Close
Close

Każdy średnio zaawansowany użytkownik internetu spotkał się przynajmniej raz z hastagami. Domyślam się, że wiesz czym one są, ale z uwagi na fakt, że nie ma ich definicji w polskiej Wikipedii (ani na żadnej innej polskiej stronie), wrzucam krótkie wyjaśnienie:

[box type=”info” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Hashtagi to bezspacjowe ciągi wyrazów poprzedzone symbolem „#”, nie zawierające polskich znaków. Na przykład #gotowanie albo #piekneczytelniczkistayflyzkrakowa. Służą do grupowania wiadomości w obrębie jednego tematu, bądź kategorii zainteresowań. Zostały stworzone na potrzeby komunikowania się w sieci i radzenia sobie z zalewem informacji.[/box]

Kiedyś były zarazerwowane tylko dla ultra-geeków siedzących na IRCu. Później mocno spopularyzował je Twitter. Obecnie wyszły poza platformy, na których spełniają role funkcjonalne. Ten pseudo naukowy bełkot oznacza, że…

 

Ludzie używają hashtagów w miejscach, w których nie działają

Na stówę masz kogoś w znajomych, kto przy końcu tygodnia wrzuca na Fejsa zdjęcie browara i podpisuje „#relaks”. Albo fotkę truskawek z czekoladą i bitą śmietaną opisując to „#bozealedobre”. Mimo, że z tych fraz ani nie robią się hiperlinki, ani nie grupują wypowiedzi (ani nic innego), ludzie hashtagują.

Nie powiem, na początku nawet unosiłem kąciki ust widząc status w stylu „dała opisówkę na egzaminie z prawa handlowego #wrzesień”. Zresztą „wcale nie jestem pijany na tym zdjęciu #aleksanderkwasniewski” też było niezłe. Ale przeglądanie kolejny zdjęć, pod którymi jest „#impreza #klub #bawimysie #marek #gosia #chłopakgosiniemozejuzpicibedziewymiotowalpodstolobrzygujacmibutyzapiecsetzlotych” zaczyna powoli boleć.

Ja rozumiem, że ktoś złapał zajawkę i traktuje to jako modną zabawę słowem. Spoko nie mam nic do tego. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma tak ubogie słownictwo, że nie jest w stanie zbudować zdania złożonego z podmiotu i orzeczenia. Nie mówiąc już o przydawce i dopełnieniu.  Nie podoba mi się kierunek, w którym idzie komunikacja w sieci. Stanowczo sprzeciwiam się rezygnacji z pełnych wypowiedzi na rzecz chaotycznego ciągu słów-kluczy.

Spędzamy w internecie tyle czasu, że język, którym tam (a w zasadzie tu) się posługujemy przechodzi do realnego życia. W najgorszych koszmarach nie chciałbym żyć w czasach, w których zamiast „odkąd Cię poznałam nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś facynujący, zatracam się w rozmowie z Tobą nie wiedząc kiedy upływają kolejne godziny” dziewczyna rzuciłaby mi od niechcenia „#zauroczenie”.

(niżej jest kolejny tekst)

30
Dodaj komentarz

avatar
14 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
Hashtagi w muzyceKaś LifeinblondcolorJesteśmy Polakami. Mówmy po polsku | Stay Fly - blog lifestylowySaga Sachnikolgacecylia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maciej Sola
Gość

O ile zdjęcia pochodzą z instagrama, to hashtagi nie powinny dziwić. Tam one działają, a opis pod zdjęciem pojawia się również na fejsie. W innych przypadkach należy się olanie kretynów.
Gdzieś tam przeczytałem, że hashtagi pojawią się niedługo na facebooku, ale ile w tym prawdy?

dawid
Gość
dawid

sam jesteś kretynem i polecam ci wypierdalać, pozdrawiam

Martex
Gość
Martex

generalnie słabe to całe „hashtagowanie” wszędzie i na siłę :/

Olga Cecylia
Gość

Podobno niektórzy mają już włączone hashtagi na Facebooku. Moi znajomi też tego używają, ale mam wrażenie, że w ogóle nie rozumieją, po co to powstało… Bo szczerze wątpię, żeby był więcej niż jeden post pod hashtagiem o chłopaku Gosi, który obrzyguje buty za 500 zł ;-)

Pomijam, że mnie „uczyli” (cudzysłów celowy, była to bowiem edukacja polegająca na linczu za już popełnione błędy), że w hashtagach się używa wielkich liter. Żeby uniknąć epickich porażek w rodzaju „susanalbumparty” :-)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nikt nie ma włączonych, ale wszyscy używają – to się nazywa być trendsetterem :)

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Ot, ściemniacze ;-) To może też powinnam..?

looqash.com
Gość

A nie jest czasem tak, że jak masz fan pejdża zintegrowanego z twitterem to wrzucając # do posta na fb on się jednocześnie pojawia na twitterze? Bo mi się wydaje że właśnie tak jest i wtedy ma to sens. Ja nie mam nic przeciwko krótkim, jednowyrazowym hashtagom skoro to ma komuś pomóc, ale jak widzę kilka a czasem nawet kilkanaście słów ułożonych bez spacji i polskich znaków to boli to moje oczy i olewam taki wpis ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

A co w momencie, gdy nie masz fanpejdża, ani Twittera, a i tak wrzucasz hashtagi w postach? :)

Patrycja Steinke
Gość

okazuje się, że jest słabo i to bardzo ;) ale biorąc pod uwagę naszą kulejącą edukację (matury budowane na szablonach, w których nie kreatywność, a klucz odpowiedzi się liczy) – będzie jeszcze ciekawiej ;)

looqash.com
Gość

Wtedy to głupota ;) Ale z drugiej strony Zuckerberg ponoć planuje wprowadzić hashtagi i to w całkiem niedalekiej przyszłości. I jeśli tak będzie, a ludzie już teraz zaczynają hashować to ich wpisy też będą zindeksowane. Tylko wątpię żeby fejsbukowicze myśleli aż tak świadomie przyszłościowo ;)

Venegoor
Gość
Venegoor

hashtagi, zawieszone kawy. co te hipstery jeszcze wymyślą?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Stosunek przerywany.

Joasia
Gość
Joasia

„Słoiki”, maniakalne odcinanie metek od ubrań z sieciówek żeby przypadkiem nikt nie zobaczył gdzie ów ciuch był zakupiony, słowa „epicki” i „zacny” jako synonimy każdego dowolnego przymiotnika o pozytywnym znaczeniu… sporo potrafią wymyślić te hipstery ;-)
A już kopalnią wiedzy o hipsterach i ich osobliwych zachowaniach są reportaże Filipa Chajzera do DDTVN. Czasem tematyka tych materiałów jest załamująca.

Saga Sachnik
Gość

Pardon, „zacnego” i „epickiego” używają jeszcze poloniści. Że za przeproszeniem, helou.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

O Doktorze Misio (to się chyba nie odmienia, no nie?) dowiedziałem się z tego samego odcinka Wojewódzkiego, co o książce Raczkowskiego. Zburzyło to trochę moją tezę, że program ten służy tylko do auto-lansu autora, ale wciąż trudno nazwać go wartościowym.

Tak czy inaczej (inaczej czy tak), usłyszawszy, że Arkadiusz Jakubik – jeden z głównych bohaterów „Drogówki” i również nie trzecioplanowa postać w „Jesteś Bogiem” – ma zespół rockowy, byłem w tym samym stanie co Marysia w najpopularniejszym kawałku Sokoła. W jeszcze większą dezorientację wpadłem, gdy usłyszałem jak wyżej wymieniony jegomość „śpiewa”. I zadałem sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie…

 

Czy trzeba umieć śpiewać, żeby nagrać płytę?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak. Przykład Mandaryny dowodzi, że nie. Jakubik będąc wokalistą Dr Misio, stara się przekonać, że tworząc zespół muzyczny powinno umieć się śpiewać, ale nie jest to konieczne. Bo nie ma się co oszukiwać, Arkadiusz ani nie jest Steve Wonderem, ani Arturem Rojkiem, ani nawet Mrozem. Jest pospolitym wyjcem, który rycząc próbuje nie fałszować. I udaje mu się to całkiem sprawnie.

Najlepsze momenty płyty, to te w których mówi lekko zaciągając lub właśnie drze się jak listy miłosne od byłej panny. W niektórych kawałkach brzmi jakby recytował quasi-poezję do radia (co jest okej). W innych jakby zacięła mu się płyta Comy i nie chciała odwiesić, aż do skończenia gimnazjum (co też nie jest najgorsze). Słabo jest natomiast, gdy faktycznie chce śpiewać i próbuje wyciągnąć tyle oktaw, co Nosowska na nowej płycie, próbując tym samym wmówić reszcie zespołu, że ma giętki, melodyjny głos (nie ma).

Jednak nie o morderczą formę i mistrzowski warsztat chodzi na tej płycie. Koncepcja na, której oparty jest Dr Misio, to przede wszystkim dobra zabawa i…

 

Kult młodości

Stąd też autoironiczny tytuł płyty – „Młodzi”. Treść utworów to nostalgiczne wspomnienia czasów, gdy miało się na głowie więcej włosów, niż pieniędzy w portfelu, a przed stosunkiem nie trzeba było łykać „suplementów diety dojrzałego mężczyzny”.  Mimo, że jestem młodszy od autora tekstów (Krzysztofa Vargi) o 20 lat, to szczerze wzruszam się słysząc o licealnych imprezach i fatalnych zauroczeniach.

Bo te szczeniackie, najczęściej niespełnione miłostki, to coś, co się wspomina najbardziej. Coś, co się przeżywa najbardziej. Ale przede wszystkim coś, co buduje nas jako dojrzałych ludzi. Te irracjonalne historie miłosne, wpisując się w nasz życiorys trzema szóstkami, nadają tor naszym późniejszym wyborom. Tworzą nas i określają. I sprawiają, że wciąż wracamy myślami do czasów, gdy byliśmy naiwni, nieświadomi i młodzi, korzystając z przywilejów z tym związanych, bez ponoszenia wymiernych konsekwencji.

W utworach jest też dużo o śmierci po trzydziestce. O substytutach życia i atrapach szczęścia. O pół-kontaktach i ćwierć-emocjach. O zawężeniu 40 075 kilometrów obwodu kuli ziemskiej do trasy dom-praca-dom-Tesco. Nie wiem na ile to apel Jakubika do rówieśników, a na ile krzyk o pomoc sfrustrowanego 40-parolatka. Choć to mało odkrywcze, wiem na pewno, że to problem niezatapialny w alkoholu.

Album najlepiej podsumowuje cytat z pierwszego singla…

 

„kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził”

Bardzo chcę wierzyć, że dla mnie jeszcze długo będzie za wcześnie, na wypowiadanie takich słów. Czego i Wam życzę.

Rusz tyłek #1 – rozmowa z autorką bloga „Jestem Kasia”

Skip to entry content

Wiosna przeprosiła się z Polską, śnieg sukcesywnie topnieje, a dzień jest coraz dłuższy. To świetny moment, żeby w końcu ruszyć z kopyta i wziąć się do działania! Tak jak zapowiadałem tydzień temu, ruszyć tyłek pomoże Wam (i mnie zresztą też) Kasia Gorol – autorka bloga „Jestem Kasia”. Przeczytajcie jak zaczynała, i z jakimi problemami zmagała się, jedna z najpopularniejszym blogerek modowych w naszym kraju.

Grzeczny Chłopiec: Twój pierwszy post pochodzi z lipca 2009 roku, sprzed ponad 3,5 roku. Umieszczenie go było świadomym działaniem na zasadzie “zakładam bloga, bo moda to moja pasja i chcę z tego żyć” czy raczej spontaniczną czynnością dla zabicia nudy?

Kasia Gorol: Zaczynałam od umieszczania zdjęć na Stylio.pl, ale tam były różne limity i dopiero po jakimś czasie założyłam swojego bloga, żeby rozwijać to co robię pod swoją marką, na swojej stronie, która nie ogranicza mnie co do ilości zdjęć itd.

Grzeczny Chłopiec: A co było impulsem, który popchnął Cię do tego, żeby zacząć w ogóle dodawać zdjęcia na Stylio i pokazywać je ludziom?

Kasia Gorol: To był przypadek. Ja zawsze interesowałam się modą, tyle, że biernie. Przeglądałam gazety, oglądałam programy i nawet nie wiedziałam, że mam możliwość czynnego udziału w modzie. Zawsze wydawało mi się, że żeby zdziałać coś na tym polu trzeba być stylistą i mieszkać w Warszawie. Nie wiedziałam, że mieszkając w małej miejscowości mogę coś robić w tym kierunku.

Grzeczny Chłopiec: To jak to się de facto stało?

Kasia Gorol: Na Stylio trafiłam przez jakąś inną stronę. Konkursy.pl czy coś takiego, znalazłam konkurs na stylizację karnawałową i wrzuciłam tam swoje zdjęcie. Zrobiłam je u siebie w domu, zupełnie nieświadomie. Nie wiedziałam co to za strona, ani co się będzie z nim dziać. I co prawda nie wygrałam, ale zostałam wyróżniona i po tym wyróżnieniu zaczęłam się wgłębiać w ten portal, dodawać swoje zdjęcia itd. Także był to zupełny przypadek.

Grzeczny Chłopiec: A długo zbierałaś się do tego, żeby się przełamać i wziąć udział w tym konkursie? Bo pewnie to nie był pierwszy modowy konkurs, na który trafiłaś.

Kasia Gorol: Wiesz co, śledziłam różne konkursy internetowe, czasem w jakimś udało mi się coś wygrać, ale to był pierwszy konkurs stricte modowy, więc wzięłam udział i tyle.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A miałaś jakieś obawy przed wrzuceniem i upublicznieniem swoich zdjęć, najpierw na Stylio, a potem na blogu?

Kasia Gorol: Po tym konkursie, w którym dostałam wyróżnienie, przez długi czas nie dodawałam żadnych zdjęć, bo dopiero robiłam rozeznanie i śledziłam co tam się dzieje i jak to w ogóle wygląda. Chwilę się zbierałam, bo nie miałam dobrego aparatu, nie wiedziałam jak to ugryźć i w zasadzie raczkowałam, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że coś dodam. I na starcie nie było żadnego szału, ani nie miałam jakiegoś specjalnego odzewu.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie było jakiegoś nagłego impulsu, żeby wyjść z tym co robisz do ludzi, tylko ta myśl dojrzewała?

Kasia Gorol: Tak, to był płynny proces.

Grzeczny Chłopiec: Byłaś zadowolona z pierwszych zdjęć w momencie ich umieszczania?

Kasia Gorol: Nie byłam. Wiedziałam, że nie do końca mi się podobają, bo mam słaby aparat i robi słabe zdjęcia. Później kupiłam taki średni aparat i on już robił nieco lepsze fotki. Ale tak jak mówię – pierwsze były bardzo kiepskie. Tyle, że wtedy blogosfera nie była tak rozwinięta i mało która blogerka miała lustrzankę. W tej chwili już zaczynając, trzeba to robić z wysokiego poziomu z jakąś dobrą lustrzanką, bo same stylizacje, bez dobrych zdjęć nie wystarczą.

Grzeczny Chłopiec: A co do stylizacji, teraz z perspektywy czasu jak je oceniasz?

Kasia Gorol: Niektóre z nich cały czas są aktualne, bo ja jestem minimalistką. Aczkolwiek jak teraz patrzę na niektóre eksperymenty modowe jakie na sobie przeprowadzałam, to są nie do strawienia.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to nie było tak, że od samego początku miałaś mega stylizacje, turbo sprzęt i oszałamiające miejscówki do zdjęć?

Kasia Gorol: Absolutnie nie.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Jak więc radziłaś sobie z problemami typu brak fotografa, brak wiedzy na temat obróbki fotek itd? Bo domyślam się, że sama sobie nie robiłaś zdjęć.

Kasia Gorol: Robiłam sobie zdjęcia samowyzwalaczem (śmiech). Wtedy nie przywiązywałam tak wagi do ich jakości, tylko skupiałam się na stylizacjach. Z kolei teraz fotki traktuję jako całość i wszystko musi być dopracowane.

Grzeczny Chłopiec: A skąd brałaś kasę na nowe ciuchy, gdy jeszcze nie zarabiałaś na blogu?

Kasia Gorol: Byłam i jestem wierną fanką second-handów. Gdy zaczynałam, kupowałam ubrania za gorsze, miałam na przykład sporo rzeczy kupionych za złotówkę, czy 2 złote. Nigdy nie wydawałam majątku na ciuchy.

Grzeczny Chłopiec: Miałaś w którymś momencie prowadzenia bloga jakiś poważny kryzys? Zdarzyło się, że chciałaś to olać, skasować wszystkie wpisy i nie wracać do tego więcej?

Kasia Gorol: Aż tak poważnego kryzysu nie miałam. Ale takie większe zwątpienie mnie dopadło, gdy widziałam, że moje koleżanki z branży mają już jakieś fajne lustrzanki, a ja wciąż nie mogłam sobie na taką pozwolić. Byłam po pierwszym roku studiów i nie stać mnie było by kupić sobie aparat za kilka tysięcy. Strasznie mnie to dołowało, że inne blogerki mogą robić sobie świetnej jakości zdjęcia i się rozwijać, a ja wciąż nie.

Grzeczny Chłopiec: I co wtedy zrobiłaś?

Kasia Gorol: Poprosiłam mojego tatę o pożyczkę. Poważnie z nim porozmawiałam, przedstawiłam jaki mam plan odnośnie bloga i powiedziałam, że będę mu te pieniądze spłacać w ratach.

Grzeczny Chłopiec: Pożyczył?

Kasia Gorol: Wiedział, że jestem zaangażowana w bloga i że sporo robię w tym kierunku, ale nie nigdy traktował tego poważnie. Przekonywałam go, że gdy będę miała dobry aparat, to wszystko ruszy do przodu i coś tego będzie. I kupił mi w końcu ten aparat, ale do tej pory mówi, że w momencie, gdy go o to prosiłam, był święcie przekonany, że nic sensownego z tego nie wyjdzie.

Grzeczny Chłopiec: A gdybyś nie dostała wtedy wsparcia od rodziny, myślisz, że udałoby Ci się przełamać ten kryzys, czy poddałabyś się?

Kasia Gorol: Poddać, raczej bym się nie poddała, ale na pewno byłabym zgaszona, że mam dużo dobrych pomysłów, a nie mam jak ich zrealizować. I mniej aktywna, bo od momentu, w którym dostałam ten aparat, zaczęłam dużo częściej dodawać posty.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A teraz, gdy już jesteś raczej na szczycie, niż u podnóża blogosfery, co motywuje Cię do dalszego działania?

Kasia Gorol: Motywują mnie fajne propozycje współpracy, które dostaję.

Grzeczny Chłopiec: A nie jest tak, ze sukcesy rozleniwiają? Że myślisz sobie „dobra, mam kasę, to teraz mogę zwolnić”?

Kasia Gorol: Nie, nie. Sukcesy dają pałera, dużego kopa do działania, a zwłaszcza wyjazdy zagraniczne. Właśnie w tym tygodniu jadę do Włoch na pokaz mody i jestem bardzo szczęśliwa, że to się w ogóle dzieje. To jest dla mnie największy kopniak!

Grzeczny Chłopiec: Teraz lecisz do Włoch, wcześniej byłaś w Los Angeles, to ewidentne sukcesy. Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś “tak udało mi się! te wszystkie wyrzeczenia w końcu się opłaciły, robię to co lubię i mam z tego kasę”?

Kasia Gorol: To był płynny proces. Ktoś z zewnątrz może myśleć, że nagle miałam jakiś przełom w blogowaniu i teraz czuję się super sławna, wręcz przeciwnie. Nie czuję się jakąś gwiazdą i to się nie stało nagle. To się działo stopniowo, było wiele momentów, w których cieszyłam się, że jestem blogerką i że bloguję, ale to nie było jakieś jedno wydarzenie.

Grzeczny Chłopiec: Bo rozumiem, że teraz masz już pewność, że jesteś na takim poziomie, że nie musisz iść do pracy w korporacji, tylko możesz robić to co robisz i z tego żyć?

Kasia Gorol: Tak. Przede wszystkim nie miałabym czasu na to, żeby pójść do pracy w korporacji i jednocześnie pisać bloga, bo blog to jest niesamowicie czasochłonna rzecz. Nawet jeśli nie widać bezpośrednio efektów, czyli nie ma nowych postów, czy zdjęć na Facebooku, to i tak cały czas działam. Albo piszę maile, albo jestem na jakimś wyjeździe, albo robię mnóstwo innych rzeczy, których nie widać.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie żałujesz, że poświęciłaś tyle czasu i energii na prowadzenie bloga, zamiast pójść do pracy w finansach, odsiedzieć 8 godzin w biurze i mieć wszystko gdzieś?

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Kasia Gorol: Nie, ja mam artystyczną duszę i źle się czuję, gdy jestem ograniczona czymkolwiek. Dobrze się czuję, gdy sama sobie jestem szefem i nikt mi nie dyktuję co mam robić. Poza tym jestem śpiochem i śpię do południa.

Grzeczny Chłopiec: A co mówili Twoi znajomi, gdy dowiadywali się, że wiążesz przyszłość z blogiem? Pukali się w głowę, kwitowali to uśmiechem politowania, czy mówili, że super sprawa?

Kasia Gorol: Najbliżsi znajomi i przyjaciele akceptują to co robię i widzą, że to ma przyszłość. Co do tych dalszy… wiesz co, ja mieszkam na wsi i tu ogólnie panuje taka mentalność, że „powinna sobie już założyć rodzinę i mieć męża, a nie bawić się w modelkowanie”. Aczkolwiek jak widzą mnie w „Dzień Dobry TVN” albo czytają o mnie w gazecie, to zaczynają zmieniać zdanie.

Grzeczny Chłopiec: A Twoja mama, wierzyła w wizję zarabiania na wrzucaniu ładnych zdjęć do internetu?

Kasia Gorol: Na początku nikt nie wierzył. Nawet ja sama zaczynając, nie spodziewałam się, że z tego będzie kasa. To się zaczęło tak po prostu. Najpierw wpadło parę groszy, potem zaczęłam to traktować jako kieszonkowe i bardzo się cieszyłam, że mam z tego cokolwiek, aż w końcu zrobiła się z tego dobra wypłata.

Grzeczny Chłopiec: Zmierzając ku końcowi – biorąc pod uwagę wielkość blogosfery, ale też łatwość założenia bloga, prowadzenia i pozyskiwania ruchu, łatwiej się wybić z blogiem modowym teraz, czy te 3,5 roku temu?

Kasia Gorol: Wtedy nie było takiej świadomości jak można prowadzić bloga, ja sama nie wiedziałam jak to robić, ale też nie było takiej konkurencji. Zaczynając nie trzeba było mieć tak dobrego sprzętu. Teraz natomiast, topowe blogerki mają już wyrobioną swoją markę i agencje wolą współpracować z tymi sprawdzonymi albo poleconymi przez inne agencje.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Czyli Ci, którzy zaczynali mieli łatwiej, niż Ci którzy chcą się wybić teraz?

Kasia Gorol: Wydaje mi się, że tak. Mimo, że my musiałyśmy przetrzeć szlaki i uczyć się jak to się robi, i z czym to się je (robienie zdjęć, stylizacje, formy współpracy itd.), to wydaje mi się, że teraz jest trudniej. Jest większe zainteresowanie blogami, dużo łatwiej zdobyć sporą liczbę lajków na Fejsie, ale jest dużo większa konkurencja.

Grzeczny Chłopiec: I na koniec, słowo dla wszystkich, którzy myślą o założeniu bloga, ale nie mogę się przełamać – jak Jestem Kasia zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka?

Kasia Gorol: Ooo, teraz będę musiała coś mądrego powiedzieć (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: Nie no, nie musi być mądre (śmiech).

Kasia Gorol: Przede wszystkim nie ma co się przejmować opinią innych i tym co pomyślą znajomi. Ja też nie miałam kiedyś łatwo wśród rówieśników, bywało, że mi dokuczali, a jednak potrafiłam wyjść na swoje. Trzeba robić swoje po swojemu, a nie naśladować kogoś.

Grzeczny Chłopiec: Reasumując – determinacja najważniejsza?

Kasia Gorol: Tak, trzeba mieć w sobie determinację i pomysł na siebie. Bo kopiując, czy odtwarzając to co już jest, nie ma szans na przebicie.

Grzeczny Chłopiec: A myślisz, że jest jeszcze miejsce na coś nowego w kwestii blogów modowych?

Kasia Gorol: Oczywiście, że tak!