Close
Close

Układamy playlistę na parapetówkę

Skip to entry content

Przeprowadzam się. Z moich obliczeń wynika, że po raz 14-sty (na pewno nie ostatni). Wciąż pozostaję w ścisłym śródmieściu (według Googli 700 metrów od Rynku Głównego), ale tym razem bardziej od strony Kina Kijów.

Tak, czy inaczej, jak przeprowadzka, to i parapetówka musi być! Raz żeby mieszkanie się przyjęło. Dwa, żeby sprawdzić czy mam jeszcze jakichś znajomych i czy ktokolwiek przyjdzie. Trzy, żeby sąsiedzi wiedzieli, że nie są sami w budynku (oj, nie).

Ostatnio trochę kłóciłem się z Wami w sprawach muzycznych. Raz trochę, a drugi raz trochę bardzo. Teraz możecie się odgryźć, a w zasadzie wgryźć się w moje kształtowanie gustu, tak jak ja się wgryzam w Wasze.

 

Ratunku, pomocy!

Chcę żebyście pomogli mi stworzyć playlistę na pierwszą domówkę w nowym mieszkaniu. Ale nie byle jaką playlistę, tylko prawdziwy soundtrack do epickiego melanżu! I to „epickiego” nie tylko w odniesieniu do rodzaju literackiego.

Niech będzie epokowo, nie będzie heroicznie, niech będzie dużo słowa na „p”. Niech wszyscy w promieniu dwóch kamienic wiedzą, że w sobotni wieczór nie gramy w szachy. Ani bierki. Niech będzie i do tańca i do alko-różańca.

Drodzy czytelnicy najlepszego bloga lifestylowego, ja skromny chłopak z Sosnowca proszę Was – podrzućcie mi coś co:

 

#1 Będzie dobre do picia

Głównym motywem przewodnim każdej kolejki od zawsze był „Drin za drinem”, ale ile lat z rzędu można męczyć to samo? Tede potrzebuje godnego następcy!

 

#2 Będzie dobre do tańczenia

Zazwyczaj jak tańczymy to albo do Justina, albo do jakiejś zremixowanej Lany albo Lykke Li. Albo jakichś szalonych afro-brzmień jak te u góry. Znajomy z Warszawy ostatnio powiedział mi, że podobno da się tańczyć też do czegoś innego. Nie wiem, słyszeliście coś o tym?

 

#3 Będzie dobre do śpiewania

Że to się śpiewa u mnie na domówkach (w sensie, że laski śpiewają, żeby nie było), to już wiecie stąd. „Ty myślisz, że są ludźmi tylko ludzie” – tak, dokładnie tak myślę i bardzo chcę żeby tak pozostało. W związku z powyższy, jak w przyszłą sobotę wszyscy wejdą w stan nieważkości, spoko by było jakby zaczęli śpiewać jednak coś innego.

 

#4 Będzie dobre do niszczenia relacji z sąsiadami

Sorry, ale jak jest melanż musi być jakaś dobra młócka. Straciłbym reputację, gdyby było inaczej. W tym temacie jestem akurat dość biegły i staram się na bieżąco kontrolować, czy wyszły jakieś warte uwagi wiertarki, ale szybodrżącego electro nigdy za mało. Jak macie coś dobrego, to podrzucajcie. Może akurat zachwyci moich nowych sąsiadów i nie wybiorą trzycyfrowego numer kończącego się siódemką.

To co, mogę na Was liczyć? Pokażecie mi czym się jaracie i pomożecie ułożyć kozacką playlistę?

(niżej jest kolejny tekst)

94
Dodaj komentarz

avatar
43 Comment threads
51 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
34 Comment authors
Plebiscyt na muzyczne hity 2013!Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera | Stay Fly - blog lifestylowyOchotę MamCzy chcesz imprezy w każdym pokoju swojego domu? Tak! | Stay Fly - blog lifestylowynatalia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dżejms Delfin
Gość
Dżejms Delfin

Hmmmmm….

Do tańczenia: Jeremih – Fuck U All The Time, chyba że tak się bardziej chcesz pobujać z laską, to wtedy Raphael Saadiq you should be here

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Fuck U All The Time” piękny tytuł, ale to chyba do tańczenia tylko w łóżku :)
„chyba że tak się bardziej chcesz pobujać z laską, to wtedy Raphael Saadiq you should be here” zgadzam się jak najbardziej :)

Dżejms Delfin
Gość
Dżejms Delfin

Oj tam, oj tam, zaraz w łóżku… ;) Piosenka dobrze wprowadza w klimat!;)
A do śpiewania ZAWSZE, ale to ZAWSZE działa, jak się o pewnej już godzinie zapoda na youtubie „Ogórek ogórek ogórek, zielony ma garniturek…” Epickie! :D

Dagna Parynow
Gość

dokladnie. Jeremih, Saadiq to typowe poscielowki ;D ktore zreszta uwielbiam.

Agga
Gość
Agga

Jeśli chodzi o niszczenie życia sąsiadom, polecam nową płytę Sofy – Hardkor i Disko (zwłaszcza pozycje: Headlights, Chaos Adhd, Electro Insanity) na bibę całkiem spoko, poza tym będziesz promował polską muzę wśród sąsiadów, hehe. A tak poza tym, to może N.E.R.D (tu nie mam jakichś konkretnych utworów na myśli, ale Rock Star może się sprawdzić, albo She wants to move), a jak już wszyscy będą pijani no to hity z eski i vivy są zawsze spoko, w takim momencie sprawdzają się wszelkie Shakiry, Black Eyed Peas, Maroon5 etc. a moim faworytem w tej kategorii jest Madcon – I’m begin. Co… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Sofę znam, bardzo łądną muzykę grają i ja bym był za tym, że jednak do tańczenia, bo z „Hardkor i Disko” taka typowa sieczka, to tylko „Chaos Adhd”, bo reszta jednak bardzo melodyjna jest :)
N.E.R.D. bardzo spoko, od zawsze jestem fanem Pharrella
Shakiropodobne rzeczy nie wchodzą w grę, nie da rady tyle wypić :)
A „Defto”, zgadzam się, piękna piosenka do śpiewania, jak jestem sam w mieszkaniu to sobie puszczam i śpiewa solo :)

Misia
Gość
Misia

http://www.youtube.com/watch?v=Tw0v8yYveY8 Beth Hart – Bang Bang Boo
http://www.youtube.com/watch?v=iZ9vkd7Rp-g Emiliana Torrini – Jungle Drum
http://www.youtube.com/watch?v=12zPU-8bsTE Gossip – Move In The Right Direction
– do śpiewania i tańczenia

http://www.youtube.com/watch?v=x0oAmBmZlIA Miss Li – Forever drunk – do nostalgicznego picia ;)

http://www.youtube.com/watch?v=VMnjF1O4eH0 Queen – Fat Bottomed Girls – do darcia mordy, jak ktoś zna tekst, ja znam i niezmiennie drę ;)

No moooże jestem trochę dziwna, ale jakoś nie lubię takich standardowych, ani tym bardziej weselnych kawałków na imprezach. A gdy już jest dramacik zawsze sprawdza się niezawodny http://www.stereomood.com/ gdzie wpisujemy I feel: party/dance/sexy :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Bang Bang Boom Boom” to bardziej chyba na łagodną kołysankę tuż przed świtem :)
„Jungle Drum” bardzo ładne
„Move In The Right Direction” – nie mój klimat, ale do tańczenia ewidentnie

„Forever drunk” – faktycznie lekko nostalgiczne, ale nie strasznie na szczęście :)

StereoMood nie znałem, dzięki Misia!

Misia
Gość
Misia

my pleasure :)

mysiek
Gość
mysiek
Grzeczny Chłopiec
Gość

Nooo, sosnowiecki hymn to wiadomo, że ogień w całym domu :)

Michał Maj
Gość

Ty lepiej mów kiedy ta parapetówa?:D

Grzeczny Chłopiec
Gość

Przyszła sobota :)

spinka
Gość
spinka

okej namówiłeś mnie!!!!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Wychodzenie z domu działa. Czasem aż za bardzo.

Urodziłem się w Thouars, wychowywałem w Sosnowcu, studiowałem chwilę w Katowicach, od dłuższego czasu mieszkam w Krakowie. Mam 6 różnych indeksów z 4 różnych uczelni. Mieszkałem w 3 akademikach i w 7 mieszkaniach. Od 16-go roku życia 18 razy zmieniałem pracę. Średnio raz w tygodniu jestem na jakiejś imprezie/koncercie/konferencji/spotkaniu tematycznym.

 

I co z tego?

To, że ciągle poznaję więcej ludzi, niż bym się spodziewał i był w stanie przyswoić. Przy czym to poznawanie jest często symboliczne i bywa, że ogranicza się do:

X: Cześć, jestem Czesiek.

Y: A ja Wiesiek.

X: No to cześć.

Nie żebym był jakimś gburem, ale takich ludzi nie rejestruję, a ich imienia nawet nie staram się zapamiętać. W zasadzie to zapominam je już w momencie, gdy je wymawiają. Jak idę na domówkę, gdzie jest więcej, niż 15 osób, to nawet się nie przedstawiam. Bo kogo obchodzi czy jestem Grzesiek, czy Leszek jeśli widzi mnie pierwszy i najprawdopodobniej ostatni  raz w życiu?

Gorzej jednak, gdy widzimy się ten drugi raz.

 

To my się znamy?

Zdarza mi się to mniej więcej raz w miesiącu. Idę sobie beztrosko na jakiejś spotkanie towarzyskie, żeby zluzować poślady i przestać się martwić o wszystkie ginące gatunki zwierząt. Witam się z ludźmi i widzę jedną jedyną nową twarz. Przedstawiam się, bo jesteśmy w tak kameralnym gronie, że na pewno będziemy ze sobą rozmawiać. I słyszę ryk. Oburzony ryk niedźwiedzia wyrwanego z zimowego snu:

ALE PRZECIEŻ MY SIĘ ZNAMY!!! ZNAMY SIĘ, ZNAMY, ZNAMY!!! JAK MOŻESZ NIE PAMIĘTAĆ, ŻE SIĘ ZNAMYYYYYYYYY!?!?!?

Najczęściej okazuje się, że poznaliśmy się 15 lat temu na domówce u kuzyna kolegi znajomego siostry chłopaka mojej kumpeli, która wkręciła mnie na krzywy ryj. Oburzona, warcząca niedźwiedzica była jedną ze stu pięćdziesięciu pseudo-hipsterek w zerówkach, a teraz dla odmiany wygląda jak początkująca Ally McBeal. Jak bardzo racjonalnie uzasadnione by to nie było, ona i tak nie może pojąć, jak śmiałem jej nie poznać.

No jak, jak, jak?

 

Śmiać się, płakać, czy przepraszać?

Kiedyś wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś mnie zapamiętał (mimo, że ja nie mam najmniejszego pojęcia kim on jest) to znaczy, że zrobiłem dobre pierwsze wrażenie. I może nie warto go niszczyć. Więc trzeba posypać głowę popiołem, ukorzyć się, paść do stóp i wyłkać „przepraszam, to dlatego, że nie wziąłem dziś rano lecytyny”.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że chyba nie ma tyle popiołu na świecie i jednak trzeba to załatwiać jakoś inaczej.

Później naszła mnie refleksja, że jeśli nie zapamiętałem czyjegoś imienia, twarzy, ani wielkości miseczki, to znaczy, że chyba nie było takiej potrzeby. Skoro dana osoba nie była na tyle interesująca wizualnie bądź intelektualnie, żeby moje neurony zrobiły dla niej miejsce w zwojach mózgowych, to po co udawać, że wolałbym by było inaczej? Nie pamiętam Cię i już.  Widać nie dałaś mi żadnego powodu, bym miał za co Cię pamiętać.

Kiedy sytuacja jest odwrotna i ktoś patrzy na mnie jak psychofan Apple’a na telefon z Androidem, to nie mam do niego pretensji, że mnie nie poznaje. I nie liczę, że będzie udawał, że wie kim jestem. Wiem, że jeśli ktoś miałby tu orzekać o czyjejś winie, to spadłaby ona na mnie. Bo niby czyja to wina, że byłem na tyle zwykły, nijaki i niewyróżniający się z tłumu, że mój rozmówca nie odnotował mojego istnienia?

Wywołaj kryzys na Facebooku w 5 minut

Skip to entry content

Kiedyś w jakiejś trzecioligowej stacji zaproszono Korwina-Mikke na wywiad (te mainstreamowe nie są nim zainteresowane). Rozmowa w pewnym momencie zeszła na kwestie związane z posiadaniem broni. Korwin oczywiście był za, twierdząc, że każdy kto ma taką potrzebę, powinien móc kupić sobie pistolet. Pokazowo zdziwiona dziennikarka spytała go, czy wie z czym by się to wiązało i czy nie boi się, że ludzie mając wolny dostęp do karabinów, zaczęliby się masowo zabijać. Janusz skontrował, że mężczyźni mając masowo dostęp do penisów, nie są z tego tytuły automatycznie gwałcicielami.

I słuszne jest to stwierdzenie, bo ludzie mając dostęp do zapałek i benzyny nie podpalają wszystkiego co się rusza, tylko i wyłącznie z powodu możliwości zrobienia tego.

 

Otwieram Puszkę Pandory

Na co dzień staram się trzymać założenia, że ludzie z natury są dobrzy. A przynajmniej, że nikt nie jest z natury zły. Choć jak każdy, miewam momenty, że rzucam w nasz gatunek tekstami równie elokwentnymi, co kwestie Bogusława Lindy w „Psach”. Tak czy inaczej, postanowiłem, że nie będę bazował na przypuszczeniach, a sprawdzę jak to z tymi ludźmi faktycznie jest.

Czy bliżej nam do Matki Teresy z Kalkuty, czy raczej do Damiena z Omenu?

Żeby się o tym przekonać, nie rozdam każdemu po bazooce (zamknęliby mnie za to do więzienia). Dam każdemu po paczce petard i zobaczę czy ktoś odpali je na szkolnym korytarzu.

Za chwilę dowiesz się jak w 4 krokach wywołać profesjonalny kryzys na Facebooku. Możesz dzięki temu przyprawić niejednego junior brand managera o poważny ból głowy, i sprawić, że o Twojej akcji napisze Mediafun. A już na pewno NaTemat, oni kochają rozdmuchiwać nawet nawet najbardziej błahe aferki. Możesz też nie zrobić nic. Bo niby czemu, bez żadnego konkretnego powodu i z premedytacją, miałbyś komuś szkodzić?

 

Krok #1: wybierz cel

Jeśli chcesz wywołać kryzys w mediach społecznościowych, to musisz wybrać markę, której działania w ogóle kogokolwiek interesują. Atakowanie lokalnych biznesów typu „Pierogi u Zosi”,  „Kawiarnia u Zenka”, czy „Warzywniak Dorotki” zupełnie nie ma sensu. Po pierwsze – nikt tego nie zauważy, po drugie – po co ktoś miałby o tym mówić?

Musisz wybrać na tyle duży cel, żeby jego paniczną szamotaninę ktokolwiek zobaczył i chciał się nią zainteresować. Marki (i fanpejdże) wielkości „McDonald’s Polska”, czy „Starbucks Polska” będą w sam raz. „Alma24” też się jeszcze załapie.

 

Krok #2: sklonuj fanpejdż

Jeśli już wiesz komu chcesz zafundować bezpłatny wpis na większości branżowych blogów, musisz sklonować jego fanpjedż. Znaczy to tyle, że musisz założyć stronę na Facebooku, która będzie nazywać się dokładnie tak jak oryginalna i mieć tę samą grafikę w avatarze. Tyle. Nie musisz uzupełniać żadnych szczegółowych informacji, ani zaprzątać sobie głowy choćby ustawieniem zdjęcia w tle.

Niektóre marki zablokowały możliwość tworzenia duplikatów, ale większość wciąż beztrosko otwiera przed Tobą tę furtkę.

 

(Profil Playa posłużył mi tylko za przykład do zdjęć i w żadnym wypadku go nie atakowałem. Na marginesie to jedna z lepiej odnajdujących się marek w mediach społecznościowych.)

 

Krok #3: napisz niekorzystny komentarz

Czas na przejście do ataku właściwego. Przelogowywujesz się na sklonowany profil i wchodzisz z niego na oryginalny fanpejdż marki, której wizerunek z jakiegoś powodu chcesz nadszarpnąć. Rozglądasz się po tablicy i szukasz czegoś co można niedyplomatycznie skomentować.

Idealnie, gdy marka ma widoczne okienko z postami innych użytkowników. Na 70% większością z nich będą pytania, reklamacje i zażalenia. W tej sytuacji wystarczy, że na czyjekolwiek pytanie odpiszesz „wal się <imię autora pytania>”, bądź „takich ja ty tu nie obsługujemy”.

Gdy nie ma postów innych użytkowników, zostaje Ci włączenie się do dyskusji pod jakimś aktualnym statusem. Dobrze aby Twoja wypowiedź obrażała czyjeś uczucia religijne, jakąś grupę społeczną, mniejszość etniczną bądź seksualną. A najlepiej wszystko na raz. Wtedy będziesz miał stuprocentową pewność, że ktoś poczuje się dotknięty Twoim komentarzem.

 

 

Krok #4: puść info w świat

Niestety, pisząc z duplikatu profilu inni użytkownicy biorący udział w dyskusji nie dostaną notyfikacji o Twoim komentarzu. Musisz na własną rękę powiadomić całego Facebooka o tym, co właśnie zaszło. Nie martw się, nie jest to wcale trudniejsze, niż sabotaż, który przed chwilą przeprowadziłeś.

Żeby niefortunny komentarz stał się zalążkiem kryzysu, wystarczy, że:

  • wkleisz print-screena do siebie na tablicę z dopiskiem „OMG!!!”, „WTF?!?!” lub „ale jaja to teraz <marka x> ma przerąbane”.
  • wrzucisz print-screena na Kwejka, Mistrzów i 3 inne strony z głupkowatymi obrazkami
  • umieścisz linka na Wykopie wraz z nagłówkiem „<marka x> znów w tarapatach” lub „<marka x> obraża Azjatów/rolników/Katowiczan/kogokolwiek innego kogo obraziłeś w swoim komentarzu”.

Przy dobrych wiatrach, zanim ktokolwiek zauważy, że cytowaną wypowiedź zamieszczono ze sklonowanego konta, Twój wykop będzie już na głównej.

Masz już całą niezbędną wiedzę, aby wpisać się trzema szóstkami w historię kryzysów na Facebooku. Możliwe, że będziesz cytowany na ogólnopolskich konferencjach, a Twoja destrukcyjna akcja przebije się nawet do prasy. Czas sprawdzić czy gdybyś miał pistolet powystrzelałbyś wszystkich na swojej ulicy. Czas zadać pytanie, które tliło Ci się w głowie od początku tekstu…

 

I co teraz zrobisz?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!