Close
Close

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?

Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Natalia Bulak

    Mam tą książkę od zeszłych wakacji, leży spokojnie na półce i czeka, chyb a końcu po nią sięgnę :-). Dzięki!

  • BGN

    Zamawiam.

  • Aga

    Normalny chłop artysta. Co chcesz… Dusza, która ogarnia zbyt wiele, a ciało, które czasem samo siebie nie ogarnia ;-)

  • Sprawiłam tę książkę mojej przyjaciółce, bo obie uwielbiamy rysunki Raczkowskiego i jego poczucie humoru. Zanim przewiązałam ją kokardką (książkę, nie przyjaciółkę), chciałam przeczytać kilka stron na rozgrzewkę. I nim się obejrzałam, już byłam na pięćdziesiątej stronie. Tak jak napisałeś, okrutnie wciąga!
    Potwierdzę też, przynajmniej po tym krótkim fragmencie, z którym się zapoznałam, że jego otwartość potrafi… hm… zaskoczyć? O dziecięcym homoromansowaniu opowiada z przejęciem Krystyny Czubówny opisującej żucie planktonu przez langustę. Ale nie chodzi o to, że porusza TAKIE tematy, lecz o to, że przedstawia TAKIE historie, które nam też się przytrafiały, bez skrępowania mówi o sprawach intymnych, w izolacji obrośniętych futerkiem tabu z metką „o tym nie wypada mówić i głośno się przyznawać”.
    I taka otwartość, naturalne podejście do siebie jako człowieka ze swoimi przywarami i zaletami jest godne podziwu. Ale to są refleksje po przeczytaniu małego fragmentu, więc jeśli mówisz, że dalej również jest ciekawie, nie mogę się w takim razie doczekać wakacji – dopisuję Marka do swojej listy.

  • Pingback: Stary człowiek i może | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Ochotę Mam

    Coś z @ nie halo, więc pozwoliłam sobie napisać tu. Fajna akcja, może ochotę masz dołączyć :-)? http://www.facebook.com/events/564271980263549/566632230027524/?notif_t=event_mall_comment

    • Fajna akcja, ale kompletnie nie byłbym w stanie wybrać jednego utworu opisującego moje życie. Jednego artystę może tak, ewentualnie strasznie się naginając – jeden album, ale jeden utwór? Nie ma szans :)

      • rafał d

        zaispirowało mnie to do pytania:
        czy nie jest raczej tak, że taki stan „posiadania artysty, którego twórczość opisuje Twoje życie” jest raczej złudny i związany bardziej z przeżywanym jego etapem, niż całą egzystencją?
        i drugiego pytania – czy jeśli to Twoim zdaniem jednak ‚związek na całe życie’, to czy polecałbyś innym zawarcie podobnego? Czy czyni on człowieka ‚bogatszym’?

        • „czy nie jest raczej tak, że taki stan „posiadania artysty, którego twórczość opisuje Twoje życie” jest raczej złudny i związany bardziej z przeżywanym jego etapem, niż całą egzystencją?” zdecydowanie nie, oczywiście jeśli stwierdzasz takie zjawisko z perspektywy czasu, a nie po 2 tygodniach słuchania Myslovitz. Tak jak możesz przyjaciela, który idealnie Cię rozumie, lub partnerkę, którą świetnie się dogadujesz i możesz konie kraść, tak samo możesz trafić na artystę, którego książki/obrazy/płyty świetnie odzwierciedlają Twoje życie.

          „czy jeśli to Twoim zdaniem jednak ‚związek na całe życie’, to czy polecałbyś innym zawarcie podobnego? Czy czyni on człowieka ‚bogatszym’?” – raczej bym polecał odkrywanie siebie, bo żeby dojść do tego, że czyjaś twórczość Cię opisuje, to najpierw sam musisz być bardzo świadom tego kim jesteś.

  • Pocisnąłem Twoją recenzję i dobrze wnioskuję, że to taki nasz polski Charles Bukowski? (jak się zrymiło hehe:D )

    • To było jedno z moich pierwszych skojarzeń czytając tę książkę i nawet chciałem tak posta zatytułować :) ale jednak Raczkowski bardziej skupia się na pracy, niż na chlaniu no (w odróżnieniu od Bukowskiego) i przede wszystkim to ich różni, że Marek ma rodzinę i stara się o nią dbać :)

  • Aleksandra

    Często się zdarza, że najbardziej inteligentni ludzie wyglądają jak menele. Też przez chwilę miałam ten problem, ale uznałam, że mimo tego nie będę chodziła w ubraniach z caritasu ;) Swoją drogą już kilka razy ta książka gapiła się na mnie z półki, skoro mówisz, że warto to może wkrótce to zbadam :)

    • Właśnie zawsze mnie to zastanawia, że taki mózg i jednocześnie dizajner jak Steve Jobs, tak tragicznie się ubierał. Nie wiem na czym to polega.

      • Aleksandra

        Wiesz, to na pewno dlatego, że tacy ludzie po prostu za dużo myślą i nie zajmują się sprawami aż tak przyziemnymi jak ubrania :)

        • Tylko tak wyniosłymi jak krycie gradientu w ikonkach na iPadzie? :)

          • Aleksandra

            Haha, myślę że takie rzeczy też robią, mi to nic nie mówi, jestem dziewczyną ;)
            Może tacy ludzie uważają, że skoro są niesamowici i mają dużo pieniędzy, nie muszą już być seksowni?

  • Lo30

    Mnie w tej ksążce zadziwia takie całkowite odcięcie się „bohatera” od emocji na temat własnego życia. Nie potrafiłbym tak. To trochę jakby napisać o kimś biografie, a potem dodać, że to nasza własna. Oczywiście, książka wciąga, jednak sama postać jest strasznie odczłowieczona i pozbawiona emocji „wyższych”. Może taki był zamysł? Może wszystko tłumaczy tytuł. Miało być dla kasy i jest dla kasy. Węźmy taką „Mamonę” Republiki. Niby zamysł ten sam, jednak ciut inaczej.

    • Zwróciłeś uwagę dokładnie na tę samą sprawę, o której pisałem w poście, tylko, że ja nie postrzegam tego jako odczłowieczenie. W zasadzie to chyba nazwałbym to nawet doczłowieczeniem, bo trzeba mieć naprawdę mocno rozwiniętą inteligencję emocjonalną, żeby o tak osobistych sprawach opowiadać bez uniesień, jednocześnie nie wypierając i nie odcinając się od nich. Tak czy inaczej – zaskakujące.

      • Lo30

        Hmmm… Chciałbym potrafić się zgodzić z taką definicją inteligencji emocjonalnej. Jak weźmiesz pod uwagę definicję osobowaości dyssocjalnej wg Cleckleya to jak nic mamy tu do czynienia z… psychopatą… w najlepszym wypadku to makiawelizm:)

        „utrwalone i nieadekwatne zachowania antyspołeczne bez wyraźnej motywacji,
        brak poczucia winy, wstydu i odpowiedzialności, skruchy – kontakty płytkie i nastawione na eksploatację,
        ubóstwo emocjonalne – brak zdolności do przeżywania emocji – brak integracji sfer poznawczej, behawioralnej i emocjonalnej
        trwała niezdolność do związków uczuciowych z innymi ludźmi,
        bezosobowy stosunek do życia seksualnego (przedmiotowe traktowanie partnera),”

        No ja fanem tego pana nie zostanę:)

        • „kontakty płytkie i nastawione na eksploatację” no właśnie to się nie zgadza, bo Raczkowski każdego traktuje jak człowieka, nie traktuje prostytutek przedmiotowo i nie ogranicza ich relacji do seksu, tylko mówi o nich „koleżanki, przyjaciółki, znajome” i buduje z nimi relacje, a potem utrzymuje kontakt

          „trwała niezdolność do związków uczuciowych z innymi ludźmi” to też nie pasuje bo, o zakochiwaniu się i uczuciach z tym związanych opowiada naprawdę sporo i wielokrotnie powtarza, że to dla niego istotne

          Reasumując – raczej go tak łatwo nie sportretujemy :)

  • Jak tylko będę w Polsce to od razu skoczę po tę książkę ;)
    Lubię ksiązki tego typu ;) Pozdro

    • Kolejny czytelnik śledzący Stay Fly za granicą, yeah! Pochwal się, gdzie jesteś Fabian?

      • Nie tak daleko ;) Jestem w niemczech a dokładnie w Frankfurt am Main.

  • Klara

    Czytałam i znów nie mogę się z tobą nie zgodzić. Po za dużą ilością wulgaryzmów, to bardzo dobra i wciągająca pozycja.

    • Co jest złego w wulgaryzmach?

      • Klara

        Są wulgarne?

        • Są słowami jak każde inne? O ile są użyte celowo i mają swoje uzasadnienie, to jak dla mnie nie ma żadnego problemu.

  • Lenka

    Dobra recenzja, dzięki ci za nią, teraz już wiem, co bedę robić w weekend :)

  • Karolina Johansson

    Gdyby jeszcze czcionkę zmniejszył możnaby mieć złudne wrażenie że książka dla dorosłych…

    • Tomasz Pień

      Oceniasz książkę po czcionce?

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

---> SKOMENTUJ

Piotruś Kukulski powinien zjeść Snickersa

Skip to entry content

Bo straaaaasznie gwiazdorzy. I nikomu to nie wychodzi na dobre, a już na pewno jemu.

 

Co co kaman?

Piotruś Kukulski jest znany z tego, że jest zupełnie nieznany, ale sporadycznie ktoś go skojarzy z Natalią Kukulską (siostrą), bądź Jarosławem Kukulskim (ojcem). Z nieznanych pobudek, postanowił nie być rozpoznawany jako czyjś brat, syn, bądź dziedzic gigantycznego spadku, lecz jako autonomiczna, niezależna gwiazda estrady. Piotruś niestety zapomniał, że żeby dojść do tego etapu potrzebne są lata pracy albo przynajmniej akt płciowy w „Big Brotherze”.

Nie skorzystał ani z jednej, ani drugiej opcji. Pomimo totalnego braku talentu muzycznego i choćby fajnych cycków, postanowił ogłosić światu, że jest gwiazdą i czekać, aż ludzie uwierzą.

Nie uwierzyli.

 

Nowy Szopen

To był pierwszy strzał. Niestety w kolano.

 

Kukulski Cribs

Drugi też po nogach. W końcu nie ma to jak chełpić się publicznie mieszkaniem, kupionym za hajs po zmarłym ojcu.

 

Diss na Tedego

Trzeci to już publiczne harakiri. Nie jestem w stanie tego skomentować.

 

Facebook nie zapomina, Facebook nie wybacza

Piotruś skutecznie postarał się o to, by po medialnym samobójstwie tępą łyżką, nikt nie miał wątpliwości, czy posiada choć krztę zdrowego rozsądku.

Ktoś się zrzuci na zapas Snickersów na Pikeja?

---> SKOMENTUJ