Close
Close

Gdy pierwszy raz zobaczyłem „Vicky, Cristina, Barcelona” zakochałem się w tym filmie. Zauroczyłem się Scarlett Johansson, w Penelopie byłem zadurzony od dawna, a Hiszpania zaczęła mi się jawić jako raj na ziemi. Barcelona została tam przedstawiona w takim sposób, że w zasadzie zapałałem miłością do wszystkiego poza Javierem Bardemem (zbyt owłosiony jak dla mnie).

Gdy chciałem poczuć smak lata – puszczałem ten film. Gdy chciałem zapomnieć o problemach pierwszego świata – puszczałem ten film. Gdy chciałem poczuć się jak kochający życie choćby nie wiem co, wyluzowany do granic możliwości Hiszpan – brałem butelkę przeciętnego wina i siadałem nad Wisłą. Wyobrażając sobie oczywiście, że wyleguję się w samo południe na leżaczku, w jednym z kolorowszych zakątków Barcelony.

5 lat tak mnie wyobraźnia ponosiła i za każdy razem  mówiłem sobie, że fajnie byłoby pojechać (a nawet polecieć), ale:

  • nie mam kasy
  • nie mam czasu
  • nie mam kremu z filtrem UV
  • nie mam spreju na komary
  • ani szczepionek na hiszpańskie muchy i 147 innych rzeczy, które będą świetną wymówka, żeby nie zamienić tej fantazji w rzeczywistość

Aż do wczoraj. Wczoraj pomyślałem sobie

Ty stary zgredzie! Masz 25 lat, a świrujesz natchnionego mistrza Yodę! Mówisz ludziom, że mają z domu wychodzić,  że mają do panien podchodzić, że mają marzeń nie sprzedawać, a ty co? Leży na kanapie i gdybasz jakbyś był spokrewniony z DKA. Weź się ogarnij ziooom!

No i się wziąłem i się ogarnąłem i…

 

Lecę!

A w zasadzie to lecimy, bo oprócz mnie i pilota, na pokładzie będzie też mój przyjaciel malarz. Nie łatwo było namówić Patryka na tę podróż, ale logiczno-rozsądkowe argumenty wzięły górę.

Ja: Yo, jest opcja na tani lot do Barcelony, wchodzisz?

Patryk: Ile?

Ja: 240 ze wszystkim w dwie strony.

Patryk: Drogo.

Ja: Stary nie świruj, będziemy iść śladami Woody’ego Allena!

Patryk: No nie wiem, aż tak mnie nie jarają jego filmy.

Ja: Będziemy pić dobre winko, siedzieć na plaży i zajadać się smakołykami, których nie znajdziesz w Tesco!

Patryk: W przyszłym tygodniu jest tydzień hiszpański w Lidlu.

Ja: Cholera… a wiesz, że Hiszpanki chodzą bez staników i opalają się topless?

Patryk: Kup bilety, przeleję Ci kasę.

No i stało się. Bilety są, hajs się odkłada, a podjarka wylotem topi asfalt. Ruszamy 23-go kwietnia, wracamy 27-go. Tylko tak właściwie, jeszcze do końca nie wiemy…

 

Co my tam będziemy robić?

Oprócz podziwiania nadmorskich widoków, chcemy zobaczyć wszystko co trzeba zobaczyć:

  • istotne galerie
  • nienudne muzea
  • malownicze ogrody
  • charakterystyczne zabytki
  • i wszelkie restauracje, knajpy, bary i inne miejscówki bez których wizytę w Barcelonie nie można uznać za udaną.

To jest ten moment czytelniku, w który ja się zamykam, a Ty się chwalisz. Śmiało, pochwal się, jeśli już tam byłeś! Pochwal się i powiedz zaściankowemu blogerowi z Krakowa, który nie wystawia nosa poza linie rolet okiennych, co NAPRAWDĘ warto zobaczyć w Barcelonie.

Gdzie ktoś taki jak ja MUSI pójść i co MUSI zjeść (i wypić), jeśli chce nazywać się blogerem lifestyle’owym i wrócić z tego miejsca bez uczucia niedosytu?

(niżej jest kolejny tekst)

58
Dodaj komentarz

avatar
29 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
Barcelona część I – Wimdu, Antoni Gaudi i paella | Stay Fly - blog lifestylowyLecę! | Stay Fly - blog lifestylowyolgacecyliaAleksandra Ida MokwaAgata Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rafał Lisiak
Gość

Bloger lifestyle’owy nic nie musi. Ja na twoim miejscu wysiadłbym na lotnisku i poszedł wszędzie tam, gdzie mnie oczy poniosą. I zapamiętaj to zdanie z pewnego bloga (nie wiem czy wypada linkować do konkurencji;)): „Ja w Disney World z mapą, wedle, wzdłuż i wszerz. On gdzie ładniej, gdzie nogi poniosą. I co z tego, że coś ominie? Wakacje są. Ma być fajnie. A nie wedle. ” Ma być fajnie. Reszta się nie liczy.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ogólnie to ani bloger, ani górnik, ani nawet ratownik medyczny nic nie musi, ale w tym wypadku „musi” równa się „bardzo chce”. Gdybym pojechał do Indii albo w głąb Afryki z Cejrowskim, to jasne, szedłbym gdzie mnie nogi poniosą. Ale jadąc do Barcelony, chcę maksymalnie poznać to miasto. Strasznie bym żałował, gdyby przeoczył coś co już po samym zdjęciu w Google street view zapiera dech w piersiach. A na marginesie, to mogłeś śmiało linka wrzucić :)

Daria
Gość
Daria

Jezuuu Barcelona, zazdroszczę! Na pewno muscie wdrapac się na Park Montjuic (piekne wzgorze) i przejść się La Ramblas (najwiekszy deptak), bo punkty nr 1 w Barcelonie :)

Alicja W.
Gość
Alicja W.

Polecam Placa Espanya i Fuente Magica – pokaz wody, światła i muzyki. Spektakle odbywają się od czwartku do niedzieli (chyba od 21, ale nie jestem pewna:))Ponadto ze wzgorza Montjuic można podziwiać panoramę miasta oraz Tibidabo. Coś wspaniałego :)

Olga Cecylia
Gość

Ja uwielbiam sztukę i architekturę, więc Gaudi, Gaudi i jeszcze raz Gaudi – punkty nr 1 w Barcelonie to nie żadna Rambla (deptak jak deptak, stragany z chińszczyzną jak wszędzie) czy Montjuic, ale Parc Guell, Sagrada Famiglia, Casa Mila, Casa Battlo i Palau Guell. Polecam wypożyczyć rower.

A więcej: http://www.ich4pory.pl/2012/11/2-dni-w-barcelonie.html – ze szczególnym uwzględnieniem tego, czego nie zobaczyłyśmy z braku czasu :-) Fontannę odpuśćcie, szkoda czasu, kto zna jedną, ten zna wszystkie ;-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Gaudiego to Patryk na pewno będzie forsował, ale fontannę też byśmy zaliczyli,w Krakowie tak mało ich :(

Olga Cecylia
Gość

Barcelona to miasto Gaudiego! Nie sposób tego ominąć, choćby oglądając z zewnątrz. Wejście do Parc Guell jest za darmo, do kamienic się płaci. A do picia – cava, czyli wino musujące. No i jak Hiszpania, to oliwki! Nawet w takich ichnich Biedronkach są świetne sery, oliwki i wędliny. Jeśli lubisz owoce morza, to też dobre miejsce, żeby się nimi delektować :-) Fontanna w kwietniu tańczy w piątki i w soboty, co pół godziny od 19 do 20:30. Metro Catalunya :-) Przy okazji możecie zaliczyć to Montjuic, bo to właściwie zaraz obok – całe wzgórze było terenem wystawy światowej w międzywojniu… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dzięki za szczegóły, zwłaszcza odnośnie rowerów! Ze wszystkich komentarzy mam tyle materiału do zwiedzania, że chyba będę musiał tam spędzić miesiąc, albo przylecieć jeszcze z 3 razy :)

Ola
Gość
Ola

Olga, co do wnętrza Sagrada Familia, nie zgodzę się – moim zdaniem warto popodziwiać grę światła przefiltrowanego przez witraże zabarwiającego białe kolumny :) Jasne, biorąc pod uwagę, że to ciągły plac budowy, cena jest jeszcze bardziej przesadzona niż w przypadku Casa Mila i Casa Battló, ale ja nie żałuję wydanych pieniędzy.

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Zawsze jak to mówię, wychodzę na jakiegoś zblazowanego snoba, ale… czy te witraże różnią się tak bardzo od witraży wszystkich innych znanych kościołów? Generalnie to postanowiłam sobie zwiedzić wnętrze SF kiedy skończą remont. Pojadę sobie na emeryturze ;-)

olgacecylia
Gość
olgacecylia

I jeszcze poprawka – do fontanny i Montjuic to oczywiście metro Espanya! Albo rower :-)

Ania
Gość
Ania

Sagrada Familia, naprawdę warto wydać trochę kasy, żeby tam wejść. Niech kolejki Cie nie przestrasza, bo dość sprawnie idą, a żeby stać jak najkrócej, to polecam z doświadczenia iść tam koło godziny 10 rano :D Park Guell też jest niesamowity i trzeba go zobaczyc :) a jak będziesz się wybierał pod Palau National, to najlepiej wieczorem w pt/sb, bo od bodajże 21 co poł godziny jest serwowany pokaz fontann ;) i zjedz sobie ich baguetina z chorizo, niby zwykła bagietka, ale pyszniutka!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Żywiec znów mnie podrywa i wie jak to robić

Skip to entry content

Jakiś czas temu pisałem Wam, że Żywiec mnie podrywa. Ów podryw związany był z grą słowną, którą wówczas promowali. Akcja układania „lepieji” się skończyła, a zaloty trwają nadal i muszę przyznać, że są całkiem sensowne.

Ich nowa butelka ma faktycznie fajny dizajn, a wskaźnik poziomu schłodzenia to niezły bajer, ale złapali mnie za serce tym, że odnieśli się do mojej parapetówki. Nie ma co ściemniać, połechtali mojego ego właściwym piórkiem. Możemy randkować.

Analogowy człowiek w cyfrowym świecie

Skip to entry content

Zdjęcia robię telefonem, zakupy zamawiam przez internet, za czynsz płacę przelewem, a nietrafione prezenty wystawiam na Allegro. W dodatku piszę bloga. Coś co bez komputera i internetu nie miałoby racji bytu. Jasne.

Jak chcę iść do kina, to też nie biegam po mieście sprawdzając repertuar w każdym po kolei, tylko wchodzę na stronę. Podobnie ma się sprawa z tramwajami i pociągami. Tyle, że to czynności użytkowo/funkcjonalne, które ułatwiają mi życie. Powodują, że większość spraw mogę załatwić pstryknięciem palców i mam więcej czasu. Właśnie…

 

Więcej czasu na co?

Ta cała cyfryzacja i potęp technologiczny jest nam potrzebny po to, żebyśmy mogli masturbować się w myślach nowymi modelami telefonów? Żeby jeszcze więcej czasu spędzać w sieci i dostawać erekcji, gdy na Androdzie zaktualizuje się aplikacja do obsługi Facebooka?

Cytując złotoustego filozofa z mojego miasta – nie sądzę.

Te wszystkie innowacje i udogodnienia techniczne powinny pomagać nam pielęgnować i pogłębiać relacje, a nie degradować je i spłaszczać.

Jak byłem dzieciakiem, to po szkole wszyscy spotykali się na placu i grali w państwa-miasta, puszkę albo mecza (pisownia celowa). Teraz małolaty wysyłają sobie smsy składające się ze skrótów, emotikonek i monosylab i grają w Fifę po sieci. Nie mówię, że nie powinny tak robić, bo zima w tym kraju trwa pół roku i w mroźne dni muszą jakoś spędzać czas, ale latem gdy jest ciepło, też ich już nie widzę na podwórku. A poza samym aktem gry w chowanego, czy zbijaka, nawiązywało i zacieśniało się relacje. To była wielka wartość, dużo większa od samej gry. Kliknięcie lajka pod statusem kolegi, że dostał dzidę z matmy tego nie zastąpi.

Tak samo, nigdy poważnie nie traktowało się treści pisanych na Gadu-Gadu, bo wiadome było, że to jest jakaś namiastka kontaktu, a prawdziwe relacje są poza komputerem. Jeśli się z tym nie zgadzasz, to powiedz, czy brałaś poważnie kolesia, który pytał Cię o chodzenia na Gadu? Albo czy traktujesz jako w pełni poczytalną laskę, która zrywa z Tobą przez Facebooka? To było żenujące i w najlepszym wypadku śmieszne, bo każdy przy zdrowych zmysłach wiedział, że tak się nie robi. Że internet to jest atrapa, marna karykatura kontaktu z drugim człowiekiem, a nie pełnoprawny substytut.

 

Życzenia przez Facebooka

W niedzielę miałem urodziny. Któreś z kolei odkąd mam Facebooka. W poprzednich latach nie obyło się bez szczerych i zaangażowanych życzeń, w postaci spamu na tablicy typu:

  • 100!
  • stuffka
  • najlepszego
  • stolat

Strasznie mnie to irytowało, bo dla mnie to gówno, a nie życzenia. Jakieś pseudo udawanie znajomości, imitacja. W związku z moim odrealnieniem od rozprzestrzenianych trendów, poprosiłem osoby, którym szkoda 50 groszy na wykonanie telefonu i normalną rozmowę, żeby łaskawie mnie nie wkurwiały i nie wklejały mi takiego badziewia. Nie pomogło, dlatego w tym roku uniemożliwiłem dodawanie czegokolwiek na mój profil i oszczędziłem sobie załamywania rąk nad tym, jak wiele ludzie mają mi do przekazania w dniu mojego święta.

Tak, jestem nieczułym, bezdusznym gburem, bo nie cieszy mnie wklejenie na tablicę hasła „stówka”.

Jeśli przyjaźnisz się z kimś, kumplujesz, jakaś osoba jest Ci bliska i zależy Ci na relacji z nią, to na miłość boską nie wklejasz jej „stooo!!!11” na jakiejś pieprzonej, wirtualnej tablicy! Umawiasz się z nią, dzwonisz do niej, a w ostateczności piszesz. A jeśli masz ją w okolicach odbytu, na ulicy wymieniacie tylko „cześć-nara” i ostatnio widziałeś ją w 1410, to po jaką cholerę silisz się na tę totalnie zbędną kurtuazję?

Jeśli przyjaźnisz się z kimś, kumplujesz, jakaś osoba jest Ci bliska i zależy Ci na relacji z nią, to mimo, że piłeś do 7 rano i masz mega kaca, pamiętasz, że dziś ma urodziny. Wyciągasz ją pod sensownym pretekstem z domu, po to by reszta jej przyjaciół mogła przygotować imprezę niespodziankę. Ściągasz ludzi z każdego końca miasta, żeby czekali półtorej godziny na solenizanta, aż wróci do mieszkania. Widok jego zaskoczonej miny i łez wzruszenia, gdy 16 osób w jego pokoju śpiewa mu „sto lat”, wart jest czasu, poświęceń i pieniędzy.

Tak robią ludzie, którzy wiedzą, że relacje międzyludzkie są poza siecią. Tak zrobili moi przyjaciele. Nie wyobrażasz sobie jak się cieszę, że mam takich ludzi przy sobie.

 

Kondolencje przez Facebooka

Co na to obrońcy życia w sieci? Zapewne powiedzą, że

  • nie żyjemy w epoce kamienia łupanego i nie rozpalamy ognisk ciosając krzemień o krzemień
  • portale społecznościowe ułatwiają kontakt, są krokiem w przód z komunikacją
  • wiadomość na Fejsie, to taki sam kontakt jak każdy inny
  • blablablabla

Spoko. Nie życzę Ci tego, ale przyjąłbyś kondolencje złożone przez Facebooka? Przecież [*] wklejony na tablicę, to znicz jak każdy inny. Liczy się pamięć, co nie?

 

32 słowa na koniec

Uprawiajmy seks offline. Kłóćmy się w realu. Wysyłajmy listy miłosne Pocztą Polską. Zrywajmy ze sobą twarzą w twarz i nie składajmy sobie życzeń na facebookowej tablicy. Bądźmy analogowymi ludźmi w cyfrowym świecie.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!