Close
Close
autorem zdjęcia jest albertopveiga

Najpierw o tym tylko marzyłem. Potem coś przebąkiwałem pod nosem, że fajnie by było, gdyby to się stało jednak w tej dekadzie. W styczniu powoli zacząłem sprawdzać ceny biletów. Aż w końcu kupiłem bilety, zapowiedziałem, że polecę i sporo się przygotowywałem. W czym mocno mi pomogliście (dzięki!). A dziś jest ten dzień.

Japonki spakowane, złotóweczki wymienione, karty pokładowe wydrukowane.

Chciałbym powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale znam siebie. Zapewne źle spisałem adres miejsca, w którym będziemy spać albo nie spakowałem netbooka. Albo źle sprawdziłem lotniska i tak naprawdę lecimy do Rzymu, i wylądujemy w noclegowni dla bezdomnych. Dobra, wiem, że przesadzam, ale zawsze przed większa podróżą mam wrażenie, że czegoś zapomniałem. Czegoś bardzo ważnego. Że coś jeszcze miałem sprawdzić/zrobić/ogarnąć i cholera jasna, jakimś dziwnym trafem nie zrobiłem tego.

A przecież to już dziś! To zaraz! To teraz!

 

Właśnie jesteśmy w samolocie do Barcelony!

Tak jest proszę Państwa. W tej oto chwili, gdy czytacie te literki na monitorach, ja i Patryk siedzimy w Ryanairze szykującym się do startu.

To mój szósty lot, ale przy każdym stresuję się tak samo. Jakoś słabo mnie przekonują te wąskie siedzenia, mały przesmyk między rzędami, malutkie okienka, brak spadochronów dla wszystkich i fakt, że nikt z obsługi nie mówi po polsku, do tego, że samolot to bezpieczna forma transportu. Ja wiem, że w stosunku do liczby wypadków samochodowych, czy zatopień łodzi, to samoloty są zasadniczo bezawaryjne. Ja wiem. Tyle, że jak w aucie jest awaria, czy nawet jak statek się topi, to zawsze można wysiąść. A w samolocie to już nie bardzo…

Ale lecimy! W sensie zaraz będziemy lecieć, jak tylko w końcu wystartujemy i wzbijemy się w powietrze. Bo coś długo kołuje ten samolot. Nie wiem, czy niesprawny, czy pilot pijany, czy co?

Okej, nie marudzę, bo widzę, że Patryk stresuje się bardziej ode mnie. W końcu to jego pierwszy lot. Dłonie zdążyły mu się już zrobić nieprzyjemnie wilgotne i lepkie, a wycieranie w spodnie wcale nie pomaga. Usta ma wysuszone jakby spalił z pół kilo haszu, a wzrok skupiony jak hazardziści na Służewcu. Gdy sprawdzam jak się czuje, kłamie gorzej, niż politycy pytani o dług publiczny.

Próbuję podnieść go na duchu. Mówię, żeby zluzował. Że będzie spoko i zaraz po wylądowaniu ciśniemy na plażę kontemplować piękno płci przeciwnej. W toplessie.

Ale nie łyka tego. Sam jestem tak spięty, że nie przekonałbym nawet ślepego, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Wciąż jedziemy po tym pasie, cholernie trzęsie, a mój przyjaciel robi się zielony jak trawa na przyjazd papieża za komuny. Muszę go jakoś uspokoić i to szybko! Szybko, szybko, szybko! Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl! Cholera nie wiem… Yyy… muzyka. Tak, muzyka! Dobra, co ja tu mam… Hmm, Hadouken! – nie, Crystal Castles – nie, Pezet – nie, Dr Misio – nie, Eminem – nie. Eminem – nie? Eminem – tak! „Lighters”! „Ligthers” go uspokoi!

 

Jesteśmy w powieeetrzuuuuu!

Udało się! Oderwaliśmy się od ziemi, podwozie się schowało i zerkając przez szybkę po lewej, widzę więcej chmur, niż w jamajskim coffee shopie. Lecimy i czuję, że życie jest spoko. Albo nawet lepsze. Co za widok! Gdyby to nie było zabronione, wyszedłbym na zewnątrz popływać sobie w tych chmurach. Patryk robi zdjęcia z częstotliwością rasowego Japończyka, ale w cale mu się nie dziwię. Za pierwszym razem zareagowałem tak samo. Zresztą dalej robię oczy jak 5 złotych.

To ten moment, kiedy mogę się zapomnieć. Zapomnieć na dłużej, niż chwilę o tym, że kilka tysięcy kilometrów niżej jest jakiś świat. Świat, w którym mam obowiązki, nakazy, zakazy, powinności i wszystkie inne sidła, które sprawiają, że dopiero fizycznie odrywając się od ziemi mój umysł staje się wolny. Kiedy jestem spuszczoną z łańcucha duszą, lewitującą w przestworzach, to moment, żeby puścić Te-Trisa. Żeby puścić kawałek taki jak ten.

 

Lądujemy?

Albo mi się wydaje, albo coś mnie ciśnie w uszach? Nieee, wydaje mi się. Jestem przewrażliwiony. A może jednak? Nie, nie wydaje mi się! Zatyka mi uszy, bo obniżyliśmy pułap.

Powoli, powoli schodzimy w dół. Tak mnie poniosło myślami, że nie zorientowałem się kiedy minęły te 2 godziny. Pokazują, że mamy zapiąć pasy – znaczy jesteśmy już blisko. Łouł, ale zielona ta Hiszpania! A propos zielonego – jak tam z Patrykiem? O, lekko pobladł, ale już przestał grać w kamienną twarz. Jest okej.

Schodzimy, schodzimy, schodzimy… Jest pas! Jest pas, jest pas, jest pas… Siadł na pasie! Jezusieńku, ale zarzuciło! Kierowca chyba jednak jest pijany. Albo świeżak. O boże, ludzie klaszczą… myślałem, że tym razem oszczędzą mi tego happeningu. Ale z drugiej strony, przynajmniej mamy pewność, że możemy spytać po polsku jak dotrzeć do miasta.

Do miasta żółtych kamienic, soczystych pomarańczy, ciemniejszych twarzy, jaśniejszych myśli i skateparków z palmami. Do miasta z tego klipu.

Do Barcelony!

Mamy ziemię pod stopami i wiatr we włosach. Jesteśmy na miejscu, dotarliśmy razem. To co, punkt pierwszy plaża?

(niżej jest kolejny tekst)

23
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
13 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
13 Comment authors
MadiavividbatsevemarieolgacecyliaKrakowska Singielka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lo30
Gość
Lo30

Zazdraszczam na maxa!!! Miłego plażowania i podziwiania:) A po plaży na stadion Barcy! To taki ubogi i słabiutki odpowiednik Wisełki:)

Natalia .
Gość
Natalia .

Ach Barcelona, super! też mi się marzy, ale w najbliższym czasie czekają na mnie inne miasta :D Miłego odpoczynku!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Chwal się, gdzie lecisz?

Natalia .
Gość
Natalia .

Za tydzień Paryż, za miesiąc podbijam Bukareszt :D a w czerwcu w ramach resetu po sesji ruszam na Amsterdam :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Bukareszt? Łouł, nieźle, nieźle. Podeślij jakieś zdjęcia jak już wrócisz :)

Natalia .
Gość
Natalia .

Po powrocie zamierzam pospamować trochę mojego bloga zdjęciami z rumuńskiej wycieczki :D Szczerze mówiąc sama jestem ciekawa jakie wrażenie zrobi na mnie ten kraj i miasto :)

Iv
Gość

Zazdroszczę Barcelony, ja ciągle mam ją w planach i ciągle wypada inne miejsce:)

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Ale super, zazdrość! Z drugiej strony też się boję, leciałam już kilka razy, a nadal jak o tym myślę robię się zielona, jak Patryk ;)

Justyna Sekuła
Gość
Justyna Sekuła

A ja z kolei uwielbiam latać! :) Zawsze na początku z zafascynowaniem śledzę widok z góry i tę niezwykłą perspektywę „niebo-ziemia”, a potem… a potem zwykle zasypiam. Mam tak we wszystkich środkach lokomocji :D.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dzisiaj przy lądowaniu miałem wrażenie, że pilot ma tę samą przypadłość co Ty :)

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Ja mam tak samo! Uwielbiam startować, a nieprzyjemności lądowania łagodzi mi zawsze perspektywa spędzenia świetnie czasu (także po powrocie). No i te widoki… W Barcelonie lądowałam wieczorem, kiedy nad morzem szalała burza z piorunami – nie mogłam się napatrzeć.

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Widoki przepiękne, jak się już jest wysokooo. Kiedyś jak leciałam były straszne turbulencje, a byłam mała więc może dlatego teraz trochę się boję ;) Spać nie mogę, muszę wszystko obserwować!

Justyna Rosiek
Gość

Barcelona miasto longboardów! zazdrość!

Grzeczny Chłopiec
Gość

Z tym longboardami, to jutro sprawdzimy, bo na lotnisku nie było żadnych.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Każdy średnio zaawansowany użytkownik internetu spotkał się przynajmniej raz z hastagami. Domyślam się, że wiesz czym one są, ale z uwagi na fakt, że nie ma ich definicji w polskiej Wikipedii (ani na żadnej innej polskiej stronie), wrzucam krótkie wyjaśnienie:

[box type=”info” size=”large” style=”rounded” border=”full”]Hashtagi to bezspacjowe ciągi wyrazów poprzedzone symbolem „#”, nie zawierające polskich znaków. Na przykład #gotowanie albo #piekneczytelniczkistayflyzkrakowa. Służą do grupowania wiadomości w obrębie jednego tematu, bądź kategorii zainteresowań. Zostały stworzone na potrzeby komunikowania się w sieci i radzenia sobie z zalewem informacji.[/box]

Kiedyś były zarazerwowane tylko dla ultra-geeków siedzących na IRCu. Później mocno spopularyzował je Twitter. Obecnie wyszły poza platformy, na których spełniają role funkcjonalne. Ten pseudo naukowy bełkot oznacza, że…

 

Ludzie używają hashtagów w miejscach, w których nie działają

Na stówę masz kogoś w znajomych, kto przy końcu tygodnia wrzuca na Fejsa zdjęcie browara i podpisuje „#relaks”. Albo fotkę truskawek z czekoladą i bitą śmietaną opisując to „#bozealedobre”. Mimo, że z tych fraz ani nie robią się hiperlinki, ani nie grupują wypowiedzi (ani nic innego), ludzie hashtagują.

Nie powiem, na początku nawet unosiłem kąciki ust widząc status w stylu „dała opisówkę na egzaminie z prawa handlowego #wrzesień”. Zresztą „wcale nie jestem pijany na tym zdjęciu #aleksanderkwasniewski” też było niezłe. Ale przeglądanie kolejny zdjęć, pod którymi jest „#impreza #klub #bawimysie #marek #gosia #chłopakgosiniemozejuzpicibedziewymiotowalpodstolobrzygujacmibutyzapiecsetzlotych” zaczyna powoli boleć.

Ja rozumiem, że ktoś złapał zajawkę i traktuje to jako modną zabawę słowem. Spoko nie mam nic do tego. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ma tak ubogie słownictwo, że nie jest w stanie zbudować zdania złożonego z podmiotu i orzeczenia. Nie mówiąc już o przydawce i dopełnieniu.  Nie podoba mi się kierunek, w którym idzie komunikacja w sieci. Stanowczo sprzeciwiam się rezygnacji z pełnych wypowiedzi na rzecz chaotycznego ciągu słów-kluczy.

Spędzamy w internecie tyle czasu, że język, którym tam (a w zasadzie tu) się posługujemy przechodzi do realnego życia. W najgorszych koszmarach nie chciałbym żyć w czasach, w których zamiast „odkąd Cię poznałam nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś facynujący, zatracam się w rozmowie z Tobą nie wiedząc kiedy upływają kolejne godziny” dziewczyna rzuciłaby mi od niechcenia „#zauroczenie”.

O Doktorze Misio (to się chyba nie odmienia, no nie?) dowiedziałem się z tego samego odcinka Wojewódzkiego, co o książce Raczkowskiego. Zburzyło to trochę moją tezę, że program ten służy tylko do auto-lansu autora, ale wciąż trudno nazwać go wartościowym.

Tak czy inaczej (inaczej czy tak), usłyszawszy, że Arkadiusz Jakubik – jeden z głównych bohaterów „Drogówki” i również nie trzecioplanowa postać w „Jesteś Bogiem” – ma zespół rockowy, byłem w tym samym stanie co Marysia w najpopularniejszym kawałku Sokoła. W jeszcze większą dezorientację wpadłem, gdy usłyszałem jak wyżej wymieniony jegomość „śpiewa”. I zadałem sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie…

 

Czy trzeba umieć śpiewać, żeby nagrać płytę?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak. Przykład Mandaryny dowodzi, że nie. Jakubik będąc wokalistą Dr Misio, stara się przekonać, że tworząc zespół muzyczny powinno umieć się śpiewać, ale nie jest to konieczne. Bo nie ma się co oszukiwać, Arkadiusz ani nie jest Steve Wonderem, ani Arturem Rojkiem, ani nawet Mrozem. Jest pospolitym wyjcem, który rycząc próbuje nie fałszować. I udaje mu się to całkiem sprawnie.

Najlepsze momenty płyty, to te w których mówi lekko zaciągając lub właśnie drze się jak listy miłosne od byłej panny. W niektórych kawałkach brzmi jakby recytował quasi-poezję do radia (co jest okej). W innych jakby zacięła mu się płyta Comy i nie chciała odwiesić, aż do skończenia gimnazjum (co też nie jest najgorsze). Słabo jest natomiast, gdy faktycznie chce śpiewać i próbuje wyciągnąć tyle oktaw, co Nosowska na nowej płycie, próbując tym samym wmówić reszcie zespołu, że ma giętki, melodyjny głos (nie ma).

Jednak nie o morderczą formę i mistrzowski warsztat chodzi na tej płycie. Koncepcja na, której oparty jest Dr Misio, to przede wszystkim dobra zabawa i…

 

Kult młodości

Stąd też autoironiczny tytuł płyty – „Młodzi”. Treść utworów to nostalgiczne wspomnienia czasów, gdy miało się na głowie więcej włosów, niż pieniędzy w portfelu, a przed stosunkiem nie trzeba było łykać „suplementów diety dojrzałego mężczyzny”.  Mimo, że jestem młodszy od autora tekstów (Krzysztofa Vargi) o 20 lat, to szczerze wzruszam się słysząc o licealnych imprezach i fatalnych zauroczeniach.

Bo te szczeniackie, najczęściej niespełnione miłostki, to coś, co się wspomina najbardziej. Coś, co się przeżywa najbardziej. Ale przede wszystkim coś, co buduje nas jako dojrzałych ludzi. Te irracjonalne historie miłosne, wpisując się w nasz życiorys trzema szóstkami, nadają tor naszym późniejszym wyborom. Tworzą nas i określają. I sprawiają, że wciąż wracamy myślami do czasów, gdy byliśmy naiwni, nieświadomi i młodzi, korzystając z przywilejów z tym związanych, bez ponoszenia wymiernych konsekwencji.

W utworach jest też dużo o śmierci po trzydziestce. O substytutach życia i atrapach szczęścia. O pół-kontaktach i ćwierć-emocjach. O zawężeniu 40 075 kilometrów obwodu kuli ziemskiej do trasy dom-praca-dom-Tesco. Nie wiem na ile to apel Jakubika do rówieśników, a na ile krzyk o pomoc sfrustrowanego 40-parolatka. Choć to mało odkrywcze, wiem na pewno, że to problem niezatapialny w alkoholu.

Album najlepiej podsumowuje cytat z pierwszego singla…

 

„kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził”

Bardzo chcę wierzyć, że dla mnie jeszcze długo będzie za wcześnie, na wypowiadanie takich słów. Czego i Wam życzę.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!