Close
Close

Rusz tyłek #1 – rozmowa z autorką bloga „Jestem Kasia”

Skip to entry content

Wiosna przeprosiła się z Polską, śnieg sukcesywnie topnieje, a dzień jest coraz dłuższy. To świetny moment, żeby w końcu ruszyć z kopyta i wziąć się do działania! Tak jak zapowiadałem tydzień temu, ruszyć tyłek pomoże Wam (i mnie zresztą też) Kasia Gorol – autorka bloga „Jestem Kasia”. Przeczytajcie jak zaczynała, i z jakimi problemami zmagała się, jedna z najpopularniejszym blogerek modowych w naszym kraju.

Grzeczny Chłopiec: Twój pierwszy post pochodzi z lipca 2009 roku, sprzed ponad 3,5 roku. Umieszczenie go było świadomym działaniem na zasadzie “zakładam bloga, bo moda to moja pasja i chcę z tego żyć” czy raczej spontaniczną czynnością dla zabicia nudy?

Kasia Gorol: Zaczynałam od umieszczania zdjęć na Stylio.pl, ale tam były różne limity i dopiero po jakimś czasie założyłam swojego bloga, żeby rozwijać to co robię pod swoją marką, na swojej stronie, która nie ogranicza mnie co do ilości zdjęć itd.

Grzeczny Chłopiec: A co było impulsem, który popchnął Cię do tego, żeby zacząć w ogóle dodawać zdjęcia na Stylio i pokazywać je ludziom?

Kasia Gorol: To był przypadek. Ja zawsze interesowałam się modą, tyle, że biernie. Przeglądałam gazety, oglądałam programy i nawet nie wiedziałam, że mam możliwość czynnego udziału w modzie. Zawsze wydawało mi się, że żeby zdziałać coś na tym polu trzeba być stylistą i mieszkać w Warszawie. Nie wiedziałam, że mieszkając w małej miejscowości mogę coś robić w tym kierunku.

Grzeczny Chłopiec: To jak to się de facto stało?

Kasia Gorol: Na Stylio trafiłam przez jakąś inną stronę. Konkursy.pl czy coś takiego, znalazłam konkurs na stylizację karnawałową i wrzuciłam tam swoje zdjęcie. Zrobiłam je u siebie w domu, zupełnie nieświadomie. Nie wiedziałam co to za strona, ani co się będzie z nim dziać. I co prawda nie wygrałam, ale zostałam wyróżniona i po tym wyróżnieniu zaczęłam się wgłębiać w ten portal, dodawać swoje zdjęcia itd. Także był to zupełny przypadek.

Grzeczny Chłopiec: A długo zbierałaś się do tego, żeby się przełamać i wziąć udział w tym konkursie? Bo pewnie to nie był pierwszy modowy konkurs, na który trafiłaś.

Kasia Gorol: Wiesz co, śledziłam różne konkursy internetowe, czasem w jakimś udało mi się coś wygrać, ale to był pierwszy konkurs stricte modowy, więc wzięłam udział i tyle.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A miałaś jakieś obawy przed wrzuceniem i upublicznieniem swoich zdjęć, najpierw na Stylio, a potem na blogu?

Kasia Gorol: Po tym konkursie, w którym dostałam wyróżnienie, przez długi czas nie dodawałam żadnych zdjęć, bo dopiero robiłam rozeznanie i śledziłam co tam się dzieje i jak to w ogóle wygląda. Chwilę się zbierałam, bo nie miałam dobrego aparatu, nie wiedziałam jak to ugryźć i w zasadzie raczkowałam, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że coś dodam. I na starcie nie było żadnego szału, ani nie miałam jakiegoś specjalnego odzewu.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie było jakiegoś nagłego impulsu, żeby wyjść z tym co robisz do ludzi, tylko ta myśl dojrzewała?

Kasia Gorol: Tak, to był płynny proces.

Grzeczny Chłopiec: Byłaś zadowolona z pierwszych zdjęć w momencie ich umieszczania?

Kasia Gorol: Nie byłam. Wiedziałam, że nie do końca mi się podobają, bo mam słaby aparat i robi słabe zdjęcia. Później kupiłam taki średni aparat i on już robił nieco lepsze fotki. Ale tak jak mówię – pierwsze były bardzo kiepskie. Tyle, że wtedy blogosfera nie była tak rozwinięta i mało która blogerka miała lustrzankę. W tej chwili już zaczynając, trzeba to robić z wysokiego poziomu z jakąś dobrą lustrzanką, bo same stylizacje, bez dobrych zdjęć nie wystarczą.

Grzeczny Chłopiec: A co do stylizacji, teraz z perspektywy czasu jak je oceniasz?

Kasia Gorol: Niektóre z nich cały czas są aktualne, bo ja jestem minimalistką. Aczkolwiek jak teraz patrzę na niektóre eksperymenty modowe jakie na sobie przeprowadzałam, to są nie do strawienia.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to nie było tak, że od samego początku miałaś mega stylizacje, turbo sprzęt i oszałamiające miejscówki do zdjęć?

Kasia Gorol: Absolutnie nie.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Jak więc radziłaś sobie z problemami typu brak fotografa, brak wiedzy na temat obróbki fotek itd? Bo domyślam się, że sama sobie nie robiłaś zdjęć.

Kasia Gorol: Robiłam sobie zdjęcia samowyzwalaczem (śmiech). Wtedy nie przywiązywałam tak wagi do ich jakości, tylko skupiałam się na stylizacjach. Z kolei teraz fotki traktuję jako całość i wszystko musi być dopracowane.

Grzeczny Chłopiec: A skąd brałaś kasę na nowe ciuchy, gdy jeszcze nie zarabiałaś na blogu?

Kasia Gorol: Byłam i jestem wierną fanką second-handów. Gdy zaczynałam, kupowałam ubrania za gorsze, miałam na przykład sporo rzeczy kupionych za złotówkę, czy 2 złote. Nigdy nie wydawałam majątku na ciuchy.

Grzeczny Chłopiec: Miałaś w którymś momencie prowadzenia bloga jakiś poważny kryzys? Zdarzyło się, że chciałaś to olać, skasować wszystkie wpisy i nie wracać do tego więcej?

Kasia Gorol: Aż tak poważnego kryzysu nie miałam. Ale takie większe zwątpienie mnie dopadło, gdy widziałam, że moje koleżanki z branży mają już jakieś fajne lustrzanki, a ja wciąż nie mogłam sobie na taką pozwolić. Byłam po pierwszym roku studiów i nie stać mnie było by kupić sobie aparat za kilka tysięcy. Strasznie mnie to dołowało, że inne blogerki mogą robić sobie świetnej jakości zdjęcia i się rozwijać, a ja wciąż nie.

Grzeczny Chłopiec: I co wtedy zrobiłaś?

Kasia Gorol: Poprosiłam mojego tatę o pożyczkę. Poważnie z nim porozmawiałam, przedstawiłam jaki mam plan odnośnie bloga i powiedziałam, że będę mu te pieniądze spłacać w ratach.

Grzeczny Chłopiec: Pożyczył?

Kasia Gorol: Wiedział, że jestem zaangażowana w bloga i że sporo robię w tym kierunku, ale nie nigdy traktował tego poważnie. Przekonywałam go, że gdy będę miała dobry aparat, to wszystko ruszy do przodu i coś tego będzie. I kupił mi w końcu ten aparat, ale do tej pory mówi, że w momencie, gdy go o to prosiłam, był święcie przekonany, że nic sensownego z tego nie wyjdzie.

Grzeczny Chłopiec: A gdybyś nie dostała wtedy wsparcia od rodziny, myślisz, że udałoby Ci się przełamać ten kryzys, czy poddałabyś się?

Kasia Gorol: Poddać, raczej bym się nie poddała, ale na pewno byłabym zgaszona, że mam dużo dobrych pomysłów, a nie mam jak ich zrealizować. I mniej aktywna, bo od momentu, w którym dostałam ten aparat, zaczęłam dużo częściej dodawać posty.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A teraz, gdy już jesteś raczej na szczycie, niż u podnóża blogosfery, co motywuje Cię do dalszego działania?

Kasia Gorol: Motywują mnie fajne propozycje współpracy, które dostaję.

Grzeczny Chłopiec: A nie jest tak, ze sukcesy rozleniwiają? Że myślisz sobie „dobra, mam kasę, to teraz mogę zwolnić”?

Kasia Gorol: Nie, nie. Sukcesy dają pałera, dużego kopa do działania, a zwłaszcza wyjazdy zagraniczne. Właśnie w tym tygodniu jadę do Włoch na pokaz mody i jestem bardzo szczęśliwa, że to się w ogóle dzieje. To jest dla mnie największy kopniak!

Grzeczny Chłopiec: Teraz lecisz do Włoch, wcześniej byłaś w Los Angeles, to ewidentne sukcesy. Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś “tak udało mi się! te wszystkie wyrzeczenia w końcu się opłaciły, robię to co lubię i mam z tego kasę”?

Kasia Gorol: To był płynny proces. Ktoś z zewnątrz może myśleć, że nagle miałam jakiś przełom w blogowaniu i teraz czuję się super sławna, wręcz przeciwnie. Nie czuję się jakąś gwiazdą i to się nie stało nagle. To się działo stopniowo, było wiele momentów, w których cieszyłam się, że jestem blogerką i że bloguję, ale to nie było jakieś jedno wydarzenie.

Grzeczny Chłopiec: Bo rozumiem, że teraz masz już pewność, że jesteś na takim poziomie, że nie musisz iść do pracy w korporacji, tylko możesz robić to co robisz i z tego żyć?

Kasia Gorol: Tak. Przede wszystkim nie miałabym czasu na to, żeby pójść do pracy w korporacji i jednocześnie pisać bloga, bo blog to jest niesamowicie czasochłonna rzecz. Nawet jeśli nie widać bezpośrednio efektów, czyli nie ma nowych postów, czy zdjęć na Facebooku, to i tak cały czas działam. Albo piszę maile, albo jestem na jakimś wyjeździe, albo robię mnóstwo innych rzeczy, których nie widać.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie żałujesz, że poświęciłaś tyle czasu i energii na prowadzenie bloga, zamiast pójść do pracy w finansach, odsiedzieć 8 godzin w biurze i mieć wszystko gdzieś?

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Kasia Gorol: Nie, ja mam artystyczną duszę i źle się czuję, gdy jestem ograniczona czymkolwiek. Dobrze się czuję, gdy sama sobie jestem szefem i nikt mi nie dyktuję co mam robić. Poza tym jestem śpiochem i śpię do południa.

Grzeczny Chłopiec: A co mówili Twoi znajomi, gdy dowiadywali się, że wiążesz przyszłość z blogiem? Pukali się w głowę, kwitowali to uśmiechem politowania, czy mówili, że super sprawa?

Kasia Gorol: Najbliżsi znajomi i przyjaciele akceptują to co robię i widzą, że to ma przyszłość. Co do tych dalszy… wiesz co, ja mieszkam na wsi i tu ogólnie panuje taka mentalność, że „powinna sobie już założyć rodzinę i mieć męża, a nie bawić się w modelkowanie”. Aczkolwiek jak widzą mnie w „Dzień Dobry TVN” albo czytają o mnie w gazecie, to zaczynają zmieniać zdanie.

Grzeczny Chłopiec: A Twoja mama, wierzyła w wizję zarabiania na wrzucaniu ładnych zdjęć do internetu?

Kasia Gorol: Na początku nikt nie wierzył. Nawet ja sama zaczynając, nie spodziewałam się, że z tego będzie kasa. To się zaczęło tak po prostu. Najpierw wpadło parę groszy, potem zaczęłam to traktować jako kieszonkowe i bardzo się cieszyłam, że mam z tego cokolwiek, aż w końcu zrobiła się z tego dobra wypłata.

Grzeczny Chłopiec: Zmierzając ku końcowi – biorąc pod uwagę wielkość blogosfery, ale też łatwość założenia bloga, prowadzenia i pozyskiwania ruchu, łatwiej się wybić z blogiem modowym teraz, czy te 3,5 roku temu?

Kasia Gorol: Wtedy nie było takiej świadomości jak można prowadzić bloga, ja sama nie wiedziałam jak to robić, ale też nie było takiej konkurencji. Zaczynając nie trzeba było mieć tak dobrego sprzętu. Teraz natomiast, topowe blogerki mają już wyrobioną swoją markę i agencje wolą współpracować z tymi sprawdzonymi albo poleconymi przez inne agencje.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Czyli Ci, którzy zaczynali mieli łatwiej, niż Ci którzy chcą się wybić teraz?

Kasia Gorol: Wydaje mi się, że tak. Mimo, że my musiałyśmy przetrzeć szlaki i uczyć się jak to się robi, i z czym to się je (robienie zdjęć, stylizacje, formy współpracy itd.), to wydaje mi się, że teraz jest trudniej. Jest większe zainteresowanie blogami, dużo łatwiej zdobyć sporą liczbę lajków na Fejsie, ale jest dużo większa konkurencja.

Grzeczny Chłopiec: I na koniec, słowo dla wszystkich, którzy myślą o założeniu bloga, ale nie mogę się przełamać – jak Jestem Kasia zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka?

Kasia Gorol: Ooo, teraz będę musiała coś mądrego powiedzieć (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: Nie no, nie musi być mądre (śmiech).

Kasia Gorol: Przede wszystkim nie ma co się przejmować opinią innych i tym co pomyślą znajomi. Ja też nie miałam kiedyś łatwo wśród rówieśników, bywało, że mi dokuczali, a jednak potrafiłam wyjść na swoje. Trzeba robić swoje po swojemu, a nie naśladować kogoś.

Grzeczny Chłopiec: Reasumując – determinacja najważniejsza?

Kasia Gorol: Tak, trzeba mieć w sobie determinację i pomysł na siebie. Bo kopiując, czy odtwarzając to co już jest, nie ma szans na przebicie.

Grzeczny Chłopiec: A myślisz, że jest jeszcze miejsce na coś nowego w kwestii blogów modowych?

Kasia Gorol: Oczywiście, że tak!

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Fly Style #3 – Chodzę po ścianach jak człowiek-pająk

Skip to entry content

Dzisiejszy wpis szafiarski bez zbędnej filozofii. Zrobiło się ciepło, można było wyjść z mieszkania bez kurtki, czapki, rękawiczek i kalesonów, to poszliśmy z Piotrkiem (najpopularniejszym działaczem AEGEE w Krakowie) pocykać fotki. Jako, że odgadywanie murali idzie Wam dość opornie, tym razem wybraliśmy mega oczywista miejscówkę. Kto nie zgadnie gdzie to, niech nie przyznaje się, że mieszka w Krakowie.

Zapomniałbym o najważniejszym – jestem mocno zawiedziony. To już trzeci szafiarski wpis (tu pierwszy, tu drugi), a dalej nikt mnie nie maltretuje skąd mam spodnie, buty, skarpetki, majtki i w czym piorę bandaż, że tak lśni. Nic Was nie obchodzę, co?

„Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych

Skip to entry content

ten wpis powstał w kwietniu 2013 roku (tak, ponad 4 lata temu!), ale że internet zaczyna drugie okrążenie, znów jest aktualny

W ostatnim tygodniu internetem zawładnęła „zawieszona kawa”. Wiele osób wieszało się z radości, niewiele wieszało na niej psy. Wśród tych drugich prym wiódł Kominek, który w charakterystyczny dla siebie sposób był przeciw. Jego z kolei wypunktował inny bloger – Looqash – zarzucając mu brak wiarygodności. NaTemat jak zwykle nic nie wniosło do dyskusji, ale z sumiennością szóstkowego ucznia przedrukowało co ciekawsze opinie.

Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, czy ktoś sprawdzi jak faktycznie jest z tą kawą, czy wszyscy będą bazować tylko na domysłach i przypuszczeniach. Nikomu nie zbierało się na to, żeby zebrać cztery litery i pójść na miasto, więc z braku innych chętnych, zrobiłem to ja. I przeszedłem się po krakowskich kawiarniach, żeby dowiedzieć się, czy „zawieszona kawa” działa, kto ją wiesza i kto odwiesza.

Ale zaczynając od początku…

Dla kogo miała być „zawieszona kawa”?

zdjęcie pochodzi ze strony http://suspendedcoffees.com/

Niemal wszystkie strony, serwisy, portale i blogi pisały o akcji w kontekście najbardziej potrzebujących, którzy jednoznacznie byli utożsamiani z bezdomnymi. Najczęściej artykuły na ten temat były ilustrowane zdjęciem, które widzicie powyżej. Komputerowi obrońcy praw człowieka, którzy w życiu nie byli na żadnej manifestacji, szaleli z zachwytu rozwodząc się w komentarzach nad tym, jak to wspaniale, że ktoś pomaga osobom bez dachu nad głową.

W błyskawicznym tempie przyjęło się, że „zawieszona kawa” to akcja wspierająca śpiących na ulicy. No, w najgorszym wypadku skłotersów mieszkających w pustostanach bez ogrzewania i bieżącej wody. A przecież na oficjalnej stronie, czytamy, że…

Co robić, jeśli darmowa kawa przyciągnie bezdomnych? Po pierwsze, nie są oni częstymi gośćmi w kawiarniach. Po drugie, zawsze można znaleźć kompromis, który pozwoli uszanować drugiego człowieka. Ostatecznie gościowi uciążliwemu dla otoczenia można dać kawę na wynos.

Czyżby wszyscy tak głośno popierający inicjatywę nie przeczytali jej założeń? I nie wiedzieli, że bezdomni/najbardziej potrzebujący nie mają Facebooka/internetu? Więc nie dowiedzą się o akcji, bo niby jak? I przede wszystkim, czy nie pomyśleli o tym, że właściciele kawiarni z oczywistych powodów, mogą nie chcieć pozycjonować swoich lokali jako przytułków? Co jest dość zrozumiałe, jeśli ktoś traktuje prowadzenie lokalu gastronomicznego jako biznes, a nie wolontariat.

Ale to tylko założenia.

Jak jest w rzeczywistości?

Byłem w „Nie lubię poniedziałków”, „Nowej Prowincji”, „Klubokawiarni Relaks” i rozmawiałem z pracownikami wszystkich pozostałych krakowskich kawiarni, biorących udział w akcji. Serio: wszystkich. Pytałem o to, kto funduje kawy i kto z nich korzysta.

W większości przypadków pierwszą „zawieszoną kawę” postawił właściciel/menadżer lokalu, a następne młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest dość logiczne).

Teraz najważniejsze: kto pije darmowe kawy? Kto korzysta z pomocy dla najuboższych/najbardziej potrzebujących/bezdomnych? Kto przygarnia namiastkę luksusu, bezinteresownie ofiarowaną przez zamożną kastę elit, dla półświatka brudnych melin?

Również młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest jeszcze logiczniejsze). Zadbani, ogarniający życie, niemający problemu z kasą, a tym bardziej z dachem nad głową. Dlaczego? Bo traktują to jako zabawę. Jako formę integracji, hipsterski żart, bądź okazję do połechtania swojej próżności.

W żadnej z knajp z „zawieszonej kawy” nie skorzystał bezdomny. Nie żebym się nie spodziewał, ale mimo wszystko trochę mnie to zdziwiło. Spytałem pracowników lokali/właścicieli, czy te kawy, to nie powinny być przypadkiem właśnie dla nich? Kilku niemal się oburzyło i powiedziało, że nie życzy sobie takich osób w swojej kawiarni. Część z nich zadeklarowała, że gdyby zaistniała taka sytuacja, to bezdomny dostałby kawę na wynos. Natomiast każdy, spytał mnie ze zdziwieniem, skąd taka osoba miałaby się dowiedzieć o akcji, skoro nie ma internetu?

Ja nie wiem, ale na pewno wiedzą ci, co chcą ulepszać świat klikaniem lajków pod postami .

Wnioski

„Zawieszona kawa” w praktyce nie jest formą pomocy najuboższym, ani nikomu innemu. Nie jest żadnym wsparciem, łaską, jałmużną, ani gestem dobroci. Jest knajpianą grą, w której biorą udział stali bywalcy kawiarni. Z kasą, z domem i z dobrym humorem. W żadnym wypadku nie jest formą wsparcia bezdomnych. Chcesz im pomóc? Pomóż dzwoniąc na ten numer: 987. Lub zaprowadź bezdomnego do jednej z ogrzewalni, noclegowni lub schroniska.

Od opłacenia kawy w modnej miejscówce, nie zrobi się lepiej komuś, kto miał okazję ją widzieć tylko od strony ulicznych witryn.