Close
Close

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?


Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

[emaillocker]

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

38
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
25 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Jan FavreNatalia BulakBGNAgaSaga Sachnik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina Johansson
Gość
Karolina Johansson

Gdyby jeszcze czcionkę zmniejszył możnaby mieć złudne wrażenie że książka dla dorosłych…

Tomasz Pień
Gość
Tomasz Pień

Oceniasz książkę po czcionce?

Lenka
Gość
Lenka

Dobra recenzja, dzięki ci za nią, teraz już wiem, co bedę robić w weekend :)

Klara
Gość
Klara

Czytałam i znów nie mogę się z tobą nie zgodzić. Po za dużą ilością wulgaryzmów, to bardzo dobra i wciągająca pozycja.

Justyna Sekuła
Gość

Co jest złego w wulgaryzmach?

Klara
Gość
Klara

Są wulgarne?

Justyna Sekuła
Gość

Są słowami jak każde inne? O ile są użyte celowo i mają swoje uzasadnienie, to jak dla mnie nie ma żadnego problemu.

Fabian K.
Gość

Jak tylko będę w Polsce to od razu skoczę po tę książkę ;)
Lubię ksiązki tego typu ;) Pozdro

Grzeczny Chłopiec
Gość

Kolejny czytelnik śledzący Stay Fly za granicą, yeah! Pochwal się, gdzie jesteś Fabian?

Fabian K.
Gość

Nie tak daleko ;) Jestem w niemczech a dokładnie w Frankfurt am Main.

Magda
Gość
Magda

Czytelniczka z Czech też pozdrawia ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ekstra!

Magda
Gość
Magda

Widzisz jaki światowy jesteś :)

Boomer
Gość

nawet Warszawa czyta!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Czechy, Indie, Szkocja, Anglia, Niemcy – to rozumiem, ale Warszawa? No tego to się nie spodziewałem :)

Patrycja Paula Gas
Gość

o Indonezji zapomniałeś. Pozdrowienia z Jawy :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ooo właśnie, dzięki!

Lo30
Gość
Lo30

Mnie w tej ksążce zadziwia takie całkowite odcięcie się „bohatera” od emocji na temat własnego życia. Nie potrafiłbym tak. To trochę jakby napisać o kimś biografie, a potem dodać, że to nasza własna. Oczywiście, książka wciąga, jednak sama postać jest strasznie odczłowieczona i pozbawiona emocji „wyższych”. Może taki był zamysł? Może wszystko tłumaczy tytuł. Miało być dla kasy i jest dla kasy. Węźmy taką „Mamonę” Republiki. Niby zamysł ten sam, jednak ciut inaczej.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Zwróciłeś uwagę dokładnie na tę samą sprawę, o której pisałem w poście, tylko, że ja nie postrzegam tego jako odczłowieczenie. W zasadzie to chyba nazwałbym to nawet doczłowieczeniem, bo trzeba mieć naprawdę mocno rozwiniętą inteligencję emocjonalną, żeby o tak osobistych sprawach opowiadać bez uniesień, jednocześnie nie wypierając i nie odcinając się od nich. Tak czy inaczej – zaskakujące.

Lo30
Gość
Lo30

Hmmm… Chciałbym potrafić się zgodzić z taką definicją inteligencji emocjonalnej. Jak weźmiesz pod uwagę definicję osobowaości dyssocjalnej wg Cleckleya to jak nic mamy tu do czynienia z… psychopatą… w najlepszym wypadku to makiawelizm:)

„utrwalone i nieadekwatne zachowania antyspołeczne bez wyraźnej motywacji,
brak poczucia winy, wstydu i odpowiedzialności, skruchy – kontakty płytkie i nastawione na eksploatację,
ubóstwo emocjonalne – brak zdolności do przeżywania emocji – brak integracji sfer poznawczej, behawioralnej i emocjonalnej
trwała niezdolność do związków uczuciowych z innymi ludźmi,
bezosobowy stosunek do życia seksualnego (przedmiotowe traktowanie partnera),”

No ja fanem tego pana nie zostanę:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

„kontakty płytkie i nastawione na eksploatację” no właśnie to się nie zgadza, bo Raczkowski każdego traktuje jak człowieka, nie traktuje prostytutek przedmiotowo i nie ogranicza ich relacji do seksu, tylko mówi o nich „koleżanki, przyjaciółki, znajome” i buduje z nimi relacje, a potem utrzymuje kontakt

„trwała niezdolność do związków uczuciowych z innymi ludźmi” to też nie pasuje bo, o zakochiwaniu się i uczuciach z tym związanych opowiada naprawdę sporo i wielokrotnie powtarza, że to dla niego istotne

Reasumując – raczej go tak łatwo nie sportretujemy :)

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

Piotruś Kukulski powinien zjeść Snickersa

Skip to entry content

Bo straaaaasznie gwiazdorzy. I nikomu to nie wychodzi na dobre, a już na pewno jemu.

 

Co co kaman?

Piotruś Kukulski jest znany z tego, że jest zupełnie nieznany, ale sporadycznie ktoś go skojarzy z Natalią Kukulską (siostrą), bądź Jarosławem Kukulskim (ojcem). Z nieznanych pobudek, postanowił nie być rozpoznawany jako czyjś brat, syn, bądź dziedzic gigantycznego spadku, lecz jako autonomiczna, niezależna gwiazda estrady. Piotruś niestety zapomniał, że żeby dojść do tego etapu potrzebne są lata pracy albo przynajmniej akt płciowy w „Big Brotherze”.

Nie skorzystał ani z jednej, ani drugiej opcji. Pomimo totalnego braku talentu muzycznego i choćby fajnych cycków, postanowił ogłosić światu, że jest gwiazdą i czekać, aż ludzie uwierzą.

Nie uwierzyli.

 

Nowy Szopen

To był pierwszy strzał. Niestety w kolano.

 

Kukulski Cribs

Drugi też po nogach. W końcu nie ma to jak chełpić się publicznie mieszkaniem, kupionym za hajs po zmarłym ojcu.

 

Diss na Tedego

Trzeci to już publiczne harakiri. Nie jestem w stanie tego skomentować.

 

Facebook nie zapomina, Facebook nie wybacza

Piotruś skutecznie postarał się o to, by po medialnym samobójstwie tępą łyżką, nikt nie miał wątpliwości, czy posiada choć krztę zdrowego rozsądku.

Ktoś się zrzuci na zapas Snickersów na Pikeja?