Close
Close

Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera

Skip to entry content

Kontynuuję swoją drogę szafiarza. Głownie dlatego, że wciąż nie udało mi się zdobyć 100 komentarzy pod wpisem, a blogerkom modowym to przychodzi ot, tak (choć przy wpisie z parapetówkową playlistą już było baaardzo blisko). Zazdrość, zazdrość, zazdrość i trochę misji.

Przy poprzednim wpisie z ciuchami, zrobiłem sobie foty na tle świetnej (i docenianej nie tylko w Polsce) pracy street artowej. Niestety, tylko jeden z czytelników zwrócił uwagę na fakt, że to dzieło NAWERa – świetnego dizajnera. Mam nadzieję, że przy tym wpisie będzie inaczej i wszyscy bardziej, niż na to co mam na sobie, zwrócę uwagę na to co mam za sobą. Bo praca to również wybitna i w nie byle jakim miejscu, bo na domu Jóźefa Mehoffera (sprawdź kiedy możesz go odwiedzić za darmo).

Kto pierwszy ten lepszy, kto drugi ten czyści fugi. Jaki krakowski mural ma za sobą?

(niżej jest kolejny tekst)

30
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
Fly Style #3 – Chodzę po ścianach jak człowiek-pająk | Stay Fly - blog lifestylowyAlicja GawineckaGrzeczny ChłopiecMagdalena NowakSaga Sachnik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Patrycja Paula Gas
Gość

aj w ostatnich miesiącach siedząc a Indonezji wypadłam z obiegu i już nie wiem co jest pięć w Krakowie więc z muralem się nie popiszę, jedynie chciałam podziękować za StayFly, bo to jest moja kładka do krakowskiego świata, za którym już zdążyłam zatęsknić. Outfit przyjemny, stonowany i klasyczny, a jednocześnie wyluzowany; nu, jedynie spodnie dość odważne, nie w moim guście, ale też niezbyt drażniące, nu, ale przecież tylko prostytutka wszystkim dogodzi :) jak faluje w alladynach czy szarawarach, to tez się nie wszystkim podoba. Pozdrowienia z Jawy

Grzeczny Chłopiec
Gość

Indonezja, łouł! Jaram się, że Stay Fly dociera tak daleko :)

Katarzyna Biernat
Gość
Katarzyna Biernat

czekam aż w środku lata pojawisz się w tych bandażach ;)

Justyna Sekuła
Gość

Ja dalej nie wiem, jak Ty w tym oddychasz ;).

Grzeczny Chłopiec
Gość

Najczęściej przez usta, czasem przez nos :)

Monika
Gość

Piąte zdjęcie (to z ręką) perfekcyjne zbliżenie na detal, gratuluję!
buziaczki xoxoxoxox

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dzięki, dzięki cały dzień ćwiczyłem i dodałem Cię też do obserwowanych.

Martyna Baran
Gość

podwinięte nogawki +10 do SWAG :D
soooooł hipsta: ) ale ładnie :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Swagowo to by było jakby miał wpuszczone w skarpety :)

Martyna Baran
Gość

W takim razie to jest Swag dla gimbusów albo dla początkujących (w sumie to chyba to samo?) ;)

Paulina Ziętarska
Gość

M-City 658?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Brawo, brawo Pani Paulino!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Nikt już nie pamięta kim jest Nelly Furtado

Skip to entry content

 Mówi Ci coś „Maneater”? Sam tytuł pewnie nie wiele, ale jakbyś usłyszał pierwsze takty od razu zacząłbyś się bujać. A „Promiscuous”? Założę się, że tu już lepiej. Pojawił się jakiś szum w głowie, jakieś obrazy dziewczyn wijących się w klubie. Gdzieś z okolic potylicy, dobiega do Ciebie słodkie nucenie seksownej brunetki z Kanady. Jeśli jeszcze nie odleciałeś myślami do wydarzeń z 7 lat wstecz, to zrobisz to przy kolejnym tytule.

 

„Say it right”!

I jak, jesteś już w 2006? Nie wiem, co Ty robiłeś w tym okresie, ale ja razem z Justinem odkrywałem przywileje pełnoletniości i miejsca, w których dziewczyna może mieć kolczyk. „Powiedz to wprost” leciało wszędzie. Wszędzie, wszędzie, wszędzie. Jeśli „Like a virgin” jest nieśmiertelne dla mojej mamy, to „Say it right” jest ponadczasowe dla mnie. Bujam się przy tym, wzruszam i skaczę. Pełen wachlarz emocji.

Banalnie to zabrzmi, ale ten kawałek to hit. I teraz bardzo istotne pytanie…

 

Dlaczego?

Dlaczego tak jest, że jedne utwory stają się wykraczającymi poza swoją epokę klasykami, a inne bezpamiętnie rozpływają się w eterze fal radiowych?

Powiesz, że to zależy od wykonawcy. Jasne. Niektórzy są po prostu słabi, a inni beznadziejni i giną gdzieś między Ewą Sonet, a Jeden Osiem L. Ale co z taką Nelly Furtado? Ma oryginalny akcent, charakterystyczną barwę głosu i wyciąga więcej oktaw, niż potrzeba by zrobić „e-e, ela-ela”. Ujmując to dwoma słowami – śpiewa świetnie. A mimo to, jej jedyna płyta, z której jesteś w stanie wymienić utwory to „Loose”.

Czy na pozostałych 4 śpiewa gorzej? Skądże! Czy po ciąży się roztyła i nikt już nie ślini się na jej widok, oprócz osobistych dietetyków? A gdzie tam! Na wszystkich 5 albumach śpiewa równo i stale doprowadza do wrzenia, choćby samym spojrzeniem.

Nie masz pojęcia czy Nelly Furtado żyje, czy umarła, bo zmieniła producenta.

 

Śpieszmy się kochać dobrych producentów, tak szybko dochodzą

Wokalista jest twarzą utworu, jego wizytówką. Jest jeźdźcem, kierowcą, sternikiem, ale to producent jest statkiem.

Nawet najlepszy kapitan nie popłynie na zdezelowanej łajbie, nie mówiąc już o dziurawej tratwie. Bez dobrego podkładu nie da się zrobić dobrego utworu. To podkład niesie wokalistę, pozwala mu rozwinąć skrzydła i lecieć. Żeby wzbijać się w przestworza trzeba mieć dobry samolot, a Nelly miała jeden z najlepszych.

„Loose” dlatego okryła się diamentem tylko w samej Polsce (tak, ta płyta zdobyła 5-krotną platynę w kraju, gdzie popowe płyty nie ocierają się nawet o złoto), bo produkował ją Timbaland. Do spółki z jego podopiecznym Danją. Dobry producent i miliony sprzedanych egzemplarzy w czasach, gdy wszystko możesz ściągnąć z Internetu. Brak dobrego producent i ludzie zapominają, że istniejesz.

Kiedy następny utwór przejdzie do historii muzyki rozrywkowej, pamiętaj – oprócz słodkiej laleczki/zabójczo przystojnego mulata, gdzieś tam w tyle jest jeszcze producent. Producent bez którego ten hit by w ogóle nie powstał.

Marcin Prokop mówiąc, że celebryci zarabiają za dużo bardzo ożywił dyskusję o zarobkach. Górnicy, pielęgniarki i kilka pań ze spożywczaka go poparło. Koledzy z branży usunęli go ze znajomych na Facebooku i przestali wrzucać wspólne fotki na Instagrama. Sam dość spontanicznie mu przytaknąłem, mając jednak za myśl przewodnią inne hasło. Ale do niego dojdę za chwilę.

 

Nie tylko celebryci zarabiają za dużo?

Pamiętam jak na drugim roku pracowałem w biurze nieruchomości jako fotograf/cudowny-chłopiec-od-wszystkiego. To była studencka praca marzeń. Dostawałem dychę na godzinę, nikt nie stał mi nad głową, większość dnia krążyłem wokół starego miasta i fotografowałem chaty, których statystyczny Polak nie zobaczy nawet w serialu na TVNie.

Spotykałem się przy tym często z ich właścicielami. Mega dzianymi gościami, którzy moją tygodniówkę zarabiali w godzinę albo mniej. Przy czym, żaden nie doszedł do bogactwa pracą na roli, w hucie, kopalni, czy na etacie. Każdy z nich miał albo jakiś talent (piłka nożna, dziennikarstwo, piłka nożna), albo łeb do interesów (co de facto też jest rodzajem talentu).

Mieszkania, którymi handlowało moje biuro były drogie (baaardzo drogie), to też prowizje dla agentów były nie małe (można powiedzieć, że były duże). Pewnego razu, gdy szedłem sfocić i przyjąć mieszkanie z Peterem (jednym z agentów, który zarabiał najwięcej), naszła go dość niespotykana refleksja. Oczywiście niespotykana jak na osobę zarabiającą tak duże pieniądze, w tak młodym wieku w naszej szerokości geograficznej. Peterowi wpadła do głowy podobna myśl, co Prokopowi.

Spytał mnie, czy on i inni agenci nie zarabiają za dużo?

Te 6-7 tysięcy netto nie należałoby się bardziej lekarzom albo nauczycielom? Przecież ich praca jest dużo cięższa, niż moja i ma dużo większy wpływ na resztę społeczeństwa. Ja jeżdżę sobie furą po mieście, klikam coś na iPhonie, jem obiady z ładny ludźmi i kasuję 3 razy więcej, niż oni. A przecież taki lekarz to ma nieraz zapieprz dwacztery na dobę. Od niego zależy ludzkie życie… Czasem mam wyrzuty, że tyle zarabiam…

Tak jak w przypadku wypowiedzi Prokopa zgodziłem się z nim, ale ale tylko powierzchownie.

 

To lekarze zarabiają za mało!

To nie agenci nieruchomości zarabiają za dużo. Jeśli ktoś płaci tyle za ich usługi, to spoko. Nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji, ani im żałować. To zawód z tak niską barierą wejścia, że jeśli ktoś czuje jakiś żal, to nic prostszego – niech sam zostanie agentem.

Problemem jest natomiast to, że faktycznie lekarze i nauczyciele na państwowych posadach zarabiają za mało. Za mało w stosunku do kwalifikacji jakie muszą zdobyć i ciężaru gatunkowego jaki niesie ze sobą ten zawód. Reasumując – to oni powinni zarabiać więcej, a nie ktoś inny mniej. Ale żeby lekarze w szpitalach zarabiali adekwatną kasę do wysiłku wkładanego w pracę, trzeba by zlikwidować państwową służbę zdrowia. A to już temat na zupełnie innego posta…

 

Ile powinien zarabiać bloger?

Podobne pytanie na swoim fanpejdzu zadał Krzysztof Gonciarz. Spytał swoich fanów ile powinien zarabiać znany twórca filmików na YouTube.

Biorąc pod uwagę, że zadał to pytanie na własny profilu fanowskim, wydawać by się mogło, że 95% respondentów będzie wskazywać najwyższą możliwą kwotę. W końcu czytelnicy/widzowie/słuchacze danego medium powinni chcieć dla niego jak najlepiej. W innym wypadku, po cholerę śledzą jego działania, skoro nie życzą mu dobrze? Jak widzicie na poniższym obrazku, rzeczywistość po raz kolejny zaskoczyła (brutalnie).

Jeśli twórca tak świetnych show jak „Zapytaj beczkę”, według widzów powinien zarabiać 2000zł, to ile powinien zarabiać prezenter telewizyjny? 300zł? 150?

Filmiki Gonciarza mają średnio po 50 000 wyświetleń. Ktoś powie, że to mało. Okej. Odcinki Niekrytego Krytyka mają po milion. Który program telewizyjny może pochwalić się takim wynikiem? Wojewódzki? X-factor? No na pewno nie programy śniadaniowe, a taka Mołek, czy Rusin zarabia pięciokrotność wypłaty Niekrytego. Weźcie też pod uwagę ile osób pracuje przy talk-showach w telewizji, a taki Jakóbiak w zasadzie jest sam. Sprawiedliwe? No kurczę, nie sądzę (jakby to powiedział Popek)!

I żeby nie było – zazdroszczę im, ale nie żałuję. Niech mają. Niech się pławią w luksusie i jedzą sushi nawet  2 razy w tygodniu. Im więcej ludzi będzie żyć w dobrobycie, tym lepiej dla społeczności, w której żyją. Ale niech ludzie, którym należy się ta kasa też ją dostaną, a nie tylko ochłapy.

Przeciętna blogerka modowa jest bardziej wpływowa, niż jakieś Cosmopolitan, czy co tam czytają młode laski. Jej gust, jej stylizacje, jej rekomendacje mają bezpośrednie przełożenie zakupy jej czytelniczek. Kilkudziesięciu tysięcy czytelniczek dodajmy. Czemu więc Cosmo czy Twist ma zarabiać kilkaset tysięcy miesięcznie, a ona dostawać spodnie w barterze, skoro zasięg ma ten sam lub większy?

To nie celebryci zarabiają za dużo. To internetowi twórcy treści zarabiają za mało.