Close
Close

Jaką pracę możesz dostać na pierwszym roku?

Skip to entry content

Wiadomo, że pieniędzy jak dobrego jedzenia – nigdy zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy utrzymujesz się głównie sam, do tego studiujesz i chciałbyś wyjść na miasto częściej, niż w urodziny i walentynki. Wybierzemy się w sentymentalną podróż do czasów, gdy miałem 20 lat, zmieniałem pracę co 2 miesiące i myślałem, że po skończeniu UEKu z miejsca zostanę prezesem Motoroli.

Po pierwsze, powiedzmy sobie, że będąc nieopierzonym pierwszoroczniakiem, nie masz zbyt szerokiego wyboru ofert pracy. To znaczy teoretycznie masz, bo zakres prac, które możesz dostać rozciąga się od ulotkarza do telemarketera, ale niektóre z nich są beznadziejne. A inne jeszcze gorsze. A na obu końcach jest właśnie wciskanie ludziom abonamentów przez telefon i zaproszeń do klubów na ulicy.

Dobre fuchy, które możesz załapać jako studenciak-świeżak są raptem dwie, ale przejdźmy przez wszystkie najbardziej kluczowe.

 

Ulotkarz

Biorą wszystkich, którzy mają choć jedną rękę i nogę. Żeby naganiać ludzi na piwko z wiśniówką za piątkę nie potrzeba więcej. W ogłoszeniu będzie oczywiście napisane „promotor klubu”, ale nie licz, że liźniesz coś z zagadnień marketingowo-PRowych. Raczej nauczysz się bycia bezczelnym i nachalnym.

Plusy: masz pretekst żeby podejść do każdej (ale to każdej) dziewczyny w zasięgu swojego wzroku. Niezależnie czy idzie po chodniku z żywym kalendarzem Pirelli, czy też sama, masz świetny powód żeby do niej podejść i zagadać. Uczysz się otwartości, kontaktu z ludźmi i bezczelności, co wielokrotnie w życiu Ci się przyda.

Oprócz tego, pracując jako ulotkarz dla jakiegoś klubu poznajesz resztę załogi, czyli bramkę i barmanów. Jeśli dobrze się skumacie, ci pierwsi mogą Ci kiedyś uratować tyłek, ci drudzy dadzą Ci  pić za frajer. Póki nie zmienisz pracy na lepiej płatną, wielokrotnie to docenisz.

Minusy: nagabujesz najczęściej już pijanych ludzi, żeby upodlili się jeszcze bardziej i nieraz wysłuchujesz ich żenujących dowcipów i obelg pod adresem swojej osoby. Bywa, że słuchasz tego bełkotu w słocie, śnieżycy i ogólnej pizgawicy, i czy masz mokre buty, czy dziurawy parasol, to musisz stać. Stać i pracować.

 

Kelner

Jedyna praca, w której ktokolwiek kiedykolwiek mnie zwolnił. Było to w drugim tygodniu po przyjeździe do Krakowa. Kelnerzyłem w Dominium w Galerii Krakowskiej na -1, co oznaczało, że zbierałem zamówienia, nosiłem placki, robiłem kawki, herbatki i wydawałem resztę. Aż w pewien poniedziałek przychodzę do pracy, a pan menago, jak gdyby nigdy nic, mówi mi:

Menago: Wiesz co… już nie będziemy współpracować.

Ja: Co? Ale co to znaczy?

Menago: No już tu nie pracujesz.

Ja: Ale jak to, coś zrobiłem źle? Dlaczego? Czemu? Chyba nie chodzi o te martwe płody w lodówce? Mogę to wyjaśnić.

Menago: Yyy… no wiesz, praca w pizzeri to jest zespół. Nie pasujesz do zespołu.

Ja: Aha.

Ani w innych restauracjach, ani w biurze nieruchomości, ani w żadnym portalu internetowym, ani nigdzie indziej, gdzie miałem okazję pracować nie usłyszałem równie mocnego hasła. No cóż, widać pracy za piątkę na godzinę nie da się wykonać bez bliżej niedookreślonego „pasowania do zespołu”.

Plusy: masz na bieżąco kasę z napiwków na życie i raz w miesiącu wypłatę, która starcza na takie głupoty jak czynsz za mieszkanie. Jeśli jesteś kolesiem i pracujesz na ogródku, w sezonie zarabiasz średnio 150zł za dzień. Jeśli dziewczyną i opanowałaś kombinację push-upu z odpowiednim cieniem do powiek i szminką, to stówę więcej. Najczęściej też jesz przyzwoitą szamkę za darmo lub ćwierć-darmo.

Minusy: harujesz po 10-12 godzin, bez przerwy dłuższej niż na siku (kupka zdecydowanie odpada). Jesz przed albo po pracy, w trakcie nie ma czasu na takie błahostki. Jesteś zbyt zajęty pilnowaniem klientów i ganianiem za nimi, gdy któryś postanowi uciec bez płacenia. Wszystkie braki w kasie pokrywasz z własnych pieniędzy i odpowiadasz finansowo za… w zasadzie za wszystko, co wpadnie do głowy panu menago. Najbardziej irytujące jest to, że nieraz czekasz na wypłatę półtora miesiąca, bo „akurat nie ma nic w kasie”.

 

Doradca biznesowy

Największy syf na jaki możesz dać się złapać.

Zazwyczaj zaczyna się tak, że jakiś dalszy znajomy zaprasza Cię na piwko. Znacie się ledwo na cześć-cześć, a ten stawia Ci browara i  przez półtorej godziny ciśnie farmazony, że kosi mega hajs na funduszach inwestycyjnych. Albo ubezpieczeniach. Albo jednym i drugim i jeszcze załatwia karty kredytowe.

Jeśli tylko wyczujesz, że zapowiada się na coś takiego olej typa. Będzie chciał Cię złapać do swojej pseudo-piramidy finansowej. W najlepszym wypadku dasz mu kontakty do 5 znajomych, którzy są „świadomi zmienności wartości pieniądza w czasie i myślą o swojej przyszłości” i już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą. W najgorszym, przez kilka miesięcy będziesz biegał po rodzinie i rodzicach znajomych, i wciskał im jednostki uczestnictwa, na których stracą połowę tego, co włożą. I też już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą.

Ta „praca” nie ma plusów. Bliżsi i dalsi kumple Cię znienawidzą, a większych pieniędzy z tego i tak nie zobaczysz.

 

Pracownik sklepu z ciuchami

Tu nie wpisuję żadnej konkretnej funkcji, bo w tego typu sklepach wszyscy robią wszystko. Jesteś i układaczem/doradzaczem/podawaczem, i panem sprzedawcą, i magazynierem, i ochroniarzem.

Plusy: relatywnie niezła stawka godzinowa. W tygodniu do godziny 13 zdarza się, ze możesz się poobijać i pogapić na klipy lecące w telepudle. Jesteś na bieżąco z modą, trendami, blablabla i masz zniżkę na ciuchy, którą możesz się wymieniać z pracownikami innych sklepów (w zależności od sklepu od 25 do 70%). Czasem zdarzy Ci się podejrzeć tyłek albo cycki fajnej klientki, podając jej inny rozmiar bielizny, gdy będzie się przebierać w przymierzalni.

Minusy: żadne albo słabe premie (przynajmniej na starcie). Wymioty od gapienia się tysięczny raz na te same klipy lecące w telepudle. Wymioty od składania pięćset razy w ciągu dnia tych samych ubrań, rozrzuconych przez klientów.

 

Telemarketer

Każdy student wiedziony chęcią kariery i zarobienia kroci musiał przez to przejść.

W ogłoszeniu zazwyczaj piszą, że szukają „specjalisty ds. kontaktu z klientem” albo „doradcy klienta indywidualnego”. Tak górnolotne sformułowania padają w treści ogłoszenia, że gdyby nie mail telemarketing15.firma.krakowREKRUTACJA@interia.pl, to pomyślałbyś, że szukają kogoś do pracy w NASA. Zawsze jednym z wymogów do podjęcia tej pracy jest „wysoka kultura osobista”, a de facto im niższa, tym większe szanse, że się w niej odnajdziesz.

Plusy: przede wszystkim to jedyna praca umysłowa, którą masz szansę załapać na pierwszym roku. Druga sprawa, równie ważna, uczysz się rozmawiać z obcymi ludźmi przez telefon, co będziesz musiał robić w każdej pracy umysłowej w dalszym życiu. Jeśli przetrwasz pierwsze 2 miesiące, to Twoja bezczelność i skuteczność perswazji skoczy do takiego poziomu, że z żadną inną pracą już nie będziesz miał problemu. W zależności, czy trafisz bezpośrednio do call center danej marki, czy do agencji ją obsługującej, możesz zarabiać całkiem przyzwoicie, bądź średnio. Jak na studenta pierwszego roku oczywiście.

Minusy: jesteś typem natręta trującego ucho, którego wszyscy nienawidzą łącznie z Tobą. Nawet Mama Małej Madzi nie słyszy w ciągu dnia tylu wyzwisk, co Ty. Jeśli nie masz grubej skóry, to zanim nauczysz się podstawowych technik sprzedaży siądzie Ci psycha. Na 90% trafisz na podrzędną agencyjkę, która mieści się w piwnicy na obrzeżach miasta i nie zapewnia podstawy w postaci stawki godzinowej. W związku z powyższym, nigdy nie będziesz wiedział ile zarobisz danego miesiąca, bo:

  1. menago będzie wkręcał, że część umów przesunęła się na przyszły miesiąc i hajs z nich dostaniesz bóg-wie-kiedy
  2. menago będzie wkręcał, że część umów nie weszła, bo źle dogadałeś klientów
  3. menago będzie wkręcał, że nie wyrobiłeś targetu, w związku z tym, nie dostaniesz x zł za umowę, tylko 60% z x

 

Od kelnera do blogera

Każdą z wyżej wymienionych fuch (bo trudno nazwać to zawodem) zaliczyłem przynajmniej raz w swoim życiu. Z każdej wyciągnąłem jakieś wnioski i bardziej lub mniej przyjemne doświadczenie. Jedno jest pewne – gdyby nie te wszystkie szalone prace, z pewnością nie byłbym tu gdzie teraz jestem. Gdyby nie tyle zawodów, upadków i rozczarowań związanych z zarabianiem pieniędzy, z pewnością nie chciałoby mi się wzbijać i pakować w pisanie bloga.

Innymi słowy: polecam.

(niżej jest kolejny tekst)

59
Dodaj komentarz

avatar
34 Comment threads
25 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
29 Comment authors
ZdzislawZapętlonaJoanna GancarczykMartaLenny Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martex
Gość
Martex

a u mnie jest trochę inaczej- od pierwszego roku studiów pracuję, ale nie zaliczyłam żadnej z wyżej wymienionych prac ;) przed studiami zrobiłam instruktora fitnessu i od tamtego czasu jako instruktor pracuję ( jest to praca dodatkowa, najczęściej wieczorami czyli po zajęciach na uczelni/po pracy). Nie da się „wyżyć” tylko z fitnessu (zresztą nie robię tego dla pieniędzy), ale jest to fajny dodatek, który stał się moim sposobem na życie :)

Mogę życzyć każdemu podobnej pracy, która będzie pasją, wyzwaniem, natchnieniem do działania, a jeśli uda się na niej zarobić to jeszcze lepiej :)

Karolina Johansson
Gość
Karolina Johansson

Więc tak, piszę to jako osoba już nie w wieku studenckim, a grubo po. Pierwsza praca za którą dostałam pieniążek to nabijanie ogórów w słoiki w sezonie letnim. Potem prasa na kasie w markecie, jakże popularna wśród studentów i 12 godzin plus jedno szybkie siku. Latanie z tacą i beszczelne klepanie po tyłku też było. Tam miałam okazję powiedzieć głośno co myślę. Długo nie popracowałam. . Następnie już bliżej wykształcenia i zawodu – praca w małym pensjonacie. To była pierwsza robota jaką miałam w cv i której miałam się nie wstydzić. Pani z recepcji (ja) oprócz pięknego uśmiechu, odbierania telefonów… Czytaj więcej »

Sonia Wargacka
Gość
Sonia Wargacka

To które z tych fuch to te dwie dobre? :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Klener, jeśli uda Ci się trafić do jakiejś porządniejszej sieciówki, na przykład „Pizza Hut” i telemarketer, jeśli załapiesz się bezpośrednio do struktur firmy i będziesz miał stawkę godzinową.

Venegoor
Gość
Venegoor

Jak już robić na słuchawce to w ITN czyli dziale technicznym, gdzie się można pośmiać z ludzi którzy dzwonią bo im google nie działą, a i kasa też dobra

Grzeczny Chłopiec
Gość

Kiedyś widziałem listę 100 najbardziej hardcorowych pytań do obsługi infolinii Neostrady. Były takie kozaki jak „mozarella frifoks mi nie działa” albo „włączyłam domofon i internetu dalej nie ma w domu”

Molly
Gość

nie zaczynam, ale wierzę, że wszystko przede mną! ;)

Rafał Lisiak
Gość

Nasuwa mi się taka anegdotka: po czym poznać licealistę? „Nigdy nie pójdę do pracy za dziesięć złotych na godzinę”:)

Saga Sachnik
Gość

true story bro :D

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera

Skip to entry content

Kontynuuję swoją drogę szafiarza. Głownie dlatego, że wciąż nie udało mi się zdobyć 100 komentarzy pod wpisem, a blogerkom modowym to przychodzi ot, tak (choć przy wpisie z parapetówkową playlistą już było baaardzo blisko). Zazdrość, zazdrość, zazdrość i trochę misji.

Przy poprzednim wpisie z ciuchami, zrobiłem sobie foty na tle świetnej (i docenianej nie tylko w Polsce) pracy street artowej. Niestety, tylko jeden z czytelników zwrócił uwagę na fakt, że to dzieło NAWERa – świetnego dizajnera. Mam nadzieję, że przy tym wpisie będzie inaczej i wszyscy bardziej, niż na to co mam na sobie, zwrócę uwagę na to co mam za sobą. Bo praca to również wybitna i w nie byle jakim miejscu, bo na domu Jóźefa Mehoffera (sprawdź kiedy możesz go odwiedzić za darmo).

Kto pierwszy ten lepszy, kto drugi ten czyści fugi. Jaki krakowski mural ma za sobą?

Nikt już nie pamięta kim jest Nelly Furtado

Skip to entry content

 Mówi Ci coś „Maneater”? Sam tytuł pewnie nie wiele, ale jakbyś usłyszał pierwsze takty od razu zacząłbyś się bujać. A „Promiscuous”? Założę się, że tu już lepiej. Pojawił się jakiś szum w głowie, jakieś obrazy dziewczyn wijących się w klubie. Gdzieś z okolic potylicy, dobiega do Ciebie słodkie nucenie seksownej brunetki z Kanady. Jeśli jeszcze nie odleciałeś myślami do wydarzeń z 7 lat wstecz, to zrobisz to przy kolejnym tytule.

 

„Say it right”!

I jak, jesteś już w 2006? Nie wiem, co Ty robiłeś w tym okresie, ale ja razem z Justinem odkrywałem przywileje pełnoletniości i miejsca, w których dziewczyna może mieć kolczyk. „Powiedz to wprost” leciało wszędzie. Wszędzie, wszędzie, wszędzie. Jeśli „Like a virgin” jest nieśmiertelne dla mojej mamy, to „Say it right” jest ponadczasowe dla mnie. Bujam się przy tym, wzruszam i skaczę. Pełen wachlarz emocji.

Banalnie to zabrzmi, ale ten kawałek to hit. I teraz bardzo istotne pytanie…

 

Dlaczego?

Dlaczego tak jest, że jedne utwory stają się wykraczającymi poza swoją epokę klasykami, a inne bezpamiętnie rozpływają się w eterze fal radiowych?

Powiesz, że to zależy od wykonawcy. Jasne. Niektórzy są po prostu słabi, a inni beznadziejni i giną gdzieś między Ewą Sonet, a Jeden Osiem L. Ale co z taką Nelly Furtado? Ma oryginalny akcent, charakterystyczną barwę głosu i wyciąga więcej oktaw, niż potrzeba by zrobić „e-e, ela-ela”. Ujmując to dwoma słowami – śpiewa świetnie. A mimo to, jej jedyna płyta, z której jesteś w stanie wymienić utwory to „Loose”.

Czy na pozostałych 4 śpiewa gorzej? Skądże! Czy po ciąży się roztyła i nikt już nie ślini się na jej widok, oprócz osobistych dietetyków? A gdzie tam! Na wszystkich 5 albumach śpiewa równo i stale doprowadza do wrzenia, choćby samym spojrzeniem.

Nie masz pojęcia czy Nelly Furtado żyje, czy umarła, bo zmieniła producenta.

 

Śpieszmy się kochać dobrych producentów, tak szybko dochodzą

Wokalista jest twarzą utworu, jego wizytówką. Jest jeźdźcem, kierowcą, sternikiem, ale to producent jest statkiem.

Nawet najlepszy kapitan nie popłynie na zdezelowanej łajbie, nie mówiąc już o dziurawej tratwie. Bez dobrego podkładu nie da się zrobić dobrego utworu. To podkład niesie wokalistę, pozwala mu rozwinąć skrzydła i lecieć. Żeby wzbijać się w przestworza trzeba mieć dobry samolot, a Nelly miała jeden z najlepszych.

„Loose” dlatego okryła się diamentem tylko w samej Polsce (tak, ta płyta zdobyła 5-krotną platynę w kraju, gdzie popowe płyty nie ocierają się nawet o złoto), bo produkował ją Timbaland. Do spółki z jego podopiecznym Danją. Dobry producent i miliony sprzedanych egzemplarzy w czasach, gdy wszystko możesz ściągnąć z Internetu. Brak dobrego producent i ludzie zapominają, że istniejesz.

Kiedy następny utwór przejdzie do historii muzyki rozrywkowej, pamiętaj – oprócz słodkiej laleczki/zabójczo przystojnego mulata, gdzieś tam w tyle jest jeszcze producent. Producent bez którego ten hit by w ogóle nie powstał.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!