Close
Close

5 powodów dla których warto pedałować

Skip to entry content

Prawo jazdy zdałem za pierwszym razem, ale dopiero w wieku 22 lat. Cały czas byłem przekonany, że nie będzie mi potrzebne, bo przecież mam rower. Jak przeprowadziłem się do Krakowa, zanim przywiozłem sobie z domu laptopa, miałem już tu holenderkę.

 

Rower, rower, rower!

Nie ważne, czy górski czy miejski (choć wiadomo, że lepszy ten drugi). Zupełnie nieistotne czy używany, czy nowy. Kolor też nie gra roli. Najważniejsze, żeby miał 2 kółka (monocykle odpadają) i jeździł. To moja podstawowa i ulubiona forma przemieszczania się po mieście, a „Kraków” i „rower” w moim słowniku, to pojęcia tożsame.

Kolejny raz wyjdzie, że jestem ograniczony umysłowo, ale nie potrafię sobie wyobrazić życia bez roweru. Jak bardzo dwuznacznych i negatywnych konotacji by to sformułowanie nie miało, to tak – pedałowanie ułatwia życie! Bardzo. Bardziej, niż najnowsza aktualizacja iOS’a w iPhonie. I w dodatku jest przyjemne, a regularne uprawianie nie grozi żadną chorobą weneryczną (ani w zasadzie żadną inną).

Bicykl jest największym osiągnięciem naszej cywilizacji. To oczywista oczywistość, oczywistsza, niż kac po wódce. Niestety wciąż wiele osób podchodzi z dystansem do tego wynalazku (i to wynalazku nie byle kogo, bo Leonarda da Vinci!). Najbardziej ubolewam nad tym, że w grupie nieuświadomionych są też osoby z mojego środowiska.

Zgodnie z zasadą, że to co dajesz wraca do Ciebie, dam Ci 5 powodów dla których warto pedałować i uczynić życie lepszym. Nie od święta lecz na co dzień. A później czekam na powrót dobrej karmy i mannę z nieba.

 

#1 Czy to ptak, czy samolot? Nie to rowerzysta

Między godziną 8, a 17 (niezależnie od warunków atmosferycznych), poruszając się na rowerze w większość miejsc dotrzesz szybciej, niż MPK. Największą różnicą widać w okolicach starego miasta, ale nawet jeśli chcesz się dostać z Opolskiej na Kapelankę, to i tak rower wygra z autobusem. Dodaj do tego możliwość podróży kiedy chcesz, a nie kiedy akurat jest (spóźniony) autobus i policz sobie w Excelu ile czasu zaoszczędzisz.

Jest jednak jeden duży minus. Jadać na rowerze pozbawiasz się przyjemności obcowania z parującą uryną z niedomytych żuli. Cóż, zawsze coś za coś.

 

#2 Ale fajny rower! Mogę dotknąć?

Odjechany rower, to lepszy wabik na laski, niż owczarek podhalański. Po pierwsze – nie trzeba go karmić, po drugie – nie zostawia wszędzie sierści.

Możliwe, że sam z siebie bym na to nie wpadł, ale do powyższych wniosków doszedłem drogą testu empirycznego.

Kiedyś miałem różowy rower (tak, dokładnie – różowy). Koledzy mówili mi, że pedalski (pedały faktycznie miał), że jak w ogóle jak można jeździć na takim rowerze? Mówiłem, że normalnie. Kupiłem go za pół-darmo, więc nie było co zaglądać w kolor pół-darowanemu rowerowi. Zresztą, jak niepewnym swojej orientacji trzeba być, żeby bać się, że kolor roweru może ją podważyć?

Tak czy inaczej – jeździłem sobie na tym różowym rowerze i gdzie bym go nie zaparkował, to zawsze podchodziły jakieś dziewczyny i mówiły, że fajny. Czy to Kazimierz, czy Bronowice, gdzie bym nim nie przejechał, gdzie bym go nie zapiął, zawsze jakaś niewiasta zwracała na niego uwagę.

Jeśli jesteś nieśmiały, a tekst o Papermanie miał za mało wulgaryzmów, żebyś się przełamał, to kup sobie taki rower. Pomoże.

 

#3 Ty męski narządzie rozrodczy, zwróć uwagę, którędy idziesz!

Ciężki dzień w pracy? Pokłóciłaś się z przyjaciółką? Permanentny brak kasy doprowadza Cię do frustracji? Twoja dziewczyna uporczywie twierdzi, że mimo ślubu kolonijnego w podstawówce, wciąż nie możecie uprawiać seksu?

Nic tak nie rozładowuje napięcia (i nie oczyszcza duszy), jak publiczne, donośne rzucenie paroma przekleństwami. A jadąc na rowerze możesz to zrobić nie tracąc akceptacji społecznej i w duchu wzorowej postawy obywatelskiej.

Ludzie nie szanują ścieżek rowerowych. Nie tylko w Krakowie, ale ogólnie w Polsce. Jest jak byk wyznaczona trasa dla pieszych i dla rowerów. Po prawej staruszkowie, matki z dziećmi, turyści i zakochane pary, a po lewej rowerzyści. Znak drogowy stoi, żeby nie mieli wątpliwości co jest co, a oni jak bezmózgie Yeti włażą. Włażą, lezą, wloką się i za cholerę nie chcą się przesunąć. Zwrócisz im grzecznie uwagę, to Cię oleją, albo ściemnią, że nie wiedzieli i dalej będą iść po trasie dla rowerów

Stety, w takiej sytuacji nie masz wyjścia i musisz ryknąć „ty niewidoma wagino, proszę, zejdź szybkim tempem ze ścieżki rowerowej!”. Jakiej kombinacji synonimów narządów ze sfery erogennej byś nie użył, pamiętaj – robisz to po to, by zaprowadzić ład i porządek. Innymi słowy – jesteś usprawiedliwiony. Fajnie, co?

 

#4 Wiatr we włosach

Żyjemy w biegu. Praca, kasa, uczelnia, kredyty, kariera, lepsze ciuchy, szybsze auta, nowsze telefony. Każdy się w tym zatraca i czasem naprawdę trudno się zdystansować.

Ja też czasem zapominam co jest ważne.

W takich momentach wsiadam na rower i jadę. Jadę sobie wzdłuż Wisły i wszystko mam gdzieś. Jest słońce, jest wiatr i droga przede mną. Kiedy puszczam ręce z kierownicy i po prostu pedałuję, czuję, że jestem wolny. Że nie jestem  numerem pesel, czy serią dowodu. Jestem sobie częścią przyrody i tyle.

Miło poczuć, że poza systemem ekonomiczno-społecznym jest coś jeszcze.

 

#5 Rosną cycki, znikają brzuchy, a orgazmy się wielokrotnią

Codzienna jazda na rowerze jest zdrowa. To banał nad banały, ale tak jest. Poprawia i krążenie, i spalanie tłuszczu, i sprawność seksualną. Zresztą jak każdy inny sport. Tyle, że codzienna miejska jazda, nie wymaga ani wyjątkowego wysiłku, ani organizowania dodatkowego czasu. Możesz połączyć pożyteczne z pożytecznym (hasło reklamowe na miarę Dona Drapera).

Co do tych cycków, to lekko świrowałem. Nie mam żadnych danych, potwierdzających, że rosną od pedałowania, ale na pewno nie maleją.

 

Złota myśl na koniec

Zaprzyjaźnił się z pedałami. One nie gryzą.

(niżej jest kolejny tekst)

45
Dodaj komentarz

avatar
20 Comment threads
25 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Co musisz wiedzieć jeżdżąc rowerem po Krakowie?14 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o sieci rowerów KMK BikeLISUJan FavreAgnieszka Polak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sylwia
Gość
Sylwia

uwielbiam rower. czekałam aż będzie ciepło i będę mogła na nim jeździć. teraz jestem przeszczęśliwa, mimo, że jestem dziewczyną, a faceci na rowery jakoś nie lecą. więc ten jeden powód wykreślam, ale mam tysiąc innych :D dobrze, że uświadamiasz ludzi jakie wspaniałe są rowery :) aaa i mimo, że jestem z warszawy to też jeżdżę nad Wisłę rozładować emocje ;)

Olga Cecylia
Gość

Holenderki zmuszają do wyprostowania się nad kierownicą, więc optycznie cycki rosną! Potwierdzone empirycznie :-) Niech tylko zrobi się te 15 stopni rano…

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ooo, czyli jednak miałem dobrą intuicję :)

Olga Cecylia
Gość

Częściowo :-) Od pedałowania na ostrym kole czy góralu mogą obwisać ;-)

Marcin Kasprzak
Gość

Ale wtedy dekolt się pojawia ;-)

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Pedałowanie rowerowe polecam (na żadnym innym się nie znam). Montuje koszyk do mojej holenderki i będę szusować <3

trackback

[…] STAYFLY: "5 powodów dla których warto pedałować" – Świetny, zabawny tekst zachęcający do przesiadki na rower. Nawet jak zachęty nie potrebujesz, tekst przeczytać warto! […]

looqash.com
Gość

Ja niedługo znowu się spedalę. Tylko czekam bo ponoć zima wraca.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Panie, ja już drugi tydzień jeżdżę i z każdym jest coraz cieplej. Powrót zimy to jakieś pudelkowe plotki :)

looqash.com
Gość

Bo wy w tym Krakowie to od tego smogu macie tak ciepło :P

spinka
Gość
spinka

smok wawelski wisi nad krakowem i oparami z paszczy zatruwa mieszkańców :D

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Tylko prostytutka zadowala wszystkich

Skip to entry content

I to taka dobrze płatna.

Taki typ profesji, że jej rolą jest spełnianie wszystkich zachcianek klienta. Niezależnie czy jej się to podoba, czy nie.  Ani oral, ani anal, ani finał na twarzy nie jest problemem. Bicie, plucie, przemoc, wiązanie? Pejcze i lateks? Pissing, fisting i każdy inny ing? Spoko. Kwestia kwoty.

Mimo wyobrażeń nastolatków i notorycznych koniobijców, prostytutki nie są niewyżytymi nimfomankami. Nie uprawiają seksu 7 dni w tygodniu, kilkanaście godzin na dobę, bo je to jara. Myślisz, że wewnętrzne spełnienie daje im tylko praca, w której mogą wykorzystać każdy otwór w swoim ciele? To nie tak, że one już od podstawówki marzyły o byciu wiadrem na spermę.

Robią to dla kasy.

 

One muszą

Zaspokajają wszystkich jak leci, to fakt. Ale nie z potrzeby serca, czy pochwy. Głównie z potrzeby pieniądza. Nie będę roztrząsał, czemu nie pójdą roznosić ulotek albo do pracy w Capgemini. Tym razem chcę skupić się na czymś innym.

Konkretnie na tym, że obcują z brudnymi, sflaczałym i śmierdzącymi penisami nie dla przyjemności, czy z poczucia wewnętrznej misji. Robią dobrze wszystkim oblechom, na widok których chce im się wymiotować, bo nie mają wyboru. Doprowadzają do ejakulacji ułomnych społecznie, niepełnosprawnych towarzysko i brzydkich, bo muszą.

 

Ja nie muszę

Nie jestem w trudniejszej sytuacji życiowej, niż większość Polaków. Mam gdzie (i na czym) spać, co jeść, a często nawet czego się napić (i od dłuższego czasu nie jest to woda z kranu).

Mieszkam w pięknym mieście, w którym chciałem mieszkać od wycieczki w 4-tej klasie podstawówki. Mam spoko ciuchy, sprawny rower i dobry sprzęt grający, na którym leci jeszcze lepsza muzyka. Mam świetnych przyjaciół, na których zawsze mogę polegać i nie gorszych czytelników, którzy jak trzeba to też pomogą.

I tym, którzy mają do mnie jakiś problem mogę powiedzieć adios, au revoir, auf wiedersehen, goodbye albo pocałuj mnie w odbyt.

Przygotowując wyniki naszego badania, przejrzałem wszystkie komentarze, które wpisywaliście w polu „I zawsze chciałeś mu powiedzieć, że”. Znalazły się tam takie komplementy jak:

nie ma mózgu

jak go czytam to widze zakąplesioną sierotkę ktrora nie ma żadnych przyjaciuł

jest dupkiem

większy buc nisz KoMINEK!

pewni nie miałeś nigdy dziewczyny i dlatego złożyłeś sobie blogaska

7% komentarzy było tego typu. Nie 80%, nie połowa, nawet nie jedna czwarta. 7%. 7 osób na sto miało do mnie jakieś „ale”. Czy mam jakiekolwiek podstawy by się tym przejmować? 93% czytelników uważa, że jestem spoko gościem, z którym można pogadać i o życiu, i o piciu. I o Bachu i kraku.

Czy powinienem sobie choć przez chwilę zaprzątać głowę tym, że jakiejś totalnej niszy, która skutecznie olewała lekcje polskiego, nie podoba się jak prowadzę bloga? Że ludziom, którzy nie mają pojęcia kim jestem, przeszkadza to, co i jak piszę? Czy powinienem dążyć do tego, żeby każdy kto wejdzie na Stay Fly rzygał tęczą, bo nie znalazł nic do czego mógłby się przyczepić lub nie zgodzić?

Czy nadrzędnym celem tego co robię, powinno być dążenie do usatysfakcjonowania 100% odwiedzających?

Nie. Nie jestem prostytutką, nie muszę zadowalać wszystkich.

 

Ty też nie!

Możesz mieć zarówno 17, jak i 57 lat. Możesz być szalonym licealistą, zdającym na dwójach każdy semestr lub odpowiedzialnym prezesem spółki notowanej na giełdzie. Możesz pochodzić z centrum Warszawy albo obrzeży Kasinki Małej. Naprawdę nie ważne, czy jesteś bananowcem przy kasie, czy wiecznie spłukanym pożyczgroszem.

W każdym, ale to w każdym przypadku, masz przenajświętsze prawo, oddać cieplutki stolec na czyjąś negatywną opinię.

Ludzie będą chcieli Cię zmieniać. Będą krytykowali Twoje zachowanie z różnych powodów. Mniej i bardziej racjonalnych. Często również dlatego, że sami chcieliby postępować jak Ty, ale są za bardzo zciotowani, by się na to zdobyć. Będą Ci mówić, że powinieneś zachowywać się tak, albo srak, bo „tak należy”, bo „tak wypada”, bo „Ash Ketchum z Pokemonów tak robił”.

Jak idealny byś nie był, zawsze znajdzie się ktoś, komu będzie w Tobie coś nie pasować.

A to za duży penis, a to zbyt fajne buty lub za dobrze ułożona fryzura. Sorry, ale za dużo jest ludzi na tej planecie, żebyś dla wszystkich był okej. Choćbyś załatał wszystkie dziury na osiedlowych drogach i rozwiął problem głodu w Etiopii, w końcu i tak spotkasz kogoś, kto powie, że jesteś chujem.

Olej to. „Hakuna matata” jakby to powiedzieli moi mentorzy z dzieciństwa.

Chcesz połechtać swoje ego? Zrób badanie czytelników

Skip to entry content

Wyniki są pozytywne. Wszyscy są zdrowi i będą żyć!

No dobra, nie wszyscy ale większość. Zdecydowana większość.

Nie ukrywam, że trochę bałem się wyników tego badania. Głównie pozycji „jak oceniasz wygląd bloga” i „co sądzisz o autorze”. Bo jeśli zaznaczylibyście, że Stay Fly ma gorszy layout, niż blog Anny Muchy, a autor jest większym kosmitą, niż Sheldon Cooper, to… To nie wiem co (na szczęście). Pewnie zrobiłoby mi się smutno i przez tydzień bym nic nie napisał. A tak mam wielką (naprawdę dużą!) motywację do działania, pisania, kręcenia się na łokciu i stania na głowie, bo:

  • uważacie, że blog nie jest brzydki (kilka osób napisało nawet, że jest ładny)
  • wchodzicie na niego, bo możecie znaleźć coś więcej, niż zdjęcia kotów
  • a ja w Waszych oczach na szczęście nie jestem autystycznym odludkiem z monobrwią na pół twarzy (staram się ją przycinać)

Ale, ale. Zanim rozpłynę się w ciepłym deszczu samouwielbienia, dowiedzmy się…

 

Kim jest przeciętny czytelnik Stay Fly?

Wiadomo, że Stay Fly czytają sami nieprzeciętni ludzie, więc to pytanie jest antytezą, paradoksem i oksymoronem w jednym. Gdybyśmy jednak chcieli stworzyć wirtualną sylwetkę takiego czytelnika (a chcemy), to przede wszystkim okazałoby się, że jest on czytelniczką.

W wieku między 19 a 24 rokiem życia.

I mieszka w mieście do miliona mieszkańców (czyli takim jak Kraków).

A etap edukacji na którym obecnie się znajduje to studia.

 

Co sądzi o blogu?

Ta hiper inteligentna studentka, z uśmiechem rozświetlającym najciemniejsze zakamarki Kurdwanowa, czyta Stay Fly od co najmniej 3 miesięcy.

Wchodzi na niego raz na 2-3 dni.

Głównie przez Facebooka (choć, o dziwo, sporadycznie zdarza się też, że robi to przez rss).

Uważa, że częstotliwość z jaką piszę jest jak najbardziej spoko.

A teksty nie powinny być ani dłuższe, ani krótsze.

Na blogu jest przede wszystkim przez ciekawe tematy, choć równie istotny jest dla niej styl autora (yeah!).

Najciekawsza kategoria tekstów na blogu, którą będę rozwijał to „jak żyć”.

A najmniej interesująca, która zginie śmiercią naturalną, to niestety Kraków.

Jeśli nie komentuje tekstów to tylko dlatego, że nie ma takiej potrzeby.

Layout/dizajn/grafika bloga podoba jej się, gdyż najczęściej ocenia ją na 9 (łouł!). A na pewno powyżej 7.

Czytając moje wywody na temat zaginionych cywilizacji, disco polo, życia na Marsie i damskich butów uważa, że jestem spoko gościem (uff…).

 

Wnioski, wnioski, wnioski

Nie powiem kurtuazyjnie, że dokonałem wielkich odkryć, bo tak się nie stało. Raczej utwierdziłem się w sprawach, które podpowiadała mi moja intuicja. Wiem, że już dawno wyszedłem poza Kraków i jest tu masa osób z innych miejsc Polski, a nawet Europy.

Wiem, że na blogu jesteście głównie przez teksty około-życiowe. To właśnie na nich będę najbardziej się skupiał, co nie znaczy, że zrezygnuję z innych tematów. W żadnym wypadku. Muzyka, film i jedzenie są równie istotnym elementami mojego życia, co psychologiczno-socjologiczne rozkminy. Także możecie być pewni, że nagle nie wyparują.

Najciekawsze (i muszę powiedzieć, że zaskakujące) byłby Wasze komentarze przy pozycji „I zawsze chciałeś mu powiedzieć, że”. Od miłosnych wyznań z propozycją stosunku, przez serdeczne zaproszenia na piwo, po nienawiść. Niektóre obelgi były nawet całkiem efektowne, ale większość jednak sprowadzała się do tego, że jestem gruby, łysy i pryszczaty.  To jednak temat na zupełnie inny wpis (dzięki za inspirację!).

Co do tych propozycji wspólnego piwa/wina/wódki/bimbru/radzieckiej deszczówki, to było ich całkiem sporo (więcej, niż 2!). I nie chciałbym cisnąć zbędnej wazeliny, ale zrobiło mi się milej, niż w Boże Narodzenie, gdy pod choinką znalazłem zestaw Lego. Chciałbym napisać coś ultra błyskotliwego, ale ograniczę się do „dziękuję”. To moment, na który czeka każdy twórca. 

I tak na marginesie,  zastanawiam się właśnie, czy nie głupim pomysłem byłoby zrobienie jakiejś stayfly’owej imprezy z czytelnikami. Na przykład na drugie urodziny bloga?