Close
Close
autorem zdjęcia jest albertopveiga

Najpierw o tym tylko marzyłem. Potem coś przebąkiwałem pod nosem, że fajnie by było, gdyby to się stało jednak w tej dekadzie. W styczniu powoli zacząłem sprawdzać ceny biletów. Aż w końcu kupiłem bilety, zapowiedziałem, że polecę i sporo się przygotowywałem. W czym mocno mi pomogliście (dzięki!). A dziś jest ten dzień.

Japonki spakowane, złotóweczki wymienione, karty pokładowe wydrukowane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale znam siebie. Zapewne źle spisałem adres miejsca, w którym będziemy spać albo nie spakowałem netbooka. Albo źle sprawdziłem lotniska i tak naprawdę lecimy do Rzymu, i wylądujemy w noclegowni dla bezdomnych. Dobra, wiem, że przesadzam, ale zawsze przed większa podróżą mam wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czegoś bardzo ważnego. Że coś jeszcze miałem sprawdzić/zrobić/ogarnąć i cholera jasna, jakimś dziwnym trafem nie zrobiłem tego.

A przecież to już dziś! To zaraz! To teraz!

 

Właśnie jesteśmy w samolocie do Barcelony!

Tak jest proszę Państwa. W tej oto chwili, gdy czytacie te literki na monitorach, ja i Patryk siedzimy w Ryanairze szykującym się do startu.

To mój szósty lot, ale przy każdym stresuję się tak samo. Jakoś słabo mnie przekonują te wąskie siedzenia, mały przesmyk między rzędami, malutkie okienka, brak spadochronów dla wszystkich i fakt, że nikt z obsługi nie mówi po polsku, do tego, że samolot to bezpieczna forma transportu. Ja wiem, że w stosunku do liczby wypadków samochodowych, czy zatopień łodzi, to samoloty są zasadniczo bezawaryjne. Ja wiem. Tyle, że jak w aucie jest awaria, czy nawet jak statek się topi, to zawsze można wysiąść. A w samolocie to już nie bardzo…

Ale lecimy! W sensie zaraz będziemy lecieć, jak tylko w końcu wystartujemy i wzbijemy się w powietrze. Bo coś długo kołuje ten samolot. Nie wiem, czy niesprawny, czy pilot pijany, czy co?

Okej, nie marudzę, bo widzę, że Patryk stresuje się bardziej ode mnie. W końcu to jego pierwszy lot. Dłonie zdążyły mu się już zrobić nieprzyjemnie wilgotne i lepkie, a wycieranie w spodnie wcale nie pomaga. Usta ma wysuszone jakby spalił z pół kilo haszu, a wzrok skupiony jak hazardziści na Służewcu. Gdy sprawdzam jak się czuje, kłamie gorzej, niż politycy pytani o dług publiczny.

Próbuję podnieść go na duchu. Mówię, żeby zluzował. Że będzie spoko i zaraz po wylądowaniu ciśniemy na plażę kontemplować piękno płci przeciwnej. W toplessie.

Ale nie łyka tego. Sam jestem tak spięty, że nie przekonałbym nawet ślepego, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Wciąż jedziemy po tym pasie, cholernie trzęsie, a mój przyjaciel robi się zielony jak trawa na przyjazd papieża za komuny. Muszę go jakoś uspokoić i to szybko! Szybko, szybko, szybko! Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl! Cholera nie wiem… Yyy… muzyka. Tak, muzyka! Dobra, co ja tu mam… Hmm, Hadouken! – nie, Crystal Castles – nie, Pezet – nie, Dr Misio – nie, Eminem – nie. Eminem – nie? Eminem – tak! „Lighters”! „Ligthers” go uspokoi!

 

Jesteśmy w powieeetrzuuuuu!

Udało się! Oderwaliśmy się od ziemi, podwozie się schowało i zerkając przez szybkę po lewej, widzę więcej chmur, niż w jamajskim coffee shopie. Lecimy i czuję, że życie jest spoko. Albo nawet lepsze. Co za widok! Gdyby to nie było zabronione, wyszedłbym na zewnątrz popływać sobie w tych chmurach. Patryk robi zdjęcia z częstotliwością rasowego Japończyka, ale w cale mu się nie dziwię. Za pierwszym razem zareagowałem tak samo. Zresztą dalej robię oczy jak 5 złotych.

To ten moment, kiedy mogę się zapomnieć. Zapomnieć na dłużej, niż chwilę o tym, że kilka tysięcy kilometrów niżej jest jakiś świat. Świat, w którym mam obowiązki, nakazy, zakazy, powinności i wszystkie inne sidła, które sprawiają, że dopiero fizycznie odrywając się od ziemi mój umysł staje się wolny. Kiedy jestem spuszczoną z łańcucha duszą, lewitującą w przestworzach, to moment, żeby puścić Te-Trisa. Żeby puścić kawałek taki jak ten.

 

Lądujemy?

Albo mi się wydaje, albo coś mnie ciśnie w uszach? Nieee, wydaje mi się. Jestem przewrażliwiony. A może jednak? Nie, nie wydaje mi się! Zatyka mi uszy, bo obniżyliśmy pułap.

Powoli, powoli schodzimy w dół. Tak mnie poniosło myślami, że nie zorientowałem się kiedy minęły te 2 godziny. Pokazują, że mamy zapiąć pasy – znaczy jesteśmy już blisko. Łouł, ale zielona ta Hiszpania! A propos zielonego – jak tam z Patrykiem? O, lekko pobladł, ale już przestał grać w kamienną twarz. Jest okej.

Schodzimy, schodzimy, schodzimy… Jest pas! Jest pas, jest pas, jest pas… Siadł na pasie! Jezusieńku, ale zarzuciło! Kierowca chyba jednak jest pijany. Albo świeżak. O boże, ludzie klaszczą… myślałem, że tym razem oszczędzą mi tego happeningu. Ale z drugiej strony, przynajmniej mamy pewność, że możemy spytać po polsku jak dotrzeć do miasta.

Do miasta żółtych kamienic, soczystych pomarańczy, ciemniejszych twarzy, jaśniejszych myśli i skateparków z palmami. Do miasta z tego klipu.

Do Barcelony!

Mamy ziemię pod stopami i wiatr we włosach. Jesteśmy na miejscu, dotarliśmy razem. To co, punkt pierwszy plaża?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Każdy średnio zaawansowany użytkownik internetu spotkał się przynajmniej raz z hastagami. Domyślam się, że wiesz czym one są, ale z uwagi na fakt, że nie ma ich definicji w polskiej Wikipedii (ani na żadnej innej polskiej stronie), wrzucam krótkie wyjaśnienie:

[box type=”info” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Hashtagi to bezspacjowe ciągi wyrazów poprzedzone symbolem „#”, nie zawierające polskich znaków. Na przykład #gotowanie albo #piekneczytelniczkistayflyzkrakowa. Służą do grupowania wiadomości w obrębie jednego tematu, bądź kategorii zainteresowań. Zostały stworzone na potrzeby komunikowania się w sieci i radzenia sobie z zalewem informacji.[/box]

Kiedyś były zarazerwowane tylko dla ultra-geeków siedzących na IRCu. Później mocno spopularyzował je Twitter. Obecnie wyszły poza platformy, na których spełniają role funkcjonalne. Ten pseudo naukowy bełkot oznacza, że…

 

Ludzie używają hashtagów w miejscach, w których nie działają

Na stówę masz kogoś w znajomych, kto przy końcu tygodnia wrzuca na Fejsa zdjęcie browara i podpisuje „#relaks”. Albo fotkę truskawek z czekoladą i bitą śmietaną opisując to „#bozealedobre”. Mimo, że z tych fraz ani nie robią się hiperlinki, ani nie grupują wypowiedzi (ani nic innego), ludzie hashtagują.

Nie powiem, na początku nawet unosiłem kąciki ust widząc status w stylu „dała opisówkę na egzaminie z prawa handlowego #wrzesień”. Zresztą „wcale nie jestem pijany na tym zdjęciu #aleksanderkwasniewski” też było niezłe. Ale przeglądanie kolejny zdjęć, pod którymi jest „#impreza #klub #bawimysie #marek #gosia #chłopakgosiniemozejuzpicibedziewymiotowalpodstolobrzygujacmibutyzapiecsetzlotych” zaczyna powoli boleć.

Ja rozumiem, że ktoś złapał zajawkę i traktuje to jako modną zabawę słowem. Spoko nie mam nic do tego. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma tak ubogie słownictwo, że nie jest w stanie zbudować zdania złożonego z podmiotu i orzeczenia. Nie mówiąc już o przydawce i dopełnieniu.  Nie podoba mi się kierunek, w którym idzie komunikacja w sieci. Stanowczo sprzeciwiam się rezygnacji z pełnych wypowiedzi na rzecz chaotycznego ciągu słów-kluczy.

Spędzamy w internecie tyle czasu, że język, którym tam (a w zasadzie tu) się posługujemy przechodzi do realnego życia. W najgorszych koszmarach nie chciałbym żyć w czasach, w których zamiast „odkąd Cię poznałam nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś facynujący, zatracam się w rozmowie z Tobą nie wiedząc kiedy upływają kolejne godziny” dziewczyna rzuciłaby mi od niechcenia „#zauroczenie”.

O Doktorze Misio (to się chyba nie odmienia, no nie?) dowiedziałem się z tego samego odcinka Wojewódzkiego, co o książce Raczkowskiego. Zburzyło to trochę moją tezę, że program ten służy tylko do auto-lansu autora, ale wciąż trudno nazwać go wartościowym.

Tak czy inaczej (inaczej czy tak), usłyszawszy, że Arkadiusz Jakubik – jeden z głównych bohaterów „Drogówki” i również nie trzecioplanowa postać w „Jesteś Bogiem” – ma zespół rockowy, byłem w tym samym stanie co Marysia w najpopularniejszym kawałku Sokoła. W jeszcze większą dezorientację wpadłem, gdy usłyszałem jak wyżej wymieniony jegomość „śpiewa”. I zadałem sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie…

 

Czy trzeba umieć śpiewać, żeby nagrać płytę?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak. Przykład Mandaryny dowodzi, że nie. Jakubik będąc wokalistą Dr Misio, stara się przekonać, że tworząc zespół muzyczny powinno umieć się śpiewać, ale nie jest to konieczne. Bo nie ma się co oszukiwać, Arkadiusz ani nie jest Steve Wonderem, ani Arturem Rojkiem, ani nawet Mrozem. Jest pospolitym wyjcem, który rycząc próbuje nie fałszować. I udaje mu się to całkiem sprawnie.

Najlepsze momenty płyty, to te w których mówi lekko zaciągając lub właśnie drze się jak listy miłosne od byłej panny. W niektórych kawałkach brzmi jakby recytował quasi-poezję do radia (co jest okej). W innych jakby zacięła mu się płyta Comy i nie chciała odwiesić, aż do skończenia gimnazjum (co też nie jest najgorsze). Słabo jest natomiast, gdy faktycznie chce śpiewać i próbuje wyciągnąć tyle oktaw, co Nosowska na nowej płycie, próbując tym samym wmówić reszcie zespołu, że ma giętki, melodyjny głos (nie ma).

Jednak nie o morderczą formę i mistrzowski warsztat chodzi na tej płycie. Koncepcja na, której oparty jest Dr Misio, to przede wszystkim dobra zabawa i…

 

Kult młodości

Stąd też autoironiczny tytuł płyty – „Młodzi”. Treść utworów to nostalgiczne wspomnienia czasów, gdy miało się na głowie więcej włosów, niż pieniędzy w portfelu, a przed stosunkiem nie trzeba było łykać „suplementów diety dojrzałego mężczyzny”.  Mimo, że jestem młodszy od autora tekstów (Krzysztofa Vargi) o 20 lat, to szczerze wzruszam się słysząc o licealnych imprezach i fatalnych zauroczeniach.

Bo te szczeniackie, najczęściej niespełnione miłostki, to coś, co się wspomina najbardziej. Coś, co się przeżywa najbardziej. Ale przede wszystkim coś, co buduje nas jako dojrzałych ludzi. Te irracjonalne historie miłosne, wpisując się w nasz życiorys trzema szóstkami, nadają tor naszym późniejszym wyborom. Tworzą nas i określają. I sprawiają, że wciąż wracamy myślami do czasów, gdy byliśmy naiwni, nieświadomi i młodzi, korzystając z przywilejów z tym związanych, bez ponoszenia wymiernych konsekwencji.

W utworach jest też dużo o śmierci po trzydziestce. O substytutach życia i atrapach szczęścia. O pół-kontaktach i ćwierć-emocjach. O zawężeniu 40 075 kilometrów obwodu kuli ziemskiej do trasy dom-praca-dom-Tesco. Nie wiem na ile to apel Jakubika do rówieśników, a na ile krzyk o pomoc sfrustrowanego 40-parolatka. Choć to mało odkrywcze, wiem na pewno, że to problem niezatapialny w alkoholu.

Album najlepiej podsumowuje cytat z pierwszego singla…

 

„kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził”

Bardzo chcę wierzyć, że dla mnie jeszcze długo będzie za wcześnie, na wypowiadanie takich słów. Czego i Wam życzę.