Close
Close

Jaką pracę możesz dostać na pierwszym roku?

Skip to entry content

Wiadomo, że pieniędzy jak dobrego jedzenia – nigdy zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy utrzymujesz się głównie sam, do tego studiujesz i chciałbyś wyjść na miasto częściej, niż w urodziny i walentynki. Wybierzemy się w sentymentalną podróż do czasów, gdy miałem 20 lat, zmieniałem pracę co 2 miesiące i myślałem, że po skończeniu UEKu z miejsca zostanę prezesem Motoroli.

Po pierwsze, powiedzmy sobie, że będąc nieopierzonym pierwszoroczniakiem, nie masz zbyt szerokiego wyboru ofert pracy. To znaczy teoretycznie masz, bo zakres prac, które możesz dostać rozciąga się od ulotkarza do telemarketera, ale niektóre z nich są beznadziejne. A inne jeszcze gorsze. A na obu końcach jest właśnie wciskanie ludziom abonamentów przez telefon i zaproszeń do klubów na ulicy.

Dobre fuchy, które możesz załapać jako studenciak-świeżak są raptem dwie, ale przejdźmy przez wszystkie najbardziej kluczowe.

 

Ulotkarz

Biorą wszystkich, którzy mają choć jedną rękę i nogę. Żeby naganiać ludzi na piwko z wiśniówką za piątkę nie potrzeba więcej. W ogłoszeniu będzie oczywiście napisane „promotor klubu”, ale nie licz, że liźniesz coś z zagadnień marketingowo-PRowych. Raczej nauczysz się bycia bezczelnym i nachalnym.

Plusy: masz pretekst żeby podejść do każdej (ale to każdej) dziewczyny w zasięgu swojego wzroku. Niezależnie czy idzie po chodniku z żywym kalendarzem Pirelli, czy też sama, masz świetny powód żeby do niej podejść i zagadać. Uczysz się otwartości, kontaktu z ludźmi i bezczelności, co wielokrotnie w życiu Ci się przyda.

Oprócz tego, pracując jako ulotkarz dla jakiegoś klubu poznajesz resztę załogi, czyli bramkę i barmanów. Jeśli dobrze się skumacie, ci pierwsi mogą Ci kiedyś uratować tyłek, ci drudzy dadzą Ci  pić za frajer. Póki nie zmienisz pracy na lepiej płatną, wielokrotnie to docenisz.

Minusy: nagabujesz najczęściej już pijanych ludzi, żeby upodlili się jeszcze bardziej i nieraz wysłuchujesz ich żenujących dowcipów i obelg pod adresem swojej osoby. Bywa, że słuchasz tego bełkotu w słocie, śnieżycy i ogólnej pizgawicy, i czy masz mokre buty, czy dziurawy parasol, to musisz stać. Stać i pracować.

 

Kelner

Jedyna praca, w której ktokolwiek kiedykolwiek mnie zwolnił. Było to w drugim tygodniu po przyjeździe do Krakowa. Kelnerzyłem w Dominium w Galerii Krakowskiej na -1, co oznaczało, że zbierałem zamówienia, nosiłem placki, robiłem kawki, herbatki i wydawałem resztę. Aż w pewien poniedziałek przychodzę do pracy, a pan menago, jak gdyby nigdy nic, mówi mi:

Menago: Wiesz co… już nie będziemy współpracować.

Ja: Co? Ale co to znaczy?

Menago: No już tu nie pracujesz.

Ja: Ale jak to, coś zrobiłem źle? Dlaczego? Czemu? Chyba nie chodzi o te martwe płody w lodówce? Mogę to wyjaśnić.

Menago: Yyy… no wiesz, praca w pizzeri to jest zespół. Nie pasujesz do zespołu.

Ja: Aha.

Ani w innych restauracjach, ani w biurze nieruchomości, ani w żadnym portalu internetowym, ani nigdzie indziej, gdzie miałem okazję pracować nie usłyszałem równie mocnego hasła. No cóż, widać pracy za piątkę na godzinę nie da się wykonać bez bliżej niedookreślonego „pasowania do zespołu”.

Plusy: masz na bieżąco kasę z napiwków na życie i raz w miesiącu wypłatę, która starcza na takie głupoty jak czynsz za mieszkanie. Jeśli jesteś kolesiem i pracujesz na ogródku, w sezonie zarabiasz średnio 150zł za dzień. Jeśli dziewczyną i opanowałaś kombinację push-upu z odpowiednim cieniem do powiek i szminką, to stówę więcej. Najczęściej też jesz przyzwoitą szamkę za darmo lub ćwierć-darmo.

Minusy: harujesz po 10-12 godzin, bez przerwy dłuższej niż na siku (kupka zdecydowanie odpada). Jesz przed albo po pracy, w trakcie nie ma czasu na takie błahostki. Jesteś zbyt zajęty pilnowaniem klientów i ganianiem za nimi, gdy któryś postanowi uciec bez płacenia. Wszystkie braki w kasie pokrywasz z własnych pieniędzy i odpowiadasz finansowo za… w zasadzie za wszystko, co wpadnie do głowy panu menago. Najbardziej irytujące jest to, że nieraz czekasz na wypłatę półtora miesiąca, bo „akurat nie ma nic w kasie”.

 

Doradca biznesowy

Największy syf na jaki możesz dać się złapać.

Zazwyczaj zaczyna się tak, że jakiś dalszy znajomy zaprasza Cię na piwko. Znacie się ledwo na cześć-cześć, a ten stawia Ci browara i  przez półtorej godziny ciśnie farmazony, że kosi mega hajs na funduszach inwestycyjnych. Albo ubezpieczeniach. Albo jednym i drugim i jeszcze załatwia karty kredytowe.

Jeśli tylko wyczujesz, że zapowiada się na coś takiego olej typa. Będzie chciał Cię złapać do swojej pseudo-piramidy finansowej. W najlepszym wypadku dasz mu kontakty do 5 znajomych, którzy są „świadomi zmienności wartości pieniądza w czasie i myślą o swojej przyszłości” i już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą. W najgorszym, przez kilka miesięcy będziesz biegał po rodzinie i rodzicach znajomych, i wciskał im jednostki uczestnictwa, na których stracą połowę tego, co włożą. I też już nigdy więcej się do Ciebie nie odezwą.

Ta „praca” nie ma plusów. Bliżsi i dalsi kumple Cię znienawidzą, a większych pieniędzy z tego i tak nie zobaczysz.

 

Pracownik sklepu z ciuchami

Tu nie wpisuję żadnej konkretnej funkcji, bo w tego typu sklepach wszyscy robią wszystko. Jesteś i układaczem/doradzaczem/podawaczem, i panem sprzedawcą, i magazynierem, i ochroniarzem.

Plusy: relatywnie niezła stawka godzinowa. W tygodniu do godziny 13 zdarza się, ze możesz się poobijać i pogapić na klipy lecące w telepudle. Jesteś na bieżąco z modą, trendami, blablabla i masz zniżkę na ciuchy, którą możesz się wymieniać z pracownikami innych sklepów (w zależności od sklepu od 25 do 70%). Czasem zdarzy Ci się podejrzeć tyłek albo cycki fajnej klientki, podając jej inny rozmiar bielizny, gdy będzie się przebierać w przymierzalni.

Minusy: żadne albo słabe premie (przynajmniej na starcie). Wymioty od gapienia się tysięczny raz na te same klipy lecące w telepudle. Wymioty od składania pięćset razy w ciągu dnia tych samych ubrań, rozrzuconych przez klientów.

 

Telemarketer

Każdy student wiedziony chęcią kariery i zarobienia kroci musiał przez to przejść.

W ogłoszeniu zazwyczaj piszą, że szukają „specjalisty ds. kontaktu z klientem” albo „doradcy klienta indywidualnego”. Tak górnolotne sformułowania padają w treści ogłoszenia, że gdyby nie mail telemarketing15.firma.krakowREKRUTACJA@interia.pl, to pomyślałbyś, że szukają kogoś do pracy w NASA. Zawsze jednym z wymogów do podjęcia tej pracy jest „wysoka kultura osobista”, a de facto im niższa, tym większe szanse, że się w niej odnajdziesz.

Plusy: przede wszystkim to jedyna praca umysłowa, którą masz szansę załapać na pierwszym roku. Druga sprawa, równie ważna, uczysz się rozmawiać z obcymi ludźmi przez telefon, co będziesz musiał robić w każdej pracy umysłowej w dalszym życiu. Jeśli przetrwasz pierwsze 2 miesiące, to Twoja bezczelność i skuteczność perswazji skoczy do takiego poziomu, że z żadną inną pracą już nie będziesz miał problemu. W zależności, czy trafisz bezpośrednio do call center danej marki, czy do agencji ją obsługującej, możesz zarabiać całkiem przyzwoicie, bądź średnio. Jak na studenta pierwszego roku oczywiście.

Minusy: jesteś typem natręta trującego ucho, którego wszyscy nienawidzą łącznie z Tobą. Nawet Mama Małej Madzi nie słyszy w ciągu dnia tylu wyzwisk, co Ty. Jeśli nie masz grubej skóry, to zanim nauczysz się podstawowych technik sprzedaży siądzie Ci psycha. Na 90% trafisz na podrzędną agencyjkę, która mieści się w piwnicy na obrzeżach miasta i nie zapewnia podstawy w postaci stawki godzinowej. W związku z powyższym, nigdy nie będziesz wiedział ile zarobisz danego miesiąca, bo:

  1. menago będzie wkręcał, że część umów przesunęła się na przyszły miesiąc i hajs z nich dostaniesz bóg-wie-kiedy
  2. menago będzie wkręcał, że część umów nie weszła, bo źle dogadałeś klientów
  3. menago będzie wkręcał, że nie wyrobiłeś targetu, w związku z tym, nie dostaniesz x zł za umowę, tylko 60% z x

 

Od kelnera do blogera

Każdą z wyżej wymienionych fuch (bo trudno nazwać to zawodem) zaliczyłem przynajmniej raz w swoim życiu. Z każdej wyciągnąłem jakieś wnioski i bardziej lub mniej przyjemne doświadczenie. Jedno jest pewne – gdyby nie te wszystkie szalone prace, z pewnością nie byłbym tu gdzie teraz jestem. Gdyby nie tyle zawodów, upadków i rozczarowań związanych z zarabianiem pieniędzy, z pewnością nie chciałoby mi się wzbijać i pakować w pisanie bloga.

Innymi słowy: polecam.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Janku, jeszcze można udzielać korepetycji jak ja to robiłem przez cały okres studiów.

    Z plusów możesz sobie dostosować czasowo, poznasz nowych ludzi, masz bardzo dobrą stawkę i pracujesz tyle, na ile się poumawiasz.
    Z minusów pracujesz tyle, ile na ile się poumawiasz, a może być trudno znaleźć ludzi, a do tego trzeba coś umieć. No i też trzeba umieć to przekazać.

  • Ja poszłam do telemarketingu od razu jak zaczęłam studia, powiedziałam tam 3 miesiące, wyjęłam jak najwiecej sie dało ze szkoleń i pozniej dostałam już prace gdzie tylko chciałam bo umiałam rozmawiać z ludźmi :) tylko warto szukac dużej firmy gdzie robią szkolenia!

  • doskonały tekst! ;) wzieło mnie na nostalgie.

    Wszystko się praktycznie zgadzam tylko że u mnie ulotki, zamieniły się na fabryki, a sprzedawanie ciuchów na księgarnie plus jeszcze trafiła się praca za granicą.

    Sprawdzałam siedzenia samochodów, pakowałam karty pamięci, segregowałam książki, sprzedawałam ubezpieczenia telefonów, wyciągałam ości z ryby, sprzątałam pokoje po weselach szkotów, zmywałam naczynia w egipskiej knajpie – każde miejsce nauczyło mnie czegoś.

    mega doświadczenie i dzięki tym fuchom poszłam dalej i dostałam pracę w zawodzie ;)

  • Lenny

    Pracuję w McDonald’s. Czytając Twoje opisy stwierdzam, że mam pracę marzeń i że wszyscy inni studenci, borykający się z problemem znalezienia pracy, też mogliby ją mieć. Zarabiam tyle samo, co pracownicy sklepów z ciuchami, albo nawet więcej. Są to raczej niskie zarobki, ale mi zawsze wystarczyły. Jest ciężko, ale nie tak, jak mają kelnerzy w normalnych restauracjach. Można się dużo nauczyć, a przy tym nie trzeba być nahalnym jak w przypadku telemarketera, no można za małą kasę najeść się cheesburgerów.Trochę smutno, że ludzie mają tak negatywny stosunek do pracy w maku czy kfc, bo czasy kiedy wyzyskiwano tam ludzi, o ile w ogóle takie były, dawno minęły..

  • Tkaczu

    Na pierwszym roku nie ma szans na dobrą prace ! Ludzie opamiętajcie się. Nie ma co męczyć się w różnych miejscach.Lepiej wykorzystac ten czas na szkolenie jezyka. Najlepiej angielskiego tutaj http://preply.com/pl/warszawa/korepetycje-z-angielskiego i zaraz po tym wyjechać z tego kraju !

  • Tkaczu

    Nie przesadzajcie, wystarczy dobra znajomośc angielskiego i można udzielić korepetycji !
    Zobaczcie ile osób już zarabia na tym
    http://preply.com/pl/warszawa/korepetycje-z-angielskiego
    Masakra, konkurencja jest nieziemska. Ja uczę tam języka portugalskiego i sporo dorabiam. Uczniowie zadowoleni :D

  • Martyna Lipiec

    Ohoho, w październiku czeka mnie pierwszy rok studiów (też w Krakowie) i pewnie jakaś praca, także widzę że ciekawie może być. :)

  • Aleksandra Muszyńska

    Przerobiłam wszystkie opisane fuchy-znaczy,że ze mnie też będą ludzie :)!
    Z kelnerowaniem było u mnie o tyle zastanawiająco,że im większe wtopy zaliczałam (podanie złego dania/podanie dań w złej kolejności/źle zrobiona kawa/rozbabrany deser/”nie wiem,proszę pana,czy to dobre,bo nie jadłam”),tym większe miałam napiwki.Ludzie pewnie doceniali aktywizację zawodową niepełnosprawnych umysłowo :D.

    • Obstawiam też niepłytki dekolt i dobrze dopasowane jeansy :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Dafuq?Wróżka,czy co?

  • Pingback: Plusssz Active Forte vs. kawa()

  • Pingback: Barcelona część II – Oceanarium, Muzeum Erotyki i bazar | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Kasia Kryszak

    Pracowałam kiedyś jako hostessa. Pozniej w odziezowej korporacji i to jest moje najgorsze doswiadczenie. Traktuja ludzi jak tania sile robocza. Dla mnie to syzyfowe prace, bo gdy cos skonczylam musialam zaczynac od nowa. Niedobrze mi bylo na sama mysl o pojsciu do pracy i ukladaniu calymi dniami ciuchow. Teraz pracuje w Telemarketingu. Wiele zlych opini krazy o tego rodzaju pracy, ale ja jestem bardzo zadowolona. Mam swietna ekipe w pracy, przychodze doslownie kiedy chce i zarabiam dwa, czasem trzy razy tyle. Jak zaczynalam, myslalam, ze ludzie beda mnie wyklinac przez telefon itp. Przez niecaly rok zdarzyla mi sie raz taka sytuacja. Klient powiedzial: „spierdalaj, mam milony”. Wiem, ze sa konsultanci, ktorzy wciskaja cos za wszelka cene. Ja podczas rozmowy wszystko dokladnie tlumacze i jezeli ktos nie chce przedluzyc umowy, to nie, trudno. Pomimo tego, ze nie oszukuje w zaden sposob i nie zmuszam ma dobre wyniki. Mam kontakt z klientami nawet jak przelduza umowe, nie mam ich potem w dupie, jezeli maja problem w trakcie umowy, pisza maila i pomagam go rozwiazac. Jezeli rozmawiam np. z kims starszym to zawsze kontaktuje sie z kims z jego rodziny, po to by nie podejmowal decyzji pochopnie i nieswiadomie. Moim zdaniem ta praca jest niedoceniana. Nie kazdy telemarketer klamie na kazdym kroku. Ja pracuje w ten sposob i sie tego nie wstydze, chociaz ludzie sie smieja z tego typu pracy. Jak dla mnie jest to swietne zajecie na poczatku studiow. jestem Pania swojego czasu i pieniedzy, ktore zarobie, bo ode mnie to zalezy i wcale nie musze byc przy tym nieuczciwa:)

  • Pierwszą moją pracą było sprzątanie w zasyfionej klitce budowlańców ze Skanski, którzy tworzyli most, ale pamiętam, że kupiłam sobie za to zajebistego discmana. Potem prace sezonowe za granicą, śpiewanie na weselach (zajebista fucha, fajna kasa i sama przyjemność, ale 12 godzin musisz męczyć siebie i swój głos, zazwyczaj kończy się wokalną tragedią). Pracowałam w biurze w Krakowie, w zawodzie, na piątym roku studiów – 750 zł/msc. Wyjechałam odwiedzić rodzinę i znalazłam tymczasową pracę w 24 godziny. Zostałam. Potem znalazłam kolejną bez problemu. Uwielbiam ludzi, z którymi pracuję, praca jest fajna i daje dużo wolności no i mogę pozwolić sobie na wszystko. Szkoda, że tak nie ma w Polsce i widzę, jak np. moi znajomi męczą się w durnych pracach, próbując powiązać koniec z końcem ;/

  • Byłę telemarketerę i barmanę ;) telemarketing słaby, ale fajnych ludzi-towarzyszy niedoli można poznać w takim miejscu. A barman… Najlepsze lata mojego życia. Tyle zajebistych znajomości, tyle wspomnień, imprez które pamiętam i tych których nie, tyle smaków, tyle beztroski, tyle kwasów, tyle noclegów w dziwnych miejscach… Łezka się w oku kręci. Nie zapomnę.

  • spinka

    też studiuje na ueku :) i mam nadzięję że po moim elitarnym kierunku drzwami i oknami zaczną mi się włamywać przedsiębirocy z ofertami pracy^^
    Z tego co widzę to ominęła Cię jedna zajebista fucha-praca w kinie kiedy to dostajesz 12 wejściówek w miesiącudla siebie i znajomych i możliwość zakupu popcornu za 1zł :D ale to niestety jedyne zaltey tej pracy

  • Venegoor

    Ja z Twojego zestawu zaliczyłem tylko ulotkarza i telemarketera. Co prawda ulotkarzem byłem tylko 2 dni, ale stałem w wielkim pomarańczowym afro więc byłem lokalną atrakcją. A praca telemarketera nie była całkiem taka zła, bo sprzedawałem internet firmom. Jeśli się człowiek ogarnie to jakoś idzie. Grunt żeby mieć duży dystans do siebie, i fajną ekipę ludzi z którą można się pośmiać na przerwach i mailować o pierdołach w trakcie pracy.

  • vividbats

    Z tych fuszek zaliczyłam kelnerowanie i telemarketing. Z restauracji wyrzucili mnie z tego samego powodu co Ciebie (czyli bez powodu). Pracę w call center wspominam jako największy koszmar, ponieważ nienawidzę rozmawiać przez telefon (ani z bliskimi, ani ze znajomymi a tym bardziej dzwonić by załatwić jakąś ważną sprawę). Traktowałam tę pracę jako przezwyciężanie własnej słabości dopiero po kilku miesiącach widzę sens tego (gdy już przewinęło się przez moje CV parę innych, poważniejszych prac).;)

  • olgacecylia

    Byłam kiedyś kelnerką. Od tamtego czasu wiem na pewno, że praca z ludźmi nie jest dla mnie. Powód? Kiedy myślę „ty bucu”, to od razu widać na mojej twarzy. Choćbym uśmiechała się najszerzej jak potrafię.

  • 13 lat jako sportowiec, to była najlepsza praca, bo połączona z pasją. Potem 3 nieudane próby pracy za biurkiem, no i w końcu własna działalność. W trakcie studiów nie miałam już żadnej możliwości pracy, nawet dorywczej, sport pochłaniał cały czas. Gdyby nie on, wyjechałabym do pracy za granicę, najlepiej do Stanów.

  • aż żałuję, że mnie cała zabawa ominęła. z przyczyn losowych musiałem się wziąć za prowadzenie firmy i… jest zabawnie.

  • Plantacja-restauracja-odzieżówka-inwentaryzacje nocne (powiedziałabym nawet bardzo dobry hajs w zależności od firmy) copywriting (o tym zapomniałeś, to też jest straszne, grosze płacą a ciężko się zmobilizować do napisania dziwnych tekstów) ale nie narzekam zahartowały mnie przez te lata ;) najlepsze są rozmowy rekrutacyjne szczególnie w call center i doradcy biznesowego.. Testy jak na prezydenta, wzniosłe hasła człowiek myśli że Bóg wie gdzie trafił skoro tyle etapów rekrutacji i to „gratulacje wybraliśmy właśnie Ciebie” nie wiem kto się jeszcze na to nabiera…

    • „copywriting” – teraz już nikt za to nie płaci, wszyscy to robią za darmo w ramach szalonej możliwości wpisania sobie do portfolio :)

      • Tak ale jest szansa, że po 3 miesiącach zatrudnią Cię za szaloną stawkę 2 zł za tekst ;)

  • Kamil

    jak można nie wspomnieć o Barmanie ;) najlepsza fucha jaką można dostać na studiach !

  • Przybijam piątkę! Z listy zaliczyłam naganiacza (praca czy śnieg, czy deszcz; czy Rynek pusty, czy akurat zombie apokalipsa – do 2 w nocy), sprzeda… znaczy się, sales assistant w sklepie z ciuchami, potem też merchandiser… I z listy to tyle. Gumtree ma wiele propozycji dla wolnych zawodów ;)

  • Hm. Sprzedawca gazet na targu, wkładanie ogórów do słoików w przetwórni, telemarketer dla „p4” no bo przecież nie play bo rzucą słuchawką… Ankieter dla poważnej firmy ubezpieczeniowej (Ojcze, wybacz mi, bo zgrzeszyłam)… House keeper za śmieszne pieniądze w Holandii (a co tam, i tak było warto). Obecnie korepetycje dają radę :-) przynajmniej ładna stawka godzinowa. W wakacje marzę, żeby przyjęli mnie do Burger Kinga i mam nadzieję, że opłacę z tego chociaż czynsz:)

    • „House keeper za śmieszne pieniądze w Holandii” – znaczy się, że ktoś jedzie na wakacje a Ty mieszkasz u niego w domu i go pilnujesz, tak?

      • Haha, tak to bym mogła pracować nawet za darmo:)

  • Ulotkarzy i promotorów jednak bym rozdzieliła – moja siostra pracowała jako promotor streap clubu i potrafiła wyciągnąć 3k miesięcznie, bo dostawała ogromne zwroty od każdego, kogo tam nagoniła. Na zwykłych ulotkach tego nie ma ;] Dodatkowo wydaje mi się, że większość moich znajomych na kelnerowaniu zarobiła więcej w dobrych klubach – napiwki są o wiele wyższe niż w lokalach z żarciem, chyba, że załapiesz się do porządnej restauracji. Do sieciówki łatwiej się dostać, ale też łatwiej wylecieć, bo jest większy przemiał ludzi i stała rekrutacja.
    Barista to też niezła fucha, a zdobycie podstawowych kwalifikacji to kwestia jednego kursu. Kluby fitness Pure też rekrutują teraz sporo ludzi.
    Jeśli chodzi o odzieżowe, warto uważać, bo wiele próbuje naciągnąć pracowników na „darmowy okres próbny”, czyli pracujesz miesiąc i dostajesz w nagrodę dżinsy (autentyk).
    Ale koniec końców, większość moich znajomych szła do pracy na bar (zaczynali od szklanki i chyba żadne z nich nie zrobiło kursu nigdy – wszyscy zgodnie twierdzą, że to jest najlepsza kasa), dorabiać weekendami można też na szatni.

    Ale koniec końców, i tak najbardziej opłaca się wyjechać na 3 miesiące wakacji do Norwegii i zbierać tam maliny.

    • „moja siostra pracowała jako promotor streap clubu i potrafiła wyciągnąć 3k miesięcznie” – to ja bym raczej rozdzielił ulotkarzy/promotorów klubów od stripclubowych naganiaczy, bo tak jak mówisz to inna kasa, ale też dużo więcej wysiłku

      Co do kelnerowania, to żeby załapać się do porządnej restauracji, w której kelnerzy znają choćby menu, trzeba jednak mieć już jakieś doświadczenie, znać sie na winach, obsłudze klienta itd., bo do Wierzynka świeżego studenciny nie wezmą

      Jeśli chodzi o okresy próbne w odzieżówkach, to w Diverse w Sosnowcu przoduje w tym temacie. Jak byłem po maturze, to sklep przez całe wakacje żył z darmowej sił roboczej biorac ludzi na 3 dni próbne, a potem nastepnych, następnych i nastepnych, aż skończyły się wakacje i regularni pracownicy wrócili do pracy :)

      • W Diverse w Bielsku-Białej taka sama sytuacja… I jeszcze w kilku lokalach gastronomicznych. Wiadomo, wakacje = darmowa siła robocza :)

      • Z tego co widzę po znajomych, chyba każdy klub zatrudnia promotorów na tej samej zasadzie: stawka godzinowa + prowizja od tego, ile osób nagonią do knajpy (liczone wg zwrotów ulotek ze zniżką na barze): tak np. działa cała sieć Where2Be, czyli Prozak, Frantic, Ministerstwo, Oysho i Cień. Ale fakt, że na streapie jest większa kasa.
        Powiedziałabym wręcz, że mało kto pójdzie do pracy na nocna zmianę na ulotki, jeśli ma tam zarobić 6zł/h bez dodatku w formie tej premii.

        Btw jeśli chodzi o dobrze opłacane zawody – znam parę tancerek z klubów ze tzw. „gentelman’s club” ;] one zarabiają świetnie ;] i jedyną kwalifikacją jest to, czy aplikantka dobrze się rusza i ma co pokazać ;]

        • Gadałem z 2 laskami, które właśnie naganiały na striptiz, to mówiły, że mają 3 dychy, ale od klienta, którego przyprowadzą do lokalu, także z jednej strony dużo kasy, ale z drugiej z pewnością sporo wysiłku.

          „znam parę tancerek z klubów ze tzw. „gentelman’s club” – kilka razy zastanawiałem się, czy nie spróbować pracy chippendalesa, ale jednak ani 6-paku nie mam ani bicek nie ten :)

        • Marta

          Już nie tylko where2B (teraz to: Frantic, Prozak, Shakers i Lokal), ale większość krakowskich klubów – rzadko kiedy już zarabia się mniej niż 10zł za godzinę. Co do streapów to zależy od umiejętności, dnia i ogólnego szczęścia, ale w większości zarabia się więcej niż w zwykłych klubach.

          I wbrew pozorom praca promotora nie jest taka zła, bo po pierwsze, zarobki są duże, od 60 do 200, w porywach do 300zł za 4 godziny roboty (zwykły klub) a i ludzie w większości sympatyczni. Wiadomo, zawsze ktoś bluzga, ale pracowałam za barem i za wszystkie „błędy” szefa i tak obrywałam ja. Gdy pracuje się z ludźmi zawsze znajdzie się ten milusiński typ, który musi się na tobie wyładować.

  • Na pierwszym roku pracowalam w sklepie indyjskim. Wytrzymałam dwa tygodnie. Do szewskiej pasji doprowadzało mnie układanie po milion razy rozwalonych ciuchów – lubię widzieć efekty swojej pracy. A potem byłam nianią. Od tej pory nie jestem przekonana, czy kiedykolwiek chcę mieć własne dzieci ;).

  • Arleta

    Ja pracowałam ostatnio w telemarketingu, zanim złapałam coś bliższego swojemu kierunkowi studiów. Miałam porządną podstawę i stałe godziny pracy, ale niestety wykończyło mnie zapalenie gardła :-) Plus ogromna monotonia z powodu powtarzania tych samych formułek, chociaż czasami trafiali się ciekawsi rozmówcy. Zdarzało mi się też pracować jako hostessa przy promocjach kosmetyków :-) Warto było się pomęczyć, bo teraz mam większą satysfakcje z nowej pracy : )

  • Mam 19 lat, nie poszłam na studia i nigdy nie miałam pracy takiej jak powyższe. W liceum dawałam korepetycje dla dziesięciolatka z angielskiego (każdy głupi potrafi, ale nie każdy się nadaje) a w tym momencie wegetuję w UK jako au pair (opiekuję się dziećmi, dostaję kieszonkowe, uczę się języka). I właśnie jestem w trakcie cieszenia się własnymi pieniędzmi, bo kupiłam pierwszego w życiu smartfona i zafundowałam sobie mini wycieczkę do Paryża.

    A na facebooku mam pracę jako bloger :3

    • ach, nie wiesz co tracisz! Uroki ustalania grafiku, zbierania ochrzanu „bo zupa była za słona i krzywo poskładałaś ti-szerty” od szefa… Czary, czary!

  • Czuu

    Do minusów kelnerowania dopisałabym konieczność robienia w wała/okradania klientów.

    Ja nie zaliczyłam żadnej z tych pozycji. Postawiłam na sezonową pracę za granicą – męczyłam się „raz a dobrze”, a w trakcie roku miałam spokój. Ale przedtem zaliczyłam przyjemność bycia cleaning lady oraz epizod opieki nad starszą osobą (jeden jedyny weekend, który jednak dużo mnie nauczył).

    • „Do minusów kelnerowania dopisałabym konieczność robienia w wała/okradania klientów.” – ale to jak w każdej pracy, możesz to robić, ale nikt Ci nie każe.

      • Czuu

        Pracę znam tylko z opowieści kolegi, szefostwo uznało u niego, że robienie klienta w jajo to po prostu część strategii biznesowej. Więc pozostawili mu wybór: możesz to robić, albo możesz tu nie pracować, ze wskazaniem na kolejkę chętnych na jego miejsce.

  • 1200

    Jak żyć Panie Stayfly? JAk normalnie żyć, jak kupić najmniejsze choćby mieszkanie. Czytałem fajną analizę dotyczącą rynku mieszkań w Krakowie: http://nieruchomosci.malopolska24.pl/2013/03/dom-od-dewelopera-czyli-alternatywa-dla-krakowskiego-mieszkania/
    Wszystko super, tylko jak masz 1200 pln na rękę, raczej nie powalczysz nawet o kredyt na mieszkanie. Za 1200 nie dostaniesz dziurwej łodki na Wiśle do mieszkania….

    • „Jak żyć Panie Stayfly?” – po pierwsze ruszać głową, po drugie nie zbijać bąków (ani innych owadów), po trzecie czytać bloga :)

  • Nasuwa mi się taka anegdotka: po czym poznać licealistę? „Nigdy nie pójdę do pracy za dziesięć złotych na godzinę”:)

  • nie zaczynam, ale wierzę, że wszystko przede mną! ;)

  • Sonia Wargacka

    To które z tych fuch to te dwie dobre? :)

    • Klener, jeśli uda Ci się trafić do jakiejś porządniejszej sieciówki, na przykład „Pizza Hut” i telemarketer, jeśli załapiesz się bezpośrednio do struktur firmy i będziesz miał stawkę godzinową.

      • Venegoor

        Jak już robić na słuchawce to w ITN czyli dziale technicznym, gdzie się można pośmiać z ludzi którzy dzwonią bo im google nie działą, a i kasa też dobra

        • Kiedyś widziałem listę 100 najbardziej hardcorowych pytań do obsługi infolinii Neostrady. Były takie kozaki jak „mozarella frifoks mi nie działa” albo „włączyłam domofon i internetu dalej nie ma w domu”

  • Karolina Johansson

    Więc tak, piszę to jako osoba już nie w wieku studenckim, a grubo po. Pierwsza praca za którą dostałam pieniążek to nabijanie ogórów w słoiki w sezonie letnim. Potem prasa na kasie w markecie, jakże popularna wśród studentów i 12 godzin plus jedno szybkie siku. Latanie z tacą i beszczelne klepanie po tyłku też było. Tam miałam okazję powiedzieć głośno co myślę. Długo nie popracowałam. . Następnie już bliżej wykształcenia i zawodu – praca w małym pensjonacie. To była pierwsza robota jaką miałam w cv i której miałam się nie wstydzić. Pani z recepcji (ja) oprócz pięknego uśmiechu, odbierania telefonów i stukania w komputerek, jak się okazało musiała również palić w piecu i ładować zmywarki… Znalazłam lepsze, normalniejsze, zgodne z wykształceniem. Wszystko dzięki temu nędznemu (jak się początkowo wydawało) cv. Dziś mogę się tylko z tego śmiać, ale jeden wniosek, taka byle jaka praca uczy szacunku do pieniądza. Miłego dnia // k

  • Martex

    a u mnie jest trochę inaczej- od pierwszego roku studiów pracuję, ale nie zaliczyłam żadnej z wyżej wymienionych prac ;) przed studiami zrobiłam instruktora fitnessu i od tamtego czasu jako instruktor pracuję ( jest to praca dodatkowa, najczęściej wieczorami czyli po zajęciach na uczelni/po pracy). Nie da się „wyżyć” tylko z fitnessu (zresztą nie robię tego dla pieniędzy), ale jest to fajny dodatek, który stał się moim sposobem na życie :)

    Mogę życzyć każdemu podobnej pracy, która będzie pasją, wyzwaniem, natchnieniem do działania, a jeśli uda się na niej zarobić to jeszcze lepiej :)

Skończyłem pisać książkę!

Skip to entry content

Chciałbym napisać tu coś mądrego, ale czuję, że wszystkie mądre słowa i finezyjne zwroty zużyłem pisząc książkę, dlatego krótko: SKOŃCZYŁEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Więcej w poniższym filmie, a jeszcze więcej (między innymi o czym ona będzie i jaki będzie jej tytuł) w specjalnym newsletterze: http://tnij.at/KsiazkaJanka

---> SKOMENTUJ

Fly Style #2 – Płaszcz, niedziela i dom Mehoffera

Skip to entry content

Kontynuuję swoją drogę szafiarza. Głownie dlatego, że wciąż nie udało mi się zdobyć 100 komentarzy pod wpisem, a blogerkom modowym to przychodzi ot, tak (choć przy wpisie z parapetówkową playlistą już było baaardzo blisko). Zazdrość, zazdrość, zazdrość i trochę misji.

Przy poprzednim wpisie z ciuchami, zrobiłem sobie foty na tle świetnej (i docenianej nie tylko w Polsce) pracy street artowej. Niestety, tylko jeden z czytelników zwrócił uwagę na fakt, że to dzieło NAWERa – świetnego dizajnera. Mam nadzieję, że przy tym wpisie będzie inaczej i wszyscy bardziej, niż na to co mam na sobie, zwrócę uwagę na to co mam za sobą. Bo praca to również wybitna i w nie byle jakim miejscu, bo na domu Jóźefa Mehoffera (sprawdź kiedy możesz go odwiedzić za darmo).

Kto pierwszy ten lepszy, kto drugi ten czyści fugi. Jaki krakowski mural ma za sobą?

---> SKOMENTUJ

Nikt już nie pamięta kim jest Nelly Furtado

Skip to entry content

 Mówi Ci coś „Maneater”? Sam tytuł pewnie nie wiele, ale jakbyś usłyszał pierwsze takty od razu zacząłbyś się bujać. A „Promiscuous”? Założę się, że tu już lepiej. Pojawił się jakiś szum w głowie, jakieś obrazy dziewczyn wijących się w klubie. Gdzieś z okolic potylicy, dobiega do Ciebie słodkie nucenie seksownej brunetki z Kanady. Jeśli jeszcze nie odleciałeś myślami do wydarzeń z 7 lat wstecz, to zrobisz to przy kolejnym tytule.

 

„Say it right”!

I jak, jesteś już w 2006? Nie wiem, co Ty robiłeś w tym okresie, ale ja razem z Justinem odkrywałem przywileje pełnoletniości i miejsca, w których dziewczyna może mieć kolczyk. „Powiedz to wprost” leciało wszędzie. Wszędzie, wszędzie, wszędzie. Jeśli „Like a virgin” jest nieśmiertelne dla mojej mamy, to „Say it right” jest ponadczasowe dla mnie. Bujam się przy tym, wzruszam i skaczę. Pełen wachlarz emocji.

Banalnie to zabrzmi, ale ten kawałek to hit. I teraz bardzo istotne pytanie…

 

Dlaczego?

Dlaczego tak jest, że jedne utwory stają się wykraczającymi poza swoją epokę klasykami, a inne bezpamiętnie rozpływają się w eterze fal radiowych?

Powiesz, że to zależy od wykonawcy. Jasne. Niektórzy są po prostu słabi, a inni beznadziejni i giną gdzieś między Ewą Sonet, a Jeden Osiem L. Ale co z taką Nelly Furtado? Ma oryginalny akcent, charakterystyczną barwę głosu i wyciąga więcej oktaw, niż potrzeba by zrobić „e-e, ela-ela”. Ujmując to dwoma słowami – śpiewa świetnie. A mimo to, jej jedyna płyta, z której jesteś w stanie wymienić utwory to „Loose”.

Czy na pozostałych 4 śpiewa gorzej? Skądże! Czy po ciąży się roztyła i nikt już nie ślini się na jej widok, oprócz osobistych dietetyków? A gdzie tam! Na wszystkich 5 albumach śpiewa równo i stale doprowadza do wrzenia, choćby samym spojrzeniem.

Nie masz pojęcia czy Nelly Furtado żyje, czy umarła, bo zmieniła producenta.

 

Śpieszmy się kochać dobrych producentów, tak szybko dochodzą

Wokalista jest twarzą utworu, jego wizytówką. Jest jeźdźcem, kierowcą, sternikiem, ale to producent jest statkiem.

Nawet najlepszy kapitan nie popłynie na zdezelowanej łajbie, nie mówiąc już o dziurawej tratwie. Bez dobrego podkładu nie da się zrobić dobrego utworu. To podkład niesie wokalistę, pozwala mu rozwinąć skrzydła i lecieć. Żeby wzbijać się w przestworza trzeba mieć dobry samolot, a Nelly miała jeden z najlepszych.

„Loose” dlatego okryła się diamentem tylko w samej Polsce (tak, ta płyta zdobyła 5-krotną platynę w kraju, gdzie popowe płyty nie ocierają się nawet o złoto), bo produkował ją Timbaland. Do spółki z jego podopiecznym Danją. Dobry producent i miliony sprzedanych egzemplarzy w czasach, gdy wszystko możesz ściągnąć z Internetu. Brak dobrego producent i ludzie zapominają, że istniejesz.

Kiedy następny utwór przejdzie do historii muzyki rozrywkowej, pamiętaj – oprócz słodkiej laleczki/zabójczo przystojnego mulata, gdzieś tam w tyle jest jeszcze producent. Producent bez którego ten hit by w ogóle nie powstał.

---> SKOMENTUJ