Close
Close

„Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych

Skip to entry content

ten wpis powstał w kwietniu 2013 roku (tak, ponad 4 lata temu!), ale że internet zaczyna drugie okrążenie, znów jest aktualny

W ostatnim tygodniu internetem zawładnęła „zawieszona kawa”. Wiele osób wieszało się z radości, niewiele wieszało na niej psy. Wśród tych drugich prym wiódł Kominek, który w charakterystyczny dla siebie sposób był przeciw. Jego z kolei wypunktował inny bloger – Looqash – zarzucając mu brak wiarygodności. NaTemat jak zwykle nic nie wniosło do dyskusji, ale z sumiennością szóstkowego ucznia przedrukowało co ciekawsze opinie.

Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, czy ktoś sprawdzi jak faktycznie jest z tą kawą, czy wszyscy będą bazować tylko na domysłach i przypuszczeniach. Nikomu nie zbierało się na to, żeby zebrać cztery litery i pójść na miasto, więc z braku innych chętnych, zrobiłem to ja. I przeszedłem się po krakowskich kawiarniach, żeby dowiedzieć się, czy „zawieszona kawa” działa, kto ją wiesza i kto odwiesza.

Ale zaczynając od początku…

Dla kogo miała być „zawieszona kawa”?

zdjęcie pochodzi ze strony http://suspendedcoffees.com/

Niemal wszystkie strony, serwisy, portale i blogi pisały o akcji w kontekście najbardziej potrzebujących, którzy jednoznacznie byli utożsamiani z bezdomnymi. Najczęściej artykuły na ten temat były ilustrowane zdjęciem, które widzicie powyżej. Komputerowi obrońcy praw człowieka, którzy w życiu nie byli na żadnej manifestacji, szaleli z zachwytu rozwodząc się w komentarzach nad tym, jak to wspaniale, że ktoś pomaga osobom bez dachu nad głową.

W błyskawicznym tempie przyjęło się, że „zawieszona kawa” to akcja wspierająca śpiących na ulicy. No, w najgorszym wypadku skłotersów mieszkających w pustostanach bez ogrzewania i bieżącej wody. A przecież na oficjalnej stronie, czytamy, że…

Co robić, jeśli darmowa kawa przyciągnie bezdomnych? Po pierwsze, nie są oni częstymi gośćmi w kawiarniach. Po drugie, zawsze można znaleźć kompromis, który pozwoli uszanować drugiego człowieka. Ostatecznie gościowi uciążliwemu dla otoczenia można dać kawę na wynos.

Czyżby wszyscy tak głośno popierający inicjatywę nie przeczytali jej założeń? I nie wiedzieli, że bezdomni/najbardziej potrzebujący nie mają Facebooka/internetu? Więc nie dowiedzą się o akcji, bo niby jak? I przede wszystkim, czy nie pomyśleli o tym, że właściciele kawiarni z oczywistych powodów, mogą nie chcieć pozycjonować swoich lokali jako przytułków? Co jest dość zrozumiałe, jeśli ktoś traktuje prowadzenie lokalu gastronomicznego jako biznes, a nie wolontariat.

Ale to tylko założenia.

Jak jest w rzeczywistości?

Byłem w „Nie lubię poniedziałków”, „Nowej Prowincji”, „Klubokawiarni Relaks” i rozmawiałem z pracownikami wszystkich pozostałych krakowskich kawiarni, biorących udział w akcji. Serio: wszystkich. Pytałem o to, kto funduje kawy i kto z nich korzysta.

W większości przypadków pierwszą „zawieszoną kawę” postawił właściciel/menadżer lokalu, a następne młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest dość logiczne).

Teraz najważniejsze: kto pije darmowe kawy? Kto korzysta z pomocy dla najuboższych/najbardziej potrzebujących/bezdomnych? Kto przygarnia namiastkę luksusu, bezinteresownie ofiarowaną przez zamożną kastę elit, dla półświatka brudnych melin?

Również młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest jeszcze logiczniejsze). Zadbani, ogarniający życie, niemający problemu z kasą, a tym bardziej z dachem nad głową. Dlaczego? Bo traktują to jako zabawę. Jako formę integracji, hipsterski żart, bądź okazję do połechtania swojej próżności.

W żadnej z knajp z „zawieszonej kawy” nie skorzystał bezdomny. Nie żebym się nie spodziewał, ale mimo wszystko trochę mnie to zdziwiło. Spytałem pracowników lokali/właścicieli, czy te kawy, to nie powinny być przypadkiem właśnie dla nich? Kilku niemal się oburzyło i powiedziało, że nie życzy sobie takich osób w swojej kawiarni. Część z nich zadeklarowała, że gdyby zaistniała taka sytuacja, to bezdomny dostałby kawę na wynos. Natomiast każdy, spytał mnie ze zdziwieniem, skąd taka osoba miałaby się dowiedzieć o akcji, skoro nie ma internetu?

Ja nie wiem, ale na pewno wiedzą ci, co chcą ulepszać świat klikaniem lajków pod postami .

Wnioski

„Zawieszona kawa” w praktyce nie jest formą pomocy najuboższym, ani nikomu innemu. Nie jest żadnym wsparciem, łaską, jałmużną, ani gestem dobroci. Jest knajpianą grą, w której biorą udział stali bywalcy kawiarni. Z kasą, z domem i z dobrym humorem. W żadnym wypadku nie jest formą wsparcia bezdomnych. Chcesz im pomóc? Pomóż dzwoniąc na ten numer: 987. Lub zaprowadź bezdomnego do jednej z ogrzewalni, noclegowni lub schroniska.

Od opłacenia kawy w modnej miejscówce, nie zrobi się lepiej komuś, kto miał okazję ją widzieć tylko od strony ulicznych witryn.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Nika

    Ostatnie zdanie – bingo

  • Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Nie kazdy bezdomny jest „zebrakiem z ulicy”, bezdomni czesto maja telefony komorkowe z internetem, sa wyksztalconymi ludzmi i od darmowego jedzenia woleli by systemowe (dlugoterminowe) rozwiazania.
    A przede wszystkim – sa ludzmi, takimi jak my, ktorzy z jakiegos powodu znalezli sie w swojej sytuacji. Maja swoja godnosc, a czesto sa traktowani jak margines, ktory powinien sie cieszyc, jak ktos mu zlotowke rzuci.
    Przepracowalam pare sezonow w schronisku, jako wolontariusz – bardzo polecam, niesamowite doswiadczenie.

  • Pingback: "Speed dating", czyli jak wyglądają szybkie randki?()

  • Pingback: Sokołów vs Kocham Gotować: 9 kwestii prawnych, o których nie wiedziałeś()

  • JahBba

    No ta… wszystko co w teorii piękne, w praktyce nabiera skali szarości acz nie ze wszystkim się zgadzam. Owy pan kilka razy podkreślał, że bezdomni nie mają internetu. Ok. Ja się nie interesowałam i całe bum mnie ominęło, ale internet nie jest jedynym źródłem informacji. Jeżeli ludzie mają problem z otworzeniem gęby do drugiego człowieka to rzeczywiście tego typu akcje nie mają najmniejszego sensu. Bezdomni podchodzili do mnie już mnóstwo razy z prośbą o kasę, bułkę, bochenek chleba, czy papierosa. Wystarczy takiemu komuś powiedzieć o akcji, tudzież jak tak bardzo chce się naprawiać świat pójść, wziąć tą kawę na wynos i dać bezdomnemu. Można? Można. Od dobrych chęci rączek nie urywa. A nawet jeśli to ma być tylko i wyłącznie kawiarniana zabawa wśród młodzieży to też super. Jakieś urozmaicenie :)

  • Iv

    świetny pomysł z ‚zawieszaniem”, i za bardzo nie rozumiem tych odnośników do osób bezdomnych, myślałam, że chodzi po prostu o spontaniczność: masz ochotę to zawieszasz kawę, po prostu:) a ktoś inny spontanicznie z niej skorzysta:)

    • zyciewestonii.blogspot.com

      Dobrze myślałaś, bo o to właśnie chodziło.

  • hmmm Twoje zdanie jest mi chyba w całym tym „szaleństwie” najbliższe.
    Ci którzy niesłusznie dorabiają do tego ideologię pomocy wszystkim żebrakom… jestem ciekawa ile razy mieli z nimi do czynienia… ja kiedyś po tym jak byłam akurat przy kasie kupiłam starszej kobiecie kanapkę (taką mega ze wszystkim w środku) i… dostałam opr za to, że nie wzięłam też herbaty… bo jak ona ma to na sucho jeść? Po za tym, taka doraźna pomoc nam uciszy na moment sumienie, ale tych ludzi utwierdzi w tym, że mają prawo do tego żeby im ktoś za darmo pomagał ( bo spróbujcie zaproponować takiemu że dacie mu np 30 zł za pozamiatanie podwórka – co zajmuje ok 20 min… albo lepiej nie próbujcie.. efekt nie jest zbyt przyjemny). I tak jak mówisz, lepiej w tym momencie wesprzeć odpowiednią organizację, która zna tych ludzi i naprawdę stara się im pomóc poprzez wyciągnięcie ich z ulicy.. o ile oni tego oczywiście chcą

    Z drugiej strony…wydaje mi się, że tu nie chodzi tylko o inną mentalność…. ponieważ nawet we Włoszech ten zwyczaj zanika… a zasadniczo nigdy nie spotkałam się z tym, żeby był właśnie w formie zostawienia czegoś konkretnego „zawieszonego”.

    Widzę, że dyskusja skierowana została na to czy kogoś stać czy nie stać i że to kwestia priorytetów.. ja bym na to bardziej spojrzała pod kontem.. czy stać mnie w tej chwili… zdarzyło mi się już, ze będąc przekonana, że mam w portfelu kasę, zamówiłam hot-doga na stacji benzynowej…. i.. brakujące 30 gr dopłacił pan za mną. Kilka tygodni temu kawę fundnął mi kierowca bus Brothers`a w Katowicach.. ja kiedyś oddałam jego koledze kanapkę, bo biedny zapomniał śniadania… zdarzyło mi się też że Włoch zapłacił za drugą kawę dla mnie i koleżanki, widać musiałyśmy bardzo żałośnie wyglądać zaglądając do pustych filiżanek, które nieroztropnie opróżniłyśmy przed zjedzeniem ciasta… ale… za każdym razem był to gest życzliwości skierowany do konkretnej osoby… ja tez jeżeli mogę, i widzę że ktoś potrzebuje to pomogę… ale czemu mam płacić 14 zł zamiast 7 za kawę??? Większość ludzi, jeżeli ich na tą kawę nie stać, to nie będą wychodzić na miasto, a nawet jeśli już… to prawdopodobnie będzie im głupio o coś takiego spytać przy barze (przynajmniej mnie by było), trafi więc pewnie do kogoś kogo na nią stać ( bo taka osoba zwykle mniej się przejmuje co kto o niej pomyśli) a skoro ją stać.. to czemu niby ja mam ją jej fundować??

  • Jak bezdomni mieliby się dowiedzieć? Może za pomocą kartki za oknem informującej o takiej akcji? Dżizas, ludzie, nie dajmy się zwariować, że poza tym internetem to nic już nie istnieje. To po pierwsze.

    Po drugie, przypomniała mi się scena z jednego z odcinków House of Cards. Majętna żona kongresmena przechodziła codziennie obok bezdomnego i w którymś momencie nie wytrzymała, dając mu kilka banknotów o dużych nominałach. Na drugi dzień ów bezdomny odrzucił jej te pieniądze w formie origami, a konkretnie żurawia. Nauczmy się, że ludzie bez pracy czy mieszkania nie myślą tak samo jak my i nasze rozwiązania nie zawsze będą dostosowane do ich potrzeb.

    Idea jest piękna. Wystarczy ją trochę przemodelować i dostosować do polskich warunków oraz potrzeb ludzi, którzy mogliby na tym skorzystać.

  • Zuzia

    Jak dla mnie ta akcja w Polsce nie ma sensu. Nie pamiętam dokładnie, ale kiedy pierwszy raz przeczytałam o „zawieszonej kawie”, było tam napisane, że jest to taki zwyczaj we Włoszech. Wydaje mi się, że Włosi i ogólnie południowcy mają inną mentalność, u nich kawa to co innego niż u nas i jest tam dużo małych kafejek, do których ludzie przychodzą z samego rana i wypijają espresso na dobry początek dnia. Z resztą, zdaje się, jest to utarty zwyczaj, o którym wszyscy wiedzą – starzy i młodzi, a nie internetowa akcja, o której można dowiedzieć się ze swojego smartfona.

    • To, że mamy inną mentalność, niż Włosi jest kwestią nie podlegająca dyskusji, co nie zmienia faktu, że warto czerpać pozytywne wzorce z innych kultur, byleby z głową.

  • Marzyłam o tym, by ktoś to wreszcie opisał od takiej, prawdziwej strony. Można więc powiedzieć, że spełniłeś moją fantazję. ;) dzięki serdeczne

  • od razu mówiłem że studenty wypiją.

    • Lenka

      I co w tym złego?

  • Bob

    Dawanie głodnemu kawy jest zwyrodnialstwem.

    • Lenka

      Zgadzam się! To ja tonącemu dać ładne buty, żeby mógł umrzeć w czymś ładnym.

      • Bob

        Nie o to chodziło. To bardziej jak wysyłanie paczek niełuskanego słonecznika do głodujących narodów Afryki. Picie kawy na pusty żołądek sprawia że człowieka jeszcze bardziej ssie. Może tak zawieszona kanapka w Pierwszym?

  • Jakiś czas (bodajże rok) temu słyszałam w radiu o zawieszonej kawie w jakiejś kawiarni w Kalifornii. Był to lokal z długą już tradycją polegającą właśnie na fundowaniu kawy (lub jej większej ilości) następnej osobie, która przyjdzie- i nie było tam mowy o żadnym altruistycznym geście, ale miał być to po prostu miły zwyczaj adresowany niekoniecznie do bezdomnych, który bardzo szybko zdobył sympatię gości i popularność wśród turystów. W sumie pozbawione większego sensu, ale w jakiś sposób pozytywne, tak po prostu. Dlatego zdziwiła mnie teraz dorabiana do tego cała ideologia. Nie neguję pomysłu, wręcz przeciwnie- jest na swój sposób ciekawy, jeśli tylko pozbawimy go patosu towarzyszącego dobroczynności, której jak widać w tym przypadku nie ma.

  • Joasia

    Kiedy pierwszy raz w życiu usłyszałam o wieszaniu kawy, to wylądowałam na SORze z objawami silnego ataku śmiechu. Dlaczego akurat kawa w kawiarni ma pomóc komuś, kto nie ma pieniędzy? Większy sens miałoby kupowanie „zawieszonego chleba” w piekarni, albo wieszanie choinek zapachowych w środkach komunikacji miejskiej i na dworcach… ;-)

    • „Dlaczego akurat kawa w kawiarni ma pomóc komuś, kto nie ma pieniędzy?” Szczerzę mówiąc, miałem niewielką, ale jednak, nadzieję, że ktoś z fanatycznych obrońców akcji wytłumaczy mi ten fenomen. Niestety, nie widać chętnych :(

      • zyciewestonii.blogspot.com

        Akcja nie polega na pomocy bezdomnym, nie wiem kto pierwszy zaczął nakręcać ten absurdalny pomysł – pozostaje tylko współczuć braku umiejętności czytania ze zrozumieniem.

  • Tak dokładnie jest – zawieszona kawa NIE JEST dla żebraków z ulicy. I niech ci, którzy tak twierdzą przestaną ją dissować bez wiedzy jak ona tak naprawdę działa. Nie taka była idea, ale niektórzy (w tym Kominek), dokładnie tak ją zinterpretowali.

    Tak jak piszesz, to z jednej strony rodzaj gry, ale z drugiej też społeczny wymiar całej akcji – dziś ja zawieszam kawę, jutro sam odbieram zawieszoną. Integracja + do tego promocja knajpy. Zero strat, same zyski. A doszukiwanie się jej negatywnego wydźwięku to szukanie dziury w całym i reklamy dla samego siebie. Czysta propaganda. Zawieszajmy więc kawę, bo:

    raz – nikt na tym nie traci
    dwa – TYLE kawiarni w całym kraju nie może się mylić.

  • Ochotę Mam

    Bo my, Polacy, niestety dobrzy jesteśmy w teoretyzowaniu, tak naprawdę daleko nam do szerokiego patrzenia na świat w wielu, bardzo wielu aspektach życia. Fajnie, że się pofatygowałeś i zbadałeś temat u siebie. Przykro czytać, no ale tak to już u nas jest i długo pewnie będzie, choć nie możemy się poddawać by z tym walczyć… W mojej ulubionej knajpie w moim mieście „wyniesiono” z damskiej toalety piękną, oryginalną ozdobę, poroże jelenia (sztuczne of course), nie mieszczące się w damskiej torebce. Kto wyniósł, ano dwóch studentów, filmówki i… teologii! No przecież im się przyda, a tam się marnowało. Szok! Czy w kraju gdzie zawieszona kawa działa, mogłoby zdarzyć się coś takiego? Wątpię.

    • W każdym kraju mogłoby się coś takiego zdarzyć, bo w każdym kraju są RÓŻNI LUDZIE. We Włoszech też kradną, bywają nieuprzejmi, tak samo jak wszędzie na świecie. I to, że parę osób fundnie innym osobą kawę nie świadczy o mentalności całego narodu. Po za tym, jeżeli popytacie mieszkańców Italii to u nich w tej formie ten zwyczaj jest już raczej mało popularny.

      Po za tym, tak naprawdę człowiek widzi to, co chce zobaczyć. Spróbuj jutro wyjść na ulicę i nie narzekać na Polaków, tylko przez cały dzień dostrzegać czyjąś życzliwą postawę, to że ktoś komuś pomógł etc.. wbrew pozorom takich ludzi jest bardzo dużo. Tylko my Polacy uwielbiamy narzekać i widzieć tylko to, co nas drażni i wymagać od innych, a nie od siebie.

  • Emi

    Fajnie, że „ruszyłeś tyłek” i to sprawdziłeś, bo mi się śmiać trochę chciało, jak ludzie wrzucali na tablice te informacje o zawieszonej i piali z zachwytu – jaka to wspaniała akcja i jak to oni teraz będą pomagać bezdomnym.

  • ExSilentio

    Absolutnie zgadzam się z autorem artykułu. To bezduszna głupawa gierka polegająca na wzajemnym wzbudzaniu samozadowolenia w kafejowiczach. Nie tylko nie ma nic wspólnego z pomocą, nie tylko jest nowym motorem obrotu towarem w knajpkach, ale przede wszystkim SZKODZI ubogim. Szkodzi, bo taki jeden z drugim wieszając kawę czuje się spełniony, zadowolony, humanitarny. Przecież dał 10 zeta dla innych, potrzebujących.
    Baran jeden nie wie, że za 10 zł mógł zapłacić za dwa obiady dla ubogich dzieci, mógł wesprzeć rzeczywiste, sensowne wydarzenia, których celem jest PRAWDZIWA pomoc. A tak… praktycznie zakpił sobie z pomocy humanitarnej.
    Żenujące zjawisko. A powielanie go jest dowodem na bezmyślność tej niby wykształconej, inteligentnej, „światowej” części społeczeństwa.

    • Justyna

      Zawsze można zabrać 2 kawy na wynos i jedną podarowć pierwszemu spotkanemu bezdomnemu :) Bez hipsetryzmu :)

  • Taka kawa to, wg mnie, fajny prezent dla kogoś, kogo nie stać na to, żeby wypić ją w kawiarni i niekoniecznie jest bezdomny.

    • Znasz kogoś kogo nie stać na wypicie kawy w kawiarni, a jednocześnie stać na komputer i internet, żeby dowiedzieć się o akcji?

      • Ty pewnie też znasz. Ludzie, którzy mają internet czasem spotykają się z tymi, którzy nie mają i wymieniają się różnymi informacjami. Poza tym, na szczęście ta akcja polega na „sprawianiu przyjemności” komuś innemu, bez względu na jego status społeczny. I chyba fajnie, że nie tylko ludzie, których nie stać na kawę korzystają z tej okazji, dzięki temu ci, których nie stać, będą się czuli mniej skrępowani.

        • Nie, nie znam nikogo takiego. Jeśli kogoś stać na komputer, internet, telefon, to stać go na kawę na mieście. Inna sprawa, może być mu szkoda hajsu, bo woli sobie kupić fajki albo 2 piwka na wieczór, ale to już kwestia priorytetów.

          • To fajnie jest w Twoim świecie. Wiedz zatem, że istnieją tacy ludzie, którzy po to, żeby „jakoś istnieć w świecie”, wolą wydać ok 50 zł miesięcznie na internet, dzięki czemu nie stać ich na luksus wypicia kawy w kawiarni za 10 zł (bo tyle płacą za „fusiarę”, którą piją cały miesiąc).

          • Czyli stać ich tylko wolą wydać na coś innego. Proszę Cię Asia, nie kręćmy się w kółko, bo to nie ma sensu.

          • MS

            Nie zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Są ludzie, którzy mimo tego, że mogą poszczycić się faktem posiadania komputera, telefonu, dostępu do internetu czy choćby dachu nad głową niekoniecznie mogą sobie pozwolić na filiżankę kawy w kawiarni, bo musiałyby wtedy odmówić sobie np. możliwości pójścia do kina. Sama pamiętam swój pierwszy rok studiów, kiedy liczyłam dosłownie każdą wydaną złotówkę i to nie po to, żeby wydać ją na fajki czy alkohol.

          • Z czym się nie zgadzasz? Przecież swoim postem udowodniłaś, że to kwestia priorytetów, a nie tego czy kogoś stać czy nie.

          • Ja to trochę inaczej widzę. Wybór między wypiciem kawy w kawiarni a internetem to nie jest kwestia być, albo nie być. Ale fajnie mieć możliwość skorzystania z takiej opcji, jak darmowa kawa. Ja tę akcję odbieram jako: stać mnie, to kupię dwie kawy, może ktoś akurat nie ma portfela przy sobie/nie ma dziś na taką kawę i ucieszy się, że może ją sobie wziąć za darmo. Coś jak to: https://www.facebook.com/photo.php?v=350090748425341&set=vb.311316585636091&type=3&theater Nie dorabiałabym tu głębszej filozofii.

          • MS

            Gdyby podążać dalej Twoją logiką, to bezdomnego, który uzbiera na ulicy kilka złotych też w danej chwili będzie na nią stać. Nie zgadzam się z tym, że według Twojej opinii nie istnieją odpowiedni adresaci takich „zawieszonych kaw”, bo istnieją i jeśli poza trickiem marketingowym miałaby stać za tym jakaś wyższa idea, to akcja mogłaby celować właśnie w takich ludzi z „innymi priorytetami”.

          • Wytłumacz mi proszę w takim razie co oznacza, że kogoś stać na kawę? Bo chyba żyjemy w innych rzeczywistościach semantycznych.

          • zyciewestonii.blogspot.com

            To bardzo proste. Ktoś, kto po odliczeniu kosztów utrzymania (mieszkanie, prąd, Internet, inne niezbędne opłaty) ma mniej niż ~15zł dziennie na jedzenie, nie może sobie pozwolić na kawę na mieście. To znaczy, że go na nią nie stać.

          • Zgadzam się. To, że mnie stać rozumiem tak, że mogę sobie kawę kupić nie rezygnując z innych (ważniejszych) wydatków. Jest całe multum ludzi, którzy posiadają komputer i internet, bo bez nich trochę ciężko obecnie funkcjonować, ale wydanie 10 zł na kawę to za dużo.

          • Natka

            Na prawdę? Więc albo słabo rozglądasz się wokół, albo żyjemy w innych swiatach. Ja znam wiele osób, któte komputer posiadają ( często starego złomka), posiadają też internet, bo w jakiś sposób jest im on potrzebny ( na przykład dla kontaktu z bliskimi mieszkajacymi w innnych częsiach kraju/świata). Niejednokrotnie te osoby, mimo pozornego dobrobytu, nie stać na kawę na mieście. Bo po dokonaniu wszystkich opłat w miesiacy zostaje im tak niewiele że szkoda im kasy na kawę na mieście. Nie dlatego że wolą dwa browarki wieczorem a dlatego ze zrobią sobie za tą cenę obiad na dwa dni! Otwórz oczy.

        • z internetu można skorzystać chociażby w bibliotce

  • To smutne, że coś, co mogłoby pomóc, służy hipsterskiej zabawie.

    • W sensie uważasz, że kawa byłaby ratunkiem dla wszystkich bezdomnych, a ci straszni hipsterzy zrobili sobie z tego zabawę?

    • zyciewestonii.blogspot.com

      Ta akcja od samego początku miała być formą zabawy. Pomoc biednym ludziom i bezdomnym to wymysł jakiegoś pajaca, który postanowił zabawić się w komentatora nawet nie zapoznając się ze szczegółami.

  • Martex

    no i w końcu ktoś to sprawdził :) w sumie to chyba nie spodziewałam się niczego więcej o czym napisałeś. Mam tylko niewielką nadzieję, że ludzi w jakikolwiek sposób to poruszy i zamiast pić kolejną „zawieszoną kawę” pomyślą jak rzeczywiście można pomóc bezdomnym/ubogim.
    Sama ostatnio byłam świadkiem jak chłopak oddał niepełnosprawnemu, który zbierał pieniądze, swój ledwo napoczęty kebab ;)

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?

Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

---> SKOMENTUJ