Close
Close

Marcin Prokop mówiąc, że celebryci zarabiają za dużo bardzo ożywił dyskusję o zarobkach. Górnicy, pielęgniarki i kilka pań ze spożywczaka go poparło. Koledzy z branży usunęli go ze znajomych na Facebooku i przestali wrzucać wspólne fotki na Instagrama. Sam dość spontanicznie mu przytaknąłem, mając jednak za myśl przewodnią inne hasło. Ale do niego dojdę za chwilę.

 

Nie tylko celebryci zarabiają za dużo?

Pamiętam jak na drugim roku pracowałem w biurze nieruchomości jako fotograf/cudowny-chłopiec-od-wszystkiego. To była studencka praca marzeń. Dostawałem dychę na godzinę, nikt nie stał mi nad głową, większość dnia krążyłem wokół starego miasta i fotografowałem chaty, których statystyczny Polak nie zobaczy nawet w serialu na TVNie.

Spotykałem się przy tym często z ich właścicielami. Mega dzianymi gościami, którzy moją tygodniówkę zarabiali w godzinę albo mniej. Przy czym, żaden nie doszedł do bogactwa pracą na roli, w hucie, kopalni, czy na etacie. Każdy z nich miał albo jakiś talent (piłka nożna, dziennikarstwo, piłka nożna), albo łeb do interesów (co de facto też jest rodzajem talentu).

Mieszkania, którymi handlowało moje biuro były drogie (baaardzo drogie), to też prowizje dla agentów były nie małe (można powiedzieć, że były duże). Pewnego razu, gdy szedłem sfocić i przyjąć mieszkanie z Peterem (jednym z agentów, który zarabiał najwięcej), naszła go dość niespotykana refleksja. Oczywiście niespotykana jak na osobę zarabiającą tak duże pieniądze, w tak młodym wieku w naszej szerokości geograficznej. Peterowi wpadła do głowy podobna myśl, co Prokopowi.

Spytał mnie, czy on i inni agenci nie zarabiają za dużo?

Te 6-7 tysięcy netto nie należałoby się bardziej lekarzom albo nauczycielom? Przecież ich praca jest dużo cięższa, niż moja i ma dużo większy wpływ na resztę społeczeństwa. Ja jeżdżę sobie furą po mieście, klikam coś na iPhonie, jem obiady z ładny ludźmi i kasuję 3 razy więcej, niż oni. A przecież taki lekarz to ma nieraz zapieprz dwacztery na dobę. Od niego zależy ludzkie życie… Czasem mam wyrzuty, że tyle zarabiam…

Tak jak w przypadku wypowiedzi Prokopa zgodziłem się z nim, ale ale tylko powierzchownie.

 

To lekarze zarabiają za mało!

To nie agenci nieruchomości zarabiają za dużo. Jeśli ktoś płaci tyle za ich usługi, to spoko. Nikt nie powinien mieć do nich o to pretensji, ani im żałować. To zawód z tak niską barierą wejścia, że jeśli ktoś czuje jakiś żal, to nic prostszego – niech sam zostanie agentem.

Problemem jest natomiast to, że faktycznie lekarze i nauczyciele na państwowych posadach zarabiają za mało. Za mało w stosunku do kwalifikacji jakie muszą zdobyć i ciężaru gatunkowego jaki niesie ze sobą ten zawód. Reasumując – to oni powinni zarabiać więcej, a nie ktoś inny mniej. Ale żeby lekarze w szpitalach zarabiali adekwatną kasę do wysiłku wkładanego w pracę, trzeba by zlikwidować państwową służbę zdrowia. A to już temat na zupełnie innego posta…

 

Ile powinien zarabiać bloger?

Podobne pytanie na swoim fanpejdzu zadał Krzysztof Gonciarz. Spytał swoich fanów ile powinien zarabiać znany twórca filmików na YouTube.

Biorąc pod uwagę, że zadał to pytanie na własny profilu fanowskim, wydawać by się mogło, że 95% respondentów będzie wskazywać najwyższą możliwą kwotę. W końcu czytelnicy/widzowie/słuchacze danego medium powinni chcieć dla niego jak najlepiej. W innym wypadku, po cholerę śledzą jego działania, skoro nie życzą mu dobrze? Jak widzicie na poniższym obrazku, rzeczywistość po raz kolejny zaskoczyła (brutalnie).

Jeśli twórca tak świetnych show jak „Zapytaj beczkę”, według widzów powinien zarabiać 2000zł, to ile powinien zarabiać prezenter telewizyjny? 300zł? 150?

Filmiki Gonciarza mają średnio po 50 000 wyświetleń. Ktoś powie, że to mało. Okej. Odcinki Niekrytego Krytyka mają po milion. Który program telewizyjny może pochwalić się takim wynikiem? Wojewódzki? X-factor? No na pewno nie programy śniadaniowe, a taka Mołek, czy Rusin zarabia pięciokrotność wypłaty Niekrytego. Weźcie też pod uwagę ile osób pracuje przy talk-showach w telewizji, a taki Jakóbiak w zasadzie jest sam. Sprawiedliwe? No kurczę, nie sądzę (jakby to powiedział Popek)!

I żeby nie było – zazdroszczę im, ale nie żałuję. Niech mają. Niech się pławią w luksusie i jedzą sushi nawet  2 razy w tygodniu. Im więcej ludzi będzie żyć w dobrobycie, tym lepiej dla społeczności, w której żyją. Ale niech ludzie, którym należy się ta kasa też ją dostaną, a nie tylko ochłapy.

Przeciętna blogerka modowa jest bardziej wpływowa, niż jakieś Cosmopolitan, czy co tam czytają młode laski. Jej gust, jej stylizacje, jej rekomendacje mają bezpośrednie przełożenie zakupy jej czytelniczek. Kilkudziesięciu tysięcy czytelniczek dodajmy. Czemu więc Cosmo czy Twist ma zarabiać kilkaset tysięcy miesięcznie, a ona dostawać spodnie w barterze, skoro zasięg ma ten sam lub większy?

To nie celebryci zarabiają za dużo. To internetowi twórcy treści zarabiają za mało.

 

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Czy chcesz imprezy w każdym pokoju swojego domu? Tak!

Skip to entry content

Włączając w sobotę rano Spotify, zobaczyłem powyższe pytanie. Odpowiedziałem odruchowo „tak”, ale nie wiedziałem, czy faktycznie tak będzie. A było. W zasadzie to było nawet lepiej, bo impreza była też w kuchni, łazience i na balkonie. Tylko pawlacz się uchował.

Parapetówka mimo nie małych rozmiarów, nie zaowocowała ani przyjazdem policji, ani wizytą jednostki GROMu, ani nawet telefonem od administratora budynku. W pewnym momencie co prawda wpadli sąsiedzi, ale tylko po to, żeby walnąć zapoznawczą banię (chciałbyś mieć takich sąsiadów, co?). Było gadane, było skakane, było pite i było bawione do 5:34.

Tym razem jednak lepiej, niż słowa oddadzą Wam to co się działo zdjęcia.

 

Przygotowania

Marka Miller skutecznie zadbała o to, żeby nie zaschło nam w gardłach podczas deklamacji pieśni wojskowych o drugiej w nocy.

Subway natomiast zatroszczył się o to, żebyśmy nie odpadli już po pierwszym odsłuchu „Prawy do lewego”.

 

Selekcja

Agencja ochroniarsko-autoerotyczna w postaci gospodarzy (choć głównie Pana Piotra) zapewniła odpowiednią selekcję na bramce i nie wpuszczała gości spoza listy. A byli tacy co chcieli wejść „na Kaśkę”. Na szczęście nie musieliśmy używać broni palnej i wszystkie zagubione dusze odeszły po dobroci.

 

Dary losu

Zacni goście poprzynosili zaskakujące podarki, które będą nam służyć do końca umowy najmu i jeden dzień dłużej. Największą niespodzianką był niewidoczny talon na darmowe przejście przez ulicę w miejscu niedozwolonym. Natomiast styropianowy czajnik z ukrytą wiśniówką, na zawsze zmienił nasze postrzeganie artykułów gospodarstwa domowego.

 

Impreza, impreza!

Dziękuję wszystkim którzy przyszli (mimo skręconych kostek), krzyczeli z nami (mimo zdartych gardeł) i wypili moje zdrowie (mimo ramadanu). Dziękuję Wiśle Kraków, że w tym dniu grała mecz i zaangażowała wszystkie dostępne patrole. Dziękuję Konradowi Conradowi za kulę dyskotekową i dymnicę. Dziękuję Millerowi za piwo, Subwayowi za kanapki i wszystkim dziewczynom za dekolty. Dziękuję wszystkim czytelnikom za kozackie kawałki do playlisty. Bez nich ta impreza nie byłaby tak dobra i z pewnością nie trwała 10 godzin.

Na koniec nie dziękuję matce naturze i metabolizmowi człowieka. Dzień po jest jak Media Markt.

3 Polki, które zabrałbym na bezludną wyspę

Skip to entry content

Abstrakcyjna sytuacja, aczkolwiek nigdy nie mów nigdy.

Tusk i ten drugi co jest prezydentem podpisali ACTA i weszło 15 uchwał z rozporządzeniami odnośnie przeciwdziałaniu piractwu. Policjanci, prokuratorzy i sędziowie dowiedzieli się o istnieniu praw autorskich i zaczęli walczyć z ich łamaniem. Intensywniej i skuteczniej, niż z mafią kryminogennych studentów pijących piwo w plenerze.

Trafiło również na Ciebie. Oddział CBŚ i UOP, który normalnie powinien zajmować się malwersacją podatkową polityków, wbił Ci na chatę i zarekwirował lapka. Znaleźli na Twoim dysku 300 giga filmów z Penelopą, całą dyskografię Boysów i pdfa z „Panem Tadeuszem”.

Masz bardziej przerąbane, niż świerk w tartaku. Albo trafiasz do Guntanamo na popiątne dożywocie, albo zsyłają Cię na koniec świata, gdzie ojciec dyrektor mówi dobranoc, a elektryczność pojawi się dopiero w trzecim millenium. Jedna sprawa – jeśli wybierzesz wywózkę na bezludną wyspę, będziesz mógł wziąć ze sobą 3 laski, które też zostały skazane.

Zakładając, że dziwnym trafem wszystkie celebrytki, blogerki i modelki dostały ten sam wyrok, co Ty, kogo byś wziął ze sobą?

Jeśli chodzi o mnie to…

Do gadania – Hanna Bakuła

Co za charakter, co za osobowość! Po rozmowie w „20m2 Łukasza” miałem ochotę zadzwonić do niej i słuchać jej całą noc. Rzadko się zdarza, żeby kobieta swoimi wypowiedziami zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie. Żebym słuchał jej jak zahipnotyzowany z otwartymi ustami. Niezwykle inteligentna i inspirująca. Zrywając kokosy na śniadanie, czy piorąc ciuchy w oceanie mógłbym nauczyć się od niej więcej, niż przez całe liceum.

 

Do niewysypiania – Agnieszka Szulim

Tylko przy tej kategorii miałem problem z wyborem.

Na początku myślałem o jakichś małolatkach (w sensie moich rówieśnicach), bo jak mielibyśmy być na tej wyspie do końca życia, to jednak lepiej młodsze, niż starsze. Marina Łuczenko ma taki tyłek, że „o boże”, Ola Szwed takie cycki, że „rany boskie”, a Luxuria Astaroth cała jest taka, że „Jezus Maria!”. Ale… Jest oczywiście jedno duże „ale”.

Te dziewczyny są typowi dychami, jasne, ale dychami-lalkami. Bez czegoś wyjątkowego, bez oryginalnego charakteru, bez jakiegoś indywidualnego czynnika, który świadczyłby o ich unikalności. Jak patrzę na nie, to jest okej, ale bardziej widzę starannie przygotowane produkty, niż żywe osoby. Nie mają w sobie pazura świadomej, żywej kobiety. A w łóżku bez pazura, to jak w biurowcu bez biura (czy jakoś tak).

Agnieszka Szulim ma pazur. Nie jest nastolatką, ale ma w sobie ogień! Ma te 30-kilka lat i wie co jest pięć. Widać, że zna wszystkie elementy rock’n’rolla i lubi to robić nie tylko przy zgaszonym świetle, gdy sąsiedzi już śpią. Wie, że sznurek na pranie może służyć też do innych rzeczy i że oprócz misjonarzy, jest kilka innych ról w które można się wcielić. No i przede wszystkim jest ultra kobieca. Ten jej seksapil, ten uśmiech, ten głos. Czego by nie robiła mam wrażenie, że mnie kokietuje. Z taką to można spać i się nie wysypiać.

 

Do gotowania – autorka bloga White Plate

autorką zdjęć jest Eliza Mórawska

Eliza robi takie rzeczy, że „boziu daj mi taką dziewczynę”.

Co prawda głównie na słodko, ale to nic. Mógłbym zrezygnować z sutych obiadów. Zresztą, nie wiem czy na tej wyspie byłby jakiś dzik, więc chcąc, nie chcąc, mięcho pewnie i tak musiałbym sobie podarować. Ale te jej ciasteczka, te torty i tarty, te wszystkie słodkości, których nazw nie znam. Cud, miód, malina i jeżyna. Poziom cukru mi skacze już od samego patrzenia na zdjęcia. A kanapeczki, przekąseczki i śniadanka też wychodzą jej pierwszoklasowo.

 

Twoja złota trójeczka

Z takim triem zaludniłbym nie tylko wyspę na środku Pacyfiku, ale pewnie Marsa i kilka innych układów planetarnych.

Zapytałbym Was o Wasze typy najnajnaj Polek, które wzięlibyście ze sobą na zesłanie, ale wiem, że Stay Fly czyta jednak więcej lasek. No nic, trudno. Dziś Wasz dzień dziewczyny, przyjmuję na klatę, że będę skazany na czytanie o super samcach alfa z orzełkiem w dowodzie. No to jedziecie.

Linda? Gierszał? Grzeczny Chłopiec?