Close
Close

„Zawieszona kawa” nie dla bezdomnych

Skip to entry content

ten wpis powstał w kwietniu 2013 roku (tak, ponad 4 lata temu!), ale że internet zaczyna drugie okrążenie, znów jest aktualny

W ostatnim tygodniu internetem zawładnęła „zawieszona kawa”. Wiele osób wieszało się z radości, niewiele wieszało na niej psy. Wśród tych drugich prym wiódł Kominek, który w charakterystyczny dla siebie sposób był przeciw. Jego z kolei wypunktował inny bloger – Looqash – zarzucając mu brak wiarygodności. NaTemat jak zwykle nic nie wniosło do dyskusji, ale z sumiennością szóstkowego ucznia przedrukowało co ciekawsze opinie.

Patrzyłem na to z boku i zastanawiałem się, czy ktoś sprawdzi jak faktycznie jest z tą kawą, czy wszyscy będą bazować tylko na domysłach i przypuszczeniach. Nikomu nie zbierało się na to, żeby zebrać cztery litery i pójść na miasto, więc z braku innych chętnych, zrobiłem to ja. I przeszedłem się po krakowskich kawiarniach, żeby dowiedzieć się, czy „zawieszona kawa” działa, kto ją wiesza i kto odwiesza.

Ale zaczynając od początku…

Dla kogo miała być „zawieszona kawa”?

zdjęcie pochodzi ze strony http://suspendedcoffees.com/

Niemal wszystkie strony, serwisy, portale i blogi pisały o akcji w kontekście najbardziej potrzebujących, którzy jednoznacznie byli utożsamiani z bezdomnymi. Najczęściej artykuły na ten temat były ilustrowane zdjęciem, które widzicie powyżej. Komputerowi obrońcy praw człowieka, którzy w życiu nie byli na żadnej manifestacji, szaleli z zachwytu rozwodząc się w komentarzach nad tym, jak to wspaniale, że ktoś pomaga osobom bez dachu nad głową.

W błyskawicznym tempie przyjęło się, że „zawieszona kawa” to akcja wspierająca śpiących na ulicy. No, w najgorszym wypadku skłotersów mieszkających w pustostanach bez ogrzewania i bieżącej wody. A przecież na oficjalnej stronie, czytamy, że…

Co robić, jeśli darmowa kawa przyciągnie bezdomnych? Po pierwsze, nie są oni częstymi gośćmi w kawiarniach. Po drugie, zawsze można znaleźć kompromis, który pozwoli uszanować drugiego człowieka. Ostatecznie gościowi uciążliwemu dla otoczenia można dać kawę na wynos.

Czyżby wszyscy tak głośno popierający inicjatywę nie przeczytali jej założeń? I nie wiedzieli, że bezdomni/najbardziej potrzebujący nie mają Facebooka/internetu? Więc nie dowiedzą się o akcji, bo niby jak? I przede wszystkim, czy nie pomyśleli o tym, że właściciele kawiarni z oczywistych powodów, mogą nie chcieć pozycjonować swoich lokali jako przytułków? Co jest dość zrozumiałe, jeśli ktoś traktuje prowadzenie lokalu gastronomicznego jako biznes, a nie wolontariat.

Ale to tylko założenia.

Jak jest w rzeczywistości?

Byłem w „Nie lubię poniedziałków”, „Nowej Prowincji”, „Klubokawiarni Relaks” i rozmawiałem z pracownikami wszystkich pozostałych krakowskich kawiarni, biorących udział w akcji. Serio: wszystkich. Pytałem o to, kto funduje kawy i kto z nich korzysta.

W większości przypadków pierwszą „zawieszoną kawę” postawił właściciel/menadżer lokalu, a następne młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest dość logiczne).

Teraz najważniejsze: kto pije darmowe kawy? Kto korzysta z pomocy dla najuboższych/najbardziej potrzebujących/bezdomnych? Kto przygarnia namiastkę luksusu, bezinteresownie ofiarowaną przez zamożną kastę elit, dla półświatka brudnych melin?

Również młodzi ludzie. I mówiąc młodzi, mam na myśli osoby w wieku 16-29, które są zarówno licealistami, studentami, jak i osobami pracującymi, ale przede wszystkim stałymi bywalcami danych kawiarni (co jest jeszcze logiczniejsze). Zadbani, ogarniający życie, niemający problemu z kasą, a tym bardziej z dachem nad głową. Dlaczego? Bo traktują to jako zabawę. Jako formę integracji, hipsterski żart, bądź okazję do połechtania swojej próżności.

W żadnej z knajp z „zawieszonej kawy” nie skorzystał bezdomny. Nie żebym się nie spodziewał, ale mimo wszystko trochę mnie to zdziwiło. Spytałem pracowników lokali/właścicieli, czy te kawy, to nie powinny być przypadkiem właśnie dla nich? Kilku niemal się oburzyło i powiedziało, że nie życzy sobie takich osób w swojej kawiarni. Część z nich zadeklarowała, że gdyby zaistniała taka sytuacja, to bezdomny dostałby kawę na wynos. Natomiast każdy, spytał mnie ze zdziwieniem, skąd taka osoba miałaby się dowiedzieć o akcji, skoro nie ma internetu?

Ja nie wiem, ale na pewno wiedzą ci, co chcą ulepszać świat klikaniem lajków pod postami .

Wnioski

„Zawieszona kawa” w praktyce nie jest formą pomocy najuboższym, ani nikomu innemu. Nie jest żadnym wsparciem, łaską, jałmużną, ani gestem dobroci. Jest knajpianą grą, w której biorą udział stali bywalcy kawiarni. Z kasą, z domem i z dobrym humorem. W żadnym wypadku nie jest formą wsparcia bezdomnych. Chcesz im pomóc? Pomóż dzwoniąc na ten numer: 987. Lub zaprowadź bezdomnego do jednej z ogrzewalni, noclegowni lub schroniska.

Od opłacenia kawy w modnej miejscówce, nie zrobi się lepiej komuś, kto miał okazję ją widzieć tylko od strony ulicznych witryn.

(niżej jest kolejny tekst)

51
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
23 Comment authors
Nikanaosei38"Speed dating", czyli jak wyglądają szybkie randki?Sokołów vs Kocham Gotować: 9 kwestii prawnych, o których nie wiedziałeśJahBba Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martex
Gość
Martex

no i w końcu ktoś to sprawdził :) w sumie to chyba nie spodziewałam się niczego więcej o czym napisałeś. Mam tylko niewielką nadzieję, że ludzi w jakikolwiek sposób to poruszy i zamiast pić kolejną „zawieszoną kawę” pomyślą jak rzeczywiście można pomóc bezdomnym/ubogim.
Sama ostatnio byłam świadkiem jak chłopak oddał niepełnosprawnemu, który zbierał pieniądze, swój ledwo napoczęty kebab ;)

Artur Jabłoński
Gość

To smutne, że coś, co mogłoby pomóc, służy hipsterskiej zabawie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

W sensie uważasz, że kawa byłaby ratunkiem dla wszystkich bezdomnych, a ci straszni hipsterzy zrobili sobie z tego zabawę?

zyciewestonii.blogspot.com
Gość
zyciewestonii.blogspot.com

Ta akcja od samego początku miała być formą zabawy. Pomoc biednym ludziom i bezdomnym to wymysł jakiegoś pajaca, który postanowił zabawić się w komentatora nawet nie zapoznając się ze szczegółami.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Taka kawa to, wg mnie, fajny prezent dla kogoś, kogo nie stać na to, żeby wypić ją w kawiarni i niekoniecznie jest bezdomny.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Znasz kogoś kogo nie stać na wypicie kawy w kawiarni, a jednocześnie stać na komputer i internet, żeby dowiedzieć się o akcji?

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Ty pewnie też znasz. Ludzie, którzy mają internet czasem spotykają się z tymi, którzy nie mają i wymieniają się różnymi informacjami. Poza tym, na szczęście ta akcja polega na „sprawianiu przyjemności” komuś innemu, bez względu na jego status społeczny. I chyba fajnie, że nie tylko ludzie, których nie stać na kawę korzystają z tej okazji, dzięki temu ci, których nie stać, będą się czuli mniej skrępowani.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie, nie znam nikogo takiego. Jeśli kogoś stać na komputer, internet, telefon, to stać go na kawę na mieście. Inna sprawa, może być mu szkoda hajsu, bo woli sobie kupić fajki albo 2 piwka na wieczór, ale to już kwestia priorytetów.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

To fajnie jest w Twoim świecie. Wiedz zatem, że istnieją tacy ludzie, którzy po to, żeby „jakoś istnieć w świecie”, wolą wydać ok 50 zł miesięcznie na internet, dzięki czemu nie stać ich na luksus wypicia kawy w kawiarni za 10 zł (bo tyle płacą za „fusiarę”, którą piją cały miesiąc).

Grzeczny Chłopiec
Gość

Czyli stać ich tylko wolą wydać na coś innego. Proszę Cię Asia, nie kręćmy się w kółko, bo to nie ma sensu.

MS
Gość
MS

Nie zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Są ludzie, którzy mimo tego, że mogą poszczycić się faktem posiadania komputera, telefonu, dostępu do internetu czy choćby dachu nad głową niekoniecznie mogą sobie pozwolić na filiżankę kawy w kawiarni, bo musiałyby wtedy odmówić sobie np. możliwości pójścia do kina. Sama pamiętam swój pierwszy rok studiów, kiedy liczyłam dosłownie każdą wydaną złotówkę i to nie po to, żeby wydać ją na fajki czy alkohol.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Z czym się nie zgadzasz? Przecież swoim postem udowodniłaś, że to kwestia priorytetów, a nie tego czy kogoś stać czy nie.

Joanna Bochenek-Olińska
Gość

Ja to trochę inaczej widzę. Wybór między wypiciem kawy w kawiarni a internetem to nie jest kwestia być, albo nie być. Ale fajnie mieć możliwość skorzystania z takiej opcji, jak darmowa kawa. Ja tę akcję odbieram jako: stać mnie, to kupię dwie kawy, może ktoś akurat nie ma portfela przy sobie/nie ma dziś na taką kawę i ucieszy się, że może ją sobie wziąć za darmo. Coś jak to: https://www.facebook.com/photo.php?v=350090748425341&set=vb.311316585636091&type=3&theater Nie dorabiałabym tu głębszej filozofii.

MS
Gość
MS

Gdyby podążać dalej Twoją logiką, to bezdomnego, który uzbiera na ulicy kilka złotych też w danej chwili będzie na nią stać. Nie zgadzam się z tym, że według Twojej opinii nie istnieją odpowiedni adresaci takich „zawieszonych kaw”, bo istnieją i jeśli poza trickiem marketingowym miałaby stać za tym jakaś wyższa idea, to akcja mogłaby celować właśnie w takich ludzi z „innymi priorytetami”.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Wytłumacz mi proszę w takim razie co oznacza, że kogoś stać na kawę? Bo chyba żyjemy w innych rzeczywistościach semantycznych.

zyciewestonii.blogspot.com
Gość
zyciewestonii.blogspot.com

To bardzo proste. Ktoś, kto po odliczeniu kosztów utrzymania (mieszkanie, prąd, Internet, inne niezbędne opłaty) ma mniej niż ~15zł dziennie na jedzenie, nie może sobie pozwolić na kawę na mieście. To znaczy, że go na nią nie stać.

Karolina Pomorska
Gość

Zgadzam się. To, że mnie stać rozumiem tak, że mogę sobie kawę kupić nie rezygnując z innych (ważniejszych) wydatków. Jest całe multum ludzi, którzy posiadają komputer i internet, bo bez nich trochę ciężko obecnie funkcjonować, ale wydanie 10 zł na kawę to za dużo.

Natka
Gość
Natka

Na prawdę? Więc albo słabo rozglądasz się wokół, albo żyjemy w innych swiatach. Ja znam wiele osób, któte komputer posiadają ( często starego złomka), posiadają też internet, bo w jakiś sposób jest im on potrzebny ( na przykład dla kontaktu z bliskimi mieszkajacymi w innnych częsiach kraju/świata). Niejednokrotnie te osoby, mimo pozornego dobrobytu, nie stać na kawę na mieście. Bo po dokonaniu wszystkich opłat w miesiacy zostaje im tak niewiele że szkoda im kasy na kawę na mieście. Nie dlatego że wolą dwa browarki wieczorem a dlatego ze zrobią sobie za tą cenę obiad na dwa dni! Otwórz oczy.

Paulina Ziętarska
Gość

z internetu można skorzystać chociażby w bibliotce

Wojciech Kopeć
Gość

comment image

Justyna
Gość
Justyna

Zawsze można zabrać 2 kawy na wynos i jedną podarowć pierwszemu spotkanemu bezdomnemu :) Bez hipsetryzmu :)

ExSilentio
Gość
ExSilentio

Absolutnie zgadzam się z autorem artykułu. To bezduszna głupawa gierka polegająca na wzajemnym wzbudzaniu samozadowolenia w kafejowiczach. Nie tylko nie ma nic wspólnego z pomocą, nie tylko jest nowym motorem obrotu towarem w knajpkach, ale przede wszystkim SZKODZI ubogim. Szkodzi, bo taki jeden z drugim wieszając kawę czuje się spełniony, zadowolony, humanitarny. Przecież dał 10 zeta dla innych, potrzebujących. Baran jeden nie wie, że za 10 zł mógł zapłacić za dwa obiady dla ubogich dzieci, mógł wesprzeć rzeczywiste, sensowne wydarzenia, których celem jest PRAWDZIWA pomoc. A tak… praktycznie zakpił sobie z pomocy humanitarnej. Żenujące zjawisko. A powielanie go jest dowodem… Czytaj więcej »

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” – recenzja

Skip to entry content

Mimo, że Raczkowski rysował i do „Polityki”, i do „Przekroju”, i zrobił okładkę do jednej z płyt Łony, to jego istnienie zarejestrowałem dopiero po ostatniej wizycie u Wojewódzkiego. Co prawda gdzieś tam słyszałem, że był jakiś Marek, co wsadzał polskie flagi w psie kupy, ale jakoś fekalia nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Jedna z czytelniczek powiedziała, że to wstyd, że go wcześniej nie znałem i że cofa lajka. Cóż, nie można znać wszystkich. Zresztą podejrzewam, że Raczkowski również może mnie nie kojarzyć. Ale ja się nie obrażam, bo…

 

Dawno nie czytałem tak wciągającej biografii

Tym razem nie będę Was zwodził przez 8 akapitów, żeby w ostatnim zawyrokować „książka jest spoko”. Zresztą wiecie już z fanpejdża, że połknąłem ją na raz zlizując resztki z talerza. Serio. Tej książki nie da się zacząć czytać, przerwać i odłożyć na weekend. Otwierasz pierwszą stroną, czytasz o podziękowaniach dla wydawców za presję w postaci zaliczki i nie zamykasz książki, póki nie dojdziesz do rekomendacji Andrzeja Mleczki. Wszystko dlatego, że…

 

Wypływa z niej szczerość

„Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” została wydana po to, żeby się sprzedała, to oczywiste. Tytuł jest tak krzykliwy, że aż woła z półkii „masz mnie kupić, a jak nie to przynajmniej przekartkować!”. Jednak oprócz olbrzymiego komercyjnego potencjału, ma w sobie coś więcej. To ani nie miałka pseudo-biografia jednego z pudelkowych celebrytów, ani tym bardziej pusty produkt oparty na niesmacznej sensacji jak „Moja Prawda. Pamiętniki Bartka Waśniewskiego”.

To surowy portret członka warszawskiej bohemy, sprzed ery iPadów, Starbucksów i oprawek droższych, niż samochód. Poziom mentalnego ekshibicjonizmu, który Raczkowski osiąga w rozmowie ze swoją przyjaciółką, jest znamienny dla artystów kompletnych. I takim go trzeba nazwać. Pomijając jednak kontekst kulturowy, w którym jest osadzony, to zawsze byłem przekonany, że każdy człowiek ma pewną barierę wstydu, która jest nie do przekroczenia poza jego głową. Czytając tę książkę zacząłem w to wątpić i zastanawiać się, czy…

 

Raczkowski jest skończonym kretynem, czy turbo inteligentem?


Od pierwszego pytania bez ogródek wprowadza temat prostytutek i kokainy. Szczegółowe opisy doświadczeń z paniami świadczącymi usługi towarzyskie, przewijają się przez całą książkę. Podobnie jak i wspomnienia kobiet, z którymi był, sypiał, zdradzał i które zdradzały jego. Hank Moody i Don Draper, to przy nim sfrustrowani monogamiści. Biorąc pod uwagę konserwatywność społeczeństwa, w którym żyjemy, tego typu wyznania są bardzo odważne.

[emaillocker]

Podobnie ma się sprawa z kwestią narkotyków. Otwarcie mówi, że wrzucał LSD, palił marihuanę i wciągał koks. I opisując te zdarzenia nie stroni od czasowników w czasie teraźniejszym. Przy obecnym kształcie polskiego prawa, publiczne przyznanie się do powyższych czynności już nie jest ani lekkomyślnością. To zakrawa o szaleństwo! Żeby jednak jednoznacznie stwierdzić, czy Raczkowskim jest głupkiem, czy po prostu ma to gdzieś, musicie przeczytać całą książkę.

 

Co mnie zaskoczyło?

Kupując pozycję z tak oczywistym tytułem, miałem dość jasno sprecyzowane oczekiwania wobec niej. Miało być o chlaniu, ćpaniu, ruchaniu i malowaniu. I było. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się dwóch rzeczy.

 

Podejście Raczkowskiego do swoich ekscesów damsko-męskich

Opowiadając o nagminnym sypianiu z mniej lub bardziej przypadkowymi kobietami, facet najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo chełpi się tym, kreując się na plażowego playboya, hustlera z Mokotowa i w ogóle regionalnego jebakę, albo mówi o tym ze skruchą i wyrzutami sumienia, silnie potępiając swoje zachowanie. Marek nie przyjmuje żadnej z nich.

Ani nie uważa swojej poligamii za powód do dumy, ani za rzecz godną napiętnowania. Całkowicie dystansuje się od tej sytuacji nie opiniując, a jedynie stwierdzając fakt. Kompletnie nie ekscytuje się sypianiem z wieloma partnerkami i zdradzaniem żony. Nie spotkałem się jeszcze z kimś, kto mógłby tak chłodno wypowiadać się o tak osobistej sprawie. Chapeau bas.

 

Z jakimi personami miał okazję się spotykać

Któryś z czytelników napisał, że gdyby nie marynarka pomyliłby Raczkowskiego z bezdomnym. Mocna opinia, ale muszę przyznać, że oglądając jego wypowiedzi u Wojewódzkiego miałem podobne wrażenie. Może był nie wyspany, może na kacu, a może miał akurat ostatnie stadium ptasiej grypy. Nie wiem. Wiem natomiast, że z pewnością nie sprawiał wrażenia inteligenta, bywającego na salonach u tuzów tego państwa.

Nigdy bym się nie spodziewał, ale ten kokainista-erotoman był i u Komorowskiego na urodzinach (obecnego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział), i u Wałęsy na imieninach (byłego prezydenta, gdyby ktoś nie wiedział) i u Palikota na grillu (podobno były showman z TVNu, ale nie kojarzę). Pił i z Urbanem, i z Michnikiem, i z Kulczykiem. I z każdą z tych osób nawiązał i utrzymał kontakt, nie mając konta na Facebooku!

I niech mi ktoś teraz powie, że wychodzenie z domu nie działa.

[/emaillocker]

Kto śledzi bloga dłuższą chwilę, ten z pewnością zauważył, że pojawiają się na nim co jakiś czas wpisy motywacyjne. Teksty motywujące do życia, do rozwoju, do realizacji swoich pasji i wychodzenia z ciepłej skorupy bylejakości.

Pierwszy był o tym ile są warte Twoje marzenia, drugi o niespełnionych pragnieniach, a potem już poszło przekrojowo. Sens bycia w związku, wychodzenie do ludzi i przełamywanie swoich barier.

W zasadzie każdy z nich wywołał w Was jakąś reakcję. Najczęściej pozytywną, ale nawet jeśli była ona negatywna, to dobrze, bo znaczy, że nie przeszliście obok niego obojętnie. Z czego bardzo się cieszę, bo nawet jeśli nie do końca się ze mną zgadzacie (lub w ogóle), to możliwe, że ziarenko mojej myśli, które zostało Wam w głowie za jakiś czas zakiełkuje.

 

O co biega z tym „rusz tyłek”?

Idąc tropem szerzenia dobra na świecie, ratowania wymierających gatunków zwierząt i inspirowania Was (i siebie) do rozwoju, wpadłem na pomysł, że zrobię cykl tekstów. Ale cykl nie byle jaki, oj nie! „Rusz tyłek” będzie serią rozmów z osobami, którymi sam się jaram, które są dla mnie w jakimś sensie autorytetami i czerpię z nich, realizując swoje cele.

Jeśli złapałeś się za głowę wyczuwając patetyczny ton, to uspokajam. Nie, nie będzie to wywiad ani z papieżem (bo abdykował), ani z Leszkiem Balcerowiczem (bo musi odejść), ani z Donaldem Trumpem (bo nie zaakceptował mojego zaproszenia na Fejsie).

Będę skupiał się na osobach z branży. Branży blogo-vlogo-startupowo-internetowej. Na osobach, którymi mógłby być każdy z Was (ale z jakiegoś powodu jednak nie jest). Które siedząc przed kompem z paczką chrupek i przeglądając odmęty sieci nagle wpadły na pomysł „ej, może zrobię coś swojego?”. I przeszły od słów do czynów.

 

Panie, ale po co te wywiady, po co?

Po pierwsze, po to żeby pobudzić Was i siebie do działania (ale to pewnie wywnioskowaliście z samego nagłówka).

Po drugie, po to żeby przybliżyć Wam kulisy biznesu w sieci. Pokazać jak to wygląda od środka i jakimi prawami się kieruje.

Po trzecie, po to żeby pokazać, że nie trzeba iść do korpo, wyjeżdżać do Anglii, czy robić czegokolwiek innego, czego się nie chce. Że jest alternatywna droga. Trzeba tylko w porę ją wybrać.

Po czwarte i najważniejsze, żeby uzmysłowić tylu osobom ilu jest to możliwe, że każdy może osiągnąć sukces i realizować swoje pasje. Każdy! Musi tylko odmulić bankę, przestać narzekać, ruszyć tyłek i zacząć coś robić. Bo oprócz samolotów i meteorytów nic z nieba samo nie spada.

 

Z kim będę gadał?

Na pierwszy ogień idzie niebieskooka śląska piękność. Dziewczyna (a w zasadzie już kobieta), która jest polskim przykładem kariery od zera do bohatera. Jedna z najpopularniejszych polskich blogerek modowych. Piszą o niej i polskie gazety, i zagraniczne portale. Jest zarówno uczestniczką branżowych konferencji, jak i pokazów mody. Współpracuje z międzynarodowymi markami latając po całym świecie, a średnio-zaawansowani blogerzy lifestylowi stają na głowie, by przeprowadzić z nią wywiad i dowiedzieć się jak do tego doszła.

W przyszłym tygodniu o tym jak zamienić pracę w hobby opowie mi Katarzyna Gorol, prowadząca bloga „Jestem Kasia”.

Kolejne części „Rusz tyłek” będą ukazywały się co 3-4 tygodnie. Będę chciał w nich porozmawiać z vlogerami, z których czerpię inspiracje, blogerkami kulinarnymi, twórcami serwisów internetowych, a także innymi blogerkami modowymi. Mam kilka swoich typów, których póki co nie zdradzę (bo nie będziecie zaskoczeni), ale jeśli macie swoje propozycje, to śmiało – komentarze są Wasze.

Piszcie kto daje Wam kopa na co dzień do działania i motywuje do pracy nad swoim projektem/pasją/marzeniami. Niech moc twórcza nas przenika!