Close
Close

Gdy pierwszy raz zobaczyłem „Vicky, Cristina, Barcelona” zakochałem się w tym filmie. Zauroczyłem się Scarlett Johansson, w Penelopie byłem zadurzony od dawna, a Hiszpania zaczęła mi się jawić jako raj na ziemi. Barcelona została tam przedstawiona w takim sposób, że w zasadzie zapałałem miłością do wszystkiego poza Javierem Bardemem (zbyt owłosiony jak dla mnie).

Gdy chciałem poczuć smak lata – puszczałem ten film. Gdy chciałem zapomnieć o problemach pierwszego świata – puszczałem ten film. Gdy chciałem poczuć się jak kochający życie choćby nie wiem co, wyluzowany do granic możliwości Hiszpan – brałem butelkę przeciętnego wina i siadałem nad Wisłą. Wyobrażając sobie oczywiście, że wyleguję się w samo południe na leżaczku, w jednym z kolorowszych zakątków Barcelony.

5 lat tak mnie wyobraźnia ponosiła i za każdy razem  mówiłem sobie, że fajnie byłoby pojechać (a nawet polecieć), ale:

  • nie mam kasy
  • nie mam czasu
  • nie mam kremu z filtrem UV
  • nie mam spreju na komary
  • ani szczepionek na hiszpańskie muchy i 147 innych rzeczy, które będą świetną wymówka, żeby nie zamienić tej fantazji w rzeczywistość

Aż do wczoraj. Wczoraj pomyślałem sobie

Ty stary zgredzie! Masz 25 lat, a świrujesz natchnionego mistrza Yodę! Mówisz ludziom, że mają z domu wychodzić,  że mają do panien podchodzić, że mają marzeń nie sprzedawać, a ty co? Leży na kanapie i gdybasz jakbyś był spokrewniony z DKA. Weź się ogarnij ziooom!

No i się wziąłem i się ogarnąłem i…

 

Lecę!

A w zasadzie to lecimy, bo oprócz mnie i pilota, na pokładzie będzie też mój przyjaciel malarz. Nie łatwo było namówić Patryka na tę podróż, ale logiczno-rozsądkowe argumenty wzięły górę.

Ja: Yo, jest opcja na tani lot do Barcelony, wchodzisz?

Patryk: Ile?

Ja: 240 ze wszystkim w dwie strony.

Patryk: Drogo.

Ja: Stary nie świruj, będziemy iść śladami Woody’ego Allena!

Patryk: No nie wiem, aż tak mnie nie jarają jego filmy.

Ja: Będziemy pić dobre winko, siedzieć na plaży i zajadać się smakołykami, których nie znajdziesz w Tesco!

Patryk: W przyszłym tygodniu jest tydzień hiszpański w Lidlu.

Ja: Cholera… a wiesz, że Hiszpanki chodzą bez staników i opalają się topless?

Patryk: Kup bilety, przeleję Ci kasę.

No i stało się. Bilety są, hajs się odkłada, a podjarka wylotem topi asfalt. Ruszamy 23-go kwietnia, wracamy 27-go. Tylko tak właściwie, jeszcze do końca nie wiemy…

 

Co my tam będziemy robić?

Oprócz podziwiania nadmorskich widoków, chcemy zobaczyć wszystko co trzeba zobaczyć:

  • istotne galerie
  • nienudne muzea
  • malownicze ogrody
  • charakterystyczne zabytki
  • i wszelkie restauracje, knajpy, bary i inne miejscówki bez których wizytę w Barcelonie nie można uznać za udaną.

To jest ten moment czytelniku, w który ja się zamykam, a Ty się chwalisz. Śmiało, pochwal się, jeśli już tam byłeś! Pochwal się i powiedz zaściankowemu blogerowi z Krakowa, który nie wystawia nosa poza linie rolet okiennych, co NAPRAWDĘ warto zobaczyć w Barcelonie.

Gdzie ktoś taki jak ja MUSI pójść i co MUSI zjeść (i wypić), jeśli chce nazywać się blogerem lifestyle’owym i wrócić z tego miejsca bez uczucia niedosytu?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Żywiec znów mnie podrywa i wie jak to robić

Skip to entry content

Jakiś czas temu pisałem Wam, że Żywiec mnie podrywa. Ów podryw związany był z grą słowną, którą wówczas promowali. Akcja układania „lepieji” się skończyła, a zaloty trwają nadal i muszę przyznać, że są całkiem sensowne.

Ich nowa butelka ma faktycznie fajny dizajn, a wskaźnik poziomu schłodzenia to niezły bajer, ale złapali mnie za serce tym, że odnieśli się do mojej parapetówki. Nie ma co ściemniać, połechtali mojego ego właściwym piórkiem. Możemy randkować.

Analogowy człowiek w cyfrowym świecie

Skip to entry content

Zdjęcia robię telefonem, zakupy zamawiam przez internet, za czynsz płacę przelewem, a nietrafione prezenty wystawiam na Allegro. W dodatku piszę bloga. Coś co bez komputera i internetu nie miałoby racji bytu. Jasne.

Jak chcę iść do kina, to też nie biegam po mieście sprawdzając repertuar w każdym po kolei, tylko wchodzę na stronę. Podobnie ma się sprawa z tramwajami i pociągami. Tyle, że to czynności użytkowo/funkcjonalne, które ułatwiają mi życie. Powodują, że większość spraw mogę załatwić pstryknięciem palców i mam więcej czasu. Właśnie…

 

Więcej czasu na co?

Ta cała cyfryzacja i potęp technologiczny jest nam potrzebny po to, żebyśmy mogli masturbować się w myślach nowymi modelami telefonów? Żeby jeszcze więcej czasu spędzać w sieci i dostawać erekcji, gdy na Androdzie zaktualizuje się aplikacja do obsługi Facebooka?

Cytując złotoustego filozofa z mojego miasta – nie sądzę.

Te wszystkie innowacje i udogodnienia techniczne powinny pomagać nam pielęgnować i pogłębiać relacje, a nie degradować je i spłaszczać.

Jak byłem dzieciakiem, to po szkole wszyscy spotykali się na placu i grali w państwa-miasta, puszkę albo mecza (pisownia celowa). Teraz małolaty wysyłają sobie smsy składające się ze skrótów, emotikonek i monosylab i grają w Fifę po sieci. Nie mówię, że nie powinny tak robić, bo zima w tym kraju trwa pół roku i w mroźne dni muszą jakoś spędzać czas, ale latem gdy jest ciepło, też ich już nie widzę na podwórku. A poza samym aktem gry w chowanego, czy zbijaka, nawiązywało i zacieśniało się relacje. To była wielka wartość, dużo większa od samej gry. Kliknięcie lajka pod statusem kolegi, że dostał dzidę z matmy tego nie zastąpi.

Tak samo, nigdy poważnie nie traktowało się treści pisanych na Gadu-Gadu, bo wiadome było, że to jest jakaś namiastka kontaktu, a prawdziwe relacje są poza komputerem. Jeśli się z tym nie zgadzasz, to powiedz, czy brałaś poważnie kolesia, który pytał Cię o chodzenia na Gadu? Albo czy traktujesz jako w pełni poczytalną laskę, która zrywa z Tobą przez Facebooka? To było żenujące i w najlepszym wypadku śmieszne, bo każdy przy zdrowych zmysłach wiedział, że tak się nie robi. Że internet to jest atrapa, marna karykatura kontaktu z drugim człowiekiem, a nie pełnoprawny substytut.

 

Życzenia przez Facebooka

W niedzielę miałem urodziny. Któreś z kolei odkąd mam Facebooka. W poprzednich latach nie obyło się bez szczerych i zaangażowanych życzeń, w postaci spamu na tablicy typu:

  • 100!
  • stuffka
  • najlepszego
  • stolat

Strasznie mnie to irytowało, bo dla mnie to gówno, a nie życzenia. Jakieś pseudo udawanie znajomości, imitacja. W związku z moim odrealnieniem od rozprzestrzenianych trendów, poprosiłem osoby, którym szkoda 50 groszy na wykonanie telefonu i normalną rozmowę, żeby łaskawie mnie nie wkurwiały i nie wklejały mi takiego badziewia. Nie pomogło, dlatego w tym roku uniemożliwiłem dodawanie czegokolwiek na mój profil i oszczędziłem sobie załamywania rąk nad tym, jak wiele ludzie mają mi do przekazania w dniu mojego święta.

Tak, jestem nieczułym, bezdusznym gburem, bo nie cieszy mnie wklejenie na tablicę hasła „stówka”.

Jeśli przyjaźnisz się z kimś, kumplujesz, jakaś osoba jest Ci bliska i zależy Ci na relacji z nią, to na miłość boską nie wklejasz jej „stooo!!!11” na jakiejś pieprzonej, wirtualnej tablicy! Umawiasz się z nią, dzwonisz do niej, a w ostateczności piszesz. A jeśli masz ją w okolicach odbytu, na ulicy wymieniacie tylko „cześć-nara” i ostatnio widziałeś ją w 1410, to po jaką cholerę silisz się na tę totalnie zbędną kurtuazję?

Jeśli przyjaźnisz się z kimś, kumplujesz, jakaś osoba jest Ci bliska i zależy Ci na relacji z nią, to mimo, że piłeś do 7 rano i masz mega kaca, pamiętasz, że dziś ma urodziny. Wyciągasz ją pod sensownym pretekstem z domu, po to by reszta jej przyjaciół mogła przygotować imprezę niespodziankę. Ściągasz ludzi z każdego końca miasta, żeby czekali półtorej godziny na solenizanta, aż wróci do mieszkania. Widok jego zaskoczonej miny i łez wzruszenia, gdy 16 osób w jego pokoju śpiewa mu „sto lat”, wart jest czasu, poświęceń i pieniędzy.

Tak robią ludzie, którzy wiedzą, że relacje międzyludzkie są poza siecią. Tak zrobili moi przyjaciele. Nie wyobrażasz sobie jak się cieszę, że mam takich ludzi przy sobie.

 

Kondolencje przez Facebooka

Co na to obrońcy życia w sieci? Zapewne powiedzą, że

  • nie żyjemy w epoce kamienia łupanego i nie rozpalamy ognisk ciosając krzemień o krzemień
  • portale społecznościowe ułatwiają kontakt, są krokiem w przód z komunikacją
  • wiadomość na Fejsie, to taki sam kontakt jak każdy inny
  • blablablabla

Spoko. Nie życzę Ci tego, ale przyjąłbyś kondolencje złożone przez Facebooka? Przecież [*] wklejony na tablicę, to znicz jak każdy inny. Liczy się pamięć, co nie?

 

32 słowa na koniec

Uprawiajmy seks offline. Kłóćmy się w realu. Wysyłajmy listy miłosne Pocztą Polską. Zrywajmy ze sobą twarzą w twarz i nie składajmy sobie życzeń na facebookowej tablicy. Bądźmy analogowymi ludźmi w cyfrowym świecie.