, wychowywałem w Sosnowcu, studiowałem chwilę w Katowicach, od dłuższego czasu mieszkam w Krakowie. Mam 6 różnych indeksów z 4 różnych uczelni. Mieszkałem w 3 akademikach i w 7 mieszkaniach. Od 16-go roku życia 18 razy zmieniałem pracę. Średnio raz w tygodniu jestem na jakiejś imprezie/koncercie/konferencji/spotkaniu tematycznym.

 

I co z tego?

To, że ciągle poznaję więcej ludzi, niż bym się spodziewał i był w stanie przyswoić. Przy czym to poznawanie jest często symboliczne i bywa, że ogranicza się do:

X: Cześć, jestem Czesiek.

Y: A ja Wiesiek.

X: No to cześć.

Nie żebym był jakimś gburem, ale takich ludzi nie rejestruję, a ich imienia nawet nie staram się zapamiętać. W zasadzie to zapominam je już w momencie, gdy je wymawiają. Jak idę na domówkę, gdzie jest więcej, niż 15 osób, to nawet się nie przedstawiam. Bo kogo obchodzi czy jestem Grzesiek, czy Leszek jeśli widzi mnie pierwszy i najprawdopodobniej ostatni  raz w życiu?

Gorzej jednak, gdy widzimy się ten drugi raz.

 

To my się znamy?

Zdarza mi się to mniej więcej raz w miesiącu. Idę sobie beztrosko na jakiejś spotkanie towarzyskie, żeby zluzować poślady i przestać się martwić o wszystkie ginące gatunki zwierząt. Witam się z ludźmi i widzę jedną jedyną nową twarz. Przedstawiam się, bo jesteśmy w tak kameralnym gronie, że na pewno będziemy ze sobą rozmawiać. I słyszę ryk. Oburzony ryk niedźwiedzia wyrwanego z zimowego snu:

ALE PRZECIEŻ MY SIĘ ZNAMY!!! ZNAMY SIĘ, ZNAMY, ZNAMY!!! JAK MOŻESZ NIE PAMIĘTAĆ, ŻE SIĘ ZNAMYYYYYYYYY!?!?!?

Najczęściej okazuje się, że poznaliśmy się 15 lat temu na domówce u kuzyna kolegi znajomego siostry chłopaka mojej kumpeli, która wkręciła mnie na krzywy ryj. Oburzona, warcząca niedźwiedzica była jedną ze stu pięćdziesięciu pseudo-hipsterek w zerówkach, a teraz dla odmiany wygląda jak początkująca Ally McBeal. Jak bardzo racjonalnie uzasadnione by to nie było, ona i tak nie może pojąć, jak śmiałem jej nie poznać.

No jak, jak, jak?

 

Śmiać się, płakać, czy przepraszać?

Kiedyś wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś mnie zapamiętał (mimo, że ja nie mam najmniejszego pojęcia kim on jest) to znaczy, że zrobiłem dobre pierwsze wrażenie. I może nie warto go niszczyć. Więc trzeba posypać głowę popiołem, ukorzyć się, paść do stóp i wyłkać „przepraszam, to dlatego, że nie wziąłem dziś rano lecytyny”.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że chyba nie ma tyle popiołu na świecie i jednak trzeba to załatwiać jakoś inaczej.

Później naszła mnie refleksja, że jeśli nie zapamiętałem czyjegoś imienia, twarzy, ani wielkości miseczki, to znaczy, że chyba nie było takiej potrzeby. Skoro dana osoba nie była na tyle interesująca wizualnie bądź intelektualnie, żeby moje neurony zrobiły dla niej miejsce w zwojach mózgowych, to po co udawać, że wolałbym by było inaczej? Nie pamiętam Cię i już.  Widać nie dałaś mi żadnego powodu, bym miał za co Cię pamiętać.

Kiedy sytuacja jest odwrotna i ktoś patrzy na mnie jak psychofan Apple’a na telefon z Androidem, to nie mam do niego pretensji, że mnie nie poznaje. I nie liczę, że będzie udawał, że wie kim jestem. Wiem, że jeśli ktoś miałby tu orzekać o czyjejś winie, to spadłaby ona na mnie. Bo niby czyja to wina, że byłem na tyle zwykły, nijaki i niewyróżniający się z tłumu, że mój rozmówca nie odnotował mojego istnienia?

Wywołaj kryzys na Facebooku w 5 minut

Skip to entry content

Kiedyś w jakiejś trzecioligowej stacji zaproszono Korwina-Mikke na wywiad (te mainstreamowe nie są nim zainteresowane). Rozmowa w pewnym momencie zeszła na kwestie związane z posiadaniem broni. Korwin oczywiście był za, twierdząc, że każdy kto ma taką potrzebę, powinien móc kupić sobie pistolet. Pokazowo zdziwiona dziennikarka spytała go, czy wie z czym by się to wiązało i czy nie boi się, że ludzie mając wolny dostęp do karabinów, zaczęliby się masowo zabijać. Janusz skontrował, że mężczyźni mając masowo dostęp do penisów, nie są z tego tytuły automatycznie gwałcicielami.

I słuszne jest to stwierdzenie, bo ludzie mając dostęp do zapałek i benzyny nie podpalają wszystkiego co się rusza, tylko i wyłącznie z powodu możliwości zrobienia tego.

 

Otwieram Puszkę Pandory

Na co dzień staram się trzymać założenia, że ludzie z natury są dobrzy. A przynajmniej, że nikt nie jest z natury zły. Choć jak każdy, miewam momenty, że rzucam w nasz gatunek tekstami równie elokwentnymi, co kwestie Bogusława Lindy w „Psach”. Tak czy inaczej, postanowiłem, że nie będę bazował na przypuszczeniach, a sprawdzę jak to z tymi ludźmi faktycznie jest.

Czy bliżej nam do Matki Teresy z Kalkuty, czy raczej do Damiena z Omenu?

Żeby się o tym przekonać, nie rozdam każdemu po bazooce (zamknęliby mnie za to do więzienia). Dam każdemu po paczce petard i zobaczę czy ktoś odpali je na szkolnym korytarzu.

Za chwilę dowiesz się jak w 4 krokach wywołać profesjonalny kryzys na Facebooku. Możesz dzięki temu przyprawić niejednego junior brand managera o poważny ból głowy, i sprawić, że o Twojej akcji napisze Mediafun. A już na pewno NaTemat, oni kochają rozdmuchiwać nawet nawet najbardziej błahe aferki. Możesz też nie zrobić nic. Bo niby czemu, bez żadnego konkretnego powodu i z premedytacją, miałbyś komuś szkodzić?

 

Krok #1: wybierz cel

Jeśli chcesz wywołać kryzys w mediach społecznościowych, to musisz wybrać markę, której działania w ogóle kogokolwiek interesują. Atakowanie lokalnych biznesów typu „Pierogi u Zosi”,  „Kawiarnia u Zenka”, czy „Warzywniak Dorotki” zupełnie nie ma sensu. Po pierwsze – nikt tego nie zauważy, po drugie – po co ktoś miałby o tym mówić?

Musisz wybrać na tyle duży cel, żeby jego paniczną szamotaninę ktokolwiek zobaczył i chciał się nią zainteresować. Marki (i fanpejdże) wielkości „McDonald’s Polska”, czy „Starbucks Polska” będą w sam raz. „Alma24” też się jeszcze załapie.

 

Krok #2: sklonuj fanpejdż

Jeśli już wiesz komu chcesz zafundować bezpłatny wpis na większości branżowych blogów, musisz sklonować jego fanpjedż. Znaczy to tyle, że musisz założyć stronę na Facebooku, która będzie nazywać się dokładnie tak jak oryginalna i mieć tę samą grafikę w avatarze. Tyle. Nie musisz uzupełniać żadnych szczegółowych informacji, ani zaprzątać sobie głowy choćby ustawieniem zdjęcia w tle.

Niektóre marki zablokowały możliwość tworzenia duplikatów, ale większość wciąż beztrosko otwiera przed Tobą tę furtkę.

 

(Profil Playa posłużył mi tylko za przykład do zdjęć i w żadnym wypadku go nie atakowałem. Na marginesie to jedna z lepiej odnajdujących się marek w mediach społecznościowych.)

 

Krok #3: napisz niekorzystny komentarz

Czas na przejście do ataku właściwego. Przelogowywujesz się na sklonowany profil i wchodzisz z niego na oryginalny fanpejdż marki, której wizerunek z jakiegoś powodu chcesz nadszarpnąć. Rozglądasz się po tablicy i szukasz czegoś co można niedyplomatycznie skomentować.

Idealnie, gdy marka ma widoczne okienko z postami innych użytkowników. Na 70% większością z nich będą pytania, reklamacje i zażalenia. W tej sytuacji wystarczy, że na czyjekolwiek pytanie odpiszesz „wal się <imię autora pytania>”, bądź „takich ja ty tu nie obsługujemy”.

Gdy nie ma postów innych użytkowników, zostaje Ci włączenie się do dyskusji pod jakimś aktualnym statusem. Dobrze aby Twoja wypowiedź obrażała czyjeś uczucia religijne, jakąś grupę społeczną, mniejszość etniczną bądź seksualną. A najlepiej wszystko na raz. Wtedy będziesz miał stuprocentową pewność, że ktoś poczuje się dotknięty Twoim komentarzem.

 

 

Krok #4: puść info w świat

Niestety, pisząc z duplikatu profilu inni użytkownicy biorący udział w dyskusji nie dostaną notyfikacji o Twoim komentarzu. Musisz na własną rękę powiadomić całego Facebooka o tym, co właśnie zaszło. Nie martw się, nie jest to wcale trudniejsze, niż sabotaż, który przed chwilą przeprowadziłeś.

Żeby niefortunny komentarz stał się zalążkiem kryzysu, wystarczy, że:

  • wkleisz print-screena do siebie na tablicę z dopiskiem „OMG!!!”, „WTF?!?!” lub „ale jaja to teraz <marka x> ma przerąbane”.
  • wrzucisz print-screena na Kwejka, Mistrzów i 3 inne strony z głupkowatymi obrazkami
  • umieścisz linka na Wykopie wraz z nagłówkiem „<marka x> znów w tarapatach” lub „<marka x> obraża Azjatów/rolników/Katowiczan/kogokolwiek innego kogo obraziłeś w swoim komentarzu”.

Przy dobrych wiatrach, zanim ktokolwiek zauważy, że cytowaną wypowiedź zamieszczono ze sklonowanego konta, Twój wykop będzie już na głównej.

Masz już całą niezbędną wiedzę, aby wpisać się trzema szóstkami w historię kryzysów na Facebooku. Możliwe, że będziesz cytowany na ogólnopolskich konferencjach, a Twoja destrukcyjna akcja przebije się nawet do prasy. Czas sprawdzić czy gdybyś miał pistolet powystrzelałbyś wszystkich na swojej ulicy. Czas zadać pytanie, które tliło Ci się w głowie od początku tekstu…

 

I co teraz zrobisz?