Close
Close

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintagem()

  • Pingback: Rusz tyłek #3 – rozmowa z Kubą Jankowskim z „Matura To Bzdura”()

  • Pingback: Człowiek, który inspiruje: Ken Block | CojaMysle?()

  • malvina_pe

    Fajna inicjatywa. Przystępuję do czytania :)

  • Pingback: Rusz tyłek #2 – rozmowa z Segrittą | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Pingback: Rusz tyłek #1 – rozmowa z autorką bloga „Jestem Kasia” | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Kasia to akurat dobry przykład na to, że aby prowadzić bloga, nie trzeba umieć pisać.

  • Pingback: „Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych | Stay Fly - blog lifestylowy()

  • Proponuję Ewę Chodakowską, dzięki niej wiele osób dosłownie rusza tyłek :) Jest strasznie motywująca.

  • Ja bym chętnie proponował także TYTANÓW sceny jiutiube czyli Rocka i Roja. O nich można spokojnie powiedzieć, że byli nikim (nie w negatywnym tego słowa znaczeniu) a dziś są wielcy przyciągając dosłownie rzeszę fanów. Miałem także pisać o Łukaszu Jakóbiaku, ale z nim już chyba gadałeś.

    I tutaj, wiem, że mógłbym zasłużyć na pal Azji, ale uważam, że przykładem niekoniecznie sukcesu, ale z pewnością sprzedawcy megaton pozytywnej energii jest Rockglammprincess także ze środowiska Youtube.

    • Ooo widzisz, zupełnie zapomniałem o video blogach kosmetycznych, a to jedna z najprężniej rozwijających się gałęzi vlogów. Dzięki za przypomnienie!

      Co do wspomnianych tytanów, to mimo, że nie śledzę ich na bieżąco, to też będę chciał z nimi porozmawiać, bo jak słusznie zauważyłeś… są tytanami :) O Łukaszu też myślałem, ale rozmawiałem z nim niecałe pół roku temu ( http://stayfly.pl/2012/09/wywiad-z-lukaszem-jakobiakiem-autorem-20m2-lukasza/ ), więc nie sądzę aby zmieniło się u niego na tyle, żeby był sens przeprowadzania znów wywiadu.

  • Wiesz co… Ja sam się kopię do działania. Mam takie parcie na niezależność życiową i zawodową, że to się w pale nie mieści (mojej żonie też ;). Do tego czytam też masę tekstów o ludziach którzy odnieśli sukces dzięki sobie samym i to dodatkowo mnie inspiruje i podpala.

  • Anja

    propsuję ten cykl Stay !

  • Sleepy

    Proponuję dwa blogi
    Segrittę – http://segritta.pl/ Naprawdę świetne, odważne wpisy, ciekawy punkt widzenia, niebanalne podejście do kontaktów damsko-męskich.
    I – tu przyznam że opieram się również na świecie realnym, ale czy to źle? – blog http://raspberryandred.blogspot.com/ bo zdecydowanie zasługuje na jeszcze większa rozpoznawalność, a Weronika to wspaniała, radosna i ciepła osoba (Z Krakowa! czyli patriotyzm lokalny), i naprawdę bardzo dużo w swoim wieku osiągnęła.

  • Agga

    Dooobry pomysł, w sumie wbrew pozorom nie znam się na blogach i nie czytam ich zbyt wiele, ale blogi modowe zawsze spoko, więc pomysł wywiadu z Kasią bardzo mnie cieszy. Tymbardziej, że znając Twojego bloga możemy się spodziewać niebanalnych pytań, przynajmniej mam taką nadzieję.

    Jeśli jednak chodzi o internetowy świat, to od dawien dawna (czyli od jakichś kilku lat, ale to i tak dużo hehe) czytam tego: http://adamantwanderer.blogspot.com/ bloga i uważam, że właśnie ta dziewczyna jest niesamowicie inspirująca. Pokazuje, że można spełniać marzenia, zwiedzać caaaały świat bez posiadani milionów na koncie i wystarczy chcieć i „ruszyć tyłek” :). Zaczynała właśnie jako modowa blogerka, ale z upływem czasu odeszła od tego na rzecz podróżowania, studiowania, etc. Była w Stanach, Australii, pewnie prawie całej Europie i innych zakamarkach globu i to, co pisze jest niesamowicie dobre, to jakich ludzi udaje jej się za każdym razem poznawać, sprawia, że zbieram szczękę z podłogi. Naprawdę, polecam! A i zawsze cieszą moje oko zdjęcia na jej blogu, zwłaszcza zdjęcia jedzenia, aż chce się iść do kuchni :D Pewnie żeby zrozumieć sens tego wywodu, trzeba by ją śledzić od początku, aczkolwiek i tak polecam uwadze.

    • Nie znałem wcześniej tego bloga, ale przejrzałem pobieżnie i faktycznie jest tam masę inspirujących zdjęć z całego globu (zazdroszczę, bez kitu). Dzięki za linka!

  • Jak sama się nie kopnę do działania, to nikt i nic mnie nie zmusi. Blog Jestem Kasia jest the best!

  • Guest

    Jeśli chodzi o motywacje, pasje i marzenia to zdecydowanie Michał Maj z Życie jest piękne : D
    Ale o nim pewnie też już myślałeś.

  • Jeśli chodzi o motywacje, pasje i marzenia to z pewnością Michał Maj z Życie jest piękne : D
    ale o tym też już pewnie myślałeś.

  • Justyna Goryluk

    Po opisie osoby byłam już prawie pewna, że zaraz przeczytam Honorata Skarbek i chciałam z impetem zamknąć przeglądarkę i nigdy tu nie wrócić, ale miłe rozczarowanie :) ufff

    • O Honey tez myślałem. Mimo, że nie podoba mi się jej muzyka, to jest świetnym strategiem działań promocyjno-marketingowych i sporo można się od niej nauczyć.

  • Adrianna Marszał

    Jacek Walkiewicz! Jego konferencje na Tedx talks albo na festiwalu BOSS w Krakowie pochłonęły ogromne rzesze entuzjastów :D

    • Venegoor

      Zdecydowanie popieram. Wykład na BOSSie był po prostu genialny.

    • Bardzo powinienem się wstydzić, że nie znam?

      • sink.zodiac

        Ups, ale późna odpowiedź… No, powienieneś :D.

  • Karolina Johansson

    Jak dobrze że Kasia a nie inne szatniarki. Taka normalna, co wcale normalne w tym „środowisku” nie jest:)) Jeśli mogę podpowiedzieć to chętnie poczytałabym o Madame Edith, blogerce kulinarnej. Tak, Ona z pewnością daje mi kopa i uczy nowego spojrzenia na w tym wypadku jedzenie.

  • Jestem za pod warunkiem, że będzie duuużo zdjęć blogerek. I Nogi Kamińskiej;) A absolutnym must havem w tym cyklu jest Kominek.

    • O zdjęcia się nie martw Rafał :) A co Kominka, to oczywiście myślałem o tym, ale czy rozmowa z nim nie będzie odkrywaniem koła na nowo?

      • Pewnie będzie, ale ten facet to chodzący przykład od zera do bohatera. Plus kręci mnie jego arogancja, rozbuchane ego, podejście do życia i wieczne przeświadczenie, że wszystko wie najlepiej. Na dodatek bije od niego taka pewność siebie i swoich decyzji, że gdyby mi powiedział o miesiącu w którym jest 35 dni to byłbym skłonny mu uwierzyć. No i jeśli dostanie dobre pytania, to powie coś nowego i fajnego:)

        • Nie chwalę się, bo mnie jeszcze nie zaprosili :)

          Wracając do Kominka, to jasne, zgadzam się z Tobą jak najbardziej, tylko zastanawiam się, czy jest jeszcze coś o co mógłbym go zapytać, a o czym nie opowiadał przynajmniej 2 razy, w kwestii motywacji, rozwoju, prowadzenia bloga itd :) Ale postaram się do tego dojść, bo to ciekawa postać bez dwóch zdań.

          • Kominek jest jak dla mnie świetnym przykładem na „wszechwiedzę” i zadufanie w sobie dzisiejszego pokolenia 20-30. Przykra sprawa, ale ludzie powyżej tego wieku raczej się jego wypocinami nie jarają. Czytam wstęp jego dowolnego wpisu – i jestem w stanie przewidzieć, do czego doprowadzi pseudowywrotowy wywód. Mam wrażenie, że to jest taka stylówa na Hana Moody, tylko brakuje dozy rozsądku w postaci córki i talentu pisarskiego. To już bardziej wywrotowy jest wokalista Weekend (swoją drogą też od zera do bohatera…w swoim rodzaju ;))

          • Pomijając to, czy się zgadzasz z jego poglądami i sposobem formułowania myśli, czy nie, to zrobił kilka rzeczy, za które obiektywnie należy mu się uznanie. Przede wszystkim za determinację w działaniu. W momencie kiedy on zaczynał blogosfera w Polsce nie istniała i nikomu nawet się nie śniło, że może na blogu zarabiać. Mimo to on wierzył, że to co robi ma sens. Druga sprawa, to umiejętność dyrygowania otoczeniem. Blogów w Polsce jest niemal 2 miliony, a mimo to, jego blog jest najpopularniejszym. Też chcę tak umieć :)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Piotruś Kukulski powinien zjeść Snickersa

Skip to entry content

Bo straaaaasznie gwiazdorzy. I nikomu to nie wychodzi na dobre, a już na pewno jemu.

 

Co co kaman?

Piotruś Kukulski jest znany z tego, że jest zupełnie nieznany, ale sporadycznie ktoś go skojarzy z Natalią Kukulską (siostrą), bądź Jarosławem Kukulskim (ojcem). Z nieznanych pobudek, postanowił nie być rozpoznawany jako czyjś brat, syn, bądź dziedzic gigantycznego spadku, lecz jako autonomiczna, niezależna gwiazda estrady. Piotruś niestety zapomniał, że żeby dojść do tego etapu potrzebne są lata pracy albo przynajmniej akt płciowy w „Big Brotherze”.

Nie skorzystał ani z jednej, ani drugiej opcji. Pomimo totalnego braku talentu muzycznego i choćby fajnych cycków, postanowił ogłosić światu, że jest gwiazdą i czekać, aż ludzie uwierzą.

Nie uwierzyli.

 

Nowy Szopen

To był pierwszy strzał. Niestety w kolano.

 

Kukulski Cribs

Drugi też po nogach. W końcu nie ma to jak chełpić się publicznie mieszkaniem, kupionym za hajs po zmarłym ojcu.

 

Diss na Tedego

Trzeci to już publiczne harakiri. Nie jestem w stanie tego skomentować.

 

Facebook nie zapomina, Facebook nie wybacza

Piotruś skutecznie postarał się o to, by po medialnym samobójstwie tępą łyżką, nikt nie miał wątpliwości, czy posiada choć krztę zdrowego rozsądku.

Ktoś się zrzuci na zapas Snickersów na Pikeja?

---> SKOMENTUJ

„Spring Breakers” – podręcznikowy przykład słabego filmu

Skip to entry content

Zobaczyłem trailer, chciałem się odmóżdżyć i poszedłem. I co? I jeśli uważasz, że „Bejbi blues” było tragiczne to masz rację, ale „Spring Breakers” jest jeszcze gorsze. Powinni to puszczać tylko skazańcom jako gra wstępna do kary śmierci i studentom reżyserii, żeby wiedzieli jak wygląda podręcznikowy gniot.

Nigdy nie miałem ambicji być wykładowcą, ale na potrzeby tego wpisu poudaję, że jestem. Drogi przyszły twórco filmów, jeśli chcesz stworzyć toporną kaszanę, to:

 

Po pierwsze: daj tyle cycków, żeby widz zaczął sie nimi męczyć

Cycki, to główny motyw wizualny filmu. Obraz zaczyna i kończy się gołymi cyckami. Ogólnie to nic nie mam do piersi. Serio. Więcej, jestem ich wielkim fanem! Ale kto miał mikroekonomię, ten wie, że użyteczność krańcowa do pewnego momentu rośnie, po czym spada.

Co to oznacza dla humanisty? Znaczy to tyle, że jeśli widzisz parę gołych cycków raz na jakiś czas, to jest okej. Jeśli widzisz je w miarę systematycznie to jest fajnie, a jeśli masz je na zawołanie to super. Jeśli jednak jesteś permanentnie osaczony przez nagie biusty, to masz ich dość! Myślisz, że to nie możliwe? Spróbuj obejrzeć „Spring Breakers”.

 

 Po drugie: przez 70% filmu puszczaj przejmującą muzykę

Kojarzysz ten moment w filmach, gdy lecą ciężkie smyczki z rozmytym pianinem w tle? Na przykład główny motyw z „Incepcji”? Taka mega przejmująca muzyka, informująca o chwili znaczącego przestoju w filmie, po której coś się stanie? Kojarzysz, no nie? Super, to teraz wyobraź sobie, że w „Spring Breakers” ten motyw grają przez większość filmu, przy czym wyczekiwane „coś” nie następuje.

Efekt jest taki, że wychodzisz z kina bardziej zamulony, niż po obejrzeniu pełnej relacji z pogrzebu księżnej Diany.

 

Po trzecie: ułóż dialogi, które będą oczywistsze, niż dzień po nocy

Kiedy głównym postaciom chce się sikać, mówią, że chce im się sikać. Kiedy źle się czuja, mówią, że źle się czują. A kiedy widzą wydziaranego latyno-amerykańca z grillem na zębach, w ztuningowanej furze za pół miliona, pozującego na gangstera, mówią, że widzą mężczyznę w aucie. Przez 92 minut nie trafisz na ani jeden dialog, który mógłby Cię czymś zaskoczyć. Ani jeden.

 

Po czwarte: powtarzaj monologi do znudzenia

Jak już wiesz z akapitu powyżej, dialogi są głębokie i nietypowe. Monologi również.  I to na tyle, że trzeba je powtarzać. Na przykład kilka razy pod rząd. Autor założył, że przeciętny widz nie wyczuje ironii w 3-krotnie powtórzonym sloganie, więc trzeba wałkować go ile się da. Najlepiej do momentu, w którym wyjdziesz z kina i w myślach będziesz słyszał echo „ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie”.

 

Po piąte: powtarzaj sceny do znudzenia

W akapicie powyżej zamień słowo „monolog” na „ujęcie”, a „slogan” na „scena”.

 

Po szóste: operuj kiczem i tandetą na takim poziomie, by nikt nie wiedział, czy to pastisz, czy nie

Ja rozumiem, że Harmony Korine chciał stworzyć satyrę. Że chciał wyśmiać tę popkulturowa modę na szybkie życie, przypadkowy seks i doświadczanie świata w wersji instant. Że „Spring Breakers” to miała być szydera. Że chciał obrzucić uśmiechem politowania zachłyśniętych drogimi ciuchami, elektroniczną muzyką i miękkimi narkotykami nastolatków. Ale cholera nie wyszło mu.

Nie wyszło mu jakby miał co najmniej zatwardzenie. W tym filmie jest i Selena Gomez (dziewczyna Justina Biebera) i Vanessa Hudgens (gwiazda „High School Musical”) i James Franco (ten z „127 godzin”). Są pistolety, coś co przypomina kokainę i piosenki Britney Spears. Jest tyle kiczowatych i niepasujących do siebie elementów, przedstawionych w silący się na realizm sposób, że nie odbierasz tej mieszanki jako satyrę. Odbierasz ją jako słaby, nieudolnie zrobiony film.

Przez pierwsze 30 minut zastanawiasz się „kiedy się zacznie?”. Przez kolejne 30, siedzisz  zdołowany jak sezonowy emigrant po umocnieniu się złotówki, bo wiesz, że to ten typ filmów, które „się nie zaczynają”. Przez ostatnie pół godziny modlisz się o planszę z końcowymi napisami.

Nie polecam.

---> SKOMENTUJ