Close
Close

„Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych

Skip to entry content

ten wpis powstał w kwietniu 2013 roku (tak, ponad 4 lata temu!), ale że internet zaczyna drugie okrążenie, znów jest aktualny

W ostatnim tygodniu internetem zawładnęła „zawieszona kawa”. Wiele osób wieszało się z radości, niewiele wieszało na niej psy. Wśród tych drugich prym wiódł Kominek, który w charakterystyczny dla siebie sposób był przeciw. Jego z kolei wypunktował inny bloger – Looqash – zarzucając mu brak wiarygodności. NaTemat jak zwykle nic nie wniosło do dyskusji, ale z sumiennością szóstkowego ucznia przedrukowało co ciekawsze opinie.

Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, czy ktoś sprawdzi jak faktycznie jest z tą kawą, czy wszyscy będą bazować tylko na domysłach i przypuszczeniach. Nikomu nie zbierało się na to, żeby zebrać cztery litery i pójść na miasto, więc z braku innych chętnych, zrobiłem to ja. I przeszedłem się po krakowskich kawiarniach, żeby dowiedzieć się, czy „zawieszona kawa” działa, kto ją wiesza i kto odwiesza.

Ale zaczynając od początku…

Dla kogo miała być „zawieszona kawa”?

zdjęcie pochodzi ze strony http://suspendedcoffees.com/

Niemal wszystkie strony, serwisy, portale i blogi pisały o akcji w kontekście najbardziej potrzebujących, którzy jednoznacznie byli utożsamiani z bezdomnymi. Najczęściej artykuły na ten temat były ilustrowane zdjęciem, które widzicie powyżej. Komputerowi obrońcy praw człowieka, którzy w życiu nie byli na żadnej manifestacji, szaleli z zachwytu rozwodząc się w komentarzach nad tym, jak to wspaniale, że ktoś pomaga osobom bez dachu nad głową.

W błyskawicznym tempie przyjęło się, że „zawieszona kawa” to akcja wspierająca śpiących na ulicy. No, w najgorszym wypadku skłotersów mieszkających w pustostanach bez ogrzewania i bieżącej wody. A przecież na oficjalnej stronie, czytamy, że…

Co robić, jeśli darmowa kawa przyciągnie bezdomnych? Po pierwsze, nie są oni częstymi gośćmi w kawiarniach. Po drugie, zawsze można znaleźć kompromis, który pozwoli uszanować drugiego człowieka. Ostatecznie gościowi uciążliwemu dla otoczenia można dać kawę na wynos.

Czyżby wszyscy tak głośno popierający inicjatywę nie przeczytali jej założeń? I nie wiedzieli, że bezdomni/najbardziej potrzebujący nie mają Facebooka/internetu? Więc nie dowiedzą się o akcji, bo niby jak? I przede wszystkim, czy nie pomyśleli o tym, że właściciele kawiarni z oczywistych powodów, mogą nie chcieć pozycjonować swoich lokali jako przytułków? Co jest dość zrozumiałe, jeśli ktoś traktuje prowadzenie lokalu gastronomicznego jako biznes, a nie wolontariat.

Ale to tylko założenia.

Jak jest w rzeczywistości?

Byłem w „Nie lubię poniedziałków”, „Nowej Prowincji”, „Klubokawiarni Relaks” i rozmawiałem z pracownikami wszystkich pozostałych krakowskich kawiarni, biorących udział w akcji. Serio: wszystkich. Pytałem o to, kto funduje kawy i kto z nich korzysta.

W większości przypadków pierwszą „zawieszoną kawę” postawił właściciel/menadżer lokalu, a następne młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest dość logiczne).

Teraz najważniejsze: kto pije darmowe kawy? Kto korzysta z pomocy dla najuboższych/najbardziej potrzebujących/bezdomnych? Kto przygarnia namiastkę luksusu, bezinteresownie ofiarowaną przez zamożną kastę elit, dla półświatka brudnych melin?

Również młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest jeszcze logiczniejsze). Zadbani, ogarniający życie, niemający problemu z kasą, a tym bardziej z dachem nad głową. Dlaczego? Bo traktują to jako zabawę. Jako formę integracji, hipsterski żart, bądź okazję do połechtania swojej próżności.

W żadnej z knajp z „zawieszonej kawy” nie skorzystał bezdomny. Nie żebym się nie spodziewał, ale mimo wszystko trochę mnie to zdziwiło. Spytałem pracowników lokali/właścicieli, czy te kawy, to nie powinny być przypadkiem właśnie dla nich? Kilku niemal się oburzyło i powiedziało, że nie życzy sobie takich osób w swojej kawiarni. Część z nich zadeklarowała, że gdyby zaistniała taka sytuacja, to bezdomny dostałby kawę na wynos. Natomiast każdy, spytał mnie ze zdziwieniem, skąd taka osoba miałaby się dowiedzieć o akcji, skoro nie ma internetu?

Ja nie wiem, ale na pewno wiedzą ci, co chcą ulepszać świat klikaniem lajków pod postami .

Wnioski

„Zawieszona kawa” w praktyce nie jest formą pomocy najuboższym, ani nikomu innemu. Nie jest żadnym wsparciem, łaską, jałmużną, ani gestem dobroci. Jest knajpianą grą, w której biorą udział stali bywalcy kawiarni. Z kasą, z domem i z dobrym humorem. W żadnym wypadku nie jest formą wsparcia bezdomnych. Chcesz im pomóc? Pomóż dzwoniąc na ten numer: 987. Lub zaprowadź bezdomnego do jednej z ogrzewalni, noclegowni lub schroniska.

Od opłacenia kawy w modnej miejscówce, nie zrobi się lepiej komuś, kto miał okazję ją widzieć tylko od strony ulicznych witryn.

(niżej jest kolejny tekst)

51
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
23 Comment authors
Nikanaosei38"Speed dating", czyli jak wyglądają szybkie randki?Sokołów vs Kocham Gotować: 9 kwestii prawnych, o których nie wiedziałeśJahBba Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martex
Gość
Martex

no i w końcu ktoś to sprawdził :) w sumie to chyba nie spodziewałam się niczego więcej o czym napisałeś. Mam tylko niewielką nadzieję, że ludzi w jakikolwiek sposób to poruszy i zamiast pić kolejną „zawieszoną kawę” pomyślą jak rzeczywiście można pomóc bezdomnym/ubogim.
Sama ostatnio byłam świadkiem jak chłopak oddał niepełnosprawnemu, który zbierał pieniądze, swój ledwo napoczęty kebab ;)

Artur Jabłoński
Gość

To smutne, że coś, co mogłoby pomóc, służy hipsterskiej zabawie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

W sensie uważasz, że kawa byłaby ratunkiem dla wszystkich bezdomnych, a ci straszni hipsterzy zrobili sobie z tego zabawę?

zyciewestonii.blogspot.com
Gość
zyciewestonii.blogspot.com

Ta akcja od samego początku miała być formą zabawy. Pomoc biednym ludziom i bezdomnym to wymysł jakiegoś pajaca, który postanowił zabawić się w komentatora nawet nie zapoznając się ze szczegółami.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Taka kawa to, wg mnie, fajny prezent dla kogoś, kogo nie stać na to, żeby wypić ją w kawiarni i niekoniecznie jest bezdomny.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Znasz kogoś kogo nie stać na wypicie kawy w kawiarni, a jednocześnie stać na komputer i internet, żeby dowiedzieć się o akcji?

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Ty pewnie też znasz. Ludzie, którzy mają internet czasem spotykają się z tymi, którzy nie mają i wymieniają się różnymi informacjami. Poza tym, na szczęście ta akcja polega na „sprawianiu przyjemności” komuś innemu, bez względu na jego status społeczny. I chyba fajnie, że nie tylko ludzie, których nie stać na kawę korzystają z tej okazji, dzięki temu ci, których nie stać, będą się czuli mniej skrępowani.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie, nie znam nikogo takiego. Jeśli kogoś stać na komputer, internet, telefon, to stać go na kawę na mieście. Inna sprawa, może być mu szkoda hajsu, bo woli sobie kupić fajki albo 2 piwka na wieczór, ale to już kwestia priorytetów.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

To fajnie jest w Twoim świecie. Wiedz zatem, że istnieją tacy ludzie, którzy po to, żeby „jakoś istnieć w świecie”, wolą wydać ok 50 zł miesięcznie na internet, dzięki czemu nie stać ich na luksus wypicia kawy w kawiarni za 10 zł (bo tyle płacą za „fusiarę”, którą piją cały miesiąc).

Grzeczny Chłopiec
Gość

Czyli stać ich tylko wolą wydać na coś innego. Proszę Cię Asia, nie kręćmy się w kółko, bo to nie ma sensu.

MS
Gość
MS

Nie zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Są ludzie, którzy mimo tego, że mogą poszczycić się faktem posiadania komputera, telefonu, dostępu do internetu czy choćby dachu nad głową niekoniecznie mogą sobie pozwolić na filiżankę kawy w kawiarni, bo musiałyby wtedy odmówić sobie np. możliwości pójścia do kina. Sama pamiętam swój pierwszy rok studiów, kiedy liczyłam dosłownie każdą wydaną złotówkę i to nie po to, żeby wydać ją na fajki czy alkohol.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Z czym się nie zgadzasz? Przecież swoim postem udowodniłaś, że to kwestia priorytetów, a nie tego czy kogoś stać czy nie.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Ja to trochę inaczej widzę. Wybór między wypiciem kawy w kawiarni a internetem to nie jest kwestia być, albo nie być. Ale fajnie mieć możliwość skorzystania z takiej opcji, jak darmowa kawa. Ja tę akcję odbieram jako: stać mnie, to kupię dwie kawy, może ktoś akurat nie ma portfela przy sobie/nie ma dziś na taką kawę i ucieszy się, że może ją sobie wziąć za darmo. Coś jak to: https://www.facebook.com/photo.php?v=350090748425341&set=vb.311316585636091&type=3&theater Nie dorabiałabym tu głębszej filozofii.

MS
Gość
MS

Gdyby podążać dalej Twoją logiką, to bezdomnego, który uzbiera na ulicy kilka złotych też w danej chwili będzie na nią stać. Nie zgadzam się z tym, że według Twojej opinii nie istnieją odpowiedni adresaci takich „zawieszonych kaw”, bo istnieją i jeśli poza trickiem marketingowym miałaby stać za tym jakaś wyższa idea, to akcja mogłaby celować właśnie w takich ludzi z „innymi priorytetami”.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Wytłumacz mi proszę w takim razie co oznacza, że kogoś stać na kawę? Bo chyba żyjemy w innych rzeczywistościach semantycznych.

zyciewestonii.blogspot.com
Gość
zyciewestonii.blogspot.com

To bardzo proste. Ktoś, kto po odliczeniu kosztów utrzymania (mieszkanie, prąd, Internet, inne niezbędne opłaty) ma mniej niż ~15zł dziennie na jedzenie, nie może sobie pozwolić na kawę na mieście. To znaczy, że go na nią nie stać.

Karolina Pomorska
Gość

Zgadzam się. To, że mnie stać rozumiem tak, że mogę sobie kawę kupić nie rezygnując z innych (ważniejszych) wydatków. Jest całe multum ludzi, którzy posiadają komputer i internet, bo bez nich trochę ciężko obecnie funkcjonować, ale wydanie 10 zł na kawę to za dużo.

Natka
Gość
Natka

Na prawdę? Więc albo słabo rozglądasz się wokół, albo żyjemy w innych swiatach. Ja znam wiele osób, któte komputer posiadają ( często starego złomka), posiadają też internet, bo w jakiś sposób jest im on potrzebny ( na przykład dla kontaktu z bliskimi mieszkajacymi w innnych częsiach kraju/świata). Niejednokrotnie te osoby, mimo pozornego dobrobytu, nie stać na kawę na mieście. Bo po dokonaniu wszystkich opłat w miesiacy zostaje im tak niewiele że szkoda im kasy na kawę na mieście. Nie dlatego że wolą dwa browarki wieczorem a dlatego ze zrobią sobie za tą cenę obiad na dwa dni! Otwórz oczy.

Paulina Ziętarska
Gość

z internetu można skorzystać chociażby w bibliotce

Wojciech Kopeć
Gość

comment image

Justyna
Gość
Justyna

Zawsze można zabrać 2 kawy na wynos i jedną podarowć pierwszemu spotkanemu bezdomnemu :) Bez hipsetryzmu :)

ExSilentio
Gość
ExSilentio

Absolutnie zgadzam się z autorem artykułu. To bezduszna głupawa gierka polegająca na wzajemnym wzbudzaniu samozadowolenia w kafejowiczach. Nie tylko nie ma nic wspólnego z pomocą, nie tylko jest nowym motorem obrotu towarem w knajpkach, ale przede wszystkim SZKODZI ubogim. Szkodzi, bo taki jeden z drugim wieszając kawę czuje się spełniony, zadowolony, humanitarny. Przecież dał 10 zeta dla innych, potrzebujących. Baran jeden nie wie, że za 10 zł mógł zapłacić za dwa obiady dla ubogich dzieci, mógł wesprzeć rzeczywiste, sensowne wydarzenia, których celem jest PRAWDZIWA pomoc. A tak… praktycznie zakpił sobie z pomocy humanitarnej. Żenujące zjawisko. A powielanie go jest dowodem… Czytaj więcej »

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?


Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

[emaillocker]

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

[/emaillocker]

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!