Close
Close

Jaką pracę możesz dostać na pierwszym roku?

Skip to entry content

Wiadomo, że pieniędzy jak dobrego jedzenia – nigdy zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy utrzymujesz się głównie sam, do tego studiujesz i chciałbyś wyjść na miasto częściej, niż w urodziny i walentynki. Wybierzemy się w sentymentalną podróż do czasów, gdy miałem 20 lat, zmieniałem pracę co 2 miesiące i myślałem, że po skończeniu UEKu z miejsca zostanę prezesem Motoroli.

Po pierwsze, powiedzmy sobie, że będąc nieopierzonym pierwszoroczniakiem, nie masz zbyt szerokiego wyboru ofert pracy. To znaczy teoretycznie masz, bo zakres prac, które możesz dostać rozciąga się od ulotkarza do telemarketera, ale niektóre z nich są beznadziejne. A inne jeszcze gorsze. A na obu końcach jest właśnie wciskanie ludziom abonamentów przez telefon i zaproszeń do klubów na ulicy.

Dobre fuchy, które możesz załapać jako studenciak-świeżak są raptem dwie, ale przejdźmy przez wszystkie najbardziej kluczowe.

 

Ulotkarz

Biorą wszystkich, którzy mają choć jedną rękę i nogę. Żeby naganiać ludzi na piwko z wiśniówką za piątkę nie potrzeba więcej. W ogłoszeniu będzie oczywiście napisane „promotor klubu”, ale nie licz, że liźniesz coś z zagadnień marketingowo-PRowych. Raczej nauczysz się bycia bezczelnym i nachalnym.

Plusy: masz pretekst żeby podejść do każdej (ale to każdej) dziewczyny w zasięgu swojego wzroku. Niezależnie czy idzie po chodniku z żywym kalendarzem Pirelli, czy też sama, masz świetny powód żeby do niej podejść i zagadać. Uczysz się otwartości, kontaktu z ludźmi i bezczelności, co wielokrotnie w życiu Ci się przyda.

Oprócz tego, pracując jako ulotkarz dla jakiegoś klubu poznajesz resztę załogi, czyli bramkę i barmanów. Jeśli dobrze się skumacie, ci pierwsi mogą Ci kiedyś uratować tyłek, ci drudzy dadzą Ci  pić za frajer. Póki nie zmienisz pracy na lepiej płatną, wielokrotnie to docenisz.

Minusy: nagabujesz najczęściej już pijanych ludzi, żeby upodlili się jeszcze bardziej i nieraz wysłuchujesz ich żenujących dowcipów i obelg pod adresem swojej osoby. Bywa, że słuchasz tego bełkotu w słocie, śnieżycy i ogólnej pizgawicy, i czy masz mokre buty, czy dziurawy parasol, to musisz stać. Stać i pracować.

 

Kelner

Jedyna praca, w której ktokolwiek kiedykolwiek mnie zwolnił. Było to w drugim tygodniu po przyjeździe do Krakowa. Kelnerzyłem w Dominium w Galerii Krakowskiej na -1, co oznaczało, że zbierałem zamówienia, nosiłem placki, robiłem kawki, herbatki i wydawałem resztę. Aż w pewien poniedziałek przychodzę do pracy, a pan menago, jak gdyby nigdy nic, mówi mi:

Menago: Wiesz co… już nie będziemy współpracować.

Ja: Co? Ale co to znaczy?

Menago: No już tu nie pracujesz.

Ja: Ale jak to, coś zrobiłem źle? Dlaczego? Czemu? Chyba nie chodzi o te martwe płody w lodówce? Mogę to wyjaśnić.

Menago: Yyy… no wiesz, praca w pizzeri to jest zespół. Nie pasujesz do zespołu.

Ja: Aha.

Ani w innych restauracjach, ani w biurze nieruchomości, ani w żadnym portalu internetowym, ani nigdzie indziej, gdzie miałem okazję pracować nie usłyszałem równie mocnego hasła. No cóż, widać pracy za piątkę na godzinę nie da się wykonać bez bliżej niedookreślonego „pasowania do zespołu”.

Plusy: masz na bieżąco kasę z napiwków na życie i raz w miesiącu wypłatę, która starcza na takie głupoty jak czynsz za mieszkanie. Jeśli jesteś kolesiem i pracujesz na ogródku, w sezonie zarabiasz średnio 150zł za dzień. Jeśli dziewczyną i opanowałaś kombinację push-upu z odpowiednim cieniem do powiek i szminką, to stówę więcej. Najczęściej też jesz przyzwoitą szamkę za darmo lub ćwierć-darmo.

Minusy: harujesz po 10-12 godzin, bez przerwy dłuższej niż na siku (kupka zdecydowanie odpada). Jesz przed albo po pracy, w trakcie nie ma czasu na takie błahostki. Jesteś zbyt zajęty pilnowaniem klientów i ganianiem za nimi, gdy któryś postanowi uciec bez płacenia. Wszystkie braki w kasie pokrywasz z własnych pieniędzy i odpowiadasz finansowo za… w zasadzie za wszystko, co wpadnie do głowy panu menago. Najbardziej irytujące jest to, że nieraz czekasz na wypłatę półtora miesiąca, bo „akurat nie ma nic w kasie”.

 

Doradca biznesowy

Największy syf na jaki możesz dać się złapać.

Zazwyczaj zaczyna się tak, że jakiś dalszy znajomy zaprasza Cię na piwko. Znacie się ledwo na cześć-cześć, a ten stawia Ci browara i  przez półtorej godziny ciśnie farmazony, że kosi mega hajs na funduszach inwestycyjnych. Albo ubezpieczeniach. Albo jednym i drugim i jeszcze załatwia karty kredytowe.

Jeśli tylko wyczujesz, że zapowiada się na coś takiego olej typa. Będzie chciał Cię złapać do swojej pseudo-piramidy finansowej. W najlepszym wypadku dasz mu kontakty do 5 znajomych, którzy są „świadomi zmienności wartości pieniądza w czasie i myślą o swojej przyszłości” i już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą. W najgorszym, przez kilka miesięcy będziesz biegał po rodzinie i rodzicach znajomych, i wciskał im jednostki uczestnictwa, na których stracą połowę tego, co włożą. I też już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą.

Ta „praca” nie ma plusów. Bliżsi i dalsi kumple Cię znienawidzą, a większych pieniędzy z tego i tak nie zobaczysz.

 

Pracownik sklepu z ciuchami

Tu nie wpisuję żadnej konkretnej funkcji, bo w tego typu sklepach wszyscy robią wszystko. Jesteś i układaczem/doradzaczem/podawaczem, i panem sprzedawcą, i magazynierem, i ochroniarzem.

Plusy: relatywnie niezła stawka godzinowa. W tygodniu do godziny 13 zdarza się, ze możesz się poobijać i pogapić na klipy lecące w telepudle. Jesteś na bieżąco z modą, trendami, blablabla i masz zniżkę na ciuchy, którą możesz się wymieniać z pracownikami innych sklepów (w zależności od sklepu od 25 do 70%). Czasem zdarzy Ci się podejrzeć tyłek albo cycki fajnej klientki, podając jej inny rozmiar bielizny, gdy będzie się przebierać w przymierzalni.

Minusy: żadne albo słabe premie (przynajmniej na starcie). Wymioty od gapienia się tysięczny raz na te same klipy lecące w telepudle. Wymioty od składania pięćset razy w ciągu dnia tych samych ubrań, rozrzuconych przez klientów.

 

Telemarketer

Każdy student wiedziony chęcią kariery i zarobienia kroci musiał przez to przejść.

W ogłoszeniu zazwyczaj piszą, że szukają „specjalisty ds. kontaktu z klientem” albo „doradcy klienta indywidualnego”. Tak górnolotne sformułowania padają w treści ogłoszenia, że gdyby nie mail telemarketing15.firma.krakowREKRUTACJA@interia.pl, to pomyślałbyś, że szukają kogoś do pracy w NASA. Zawsze jednym z wymogów do podjęcia tej pracy jest „wysoka kultura osobista”, a de facto im niższa, tym większe szanse, że się w niej odnajdziesz.

Plusy: przede wszystkim to jedyna praca umysłowa, którą masz szansę załapać na pierwszym roku. Druga sprawa, równie ważna, uczysz się rozmawiać z obcymi ludźmi przez telefon, co będziesz musiał robić w każdej pracy umysłowej w dalszym życiu. Jeśli przetrwasz pierwsze 2 miesiące, to Twoja bezczelność i skuteczność perswazji skoczy do takiego poziomu, że z żadną inną pracą już nie będziesz miał problemu. W zależności, czy trafisz bezpośrednio do call center danej marki, czy do agencji ją obsługującej, możesz zarabiać całkiem przyzwoicie, bądź średnio. Jak na studenta pierwszego roku oczywiście.

Minusy: jesteś typem natręta trującego ucho, którego wszyscy nienawidzą łącznie z Tobą. Nawet Mama Małej Madzi nie słyszy w ciągu dnia tylu wyzwisk, co Ty. Jeśli nie masz grubej skóry, to zanim nauczysz się podstawowych technik sprzedaży siądzie Ci psycha. Na 90% trafisz na podrzędną agencyjkę, która mieści się w piwnicy na obrzeżach miasta i nie zapewnia podstawy w postaci stawki godzinowej. W związku z powyższym, nigdy nie będziesz wiedział ile zarobisz danego miesiąca, bo:

  1. menago będzie wkręcał, że część umów przesunęła się na przyszły miesiąc i hajs z nich dostaniesz bóg-wie-kiedy
  2. menago będzie wkręcał, że część umów nie weszła, bo źle dogadałeś klientów
  3. menago będzie wkręcał, że nie wyrobiłeś targetu, w związku z tym, nie dostaniesz x zł za umowę, tylko 60% z x

 

Od kelnera do blogera

Każdą z wyżej wymienionych fuch (bo trudno nazwać to zawodem) zaliczyłem przynajmniej raz w swoim życiu. Z każdej wyciągnąłem jakieś wnioski i bardziej lub mniej przyjemne doświadczenie. Jedno jest pewne – gdyby nie te wszystkie szalone prace, z pewnością nie byłbym tu gdzie teraz jestem. Gdyby nie tyle zawodów, upadków i rozczarowań związanych z zarabianiem pieniędzy, z pewnością nie chciałoby mi się wzbijać i pakować w pisanie bloga.

Innymi słowy: polecam.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

59 komentarzy do "Jaką pracę możesz dostać na pierwszym roku?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martex
Gość

a u mnie jest trochę inaczej- od pierwszego roku studiów pracuję, ale nie zaliczyłam żadnej z wyżej wymienionych prac ;) przed studiami zrobiłam instruktora fitnessu i od tamtego czasu jako instruktor pracuję ( jest to praca dodatkowa, najczęściej wieczorami czyli po zajęciach na uczelni/po pracy). Nie da się „wyżyć” tylko z fitnessu (zresztą nie robię tego dla pieniędzy), ale jest to fajny dodatek, który stał się moim sposobem na życie :)

Mogę życzyć każdemu podobnej pracy, która będzie pasją, wyzwaniem, natchnieniem do działania, a jeśli uda się na niej zarobić to jeszcze lepiej :)

Karolina Johansson
Gość
Więc tak, piszę to jako osoba już nie w wieku studenckim, a grubo po. Pierwsza praca za którą dostałam pieniążek to nabijanie ogórów w słoiki w sezonie letnim. Potem prasa na kasie w markecie, jakże popularna wśród studentów i 12 godzin plus jedno szybkie siku. Latanie z tacą i beszczelne klepanie po tyłku też było. Tam miałam okazję powiedzieć głośno co myślę. Długo nie popracowałam. . Następnie już bliżej wykształcenia i zawodu – praca w małym pensjonacie. To była pierwsza robota jaką miałam w cv i której miałam się nie wstydzić. Pani z recepcji (ja) oprócz pięknego uśmiechu, odbierania telefonów… Czytaj więcej »
Sonia Wargacka
Gość

To które z tych fuch to te dwie dobre? :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Klener, jeśli uda Ci się trafić do jakiejś porządniejszej sieciówki, na przykład „Pizza Hut” i telemarketer, jeśli załapiesz się bezpośrednio do struktur firmy i będziesz miał stawkę godzinową.

Venegoor
Gość

Jak już robić na słuchawce to w ITN czyli dziale technicznym, gdzie się można pośmiać z ludzi którzy dzwonią bo im google nie działą, a i kasa też dobra

Grzeczny Chłopiec
Gość

Kiedyś widziałem listę 100 najbardziej hardcorowych pytań do obsługi infolinii Neostrady. Były takie kozaki jak „mozarella frifoks mi nie działa” albo „włączyłam domofon i internetu dalej nie ma w domu”

Molly
Gość

nie zaczynam, ale wierzę, że wszystko przede mną! ;)

Rafał Lisiak
Gość

Nasuwa mi się taka anegdotka: po czym poznać licealistę? „Nigdy nie pójdę do pracy za dziesięć złotych na godzinę”:)

Saga Sachnik
Gość

true story bro :D

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera

Skip to entry content

Kontynuuję swoją drogę szafiarza. Głownie dlatego, że wciąż nie udało mi się zdobyć 100 komentarzy pod wpisem, a blogerkom modowym to przychodzi ot, tak (choć przy wpisie z parapetówkową playlistą już było baaardzo blisko). Zazdrość, zazdrość, zazdrość i trochę misji.

Przy poprzednim wpisie z ciuchami, zrobiłem sobie foty na tle świetnej (i docenianej nie tylko w Polsce) pracy street artowej. Niestety, tylko jeden z czytelników zwrócił uwagę na fakt, że to dzieło NAWERa – świetnego dizajnera. Mam nadzieję, że przy tym wpisie będzie inaczej i wszyscy bardziej, niż na to co mam na sobie, zwrócę uwagę na to co mam za sobą. Bo praca to również wybitna i w nie byle jakim miejscu, bo na domu Jóźefa Mehoffera (sprawdź kiedy możesz go odwiedzić za darmo).

Kto pierwszy ten lepszy, kto drugi ten czyści fugi. Jaki krakowski mural ma za sobą?

Nikt już nie pamięta kim jest Nelly Furtado

Skip to entry content

 Mówi Ci coś „Maneater”? Sam tytuł pewnie nie wiele, ale jakbyś usłyszał pierwsze takty od razu zacząłbyś się bujać. A „Promiscuous”? Założę się, że tu już lepiej. Pojawił się jakiś szum w głowie, jakieś obrazy dziewczyn wijących się w klubie. Gdzieś z okolic potylicy, dobiega do Ciebie słodkie nucenie seksownej brunetki z Kanady. Jeśli jeszcze nie odleciałeś myślami do wydarzeń z 7 lat wstecz, to zrobisz to przy kolejnym tytule.

 

„Say it right”!

I jak, jesteś już w 2006? Nie wiem, co Ty robiłeś w tym okresie, ale ja razem z Justinem odkrywałem przywileje pełnoletniości i miejsca, w których dziewczyna może mieć kolczyk. „Powiedz to wprost” leciało wszędzie. Wszędzie, wszędzie, wszędzie. Jeśli „Like a virgin” jest nieśmiertelne dla mojej mamy, to „Say it right” jest ponadczasowe dla mnie. Bujam się przy tym, wzruszam i skaczę. Pełen wachlarz emocji.

Banalnie to zabrzmi, ale ten kawałek to hit. I teraz bardzo istotne pytanie…

 

Dlaczego?

Dlaczego tak jest, że jedne utwory stają się wykraczającymi poza swoją epokę klasykami, a inne bezpamiętnie rozpływają się w eterze fal radiowych?

Powiesz, że to zależy od wykonawcy. Jasne. Niektórzy są po prostu słabi, a inni beznadziejni i giną gdzieś między Ewą Sonet, a Jeden Osiem L. Ale co z taką Nelly Furtado? Ma oryginalny akcent, charakterystyczną barwę głosu i wyciąga więcej oktaw, niż potrzeba by zrobić „e-e, ela-ela”. Ujmując to dwoma słowami – śpiewa świetnie. A mimo to, jej jedyna płyta, z której jesteś w stanie wymienić utwory to „Loose”.

Czy na pozostałych 4 śpiewa gorzej? Skądże! Czy po ciąży się roztyła i nikt już nie ślini się na jej widok, oprócz osobistych dietetyków? A gdzie tam! Na wszystkich 5 albumach śpiewa równo i stale doprowadza do wrzenia, choćby samym spojrzeniem.

Nie masz pojęcia czy Nelly Furtado żyje, czy umarła, bo zmieniła producenta.

 

Śpieszmy się kochać dobrych producentów, tak szybko dochodzą

Wokalista jest twarzą utworu, jego wizytówką. Jest jeźdźcem, kierowcą, sternikiem, ale to producent jest statkiem.

Nawet najlepszy kapitan nie popłynie na zdezelowanej łajbie, nie mówiąc już o dziurawej tratwie. Bez dobrego podkładu nie da się zrobić dobrego utworu. To podkład niesie wokalistę, pozwala mu rozwinąć skrzydła i lecieć. Żeby wzbijać się w przestworza trzeba mieć dobry samolot, a Nelly miała jeden z najlepszych.

„Loose” dlatego okryła się diamentem tylko w samej Polsce (tak, ta płyta zdobyła 5-krotną platynę w kraju, gdzie popowe płyty nie ocierają się nawet o złoto), bo produkował ją Timbaland. Do spółki z jego podopiecznym Danją. Dobry producent i miliony sprzedanych egzemplarzy w czasach, gdy wszystko możesz ściągnąć z Internetu. Brak dobrego producent i ludzie zapominają, że istniejesz.

Kiedy następny utwór przejdzie do historii muzyki rozrywkowej, pamiętaj – oprócz słodkiej laleczki/zabójczo przystojnego mulata, gdzieś tam w tyle jest jeszcze producent. Producent bez którego ten hit by w ogóle nie powstał.