Close
Close

„Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych

Skip to entry content

ten wpis powstał w kwietniu 2013 roku (tak, ponad 4 lata temu!), ale że internet zaczyna drugie okrążenie, znów jest aktualny

W ostatnim tygodniu internetem zawładnęła „zawieszona kawa”. Wiele osób wieszało się z radości, niewiele wieszało na niej psy. Wśród tych drugich prym wiódł Kominek, który w charakterystyczny dla siebie sposób był przeciw. Jego z kolei wypunktował inny bloger – Looqash – zarzucając mu brak wiarygodności. NaTemat jak zwykle nic nie wniosło do dyskusji, ale z sumiennością szóstkowego ucznia przedrukowało co ciekawsze opinie.

Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, czy ktoś sprawdzi jak faktycznie jest z tą kawą, czy wszyscy będą bazować tylko na domysłach i przypuszczeniach. Nikomu nie zbierało się na to, żeby zebrać cztery litery i pójść na miasto, więc z braku innych chętnych, zrobiłem to ja. I przeszedłem się po krakowskich kawiarniach, żeby dowiedzieć się, czy „zawieszona kawa” działa, kto ją wiesza i kto odwiesza.

Ale zaczynając od początku…

Dla kogo miała być „zawieszona kawa”?

zdjęcie pochodzi ze strony http://suspendedcoffees.com/

Niemal wszystkie strony, serwisy, portale i blogi pisały o akcji w kontekście najbardziej potrzebujących, którzy jednoznacznie byli utożsamiani z bezdomnymi. Najczęściej artykuły na ten temat były ilustrowane zdjęciem, które widzicie powyżej. Komputerowi obrońcy praw człowieka, którzy w życiu nie byli na żadnej manifestacji, szaleli z zachwytu rozwodząc się w komentarzach nad tym, jak to wspaniale, że ktoś pomaga osobom bez dachu nad głową.

W błyskawicznym tempie przyjęło się, że „zawieszona kawa” to akcja wspierająca śpiących na ulicy. No, w najgorszym wypadku skłotersów mieszkających w pustostanach bez ogrzewania i bieżącej wody. A przecież na oficjalnej stronie, czytamy, że…

Co robić, jeśli darmowa kawa przyciągnie bezdomnych? Po pierwsze, nie są oni częstymi gośćmi w kawiarniach. Po drugie, zawsze można znaleźć kompromis, który pozwoli uszanować drugiego człowieka. Ostatecznie gościowi uciążliwemu dla otoczenia można dać kawę na wynos.

Czyżby wszyscy tak głośno popierający inicjatywę nie przeczytali jej założeń? I nie wiedzieli, że bezdomni/najbardziej potrzebujący nie mają Facebooka/internetu? Więc nie dowiedzą się o akcji, bo niby jak? I przede wszystkim, czy nie pomyśleli o tym, że właściciele kawiarni z oczywistych powodów, mogą nie chcieć pozycjonować swoich lokali jako przytułków? Co jest dość zrozumiałe, jeśli ktoś traktuje prowadzenie lokalu gastronomicznego jako biznes, a nie wolontariat.

Ale to tylko założenia.

Jak jest w rzeczywistości?

Byłem w „Nie lubię poniedziałków”, „Nowej Prowincji”, „Klubokawiarni Relaks” i rozmawiałem z pracownikami wszystkich pozostałych krakowskich kawiarni, biorących udział w akcji. Serio: wszystkich. Pytałem o to, kto funduje kawy i kto z nich korzysta.

W większości przypadków pierwszą „zawieszoną kawę” postawił właściciel/menadżer lokalu, a następne młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest dość logiczne).

Teraz najważniejsze: kto pije darmowe kawy? Kto korzysta z pomocy dla najuboższych/najbardziej potrzebujących/bezdomnych? Kto przygarnia namiastkę luksusu, bezinteresownie ofiarowaną przez zamożną kastę elit, dla półświatka brudnych melin?

Również młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest jeszcze logiczniejsze). Zadbani, ogarniający życie, niemający problemu z kasą, a tym bardziej z dachem nad głową. Dlaczego? Bo traktują to jako zabawę. Jako formę integracji, hipsterski żart, bądź okazję do połechtania swojej próżności.

W żadnej z knajp z „zawieszonej kawy” nie skorzystał bezdomny. Nie żebym się nie spodziewał, ale mimo wszystko trochę mnie to zdziwiło. Spytałem pracowników lokali/właścicieli, czy te kawy, to nie powinny być przypadkiem właśnie dla nich? Kilku niemal się oburzyło i powiedziało, że nie życzy sobie takich osób w swojej kawiarni. Część z nich zadeklarowała, że gdyby zaistniała taka sytuacja, to bezdomny dostałby kawę na wynos. Natomiast każdy, spytał mnie ze zdziwieniem, skąd taka osoba miałaby się dowiedzieć o akcji, skoro nie ma internetu?

Ja nie wiem, ale na pewno wiedzą ci, co chcą ulepszać świat klikaniem lajków pod postami .

Wnioski

„Zawieszona kawa” w praktyce nie jest formą pomocy najuboższym, ani nikomu innemu. Nie jest żadnym wsparciem, łaską, jałmużną, ani gestem dobroci. Jest knajpianą grą, w której biorą udział stali bywalcy kawiarni. Z kasą, z domem i z dobrym humorem. W żadnym wypadku nie jest formą wsparcia bezdomnych. Chcesz im pomóc? Pomóż dzwoniąc na ten numer: 987. Lub zaprowadź bezdomnego do jednej z ogrzewalni, noclegowni lub schroniska.

Od opłacenia kawy w modnej miejscówce, nie zrobi się lepiej komuś, kto miał okazję ją widzieć tylko od strony ulicznych witryn.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

51 comments

  1. no i w końcu ktoś to sprawdził :) w sumie to chyba nie spodziewałam się niczego więcej o czym napisałeś. Mam tylko niewielką nadzieję, że ludzi w jakikolwiek sposób to poruszy i zamiast pić kolejną „zawieszoną kawę” pomyślą jak rzeczywiście można pomóc bezdomnym/ubogim.
    Sama ostatnio byłam świadkiem jak chłopak oddał niepełnosprawnemu, który zbierał pieniądze, swój ledwo napoczęty kebab ;)

    1. Ta akcja od samego początku miała być formą zabawy. Pomoc biednym ludziom i bezdomnym to wymysł jakiegoś pajaca, który postanowił zabawić się w komentatora nawet nie zapoznając się ze szczegółami.

      1. Ty pewnie też znasz. Ludzie, którzy mają internet czasem spotykają się z tymi, którzy nie mają i wymieniają się różnymi informacjami. Poza tym, na szczęście ta akcja polega na „sprawianiu przyjemności” komuś innemu, bez względu na jego status społeczny. I chyba fajnie, że nie tylko ludzie, których nie stać na kawę korzystają z tej okazji, dzięki temu ci, których nie stać, będą się czuli mniej skrępowani.

        1. Nie, nie znam nikogo takiego. Jeśli kogoś stać na komputer, internet, telefon, to stać go na kawę na mieście. Inna sprawa, może być mu szkoda hajsu, bo woli sobie kupić fajki albo 2 piwka na wieczór, ale to już kwestia priorytetów.

        2. To fajnie jest w Twoim świecie. Wiedz zatem, że istnieją tacy ludzie, którzy po to, żeby „jakoś istnieć w świecie”, wolą wydać ok 50 zł miesięcznie na internet, dzięki czemu nie stać ich na luksus wypicia kawy w kawiarni za 10 zł (bo tyle płacą za „fusiarę”, którą piją cały miesiąc).

        3. Nie zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Są ludzie, którzy mimo tego, że mogą poszczycić się faktem posiadania komputera, telefonu, dostępu do internetu czy choćby dachu nad głową niekoniecznie mogą sobie pozwolić na filiżankę kawy w kawiarni, bo musiałyby wtedy odmówić sobie np. możliwości pójścia do kina. Sama pamiętam swój pierwszy rok studiów, kiedy liczyłam dosłownie każdą wydaną złotówkę i to nie po to, żeby wydać ją na fajki czy alkohol.

        4. Ja to trochę inaczej widzę. Wybór między wypiciem kawy w kawiarni a internetem to nie jest kwestia być, albo nie być. Ale fajnie mieć możliwość skorzystania z takiej opcji, jak darmowa kawa. Ja tę akcję odbieram jako: stać mnie, to kupię dwie kawy, może ktoś akurat nie ma portfela przy sobie/nie ma dziś na taką kawę i ucieszy się, że może ją sobie wziąć za darmo. Coś jak to: https://www.facebook.com/photo.php?v=350090748425341&set=vb.311316585636091&type=3&theater Nie dorabiałabym tu głębszej filozofii.

        5. Gdyby podążać dalej Twoją logiką, to bezdomnego, który uzbiera na ulicy kilka złotych też w danej chwili będzie na nią stać. Nie zgadzam się z tym, że według Twojej opinii nie istnieją odpowiedni adresaci takich „zawieszonych kaw”, bo istnieją i jeśli poza trickiem marketingowym miałaby stać za tym jakaś wyższa idea, to akcja mogłaby celować właśnie w takich ludzi z „innymi priorytetami”.

        6. To bardzo proste. Ktoś, kto po odliczeniu kosztów utrzymania (mieszkanie, prąd, Internet, inne niezbędne opłaty) ma mniej niż ~15zł dziennie na jedzenie, nie może sobie pozwolić na kawę na mieście. To znaczy, że go na nią nie stać.

        7. Zgadzam się. To, że mnie stać rozumiem tak, że mogę sobie kawę kupić nie rezygnując z innych (ważniejszych) wydatków. Jest całe multum ludzi, którzy posiadają komputer i internet, bo bez nich trochę ciężko obecnie funkcjonować, ale wydanie 10 zł na kawę to za dużo.

        8. Na prawdę? Więc albo słabo rozglądasz się wokół, albo żyjemy w innych swiatach. Ja znam wiele osób, któte komputer posiadają ( często starego złomka), posiadają też internet, bo w jakiś sposób jest im on potrzebny ( na przykład dla kontaktu z bliskimi mieszkajacymi w innnych częsiach kraju/świata). Niejednokrotnie te osoby, mimo pozornego dobrobytu, nie stać na kawę na mieście. Bo po dokonaniu wszystkich opłat w miesiacy zostaje im tak niewiele że szkoda im kasy na kawę na mieście. Nie dlatego że wolą dwa browarki wieczorem a dlatego ze zrobią sobie za tą cenę obiad na dwa dni! Otwórz oczy.

  2. Absolutnie zgadzam się z autorem artykułu. To bezduszna głupawa gierka polegająca na wzajemnym wzbudzaniu samozadowolenia w kafejowiczach. Nie tylko nie ma nic wspólnego z pomocą, nie tylko jest nowym motorem obrotu towarem w knajpkach, ale przede wszystkim SZKODZI ubogim. Szkodzi, bo taki jeden z drugim wieszając kawę czuje się spełniony, zadowolony, humanitarny. Przecież dał 10 zeta dla innych, potrzebujących.
    Baran jeden nie wie, że za 10 zł mógł zapłacić za dwa obiady dla ubogich dzieci, mógł wesprzeć rzeczywiste, sensowne wydarzenia, których celem jest PRAWDZIWA pomoc. A tak… praktycznie zakpił sobie z pomocy humanitarnej.
    Żenujące zjawisko. A powielanie go jest dowodem na bezmyślność tej niby wykształconej, inteligentnej, „światowej” części społeczeństwa.

  3. Fajnie, że „ruszyłeś tyłek” i to sprawdziłeś, bo mi się śmiać trochę chciało, jak ludzie wrzucali na tablice te informacje o zawieszonej i piali z zachwytu – jaka to wspaniała akcja i jak to oni teraz będą pomagać bezdomnym.

  4. Bo my, Polacy, niestety dobrzy jesteśmy w teoretyzowaniu, tak naprawdę daleko nam do szerokiego patrzenia na świat w wielu, bardzo wielu aspektach życia. Fajnie, że się pofatygowałeś i zbadałeś temat u siebie. Przykro czytać, no ale tak to już u nas jest i długo pewnie będzie, choć nie możemy się poddawać by z tym walczyć… W mojej ulubionej knajpie w moim mieście „wyniesiono” z damskiej toalety piękną, oryginalną ozdobę, poroże jelenia (sztuczne of course), nie mieszczące się w damskiej torebce. Kto wyniósł, ano dwóch studentów, filmówki i… teologii! No przecież im się przyda, a tam się marnowało. Szok! Czy w kraju gdzie zawieszona kawa działa, mogłoby zdarzyć się coś takiego? Wątpię.

    1. W każdym kraju mogłoby się coś takiego zdarzyć, bo w każdym kraju są RÓŻNI LUDZIE. We Włoszech też kradną, bywają nieuprzejmi, tak samo jak wszędzie na świecie. I to, że parę osób fundnie innym osobą kawę nie świadczy o mentalności całego narodu. Po za tym, jeżeli popytacie mieszkańców Italii to u nich w tej formie ten zwyczaj jest już raczej mało popularny.

      Po za tym, tak naprawdę człowiek widzi to, co chce zobaczyć. Spróbuj jutro wyjść na ulicę i nie narzekać na Polaków, tylko przez cały dzień dostrzegać czyjąś życzliwą postawę, to że ktoś komuś pomógł etc.. wbrew pozorom takich ludzi jest bardzo dużo. Tylko my Polacy uwielbiamy narzekać i widzieć tylko to, co nas drażni i wymagać od innych, a nie od siebie.

  5. Tak dokładnie jest – zawieszona kawa NIE JEST dla żebraków z ulicy. I niech ci, którzy tak twierdzą przestaną ją dissować bez wiedzy jak ona tak naprawdę działa. Nie taka była idea, ale niektórzy (w tym Kominek), dokładnie tak ją zinterpretowali.

    Tak jak piszesz, to z jednej strony rodzaj gry, ale z drugiej też społeczny wymiar całej akcji – dziś ja zawieszam kawę, jutro sam odbieram zawieszoną. Integracja + do tego promocja knajpy. Zero strat, same zyski. A doszukiwanie się jej negatywnego wydźwięku to szukanie dziury w całym i reklamy dla samego siebie. Czysta propaganda. Zawieszajmy więc kawę, bo:

    raz – nikt na tym nie traci
    dwa – TYLE kawiarni w całym kraju nie może się mylić.

    1. Zaobserwowałem fajną tendencję – przeciwnicy tego pomysłu, argumentujący ‚tak się nie pomaga bezdomnym’, z maniakalnym uporem nie dostrzegają kontrargumentu, że ta cała akcja nie ma tego na celu (chociaż znalazłem artykuł o kawiarni reklamującej tą akcję w ośrodku dla uchodźców http://now-here-this.timeout.com/2013/04/10/fight-for-their-right-to-latte/ )

      Podsumowując, szkoda że nastały takie czasy, w których bezinteresowne gesty są mieszane z gównem.

  6. Kiedy pierwszy raz w życiu usłyszałam o wieszaniu kawy, to wylądowałam na SORze z objawami silnego ataku śmiechu. Dlaczego akurat kawa w kawiarni ma pomóc komuś, kto nie ma pieniędzy? Większy sens miałoby kupowanie „zawieszonego chleba” w piekarni, albo wieszanie choinek zapachowych w środkach komunikacji miejskiej i na dworcach… ;-)

    1. „Dlaczego akurat kawa w kawiarni ma pomóc komuś, kto nie ma pieniędzy?” Szczerzę mówiąc, miałem niewielką, ale jednak, nadzieję, że ktoś z fanatycznych obrońców akcji wytłumaczy mi ten fenomen. Niestety, nie widać chętnych :(

      1. Akcja nie polega na pomocy bezdomnym, nie wiem kto pierwszy zaczął nakręcać ten absurdalny pomysł – pozostaje tylko współczuć braku umiejętności czytania ze zrozumieniem.

  7. Jakiś czas (bodajże rok) temu słyszałam w radiu o zawieszonej kawie w jakiejś kawiarni w Kalifornii. Był to lokal z długą już tradycją polegającą właśnie na fundowaniu kawy (lub jej większej ilości) następnej osobie, która przyjdzie- i nie było tam mowy o żadnym altruistycznym geście, ale miał być to po prostu miły zwyczaj adresowany niekoniecznie do bezdomnych, który bardzo szybko zdobył sympatię gości i popularność wśród turystów. W sumie pozbawione większego sensu, ale w jakiś sposób pozytywne, tak po prostu. Dlatego zdziwiła mnie teraz dorabiana do tego cała ideologia. Nie neguję pomysłu, wręcz przeciwnie- jest na swój sposób ciekawy, jeśli tylko pozbawimy go patosu towarzyszącego dobroczynności, której jak widać w tym przypadku nie ma.

      1. Nie o to chodziło. To bardziej jak wysyłanie paczek niełuskanego słonecznika do głodujących narodów Afryki. Picie kawy na pusty żołądek sprawia że człowieka jeszcze bardziej ssie. Może tak zawieszona kanapka w Pierwszym?

  8. Jak dla mnie ta akcja w Polsce nie ma sensu. Nie pamiętam dokładnie, ale kiedy pierwszy raz przeczytałam o „zawieszonej kawie”, było tam napisane, że jest to taki zwyczaj we Włoszech. Wydaje mi się, że Włosi i ogólnie południowcy mają inną mentalność, u nich kawa to co innego niż u nas i jest tam dużo małych kafejek, do których ludzie przychodzą z samego rana i wypijają espresso na dobry początek dnia. Z resztą, zdaje się, jest to utarty zwyczaj, o którym wszyscy wiedzą – starzy i młodzi, a nie internetowa akcja, o której można dowiedzieć się ze swojego smartfona.

  9. Jak bezdomni mieliby się dowiedzieć? Może za pomocą kartki za oknem informującej o takiej akcji? Dżizas, ludzie, nie dajmy się zwariować, że poza tym internetem to nic już nie istnieje. To po pierwsze.

    Po drugie, przypomniała mi się scena z jednego z odcinków House of Cards. Majętna żona kongresmena przechodziła codziennie obok bezdomnego i w którymś momencie nie wytrzymała, dając mu kilka banknotów o dużych nominałach. Na drugi dzień ów bezdomny odrzucił jej te pieniądze w formie origami, a konkretnie żurawia. Nauczmy się, że ludzie bez pracy czy mieszkania nie myślą tak samo jak my i nasze rozwiązania nie zawsze będą dostosowane do ich potrzeb.

    Idea jest piękna. Wystarczy ją trochę przemodelować i dostosować do polskich warunków oraz potrzeb ludzi, którzy mogliby na tym skorzystać.

  10. hmmm Twoje zdanie jest mi chyba w całym tym „szaleństwie” najbliższe.
    Ci którzy niesłusznie dorabiają do tego ideologię pomocy wszystkim żebrakom… jestem ciekawa ile razy mieli z nimi do czynienia… ja kiedyś po tym jak byłam akurat przy kasie kupiłam starszej kobiecie kanapkę (taką mega ze wszystkim w środku) i… dostałam opr za to, że nie wzięłam też herbaty… bo jak ona ma to na sucho jeść? Po za tym, taka doraźna pomoc nam uciszy na moment sumienie, ale tych ludzi utwierdzi w tym, że mają prawo do tego żeby im ktoś za darmo pomagał ( bo spróbujcie zaproponować takiemu że dacie mu np 30 zł za pozamiatanie podwórka – co zajmuje ok 20 min… albo lepiej nie próbujcie.. efekt nie jest zbyt przyjemny). I tak jak mówisz, lepiej w tym momencie wesprzeć odpowiednią organizację, która zna tych ludzi i naprawdę stara się im pomóc poprzez wyciągnięcie ich z ulicy.. o ile oni tego oczywiście chcą

    Z drugiej strony…wydaje mi się, że tu nie chodzi tylko o inną mentalność…. ponieważ nawet we Włoszech ten zwyczaj zanika… a zasadniczo nigdy nie spotkałam się z tym, żeby był właśnie w formie zostawienia czegoś konkretnego „zawieszonego”.

    Widzę, że dyskusja skierowana została na to czy kogoś stać czy nie stać i że to kwestia priorytetów.. ja bym na to bardziej spojrzała pod kontem.. czy stać mnie w tej chwili… zdarzyło mi się już, ze będąc przekonana, że mam w portfelu kasę, zamówiłam hot-doga na stacji benzynowej…. i.. brakujące 30 gr dopłacił pan za mną. Kilka tygodni temu kawę fundnął mi kierowca bus Brothers`a w Katowicach.. ja kiedyś oddałam jego koledze kanapkę, bo biedny zapomniał śniadania… zdarzyło mi się też że Włoch zapłacił za drugą kawę dla mnie i koleżanki, widać musiałyśmy bardzo żałośnie wyglądać zaglądając do pustych filiżanek, które nieroztropnie opróżniłyśmy przed zjedzeniem ciasta… ale… za każdym razem był to gest życzliwości skierowany do konkretnej osoby… ja tez jeżeli mogę, i widzę że ktoś potrzebuje to pomogę… ale czemu mam płacić 14 zł zamiast 7 za kawę??? Większość ludzi, jeżeli ich na tą kawę nie stać, to nie będą wychodzić na miasto, a nawet jeśli już… to prawdopodobnie będzie im głupio o coś takiego spytać przy barze (przynajmniej mnie by było), trafi więc pewnie do kogoś kogo na nią stać ( bo taka osoba zwykle mniej się przejmuje co kto o niej pomyśli) a skoro ją stać.. to czemu niby ja mam ją jej fundować??

  11. świetny pomysł z ‚zawieszaniem”, i za bardzo nie rozumiem tych odnośników do osób bezdomnych, myślałam, że chodzi po prostu o spontaniczność: masz ochotę to zawieszasz kawę, po prostu:) a ktoś inny spontanicznie z niej skorzysta:)

  12. No ta… wszystko co w teorii piękne, w praktyce nabiera skali szarości acz nie ze wszystkim się zgadzam. Owy pan kilka razy podkreślał, że bezdomni nie mają internetu. Ok. Ja się nie interesowałam i całe bum mnie ominęło, ale internet nie jest jedynym źródłem informacji. Jeżeli ludzie mają problem z otworzeniem gęby do drugiego człowieka to rzeczywiście tego typu akcje nie mają najmniejszego sensu. Bezdomni podchodzili do mnie już mnóstwo razy z prośbą o kasę, bułkę, bochenek chleba, czy papierosa. Wystarczy takiemu komuś powiedzieć o akcji, tudzież jak tak bardzo chce się naprawiać świat pójść, wziąć tą kawę na wynos i dać bezdomnemu. Można? Można. Od dobrych chęci rączek nie urywa. A nawet jeśli to ma być tylko i wyłącznie kawiarniana zabawa wśród młodzieży to też super. Jakieś urozmaicenie :)

  13. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Nie kazdy bezdomny jest „zebrakiem z ulicy”, bezdomni czesto maja telefony komorkowe z internetem, sa wyksztalconymi ludzmi i od darmowego jedzenia woleli by systemowe (dlugoterminowe) rozwiazania.
    A przede wszystkim – sa ludzmi, takimi jak my, ktorzy z jakiegos powodu znalezli sie w swojej sytuacji. Maja swoja godnosc, a czesto sa traktowani jak margines, ktory powinien sie cieszyc, jak ktos mu zlotowke rzuci.
    Przepracowalam pare sezonow w schronisku, jako wolontariusz – bardzo polecam, niesamowite doswiadczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?


Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

[emaillocker]

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

[/emaillocker]

---> SKOMENTUJ

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!

---> SKOMENTUJ