Close
Close

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

(niżej jest kolejny tekst)

35
Dodaj komentarz

avatar
21 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
16 Comment authors
sink.zodiacRusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. VintagemRusz tyłek #3 – rozmowa z Kubą Jankowskim z „Matura To Bzdura”Człowiek, który inspiruje: Ken Block | CojaMysle?malvina_pe Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rafał Lisiak
Gość

Jestem za pod warunkiem, że będzie duuużo zdjęć blogerek. I Nogi Kamińskiej;) A absolutnym must havem w tym cyklu jest Kominek.

Grzeczny Chłopiec
Gość

O zdjęcia się nie martw Rafał :) A co Kominka, to oczywiście myślałem o tym, ale czy rozmowa z nim nie będzie odkrywaniem koła na nowo?

Rafał Lisiak
Gość

Pewnie będzie, ale ten facet to chodzący przykład od zera do bohatera. Plus kręci mnie jego arogancja, rozbuchane ego, podejście do życia i wieczne przeświadczenie, że wszystko wie najlepiej. Na dodatek bije od niego taka pewność siebie i swoich decyzji, że gdyby mi powiedział o miesiącu w którym jest 35 dni to byłbym skłonny mu uwierzyć. No i jeśli dostanie dobre pytania, to powie coś nowego i fajnego:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie chwalę się, bo mnie jeszcze nie zaprosili :)

Wracając do Kominka, to jasne, zgadzam się z Tobą jak najbardziej, tylko zastanawiam się, czy jest jeszcze coś o co mógłbym go zapytać, a o czym nie opowiadał przynajmniej 2 razy, w kwestii motywacji, rozwoju, prowadzenia bloga itd :) Ale postaram się do tego dojść, bo to ciekawa postać bez dwóch zdań.

Aleksandra Lipa
Gość

Kominek jest jak dla mnie świetnym przykładem na „wszechwiedzę” i zadufanie w sobie dzisiejszego pokolenia 20-30. Przykra sprawa, ale ludzie powyżej tego wieku raczej się jego wypocinami nie jarają. Czytam wstęp jego dowolnego wpisu – i jestem w stanie przewidzieć, do czego doprowadzi pseudowywrotowy wywód. Mam wrażenie, że to jest taka stylówa na Hana Moody, tylko brakuje dozy rozsądku w postaci córki i talentu pisarskiego. To już bardziej wywrotowy jest wokalista Weekend (swoją drogą też od zera do bohatera…w swoim rodzaju ;))

Grzeczny Chłopiec
Gość

Pomijając to, czy się zgadzasz z jego poglądami i sposobem formułowania myśli, czy nie, to zrobił kilka rzeczy, za które obiektywnie należy mu się uznanie. Przede wszystkim za determinację w działaniu. W momencie kiedy on zaczynał blogosfera w Polsce nie istniała i nikomu nawet się nie śniło, że może na blogu zarabiać. Mimo to on wierzył, że to co robi ma sens. Druga sprawa, to umiejętność dyrygowania otoczeniem. Blogów w Polsce jest niemal 2 miliony, a mimo to, jego blog jest najpopularniejszym. Też chcę tak umieć :)

Karolina Johansson
Gość
Karolina Johansson

Jak dobrze że Kasia a nie inne szatniarki. Taka normalna, co wcale normalne w tym „środowisku” nie jest:)) Jeśli mogę podpowiedzieć to chętnie poczytałabym o Madame Edith, blogerce kulinarnej. Tak, Ona z pewnością daje mi kopa i uczy nowego spojrzenia na w tym wypadku jedzenie.

Adrianna Marszał
Gość
Adrianna Marszał

Jacek Walkiewicz! Jego konferencje na Tedx talks albo na festiwalu BOSS w Krakowie pochłonęły ogromne rzesze entuzjastów :D

Venegoor
Gość
Venegoor

Zdecydowanie popieram. Wykład na BOSSie był po prostu genialny.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Bardzo powinienem się wstydzić, że nie znam?

sink.zodiac
Gość
sink.zodiac

Ups, ale późna odpowiedź… No, powienieneś :D.

Justyna Goryluk
Gość
Justyna Goryluk

Po opisie osoby byłam już prawie pewna, że zaraz przeczytam Honorata Skarbek i chciałam z impetem zamknąć przeglądarkę i nigdy tu nie wrócić, ale miłe rozczarowanie :) ufff

Grzeczny Chłopiec
Gość

O Honey tez myślałem. Mimo, że nie podoba mi się jej muzyka, to jest świetnym strategiem działań promocyjno-marketingowych i sporo można się od niej nauczyć.

Kuba
Gość

Jeśli chodzi o motywacje, pasje i marzenia to z pewnością Michał Maj z Życie jest piękne : D
ale o tym też już pewnie myślałeś.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Piotruś Kukulski powinien zjeść Snickersa

Skip to entry content

Bo straaaaasznie gwiazdorzy. I nikomu to nie wychodzi na dobre, a już na pewno jemu.

 

Co co kaman?

Piotruś Kukulski jest znany z tego, że jest zupełnie nieznany, ale sporadycznie ktoś go skojarzy z Natalią Kukulską (siostrą), bądź Jarosławem Kukulskim (ojcem). Z nieznanych pobudek, postanowił nie być rozpoznawany jako czyjś brat, syn, bądź dziedzic gigantycznego spadku, lecz jako autonomiczna, niezależna gwiazda estrady. Piotruś niestety zapomniał, że żeby dojść do tego etapu potrzebne są lata pracy albo przynajmniej akt płciowy w „Big Brotherze”.

Nie skorzystał ani z jednej, ani drugiej opcji. Pomimo totalnego braku talentu muzycznego i choćby fajnych cycków, postanowił ogłosić światu, że jest gwiazdą i czekać, aż ludzie uwierzą.

Nie uwierzyli.

 

Nowy Szopen

To był pierwszy strzał. Niestety w kolano.

 

Kukulski Cribs

Drugi też po nogach. W końcu nie ma to jak chełpić się publicznie mieszkaniem, kupionym za hajs po zmarłym ojcu.

 

Diss na Tedego

Trzeci to już publiczne harakiri. Nie jestem w stanie tego skomentować.

 

Facebook nie zapomina, Facebook nie wybacza

Piotruś skutecznie postarał się o to, by po medialnym samobójstwie tępą łyżką, nikt nie miał wątpliwości, czy posiada choć krztę zdrowego rozsądku.

Ktoś się zrzuci na zapas Snickersów na Pikeja?

„Spring Breakers” – podręcznikowy przykład słabego filmu

Skip to entry content

Zobaczyłem trailer, chciałem się odmóżdżyć i poszedłem. I co? I jeśli uważasz, że „Bejbi blues” było tragiczne to masz rację, ale „Spring Breakers” jest jeszcze gorsze. Powinni to puszczać tylko skazańcom jako gra wstępna do kary śmierci i studentom reżyserii, żeby wiedzieli jak wygląda podręcznikowy gniot.

Nigdy nie miałem ambicji być wykładowcą, ale na potrzeby tego wpisu poudaję, że jestem. Drogi przyszły twórco filmów, jeśli chcesz stworzyć toporną kaszanę, to:

 

Po pierwsze: daj tyle cycków, żeby widz zaczął sie nimi męczyć

Cycki, to główny motyw wizualny filmu. Obraz zaczyna i kończy się gołymi cyckami. Ogólnie to nic nie mam do piersi. Serio. Więcej, jestem ich wielkim fanem! Ale kto miał mikroekonomię, ten wie, że użyteczność krańcowa do pewnego momentu rośnie, po czym spada.

Co to oznacza dla humanisty? Znaczy to tyle, że jeśli widzisz parę gołych cycków raz na jakiś czas, to jest okej. Jeśli widzisz je w miarę systematycznie to jest fajnie, a jeśli masz je na zawołanie to super. Jeśli jednak jesteś permanentnie osaczony przez nagie biusty, to masz ich dość! Myślisz, że to nie możliwe? Spróbuj obejrzeć „Spring Breakers”.

 

 Po drugie: przez 70% filmu puszczaj przejmującą muzykę

Kojarzysz ten moment w filmach, gdy lecą ciężkie smyczki z rozmytym pianinem w tle? Na przykład główny motyw z „Incepcji”? Taka mega przejmująca muzyka, informująca o chwili znaczącego przestoju w filmie, po której coś się stanie? Kojarzysz, no nie? Super, to teraz wyobraź sobie, że w „Spring Breakers” ten motyw grają przez większość filmu, przy czym wyczekiwane „coś” nie następuje.

Efekt jest taki, że wychodzisz z kina bardziej zamulony, niż po obejrzeniu pełnej relacji z pogrzebu księżnej Diany.

 

Po trzecie: ułóż dialogi, które będą oczywistsze, niż dzień po nocy

Kiedy głównym postaciom chce się sikać, mówią, że chce im się sikać. Kiedy źle się czuja, mówią, że źle się czują. A kiedy widzą wydziaranego latyno-amerykańca z grillem na zębach, w ztuningowanej furze za pół miliona, pozującego na gangstera, mówią, że widzą mężczyznę w aucie. Przez 92 minut nie trafisz na ani jeden dialog, który mógłby Cię czymś zaskoczyć. Ani jeden.

 

Po czwarte: powtarzaj monologi do znudzenia

Jak już wiesz z akapitu powyżej, dialogi są głębokie i nietypowe. Monologi również.  I to na tyle, że trzeba je powtarzać. Na przykład kilka razy pod rząd. Autor założył, że przeciętny widz nie wyczuje ironii w 3-krotnie powtórzonym sloganie, więc trzeba wałkować go ile się da. Najlepiej do momentu, w którym wyjdziesz z kina i w myślach będziesz słyszał echo „ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie, ferie będą trwać wiecznie”.

 

Po piąte: powtarzaj sceny do znudzenia

W akapicie powyżej zamień słowo „monolog” na „ujęcie”, a „slogan” na „scena”.

 

Po szóste: operuj kiczem i tandetą na takim poziomie, by nikt nie wiedział, czy to pastisz, czy nie

Ja rozumiem, że Harmony Korine chciał stworzyć satyrę. Że chciał wyśmiać tę popkulturowa modę na szybkie życie, przypadkowy seks i doświadczanie świata w wersji instant. Że „Spring Breakers” to miała być szydera. Że chciał obrzucić uśmiechem politowania zachłyśniętych drogimi ciuchami, elektroniczną muzyką i miękkimi narkotykami nastolatków. Ale cholera nie wyszło mu.

Nie wyszło mu jakby miał co najmniej zatwardzenie. W tym filmie jest i Selena Gomez (dziewczyna Justina Biebera) i Vanessa Hudgens (gwiazda „High School Musical”) i James Franco (ten z „127 godzin”). Są pistolety, coś co przypomina kokainę i piosenki Britney Spears. Jest tyle kiczowatych i niepasujących do siebie elementów, przedstawionych w silący się na realizm sposób, że nie odbierasz tej mieszanki jako satyrę. Odbierasz ją jako słaby, nieudolnie zrobiony film.

Przez pierwsze 30 minut zastanawiasz się „kiedy się zacznie?”. Przez kolejne 30, siedzisz  zdołowany jak sezonowy emigrant po umocnieniu się złotówki, bo wiesz, że to ten typ filmów, które „się nie zaczynają”. Przez ostatnie pół godziny modlisz się o planszę z końcowymi napisami.

Nie polecam.