Close
Close

Podryw w plenerze?

Jest ciepło, wiatr wieje, kwiaty pachną. Można wylegiwać się na ławce na plantach, rozłożyć na murku nad Wisłą, albo piknikować pod  drzewem w Parku Jordana. Dziewczyny zrzuciły zimowe kokony, odsłaniając więcej, niż ich rodzice w noc poślubną, przez co idąc przez miasto można dostać zawrotów głowy. Albo skręcić sobie kark. Do tego w Krakowie właśnie trwają juwenalia. Znasz lepsze okoliczności na podryw?

Wiem, wiem, sam fakt, że dziewczyny są zjawiskowe, chętne i głodne przygód Ci nie wystarcza. Tak jak w przypadku podrywu w klubie musisz mieć jeszcze jakiś zabójczy tekst. Spoko. Przez ostatnie kilka dni, specjalnie dla Ciebie, chodziłem z kumplami po Miasteczku AGH i zagadywałem do płci przeciwnej w najgorszy możliwy sposób. Wszystko po to, by udowodnić Ci, że to co mówisz nie ma większego znaczenia. Liczy się sam fakt, że to robisz.

Spodziewałbyś się, że dziewczyna nie dość, że Cię nie spławi, to wciągnie się w rozmowę i da Ci swój numer, jeśli zaczniesz gadkę od hasła…

 

„Widziałyście koc w panterkę”?

Najlepiej sprawdza się w terenie grillowo-piknikowym, gdzie jest dużo ludzi okupujących połacie zieleni. Warto stosować po zmroku, gdy za wiele już nie widać i nikomu nie przyjdzie do głowy, że naprawdę szukasz czegoś takiego jak koc w panterkę. Najlepiej reagują na to dziewczyny od 4-go roku wzwyż. Te młodsze mogą zacząć gadać z Tobą o panterkowych Vansach, stanikach w geparda i innych częściach garderoby pokrytych imitacją skór dzikich kotów. Jeśli nie jesteś na bieżąco z modą albo „National Geographic”, to odpuść sobie.

Stopień skomplikowania frazy: 80%

Poziom absurdu: 70%

Skuteczność: 85%

 

„Wiecie gdzie jest Strumyk?”

To z kolei działa głównie na pierwszaczki. Te starsze wiedzą, że to jeden z akademików na Miasteczku – wskażą Ci drogę i pójdą dalej. Te młodsze nie. Więc zaczynają drążyć temat. A co to, a po co, a dlaczego, a czemu strumyk, a nie rzeczka albo jeziorko, bo ona jest z Białołęki i tam tyle rzek i tak zielono i… łykają haczyk. Nawet jeśli po 20 minutach zorientują się, że de facto właśnie stoją pod Strumykiem i wisi za nimi wielki szyld z nazwą budynku, to nie odstrasza ich to. W ogóle.

Stopień skomplikowania frazy: 65%

Poziom absurdu: 55%

Skuteczność: 70%

 

„Przybij piątkę!”

„Bo dzisiaj światowy dzień piątki”, choć zazwyczaj nie trzeba tego dodawać. Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo, ale dziewczyny na wyciągniętą w górę dłoń reagują jak na rozkaz. Nie wiem, czy to podświadomość, czy moje linie papilarne, ale zawsze przybijają. No dobra, prawie zawsze. Zdarza się, że nie chcą przybić, gdy idą z chłopakiem pod ramię. Trudno. Zagadanie na „przybij piątkę” jest o tyle efektywne, że od początku oswajasz dziewczynę z kontaktem fizycznym i dotykiem, przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho.

Stopień skomplikowania frazy: 30%

Poziom absurdu: 90%

Skuteczność: 99,99%

 

Same mądre rzeczy

Jak widzisz, to jakich od słów zaczynasz rozmowę jest niesamowicie istotne. Znaczenie ma zarówno ilość spółgłosek, samogłosek, jak i  nienaganna odmiana przez przypadki słów, których używasz. Dobrze już tydzień przed wyjściem na miasto zacząć się zastanawiać nad idealnym otwieraczem. Jeden niewłaściwy zwrot i wszystkie kobiety w promieniu 200 kilometrów będą wiedziały, że masz małego penisa, a w 6 klasie podstawówki nosiłeś przypałowy sweter po młodszym bracie.

Nie lekceważ tego!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Dziewczyno, zdejmij te słuchawki!()

  • Mondzia

    Najulubieńszy po juwenaliach tekst podchodzi laska(!) i mówi, że założyła się z bratem, że przyprowadzi dwie ładne brunetki i ze jej nie wierzy, że to zrobi. Przekora kazała podejść, a koleś okazał się osobą z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie o czym świadczył ten zakład :)

  • i w tym momencie żałuję że nie mieszkam już w Krakowie, bo może bym w końcu zobaczyła na własne oczy autora bloga Stay Fly. Chodzi mi o to że pewnie byłabym w tym czasie na Miasteczku i mogłabym Cię spotkać ;)
    Niestety moja ciekawość chyba już nigdy nie będzie zaspokojona :(

  • pomysł na „otwieracz” ;P
    https://www.youtube.com/watch?v=oOkMRMf_ub0

  • „(…)nad idealnym *otwieraczem*” – widzę, kolega oczytany jest :) ćwicz, ćwicz…

    • „Gra” Neila Straussa to najważniejsza książka jaką przeczytałem w życiu, niestety już niedostępna w sprzedaży.

      • mam w pdfie jak chcesz:)

      • Val Cool

        była chyba reedycja w sensusie. i druga cześć też

  • No nie, piątkę to może bym przybiła, ale ten kocyk i strumyk??? Eee…

  • Wiedziałem, że jestem pierdołą, bojącą się zagadać do jakiejkolwiek dziewczyny. Mówiąc ‚jakakolwiek’ nie mam na myśli siaka, sraka i owaka. Tylko taka, którą minę się wzrokiem lub wymienię spojrzeniami. Do sedna: nie wiedziałem, że AŻ TAK OGROMNA ZE MNIE PIERDOŁA-CYKOR. Obnażyłeś moje słabości jeszcze bardziej pokazując w jak prosty sposób można zagadać. A ja idę bać się dalej, bo od pewnego czasu jako singiel cofam się w ‚zagadywowywowaniu’ coraz bardziej i bardziej.

  • Byku, czego Cię uczyłem? Te z typem pod ramię jeszcze chętniej skleją piątkę. Zwłaszcza jeżeli typ takiej nigdy dobrze nie klepnął. Pozdrawiam, król pięcioboju.

    • Chyba, że dostała od chłopaka oklep przed wyjściem…wtedy może nie być skora do współpracy :(

      • Aleksandra

        Hej, masz moje zdjęcie na avatarze!

        • To Wy nie jesteście rodzeństwem?

          • Aleksandra

            Nawet nie wiem, kto to jest!

          • Ja mam kozacką poświatę zza dekla – oznacza to, że to ja posiadam oryginał fotografii. Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

          • Aleksandra

            Ja mam piękne, pełne blasku wielkie oczy, a ty po prostu stanąłeś w okolicach latarni!

          • Jakoś muszę zarabiać…
            A chłopiec nie może mieć na imię Aleksandra. Nawet jeśli pod czapką ma długie, bujne, blond włosy.

          • Aleksandra

            Może i nie mam blond włosów, ale jestem co najmniej tak urocza jak Finn, jeśli nie bardziej, stary. Bardziej go przypominam, musisz się z tym pogodzić!

  • Muszę zacząć obchodzić juwenalia, bo widzę, że tracę sposobność poznania kreatywnych chłopców. W moim przypadku jakoś tak do rozmiarów zaczepki się ograniczają.

    • Aga, czyżbyś chciała powiedzieć, że wcześniej nigdy nie obchodziłaś?

      • Właśnie to miałam na myśli, Grzeczny Chłopcze. Wczoraj nawet byłam pierwszy raz na korowodzie.

        • Oj, to przykro mi bardzo, po pochód to chyba jeden z niewielu sensownych powodów dla których warto studiować :)

  • Venegoor

    hahah nie uwierzysz, poznaliśmy z kumplem dziewczynę z katowic i rozmawialiśmy z nią o tekstach na podryw i testowaliśmy je potem. cóż za zbieg okoliczności. drugi to taki że prąc wśród morza butelek na MS widziałem jak żywo się oddawałeś dyskusji z jakąś niewiastą :)

    • Nie no, nie wierzę. Ja tu się tak staram maskować, a Wy i tak wiecie, że ja to ja.

      Pochodzę wczoraj do dwóch dziewczyn spytać, czy nie grają w scrabble, a one pytają, czy przypadkiem nie piszę Stay Fly, bo pewnie zaraz każę im zrobić jaskółkę. Jak żyć, jak żyć? :)

      • Kiedy spytałeś o ścieżkę rowerową też Cię rozpoznałyśmy. Niedługo trzeba będzie ściągnąć bandaż i stać się celebrytą ;p

      • Aleksandra

        Nie martw się, ja nie wiem! Nadal jesteś trochę tajemniczym gościem! :D

      • Ja nie wiem który to Ty :(

  • Aleksandra

    „Przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho” <3

9 rzeczy o związkach, których uczy „Ciemniejsza strona Grey’a”

Skip to entry content

„Ciemniejsza strona Grey’a”, film, na który nie czekał nikt, kto nie je sushi z kiełbasą i nie ma Zenka Martyniuka na dzwonku w telefonie. W sensie nie czekał na serio, bo wiele osób po gównianych „50 twarzach Grey’a”, wyczekiwało kontynuacji, żeby znów móc ze znajomymi zrobić roasta, komentując drewnianą grę aktorską głównych bohaterów i próbujący przebić się przed dno od spodu scenariusz. Jedną z tych osób oczywiście byłem ja, więc jeśli w trakcie czwartkowego seansu w jednym z warszawskich kin słyszałeś śmiech przypominający kaszel gruźlika podczas ssania kulek gejszy, to nie ma za co.

To, że obcujemy z materiałem na kompost nie ulegało wątpliwości odkąd ogłoszono, że film w ogóle powstaje, dlatego nie będę pisał czemu nie warto go sprawdzać. Już sam fakt, że jedyną postacią, na którą da się patrzeć bez uczucia zbliżającego się wylewu, jest popowa wokalistka stworzona w tabelce w Excelu, powinien być wystarczający. Zrobię coś, czegoś nikt z gustem choć ciut lepszym niż białe skarpety do czarnego garnituru nie zrobi. Powiem Ci dlaczego warto iść na ten film. A warto, bo to tytuł wyjątkowo edukacyjny i wychowawczy, dzięki któremu dowiesz się zaskakujących rzeczy o świecie i przede wszystkim kompleksowo doedukujesz się w relacjach między kobietami, a mężczyznami.

Oto 9 rzeczy o związkach, których uczy „Ciemniejsza strona Grey’a”.

1. Seks najlepiej uprawiać nie ściągając spodni. W czterech z sześciu bardzo króciutkich scen seksu, drewniany klocek – na potrzeby filmu nazywany Christianem Greyem – jest w spodniach. Nie wiem, czy zbyt często omijał dzień nóg na siłowni i wstydzi się pokazywać wychudzone patyczki, czy to po prostu kwestia umowy ze sponsorem na lokowanie odzieży męskiej, ale gość rucha przez portki, jakby zapomniał, że już nie jest na planie „Na wspólnej”.

2. Kobiety lubią, gdy się ich nie szanuje. Im bardziej przedmiotowo traktujesz dziewczynę, na przykład jak figurkę z jajka niespodzianki, którą i możesz pochwalić się przed kolegami i udekorować nią pokój, tym bardziej ją to cieszy. Chcesz mieć pewność, że między wami do czegoś dojdzie? Wystarczy, że nie będziesz słuchał tego, co do Ciebie mówi i ciągle jej przypominał, że jest dla ciebie tylko chodzącą waginą.

3. Mycie się po seksie jest przereklamowane. Po co marnować czas, mydło i słodką wodę, skoro zaraz po stosunku można założyć na siebie z powrotem eleganckie ubrania i zejść na bankiet z wonią płynów ustrojowych na ciele?

4. Prostytucja jest spoko. I nie ma nic dziwnego w tym, że mężczyzna po seksie płaci kobiecie pieniędzmi albo sprzętem Apple’a.

5. Makijaż nie jest po to, żeby go zmywać. Dlatego fantom do ćwiczenia resustytacji – na potrzeby filmu nazywany Anastasią Steel – za każdym razem kładzie się spać z zaprawą murarską na twarzy.

6. Moc Jedi istnieje naprawdę. Jeśli chcesz, żeby kobieta była Ci posłuszna i wykonywała Twoje polecenia, wystarczy, że wyciągniesz przed nią otwartą dłoń i wypowiesz jakieś rozkazujące zdanie tonem Lorda Vadera.

7. Po wypadku lotniczym najlepsze jest szybkie ruchanko. Zresztą szybkie ruchnako jest dobre na wszystko, niezależnie, czy rozbiłeś się helikopterem nie dając nikomu znaku życia przez 2 dni, czy właśnie zwierzyłeś się, że Twoja matka była uzależniona od heroiny, zmarła gdy miałeś 4 lata, a znajoma Twojej matki zastępczej wykorzystywała Cię seksualnie.

8. Kobietki są głupiutkim podgatunkiem i nie potrafią rozwiązywać problemów. Na szczęście są wspaniali mężczyźni, którzy i pokażą jak używać telefonu, i wyciągną z tarapatów w pracy.

9. Kobietki są głupiutkim podgatunkiem i nie wiedzą czego chcą. Na szczęście są wspaniali mężczyźni, którzy podejmują wszystkie decyzje za nie.

***

„Ciemniejsza strona Grey’a”, film o tym, że nic tak nie cieszy kobiet jak patriarchat. Fuuuuj.

---> SKOMENTUJ

Jesteśmy Polakami. Mówmy po polsku

Skip to entry content

Język polski jest trudnym językiem. Jasne. Wszystko odmienia się przez wszystko, ma niewymawialne zbitki głoskowe i jeszcze ta straszna ortografia. Dokładając do tego dyskusyjne kwestie interpunkcji, jakoś jestem w stanie zrozumieć czemu nasz język nie jest najpopularniejszym językiem świata. Tyle, że właśnie – to nasz język. Może być trudny dla obcokrajowców, ale nie dla nas. Nie dla rdzennych mieszkańców Polski posługującym się nim od pokoleń. Nie dla osób, które dojrzewały w czerpiącej z niego kulturze.

Niby oczywista oczywistość, ale od jakiegoś czasu branża reklamowo-interaktywna (a za nią popkultura) stara mi się wmówić, że jest inaczej. Że…

 

Angielski jest lepszy?

Że jest bardziej pro, bardziej biznesowy, bardziej naturalny.

Że lepiej focusować się na targecie, niż skupiać na grupie docelowej. Że teraz wszyscy followują brandy w social media, a nikt nie śledzi marek w portalach społecznościowych. Że lepiej zrobić slow down i przekroczyć deadline, niż wrzucić na luz i nie dotrzymać terminu. Że po zaliczeniu faila można rzucić joke’a i następny task będzie już easy cake’iem. Bo w przypadku porażki, następne zadanie na pewno nie byłoby bułką z masłem gdybyś zażartował. Po polsku.

Po angielsku wszystko jest lepsze.

Od podstawówki nie spotkałem nikogo, kto nosiłby czapkę z daszkiem na zapinkę. Takie nakrycie głowy to siara po całości. Co innego lanserski snapback. Analogicznie – lepiej, żeby dziewczyna zrobił Ci blow joba na dancefloorze, niż loda na parkiecie. Znaczenie tego drugiego mogłaby jeszcze zrozumieć Twoja mama i powiedzieć, że takie rzeczy nie przystoją na pierwszej randce. Spierdolenie projektu w pracy również nie spotkałoby się ze społeczną akceptacją, jednak jakiś weekendowy fuck-up jest już do przyjęcia.

 

Przyganiał bloger brand managerowi

Nie jestem bez winy. Nie jestem pierwszym i ostatnim prawdziwym purystą językowym w lśniących sandałach, rzucającym słownikami poprawnej polszczyzny we wszystkich zdrajców ojczystej mowy, wplatających makaronizmy w każde zdanie. Nie.

Również ulegam pandemii anglojęzycznych zwrotów. Najlepszym przykładem tego jest nazwa bloga. Zresztą nieraz zdarzy mi się powiedzieć, że ktoś coś wrzucił na facebookowego walla, mimo, że to słowo ma odpowiednik w języku polskim. Równie często mówię komuś, że zrobił to like a boss, bo jestem tak osaczony tym trendem, że trudno od niego uciec. Ale staram się to kontrolować. Staram się utrzymywać zdrowe proporcje, bo przecież…

 

Polski język ma tyle pięknych słów

Rozumiem, że są momenty kiedy trzeba użyć kalki z angielskiego, bo nie ma odpowiednika w polskim albo ma to jakiś konkretny cel. Ale w większości przypadków jest to niepotrzebne!

Te wszystkie trudności związane z językiem polskim, które wymieniłem we wstępie powodują, że jest on jeden jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Każde słowo ma dziesiątki synonimów, każde zdanie można parafrazować na tak mnogą ilość sposobów, że serduszko mi pęka gdy ktoś te kwieciste, pełne zawijasów kombinacje zamienia na prostacki angielski. Już pomijam sprawy damsko-męskie i dewastowanie wyrażania zainteresowania, o którym mówiłem przy okazji hashtagów, ale w którym języku znajdziesz tyle przekleństw?

Chcesz zamienić te tysiące wariacji na temat kontaktów płciowych na jedno puste fuck?

 

Czyżbyś wstydził się własnego języka?

Wstydzę się za Polaków na emigracji, wstydzę się za europosłów, wstydzę się za chytra babę z Radomia. Na piłce nożnej się nie znam, ale koledzy mi mówią, że też powinienem się wstydzić. Nie jestem szczególnym patriotą, ale jeśli chodzi o nasz język to autentycznie go kocham. Mimo, że popełniam szereg błędów każdego rodzaju, to jestem nim zafascynowany. Uważam, że jest piękny i jestem dumny, że mogę się nim posługiwać na co dzień.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gingerpig2000
---> SKOMENTUJ

Foodpanda.pl – zamawianie jedzenia w wersji 2.0

Skip to entry content

Pamiętam czasy, gdy żeby zamówić jedzenie do domu trzeba, było przetrzepać wszystkie ulotki leżące na klatce i liczyć na farta, że akurat znajdzie się tę z pizzeri. Potem wszedł internet ze stałymi łączami i nie trzeba było już przeglądać syfu włożonego w skrzynki, tylko wpisać w Google „pizza na telefon twoje_miasto”. I liczyć na farta, że pizzerie w Twojej okolicy mają stronę internetową. Najczęściej nie miały, a jeśli już to jakąś maszkarę z niedającym się pobrać menu w PDFie (pozdrawiam serdecznie polskich mikro przedsiębiorców).

Zamawianie jedzenia przez telefon było (i bywa nadal) uciążliwe, bo chcąc zamówić coś poza pizzą trzeba było się trochę nadzwonić, żeby znaleźć chińczyka dowożącego akurat pod mój adres. A o innej formie płatności, niż gotówka rzecz jasna, można było tylko pomarzyć.

„Potrzeba matką wynalazków” – frazes, frazes, frazes, ale mimo wszystko prawdziwy i co najważniejsze, mający odzwierciedlenie w naturze. Była potrzeba ułatwienia zamawiania szamy na dowóz i powstało rozwiązanie – serwisy internetowe upraszczające ten proces i redukujące zaangażowanie użytkownika do minimum. Jednym z nich jest Foodpanda.pl. Czy najlepszym? To się okaże, ale już daję im plusika za brand hero w postaci pandy (bo ile można patrzeć na takich samych pseudo supermanów we wszystkich reklamach?).

 

Czym dokładnie jest Foodpanda?

To serwis pozwalający zamawiać jedzenie przez internet. I mówiąc jedzenie, nie mam na myśli pizzy, pizzy i tylko pizzy, ale też inne dania kryjące się po tym hasłem (zupy, klopsiki, de volaille, sałatki, makarony, czy pierogi z gruszkami i serem pleśniowym).

Serwis jest ładny, czytelny i przyjazny dla użytkownika (dla użytkowniczki zresztą też), a korzystanie z niego nie sprawia trudności nawet ludziom nie czytającym blogów. Wybór knajp jest bardzo intuicyjny. Na samym starcie podajemy naszą lokalizację, po czym pojawia się lista restauracji dostarczających jedzenie do miejsca, w którym się znajdujemy (nie ma dzwonienia, googlowani i szukania, wszystko jest na talerzu). Od razu mamy podany czas oczekiwania, minimalną  kwotę zamówienia i koszt dostawy (jeśli taki w ogóle istnieje).

Później pojawia się menu danej restauracji. Wybieramy co tam chcemy, cały czas po prawej mając aktualny stan zamówienia. Po kliknięciu „zamawiam” wyskakują dane kontaktowe z wyborem adresu, na który jedzenie ma być dostarczone i wybór sposobu płatności. Nie jest to jakaś ultra nowość, ale dla mnie to super sprawa, że można zapłacić i przelewem i przez PayPala, bo wielokrotnie byłem w sytuacji, kiedy zadzwoniłem do chińczyka po szamę, po czym olśniło mnie, że mój portfel jest pusty jak szkoły w lipcu.

Po dokonaniu płatności wychodzi ekran potwierdzający zamówienie i przychodzi sms z dokładnym czasem oczekiwania. Jeśli wiecie co chcecie zjeść, to całość nie zajmuje więcej, niż minutę.

Żeby wznieść zamawianie jedzenia na jeszcze wyższy poziom…

 

Jest też aplikacja

Możecie ją ściągnąć stąd i zasadniczo nie powiem Wam więcej na jej temat, niż możecie dowiedzieć się z powyższego filmiku, ale…

 

Powiem Wam jak to wszystko działa w praktyce

Za miesiąc. W ramach współpracy z Foodpandą przez 30 dni będę testował ich serwis szukając plusów dodatnich i plusów ujemnych (cytując najpopularniejszego polskiego elektryka), a na końcu podzielę się z Wami wrażeniami. Będę sprawdzał czy zamawianie szamy przez internet faktycznie jest takie łouł, żeby się tym podniecać, sikać w majtki i nie robić tego przez telefon (lub gołębiem pocztowym). Zrobię rozeznanie jakie są najczęstsze zgrzyty na linii człowiek-serwis_pośredniczący-restauracja i czy w ogóle ktoś realizuje te zamówienia, czy pieniądze lecą w kosmos i zahaczają o Kometę Halleya.

---> SKOMENTUJ