Close
Close

Barcelona część II – Bazar La Boqueria, oceanarium i Muzeum Erotyki

Skip to entry content

Pogoda zakpiła sobie z nas perfidnie. Z całodniowego plażowania w otoczeniu półnagiego kalendarza Pirelli zostało tyle, co z obietnic przedwyborczych – same niespełnione nadzieje. Od środy regularnie padało i temperatura nie przekraczała 18-stu stopni, więc japonki miały okazję się sprawdzić tylko pod prysznicem. Okrucieństwa dodaje fakt, że nawet w Polsce było cieplej w tym czasie (i wciąż jest).

Ty zła, przebiegła naturo, nie wiesz z kim zadarłaś! Oficjalnie ogłaszam, że bezpańska suka z ciebie!

Plaża, morze i pływanie nie wyszło i mimo, że byliśmy na nie najbardziej napaleni, to nie powiesiliśmy się na najbliższej palmie. Poszliśmy się utopić do…

 

Oceanarium (L’aquarium Barcelona)

Najdroższa atrakcja na jaką trafiliśmy w Barcelonie – wjazd 19 euro. Drogo jak cholera, ale zawsze chciałem się przejść podwodnym tunelem i zobaczyć jak przepływa nade mną rekin. Przeszedłem, rekin przepłynął (nawet 3). Mogę ze spokojnym sumieniem odhaczyć ten punkt ze swojej listy rzeczy do zrobienia przed andropauzą.

Oprócz rekinów, było dużo innych egzotycznych, kolorowych rybek i zwierzątek, które znałem tylko z National Geographic. Meduzy, koniki morskie i fluorescencyjne ryby na żywo są bardzo spoko, aczkolwiek, gdybym je spotkał pływając w wodzie, to chyba bym popuścił. Takie dziwne żyjątka miło pooglądać, ale nie koniecznie dotykać gołą stopą.

 

Muzeum Erotyzmu

Mocno się na to napalaliśmy, bo co może kręcić takich młodych chłopców jak my, jak nie gołe baby? Okej, może jeszcze Mario Kart na Nintendo 64, ale cycki zdecydowanie są numerem jeden. Niestety spotkał nas zawód gorszy, niż telemarketer.

Wstęp 8 euro, a w środku same wydruki prac dostępnych w internecie. I to jeszcze kiepskiej jakości. Wystawa do obejścia maksymalnie w 20 minut. Przy czym żaden „eksponat” nie zainteresuje osoby mającej skończone 16 lat na dłużej, niz 2 sekundy. Czułem się obrażony, oszukanych i zupełnie niepodniecony. Nie polecam z całego serca.

 

Bazar La Boqueria

Jeśli myślisz, że magia kolorów to najnowsza kolekcja H&M, to jesteś w błędzie. I to głębokim.  Bazar przy La Rambla (największym deptaku w Barcelonie), to niekończąca się kanonada barw! Takich odcieni nie widział nawet Picasso po LSD. Jak tam wszedłem myślałem, że dostanę oczopląsu albo co najmniej zeza.

Świeże owoce, świeża warzywa, świeże małże, świeże krewetki, świeże szyneczki. Rany boskie, ale to pysznie wyglądało, zjadłbym wszystko, wszystko, wszystko! Co prawda, cześć homarów, raków i krabów była tak świeża, że jeszcze się ruszała (dlatego ma pozwiązywane kleszcze) i trochę mnie to przerosło. Ale te wszystkie owocki… ach, zawładnęły moim umysłem. A świeży sok z mango i kokosa, to już w ogóle pozycja obowiązkowa.

Aha, i mimo mega tłoku i ścisku, tu też nas nie okradli!

Piłbyś, co?

(niżej jest kolejny tekst)

17
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
Barcelona część III - Sangria, tortilla i rozkminy o HiszpanachOchotę MamIvlooqash.comOlga Cecylia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magda
Gość
Magda

Oceanarium wygląda świetnie, targ też :) Jednak muzeum erotyki zawodzi, w sumie nic odkrywczego. Mam nadzieję, że podróż się udała :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie pomyliliśmy lotnisk, zdążyliśmy na samolot, a liczba wylotów pokrywa się z liczbą lądowań, więc udałą jak najbardziej :)

Magda
Gość
Magda

Sama mam w planach Barcelonę w te wakacje jako „podróż na otarcie łez” po Erasmusie. Tylko jadąc w wakacje boję się, że zdechnę z upału :D

Aleksandra
Gość
Aleksandra

O matko, jakie piękne jedzenie! Moje jabłka z mokpolu wyglądają tak żałośnie! Świeży sok z mango!? <3 Ja nie mam nawet nieświeżego!

Paulina Bartczak
Gość
Paulina Bartczak

Barcelona najpiękniejsze miasto na świecie :) a na Camp Nou jeszcze nie byliście?

Saga Sachnik
Gość

O matko, jaki dobrobyt! Nic, tylko zwariować!
Poza tym, okłamałeś nas – miały być zdjęcia z plaży bez koszulki, a tu tylko podwozia, w dodatku sztuczne.

Grzeczny Chłopiec
Gość

To nie kłamstwo. To flirt.

Olga Cecylia
Gość

Zgłodniałam. Idę na targ!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dzisiaj w Krakowie, chyba już wszystkie zamknięte.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Barcelona część I – Park Güell, Sagrada Familia i paella

Skip to entry content

Dotarliśmy, jesteśmy cali i zdrowi i nawet nie okradli nas w pierwszy dzień (zresztą w drugi też nie), co jest podobno nie lada wyczynem. W samolocie zapoznaliśmy koleżankę, która jest rezydentką w Barcelonie (oprowadza wycieczki i takie tam). Powiedziała nam, że przejście przez La Ramblas bez utraty portfela jest jak trafienie świeżych kurczaków w Tesco – turystom rzadko się zdarza. A nam się zdarzyło i udało nawet trafić do miejsca, w którym mieszkamy, bez wielkiego krążenia.

 

Gaudi, Gaudi, Gaudi

Gdy pytałem Was co warto zobaczyć w Barcelonie, sporo osób pisało, że to miasto Gaudiego. Że tylko on i jego prace tu się liczą, a reszta artystów może czyścić mu sandały. To poszliśmy sprawdzić, czy tak jest faktycznie.

 

Sagrada Familia

Gdyby tak wyglądały kościoły w Polsce, to chyba zacząłbym do nich chodzić. Wchodzisz do takiego i czujesz się jak w galerii sztuki. Te światła, ta przestrzeń! Sagrada Familia to zaprzeczenie kościoła jaki znam. Ani ni czuć tam stęchlizny, ani wyjątkowego cierpienia, ani przenikającego poczucia powagi. Miałem wrażenie, że jestem raczej w nieotwartej dyskotece, niż miejscu, gdzie ludzie odprawiają pokutę za grzechy.

W kościele projektu Antoniego Gaudiego zrobiły na mnie wrażenie 3 rzeczy, których nie widziałem nigdzie indziej:

  • baśniowe witraże (kozackie kolory!)
  • lewitujący Jezusek (byłem przekonany, że jak się wrzuci pieniążka to zacznie latać)
  • automat na kawę (wyobrażacie sobie to w polskim kościele? nie ma szans!)

 

Park Güell

Park równie kiczowaty jak kościół. W zamyśle miało być to zaciszne miejsce dla kilku burżujskich rodzin zamieszkujących okolicę. Obecnie jest jednym z najbardziej tłocznych miejsc w Barcelonie. Ludzie walą tam drzwiami, oknami i czasem wchodzą przez komin, ale trzeba przyznać, że park w sam w sobie jest bardzo przyjemny.

Miał ten Gaudi gest przy projektowaniu. Tak jak w przypadku Sagrada Familia – wszystko jest wielkie i wszystkiego jest dużo. Między innymi dlatego projekt ogrodu (jak i kościoła) nie został skończony za życia twórcy. Zleceniodawcy skończyły się pieniądze. Mimo, że był miliarderem.

W Parku Guell pierwszy raz widziałem drzewko z pomarańczami i prawdziwe kaktusy (w sensie te jak z filmów o dzikim zachodzie). Oprócz tego polecam widok z górnego tarasu. Widać caluśkie miasto wzdłuż i wszerz. Szczęka opada i można obślinić sobie buty.

 

Paella z owocami morza

Jestem tu trzeci dzień, a już zdążyłem znienawidzić kelnerów i obsługę we wszystkich lokalach. TU SIĘ NA WSZYSTKO STRAAASZNIE DŁUGO CZEKA! Pojęcie „fast food” w tym kraju to oksymoron. Chyba, że za „fast” uznasz 15 minut czekania na frytki, których podanie w Polsce zajmuje 30 sekund (od momentu zamówienia łącznie z zapłatą).

Mocno rekomendowaliście paellę, a ja ogólnie lubię owoce morza, więc poszliśmy z Patrykiem sprawdzić ten temat. Siedliśmy sobie w miłej knajpce, przy jednej ze spokojniejszych ulic. Ludzi było raczej nie za wiele, a szamka kosztowała niecałe 9 euro – idealnie! Po 35 minutach umierania z głodu i czekania na, co by nie mówić, dość proste danie, chciałem wybiec stamtąd i powiesić się na palmie. Na szczęście tego nie zrobiłem.

Gdy kucharz w końcu przyniósł jedzenie, gdy je zobaczyłem, gdy spróbowałem… doceniłem każda minutę oczekiwania. Było pyszne! To niby tylko ryż z małżami, ale w domu bym sobie takiego nie zrobił. Widać, że znają się na temacie, bo było świetnie przyprawione. Każdy kęs rozpływał się w ustach. Po zjedzeniu swojej porcji od razu chciałem zamówić drugą. Polecam!

Dzisiaj natomiast będziemy sprawdzać jak radzi sobie tutejsza tortilla, czyli omlet z ziemniakami (sorry, jeśli narobiłem Wam smaka).

autorem zdjęcia jest albertopveiga

Najpierw o tym tylko marzyłem. Potem coś przebąkiwałem pod nosem, że fajnie by było, gdyby to się stało jednak w tej dekadzie. W styczniu powoli zacząłem sprawdzać ceny biletów. Aż w końcu kupiłem bilety, zapowiedziałem, że polecę i sporo się przygotowywałem. W czym mocno mi pomogliście (dzięki!). A dziś jest ten dzień.

Japonki spakowane, złotóweczki wymienione, karty pokładowe wydrukowane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale znam siebie. Zapewne źle spisałem adres miejsca, w którym będziemy spać albo nie spakowałem netbooka. Albo źle sprawdziłem lotniska i tak naprawdę lecimy do Rzymu, i wylądujemy w noclegowni dla bezdomnych. Dobra, wiem, że przesadzam, ale zawsze przed większa podróżą mam wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czegoś bardzo ważnego. Że coś jeszcze miałem sprawdzić/zrobić/ogarnąć i cholera jasna, jakimś dziwnym trafem nie zrobiłem tego.

A przecież to już dziś! To zaraz! To teraz!

 

Właśnie jesteśmy w samolocie do Barcelony!

Tak jest proszę Państwa. W tej oto chwili, gdy czytacie te literki na monitorach, ja i Patryk siedzimy w Ryanairze szykującym się do startu.

To mój szósty lot, ale przy każdym stresuję się tak samo. Jakoś słabo mnie przekonują te wąskie siedzenia, mały przesmyk między rzędami, malutkie okienka, brak spadochronów dla wszystkich i fakt, że nikt z obsługi nie mówi po polsku, do tego, że samolot to bezpieczna forma transportu. Ja wiem, że w stosunku do liczby wypadków samochodowych, czy zatopień łodzi, to samoloty są zasadniczo bezawaryjne. Ja wiem. Tyle, że jak w aucie jest awaria, czy nawet jak statek się topi, to zawsze można wysiąść. A w samolocie to już nie bardzo…

Ale lecimy! W sensie zaraz będziemy lecieć, jak tylko w końcu wystartujemy i wzbijemy się w powietrze. Bo coś długo kołuje ten samolot. Nie wiem, czy niesprawny, czy pilot pijany, czy co?

Okej, nie marudzę, bo widzę, że Patryk stresuje się bardziej ode mnie. W końcu to jego pierwszy lot. Dłonie zdążyły mu się już zrobić nieprzyjemnie wilgotne i lepkie, a wycieranie w spodnie wcale nie pomaga. Usta ma wysuszone jakby spalił z pół kilo haszu, a wzrok skupiony jak hazardziści na Służewcu. Gdy sprawdzam jak się czuje, kłamie gorzej, niż politycy pytani o dług publiczny.

Próbuję podnieść go na duchu. Mówię, żeby zluzował. Że będzie spoko i zaraz po wylądowaniu ciśniemy na plażę kontemplować piękno płci przeciwnej. W toplessie.

Ale nie łyka tego. Sam jestem tak spięty, że nie przekonałbym nawet ślepego, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Wciąż jedziemy po tym pasie, cholernie trzęsie, a mój przyjaciel robi się zielony jak trawa na przyjazd papieża za komuny. Muszę go jakoś uspokoić i to szybko! Szybko, szybko, szybko! Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl! Cholera nie wiem… Yyy… muzyka. Tak, muzyka! Dobra, co ja tu mam… Hmm, Hadouken! – nie, Crystal Castles – nie, Pezet – nie, Dr Misio – nie, Eminem – nie. Eminem – nie? Eminem – tak! „Lighters”! „Ligthers” go uspokoi!

 

Jesteśmy w powieeetrzuuuuu!

Udało się! Oderwaliśmy się od ziemi, podwozie się schowało i zerkając przez szybkę po lewej, widzę więcej chmur, niż w jamajskim coffee shopie. Lecimy i czuję, że życie jest spoko. Albo nawet lepsze. Co za widok! Gdyby to nie było zabronione, wyszedłbym na zewnątrz popływać sobie w tych chmurach. Patryk robi zdjęcia z częstotliwością rasowego Japończyka, ale w cale mu się nie dziwię. Za pierwszym razem zareagowałem tak samo. Zresztą dalej robię oczy jak 5 złotych.

To ten moment, kiedy mogę się zapomnieć. Zapomnieć na dłużej, niż chwilę o tym, że kilka tysięcy kilometrów niżej jest jakiś świat. Świat, w którym mam obowiązki, nakazy, zakazy, powinności i wszystkie inne sidła, które sprawiają, że dopiero fizycznie odrywając się od ziemi mój umysł staje się wolny. Kiedy jestem spuszczoną z łańcucha duszą, lewitującą w przestworzach, to moment, żeby puścić Te-Trisa. Żeby puścić kawałek taki jak ten.

 

Lądujemy?

Albo mi się wydaje, albo coś mnie ciśnie w uszach? Nieee, wydaje mi się. Jestem przewrażliwiony. A może jednak? Nie, nie wydaje mi się! Zatyka mi uszy, bo obniżyliśmy pułap.

Powoli, powoli schodzimy w dół. Tak mnie poniosło myślami, że nie zorientowałem się kiedy minęły te 2 godziny. Pokazują, że mamy zapiąć pasy – znaczy jesteśmy już blisko. Łouł, ale zielona ta Hiszpania! A propos zielonego – jak tam z Patrykiem? O, lekko pobladł, ale już przestał grać w kamienną twarz. Jest okej.

Schodzimy, schodzimy, schodzimy… Jest pas! Jest pas, jest pas, jest pas… Siadł na pasie! Jezusieńku, ale zarzuciło! Kierowca chyba jednak jest pijany. Albo świeżak. O boże, ludzie klaszczą… myślałem, że tym razem oszczędzą mi tego happeningu. Ale z drugiej strony, przynajmniej mamy pewność, że możemy spytać po polsku jak dotrzeć do miasta.

Do miasta żółtych kamienic, soczystych pomarańczy, ciemniejszych twarzy, jaśniejszych myśli i skateparków z palmami. Do miasta z tego klipu.

Do Barcelony!

Mamy ziemię pod stopami i wiatr we włosach. Jesteśmy na miejscu, dotarliśmy razem. To co, punkt pierwszy plaża?