Close
Close

O Doktorze Misio (to się chyba nie odmienia, no nie?) dowiedziałem się z tego samego odcinka Wojewódzkiego, co o książce Raczkowskiego. Zburzyło to trochę moją tezę, że program ten służy tylko do auto-lansu autora, ale wciąż trudno nazwać go wartościowym.

Tak czy inaczej (inaczej czy tak), usłyszawszy, że Arkadiusz Jakubik – jeden z głównych bohaterów „Drogówki” i również nie trzecioplanowa postać w „Jesteś Bogiem” – ma zespół rockowy, byłem w tym samym stanie co Marysia w najpopularniejszym kawałku Sokoła. W jeszcze większą dezorientację wpadłem, gdy usłyszałem jak wyżej wymieniony jegomość „śpiewa”. I zadałem sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie…

 

Czy trzeba umieć śpiewać, żeby nagrać płytę?

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tak. Przykład Mandaryny dowodzi, że nie. Jakubik będąc wokalistą Dr Misio, stara się przekonać, że tworząc zespół muzyczny powinno umieć się śpiewać, ale nie jest to konieczne. Bo nie ma się co oszukiwać, Arkadiusz ani nie jest Steve Wonderem, ani Arturem Rojkiem, ani nawet Mrozem. Jest pospolitym wyjcem, który rycząc próbuje nie fałszować. I udaje mu się to całkiem sprawnie.

Najlepsze momenty płyty, to te w których mówi lekko zaciągając lub właśnie drze się jak listy miłosne od byłej panny. W niektórych kawałkach brzmi jakby recytował quasi-poezję do radia (co jest okej). W innych jakby zacięła mu się płyta Comy i nie chciała odwiesić, aż do skończenia gimnazjum (co też nie jest najgorsze). Słabo jest natomiast, gdy faktycznie chce śpiewać i próbuje wyciągnąć tyle oktaw, co Nosowska na nowej płycie, próbując tym samym wmówić reszcie zespołu, że ma giętki, melodyjny głos (nie ma).

Jednak nie o morderczą formę i mistrzowski warsztat chodzi na tej płycie. Koncepcja na, której oparty jest Dr Misio, to przede wszystkim dobra zabawa i…

 

Kult młodości

Stąd też autoironiczny tytuł płyty – „Młodzi”. Treść utworów to nostalgiczne wspomnienia czasów, gdy miało się na głowie więcej włosów, niż pieniędzy w portfelu, a przed stosunkiem nie trzeba było łykać „suplementów diety dojrzałego mężczyzny”.  Mimo, że jestem młodszy od autora tekstów (Krzysztofa Vargi) o 20 lat, to szczerze wzruszam się słysząc o licealnych imprezach i fatalnych zauroczeniach.

Bo te szczeniackie, najczęściej niespełnione miłostki, to coś, co się wspomina najbardziej. Coś, co się przeżywa najbardziej. Ale przede wszystkim coś, co buduje nas jako dojrzałych ludzi. Te irracjonalne historie miłosne, wpisując się w nasz życiorys trzema szóstkami, nadają tor naszym późniejszym wyborom. Tworzą nas i określają. I sprawiają, że wciąż wracamy myślami do czasów, gdy byliśmy naiwni, nieświadomi i młodzi, korzystając z przywilejów z tym związanych, bez ponoszenia wymiernych konsekwencji.

W utworach jest też dużo o śmierci po trzydziestce. O substytutach życia i atrapach szczęścia. O pół-kontaktach i ćwierć-emocjach. O zawężeniu 40 075 kilometrów obwodu kuli ziemskiej do trasy dom-praca-dom-Tesco. Nie wiem na ile to apel Jakubika do rówieśników, a na ile krzyk o pomoc sfrustrowanego 40-parolatka. Choć to mało odkrywcze, wiem na pewno, że to problem niezatapialny w alkoholu.

Album najlepiej podsumowuje cytat z pierwszego singla…

 

„kiedy byliśmy młodzi, nikt nie umierał i nikt się nie rodził”

Bardzo chcę wierzyć, że dla mnie jeszcze długo będzie za wcześnie, na wypowiadanie takich słów. Czego i Wam życzę.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Rusz tyłek #1 – rozmowa z autorką bloga „Jestem Kasia”

Skip to entry content

Wiosna przeprosiła się z Polską, śnieg sukcesywnie topnieje, a dzień jest coraz dłuższy. To świetny moment, żeby w końcu ruszyć z kopyta i wziąć się do działania! Tak jak zapowiadałem tydzień temu, ruszyć tyłek pomoże Wam (i mnie zresztą też) Kasia Gorol – autorka bloga „Jestem Kasia”. Przeczytajcie jak zaczynała, i z jakimi problemami zmagała się, jedna z najpopularniejszym blogerek modowych w naszym kraju.

Grzeczny Chłopiec: Twój pierwszy post pochodzi z lipca 2009 roku, sprzed ponad 3,5 roku. Umieszczenie go było świadomym działaniem na zasadzie “zakładam bloga, bo moda to moja pasja i chcę z tego żyć” czy raczej spontaniczną czynnością dla zabicia nudy?

Kasia Gorol: Zaczynałam od umieszczania zdjęć na Stylio.pl, ale tam były różne limity i dopiero po jakimś czasie założyłam swojego bloga, żeby rozwijać to co robię pod swoją marką, na swojej stronie, która nie ogranicza mnie co do ilości zdjęć itd.

Grzeczny Chłopiec: A co było impulsem, który popchnął Cię do tego, żeby zacząć w ogóle dodawać zdjęcia na Stylio i pokazywać je ludziom?

Kasia Gorol: To był przypadek. Ja zawsze interesowałam się modą, tyle, że biernie. Przeglądałam gazety, oglądałam programy i nawet nie wiedziałam, że mam możliwość czynnego udziału w modzie. Zawsze wydawało mi się, że żeby zdziałać coś na tym polu trzeba być stylistą i mieszkać w Warszawie. Nie wiedziałam, że mieszkając w małej miejscowości mogę coś robić w tym kierunku.

Grzeczny Chłopiec: To jak to się de facto stało?

Kasia Gorol: Na Stylio trafiłam przez jakąś inną stronę. Konkursy.pl czy coś takiego, znalazłam konkurs na stylizację karnawałową i wrzuciłam tam swoje zdjęcie. Zrobiłam je u siebie w domu, zupełnie nieświadomie. Nie wiedziałam co to za strona, ani co się będzie z nim dziać. I co prawda nie wygrałam, ale zostałam wyróżniona i po tym wyróżnieniu zaczęłam się wgłębiać w ten portal, dodawać swoje zdjęcia itd. Także był to zupełny przypadek.

Grzeczny Chłopiec: A długo zbierałaś się do tego, żeby się przełamać i wziąć udział w tym konkursie? Bo pewnie to nie był pierwszy modowy konkurs, na który trafiłaś.

Kasia Gorol: Wiesz co, śledziłam różne konkursy internetowe, czasem w jakimś udało mi się coś wygrać, ale to był pierwszy konkurs stricte modowy, więc wzięłam udział i tyle.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A miałaś jakieś obawy przed wrzuceniem i upublicznieniem swoich zdjęć, najpierw na Stylio, a potem na blogu?

Kasia Gorol: Po tym konkursie, w którym dostałam wyróżnienie, przez długi czas nie dodawałam żadnych zdjęć, bo dopiero robiłam rozeznanie i śledziłam co tam się dzieje i jak to w ogóle wygląda. Chwilę się zbierałam, bo nie miałam dobrego aparatu, nie wiedziałam jak to ugryźć i w zasadzie raczkowałam, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że coś dodam. I na starcie nie było żadnego szału, ani nie miałam jakiegoś specjalnego odzewu.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie było jakiegoś nagłego impulsu, żeby wyjść z tym co robisz do ludzi, tylko ta myśl dojrzewała?

Kasia Gorol: Tak, to był płynny proces.

Grzeczny Chłopiec: Byłaś zadowolona z pierwszych zdjęć w momencie ich umieszczania?

Kasia Gorol: Nie byłam. Wiedziałam, że nie do końca mi się podobają, bo mam słaby aparat i robi słabe zdjęcia. Później kupiłam taki średni aparat i on już robił nieco lepsze fotki. Ale tak jak mówię – pierwsze były bardzo kiepskie. Tyle, że wtedy blogosfera nie była tak rozwinięta i mało która blogerka miała lustrzankę. W tej chwili już zaczynając, trzeba to robić z wysokiego poziomu z jakąś dobrą lustrzanką, bo same stylizacje, bez dobrych zdjęć nie wystarczą.

Grzeczny Chłopiec: A co do stylizacji, teraz z perspektywy czasu jak je oceniasz?

Kasia Gorol: Niektóre z nich cały czas są aktualne, bo ja jestem minimalistką. Aczkolwiek jak teraz patrzę na niektóre eksperymenty modowe jakie na sobie przeprowadzałam, to są nie do strawienia.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to nie było tak, że od samego początku miałaś mega stylizacje, turbo sprzęt i oszałamiające miejscówki do zdjęć?

Kasia Gorol: Absolutnie nie.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Jak więc radziłaś sobie z problemami typu brak fotografa, brak wiedzy na temat obróbki fotek itd? Bo domyślam się, że sama sobie nie robiłaś zdjęć.

Kasia Gorol: Robiłam sobie zdjęcia samowyzwalaczem (śmiech). Wtedy nie przywiązywałam tak wagi do ich jakości, tylko skupiałam się na stylizacjach. Z kolei teraz fotki traktuję jako całość i wszystko musi być dopracowane.

Grzeczny Chłopiec: A skąd brałaś kasę na nowe ciuchy, gdy jeszcze nie zarabiałaś na blogu?

Kasia Gorol: Byłam i jestem wierną fanką second-handów. Gdy zaczynałam, kupowałam ubrania za gorsze, miałam na przykład sporo rzeczy kupionych za złotówkę, czy 2 złote. Nigdy nie wydawałam majątku na ciuchy.

Grzeczny Chłopiec: Miałaś w którymś momencie prowadzenia bloga jakiś poważny kryzys? Zdarzyło się, że chciałaś to olać, skasować wszystkie wpisy i nie wracać do tego więcej?

Kasia Gorol: Aż tak poważnego kryzysu nie miałam. Ale takie większe zwątpienie mnie dopadło, gdy widziałam, że moje koleżanki z branży mają już jakieś fajne lustrzanki, a ja wciąż nie mogłam sobie na taką pozwolić. Byłam po pierwszym roku studiów i nie stać mnie było by kupić sobie aparat za kilka tysięcy. Strasznie mnie to dołowało, że inne blogerki mogą robić sobie świetnej jakości zdjęcia i się rozwijać, a ja wciąż nie.

Grzeczny Chłopiec: I co wtedy zrobiłaś?

Kasia Gorol: Poprosiłam mojego tatę o pożyczkę. Poważnie z nim porozmawiałam, przedstawiłam jaki mam plan odnośnie bloga i powiedziałam, że będę mu te pieniądze spłacać w ratach.

Grzeczny Chłopiec: Pożyczył?

Kasia Gorol: Wiedział, że jestem zaangażowana w bloga i że sporo robię w tym kierunku, ale nie nigdy traktował tego poważnie. Przekonywałam go, że gdy będę miała dobry aparat, to wszystko ruszy do przodu i coś tego będzie. I kupił mi w końcu ten aparat, ale do tej pory mówi, że w momencie, gdy go o to prosiłam, był święcie przekonany, że nic sensownego z tego nie wyjdzie.

Grzeczny Chłopiec: A gdybyś nie dostała wtedy wsparcia od rodziny, myślisz, że udałoby Ci się przełamać ten kryzys, czy poddałabyś się?

Kasia Gorol: Poddać, raczej bym się nie poddała, ale na pewno byłabym zgaszona, że mam dużo dobrych pomysłów, a nie mam jak ich zrealizować. I mniej aktywna, bo od momentu, w którym dostałam ten aparat, zaczęłam dużo częściej dodawać posty.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: A teraz, gdy już jesteś raczej na szczycie, niż u podnóża blogosfery, co motywuje Cię do dalszego działania?

Kasia Gorol: Motywują mnie fajne propozycje współpracy, które dostaję.

Grzeczny Chłopiec: A nie jest tak, ze sukcesy rozleniwiają? Że myślisz sobie „dobra, mam kasę, to teraz mogę zwolnić”?

Kasia Gorol: Nie, nie. Sukcesy dają pałera, dużego kopa do działania, a zwłaszcza wyjazdy zagraniczne. Właśnie w tym tygodniu jadę do Włoch na pokaz mody i jestem bardzo szczęśliwa, że to się w ogóle dzieje. To jest dla mnie największy kopniak!

Grzeczny Chłopiec: Teraz lecisz do Włoch, wcześniej byłaś w Los Angeles, to ewidentne sukcesy. Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś “tak udało mi się! te wszystkie wyrzeczenia w końcu się opłaciły, robię to co lubię i mam z tego kasę”?

Kasia Gorol: To był płynny proces. Ktoś z zewnątrz może myśleć, że nagle miałam jakiś przełom w blogowaniu i teraz czuję się super sławna, wręcz przeciwnie. Nie czuję się jakąś gwiazdą i to się nie stało nagle. To się działo stopniowo, było wiele momentów, w których cieszyłam się, że jestem blogerką i że bloguję, ale to nie było jakieś jedno wydarzenie.

Grzeczny Chłopiec: Bo rozumiem, że teraz masz już pewność, że jesteś na takim poziomie, że nie musisz iść do pracy w korporacji, tylko możesz robić to co robisz i z tego żyć?

Kasia Gorol: Tak. Przede wszystkim nie miałabym czasu na to, żeby pójść do pracy w korporacji i jednocześnie pisać bloga, bo blog to jest niesamowicie czasochłonna rzecz. Nawet jeśli nie widać bezpośrednio efektów, czyli nie ma nowych postów, czy zdjęć na Facebooku, to i tak cały czas działam. Albo piszę maile, albo jestem na jakimś wyjeździe, albo robię mnóstwo innych rzeczy, których nie widać.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie żałujesz, że poświęciłaś tyle czasu i energii na prowadzenie bloga, zamiast pójść do pracy w finansach, odsiedzieć 8 godzin w biurze i mieć wszystko gdzieś?

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Kasia Gorol: Nie, ja mam artystyczną duszę i źle się czuję, gdy jestem ograniczona czymkolwiek. Dobrze się czuję, gdy sama sobie jestem szefem i nikt mi nie dyktuję co mam robić. Poza tym jestem śpiochem i śpię do południa.

Grzeczny Chłopiec: A co mówili Twoi znajomi, gdy dowiadywali się, że wiążesz przyszłość z blogiem? Pukali się w głowę, kwitowali to uśmiechem politowania, czy mówili, że super sprawa?

Kasia Gorol: Najbliżsi znajomi i przyjaciele akceptują to co robię i widzą, że to ma przyszłość. Co do tych dalszy… wiesz co, ja mieszkam na wsi i tu ogólnie panuje taka mentalność, że „powinna sobie już założyć rodzinę i mieć męża, a nie bawić się w modelkowanie”. Aczkolwiek jak widzą mnie w „Dzień Dobry TVN” albo czytają o mnie w gazecie, to zaczynają zmieniać zdanie.

Grzeczny Chłopiec: A Twoja mama, wierzyła w wizję zarabiania na wrzucaniu ładnych zdjęć do internetu?

Kasia Gorol: Na początku nikt nie wierzył. Nawet ja sama zaczynając, nie spodziewałam się, że z tego będzie kasa. To się zaczęło tak po prostu. Najpierw wpadło parę groszy, potem zaczęłam to traktować jako kieszonkowe i bardzo się cieszyłam, że mam z tego cokolwiek, aż w końcu zrobiła się z tego dobra wypłata.

Grzeczny Chłopiec: Zmierzając ku końcowi – biorąc pod uwagę wielkość blogosfery, ale też łatwość założenia bloga, prowadzenia i pozyskiwania ruchu, łatwiej się wybić z blogiem modowym teraz, czy te 3,5 roku temu?

Kasia Gorol: Wtedy nie było takiej świadomości jak można prowadzić bloga, ja sama nie wiedziałam jak to robić, ale też nie było takiej konkurencji. Zaczynając nie trzeba było mieć tak dobrego sprzętu. Teraz natomiast, topowe blogerki mają już wyrobioną swoją markę i agencje wolą współpracować z tymi sprawdzonymi albo poleconymi przez inne agencje.

Jestem Kasia
Jestem Kasia

Grzeczny Chłopiec: Czyli Ci, którzy zaczynali mieli łatwiej, niż Ci którzy chcą się wybić teraz?

Kasia Gorol: Wydaje mi się, że tak. Mimo, że my musiałyśmy przetrzeć szlaki i uczyć się jak to się robi, i z czym to się je (robienie zdjęć, stylizacje, formy współpracy itd.), to wydaje mi się, że teraz jest trudniej. Jest większe zainteresowanie blogami, dużo łatwiej zdobyć sporą liczbę lajków na Fejsie, ale jest dużo większa konkurencja.

Grzeczny Chłopiec: I na koniec, słowo dla wszystkich, którzy myślą o założeniu bloga, ale nie mogę się przełamać – jak Jestem Kasia zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka?

Kasia Gorol: Ooo, teraz będę musiała coś mądrego powiedzieć (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: Nie no, nie musi być mądre (śmiech).

Kasia Gorol: Przede wszystkim nie ma co się przejmować opinią innych i tym co pomyślą znajomi. Ja też nie miałam kiedyś łatwo wśród rówieśników, bywało, że mi dokuczali, a jednak potrafiłam wyjść na swoje. Trzeba robić swoje po swojemu, a nie naśladować kogoś.

Grzeczny Chłopiec: Reasumując – determinacja najważniejsza?

Kasia Gorol: Tak, trzeba mieć w sobie determinację i pomysł na siebie. Bo kopiując, czy odtwarzając to co już jest, nie ma szans na przebicie.

Grzeczny Chłopiec: A myślisz, że jest jeszcze miejsce na coś nowego w kwestii blogów modowych?

Kasia Gorol: Oczywiście, że tak!

Fly Style #3 – Chodzę po ścianach jak człowiek-pająk

Skip to entry content

Dzisiejszy wpis szafiarski bez zbędnej filozofii. Zrobiło się ciepło, można było wyjść z mieszkania bez kurtki, czapki, rękawiczek i kalesonów, to poszliśmy z Piotrkiem (najpopularniejszym działaczem AEGEE w Krakowie) pocykać fotki. Jako, że odgadywanie murali idzie Wam dość opornie, tym razem wybraliśmy mega oczywista miejscówkę. Kto nie zgadnie gdzie to, niech nie przyznaje się, że mieszka w Krakowie.

Zapomniałbym o najważniejszym – jestem mocno zawiedziony. To już trzeci szafiarski wpis (tu pierwszy, tu drugi), a dalej nikt mnie nie maltretuje skąd mam spodnie, buty, skarpetki, majtki i w czym piorę bandaż, że tak lśni. Nic Was nie obchodzę, co?