Close
Close

Podryw w plenerze?

Jest ciepło, wiatr wieje, kwiaty pachną. Można wylegiwać się na ławce na plantach, rozłożyć na murku nad Wisłą, albo piknikować pod  drzewem w Parku Jordana. Dziewczyny zrzuciły zimowe kokony, odsłaniając więcej, niż ich rodzice w noc poślubną, przez co idąc przez miasto można dostać zawrotów głowy. Albo skręcić sobie kark. Do tego w Krakowie właśnie trwają juwenalia. Znasz lepsze okoliczności na podryw?

Wiem, wiem, sam fakt, że dziewczyny są zjawiskowe, chętne i głodne przygód Ci nie wystarcza. Tak jak w przypadku podrywu w klubie musisz mieć jeszcze jakiś zabójczy tekst. Spoko. Przez ostatnie kilka dni, specjalnie dla Ciebie, chodziłem z kumplami po Miasteczku AGH i zagadywałem do płci przeciwnej w najgorszy możliwy sposób. Wszystko po to, by udowodnić Ci, że to co mówisz nie ma większego znaczenia. Liczy się sam fakt, że to robisz.

Spodziewałbyś się, że dziewczyna nie dość, że Cię nie spławi, to wciągnie się w rozmowę i da Ci swój numer, jeśli zaczniesz gadkę od hasła…

 

„Widziałyście koc w panterkę”?

Najlepiej sprawdza się w terenie grillowo-piknikowym, gdzie jest dużo ludzi okupujących połacie zieleni. Warto stosować po zmroku, gdy za wiele już nie widać i nikomu nie przyjdzie do głowy, że naprawdę szukasz czegoś takiego jak koc w panterkę. Najlepiej reagują na to dziewczyny od 4-go roku wzwyż. Te młodsze mogą zacząć gadać z Tobą o panterkowych Vansach, stanikach w geparda i innych częściach garderoby pokrytych imitacją skór dzikich kotów. Jeśli nie jesteś na bieżąco z modą albo „National Geographic”, to odpuść sobie.

Stopień skomplikowania frazy: 80%

Poziom absurdu: 70%

Skuteczność: 85%

 

„Wiecie gdzie jest Strumyk?”

To z kolei działa głównie na pierwszaczki. Te starsze wiedzą, że to jeden z akademików na Miasteczku – wskażą Ci drogę i pójdą dalej. Te młodsze nie. Więc zaczynają drążyć temat. A co to, a po co, a dlaczego, a czemu strumyk, a nie rzeczka albo jeziorko, bo ona jest z Białołęki i tam tyle rzek i tak zielono i… łykają haczyk. Nawet jeśli po 20 minutach zorientują się, że de facto właśnie stoją pod Strumykiem i wisi za nimi wielki szyld z nazwą budynku, to nie odstrasza ich to. W ogóle.

Stopień skomplikowania frazy: 65%

Poziom absurdu: 55%

Skuteczność: 70%

 

„Przybij piątkę!”

„Bo dzisiaj światowy dzień piątki”, choć zazwyczaj nie trzeba tego dodawać. Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo, ale dziewczyny na wyciągniętą w górę dłoń reagują jak na rozkaz. Nie wiem, czy to podświadomość, czy moje linie papilarne, ale zawsze przybijają. No dobra, prawie zawsze. Zdarza się, że nie chcą przybić, gdy idą z chłopakiem pod ramię. Trudno. Zagadanie na „przybij piątkę” jest o tyle efektywne, że od początku oswajasz dziewczynę z kontaktem fizycznym i dotykiem, przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho.

Stopień skomplikowania frazy: 30%

Poziom absurdu: 90%

Skuteczność: 99,99%

 

Same mądre rzeczy

Jak widzisz, to jakich od słów zaczynasz rozmowę jest niesamowicie istotne. Znaczenie ma zarówno ilość spółgłosek, samogłosek, jak i  nienaganna odmiana przez przypadki słów, których używasz. Dobrze już tydzień przed wyjściem na miasto zacząć się zastanawiać nad idealnym otwieraczem. Jeden niewłaściwy zwrot i wszystkie kobiety w promieniu 200 kilometrów będą wiedziały, że masz małego penisa, a w 6 klasie podstawówki nosiłeś przypałowy sweter po młodszym bracie.

Nie lekceważ tego!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Dziewczyno, zdejmij te słuchawki!()

  • Mondzia

    Najulubieńszy po juwenaliach tekst podchodzi laska(!) i mówi, że założyła się z bratem, że przyprowadzi dwie ładne brunetki i ze jej nie wierzy, że to zrobi. Przekora kazała podejść, a koleś okazał się osobą z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie o czym świadczył ten zakład :)

  • i w tym momencie żałuję że nie mieszkam już w Krakowie, bo może bym w końcu zobaczyła na własne oczy autora bloga Stay Fly. Chodzi mi o to że pewnie byłabym w tym czasie na Miasteczku i mogłabym Cię spotkać ;)
    Niestety moja ciekawość chyba już nigdy nie będzie zaspokojona :(

  • pomysł na „otwieracz” ;P
    https://www.youtube.com/watch?v=oOkMRMf_ub0

  • „(…)nad idealnym *otwieraczem*” – widzę, kolega oczytany jest :) ćwicz, ćwicz…

    • „Gra” Neila Straussa to najważniejsza książka jaką przeczytałem w życiu, niestety już niedostępna w sprzedaży.

      • mam w pdfie jak chcesz:)

      • Val Cool

        była chyba reedycja w sensusie. i druga cześć też

  • No nie, piątkę to może bym przybiła, ale ten kocyk i strumyk??? Eee…

  • Wiedziałem, że jestem pierdołą, bojącą się zagadać do jakiejkolwiek dziewczyny. Mówiąc ‚jakakolwiek’ nie mam na myśli siaka, sraka i owaka. Tylko taka, którą minę się wzrokiem lub wymienię spojrzeniami. Do sedna: nie wiedziałem, że AŻ TAK OGROMNA ZE MNIE PIERDOŁA-CYKOR. Obnażyłeś moje słabości jeszcze bardziej pokazując w jak prosty sposób można zagadać. A ja idę bać się dalej, bo od pewnego czasu jako singiel cofam się w ‚zagadywowywowaniu’ coraz bardziej i bardziej.

  • Byku, czego Cię uczyłem? Te z typem pod ramię jeszcze chętniej skleją piątkę. Zwłaszcza jeżeli typ takiej nigdy dobrze nie klepnął. Pozdrawiam, król pięcioboju.

    • Chyba, że dostała od chłopaka oklep przed wyjściem…wtedy może nie być skora do współpracy :(

      • Aleksandra

        Hej, masz moje zdjęcie na avatarze!

        • To Wy nie jesteście rodzeństwem?

          • Aleksandra

            Nawet nie wiem, kto to jest!

          • Ja mam kozacką poświatę zza dekla – oznacza to, że to ja posiadam oryginał fotografii. Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

          • Aleksandra

            Ja mam piękne, pełne blasku wielkie oczy, a ty po prostu stanąłeś w okolicach latarni!

          • Jakoś muszę zarabiać…
            A chłopiec nie może mieć na imię Aleksandra. Nawet jeśli pod czapką ma długie, bujne, blond włosy.

          • Aleksandra

            Może i nie mam blond włosów, ale jestem co najmniej tak urocza jak Finn, jeśli nie bardziej, stary. Bardziej go przypominam, musisz się z tym pogodzić!

  • Muszę zacząć obchodzić juwenalia, bo widzę, że tracę sposobność poznania kreatywnych chłopców. W moim przypadku jakoś tak do rozmiarów zaczepki się ograniczają.

    • Aga, czyżbyś chciała powiedzieć, że wcześniej nigdy nie obchodziłaś?

      • Właśnie to miałam na myśli, Grzeczny Chłopcze. Wczoraj nawet byłam pierwszy raz na korowodzie.

        • Oj, to przykro mi bardzo, po pochód to chyba jeden z niewielu sensownych powodów dla których warto studiować :)

  • Venegoor

    hahah nie uwierzysz, poznaliśmy z kumplem dziewczynę z katowic i rozmawialiśmy z nią o tekstach na podryw i testowaliśmy je potem. cóż za zbieg okoliczności. drugi to taki że prąc wśród morza butelek na MS widziałem jak żywo się oddawałeś dyskusji z jakąś niewiastą :)

    • Nie no, nie wierzę. Ja tu się tak staram maskować, a Wy i tak wiecie, że ja to ja.

      Pochodzę wczoraj do dwóch dziewczyn spytać, czy nie grają w scrabble, a one pytają, czy przypadkiem nie piszę Stay Fly, bo pewnie zaraz każę im zrobić jaskółkę. Jak żyć, jak żyć? :)

      • Kiedy spytałeś o ścieżkę rowerową też Cię rozpoznałyśmy. Niedługo trzeba będzie ściągnąć bandaż i stać się celebrytą ;p

      • Aleksandra

        Nie martw się, ja nie wiem! Nadal jesteś trochę tajemniczym gościem! :D

      • Ja nie wiem który to Ty :(

  • Aleksandra

    „Przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho” <3

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Jesteśmy Polakami. Mówmy po polsku

Skip to entry content

Język polski jest trudnym językiem. Jasne. Wszystko odmienia się przez wszystko, ma niewymawialne zbitki głoskowe i jeszcze ta straszna ortografia. Dokładając do tego dyskusyjne kwestie interpunkcji, jakoś jestem w stanie zrozumieć czemu nasz język nie jest najpopularniejszym językiem świata. Tyle, że właśnie – to nasz język. Może być trudny dla obcokrajowców, ale nie dla nas. Nie dla rdzennych mieszkańców Polski posługującym się nim od pokoleń. Nie dla osób, które dojrzewały w czerpiącej z niego kulturze.

Niby oczywista oczywistość, ale od jakiegoś czasu branża reklamowo-interaktywna (a za nią popkultura) stara mi się wmówić, że jest inaczej. Że…

 

Angielski jest lepszy?

Że jest bardziej pro, bardziej biznesowy, bardziej naturalny.

Że lepiej focusować się na targecie, niż skupiać na grupie docelowej. Że teraz wszyscy followują brandy w social media, a nikt nie śledzi marek w portalach społecznościowych. Że lepiej zrobić slow down i przekroczyć deadline, niż wrzucić na luz i nie dotrzymać terminu. Że po zaliczeniu faila można rzucić joke’a i następny task będzie już easy cake’iem. Bo w przypadku porażki, następne zadanie na pewno nie byłoby bułką z masłem gdybyś zażartował. Po polsku.

Po angielsku wszystko jest lepsze.

Od podstawówki nie spotkałem nikogo, kto nosiłby czapkę z daszkiem na zapinkę. Takie nakrycie głowy to siara po całości. Co innego lanserski snapback. Analogicznie – lepiej, żeby dziewczyna zrobił Ci blow joba na dancefloorze, niż loda na parkiecie. Znaczenie tego drugiego mogłaby jeszcze zrozumieć Twoja mama i powiedzieć, że takie rzeczy nie przystoją na pierwszej randce. Spierdolenie projektu w pracy również nie spotkałoby się ze społeczną akceptacją, jednak jakiś weekendowy fuck-up jest już do przyjęcia.

 

Przyganiał bloger brand managerowi

Nie jestem bez winy. Nie jestem pierwszym i ostatnim prawdziwym purystą językowym w lśniących sandałach, rzucającym słownikami poprawnej polszczyzny we wszystkich zdrajców ojczystej mowy, wplatających makaronizmy w każde zdanie. Nie.

Również ulegam pandemii anglojęzycznych zwrotów. Najlepszym przykładem tego jest nazwa bloga. Zresztą nieraz zdarzy mi się powiedzieć, że ktoś coś wrzucił na facebookowego walla, mimo, że to słowo ma odpowiednik w języku polskim. Równie często mówię komuś, że zrobił to like a boss, bo jestem tak osaczony tym trendem, że trudno od niego uciec. Ale staram się to kontrolować. Staram się utrzymywać zdrowe proporcje, bo przecież…

 

Polski język ma tyle pięknych słów

Rozumiem, że są momenty kiedy trzeba użyć kalki z angielskiego, bo nie ma odpowiednika w polskim albo ma to jakiś konkretny cel. Ale w większości przypadków jest to niepotrzebne!

Te wszystkie trudności związane z językiem polskim, które wymieniłem we wstępie powodują, że jest on jeden jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Każde słowo ma dziesiątki synonimów, każde zdanie można parafrazować na tak mnogą ilość sposobów, że serduszko mi pęka gdy ktoś te kwieciste, pełne zawijasów kombinacje zamienia na prostacki angielski. Już pomijam sprawy damsko-męskie i dewastowanie wyrażania zainteresowania, o którym mówiłem przy okazji hashtagów, ale w którym języku znajdziesz tyle przekleństw?

Chcesz zamienić te tysiące wariacji na temat kontaktów płciowych na jedno puste fuck?

 

Czyżbyś wstydził się własnego języka?

Wstydzę się za Polaków na emigracji, wstydzę się za europosłów, wstydzę się za chytra babę z Radomia. Na piłce nożnej się nie znam, ale koledzy mi mówią, że też powinienem się wstydzić. Nie jestem szczególnym patriotą, ale jeśli chodzi o nasz język to autentycznie go kocham. Mimo, że popełniam szereg błędów każdego rodzaju, to jestem nim zafascynowany. Uważam, że jest piękny i jestem dumny, że mogę się nim posługiwać na co dzień.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gingerpig2000
---> SKOMENTUJ

Foodpanda.pl – zamawianie jedzenia w wersji 2.0

Skip to entry content

Pamiętam czasy, gdy żeby zamówić jedzenie do domu trzeba, było przetrzepać wszystkie ulotki leżące na klatce i liczyć na farta, że akurat znajdzie się tę z pizzeri. Potem wszedł internet ze stałymi łączami i nie trzeba było już przeglądać syfu włożonego w skrzynki, tylko wpisać w Google „pizza na telefon twoje_miasto”. I liczyć na farta, że pizzerie w Twojej okolicy mają stronę internetową. Najczęściej nie miały, a jeśli już to jakąś maszkarę z niedającym się pobrać menu w PDFie (pozdrawiam serdecznie polskich mikro przedsiębiorców).

Zamawianie jedzenia przez telefon było (i bywa nadal) uciążliwe, bo chcąc zamówić coś poza pizzą trzeba było się trochę nadzwonić, żeby znaleźć chińczyka dowożącego akurat pod mój adres. A o innej formie płatności, niż gotówka rzecz jasna, można było tylko pomarzyć.

„Potrzeba matką wynalazków” – frazes, frazes, frazes, ale mimo wszystko prawdziwy i co najważniejsze, mający odzwierciedlenie w naturze. Była potrzeba ułatwienia zamawiania szamy na dowóz i powstało rozwiązanie – serwisy internetowe upraszczające ten proces i redukujące zaangażowanie użytkownika do minimum. Jednym z nich jest Foodpanda.pl. Czy najlepszym? To się okaże, ale już daję im plusika za brand hero w postaci pandy (bo ile można patrzeć na takich samych pseudo supermanów we wszystkich reklamach?).

 

Czym dokładnie jest Foodpanda?

To serwis pozwalający zamawiać jedzenie przez internet. I mówiąc jedzenie, nie mam na myśli pizzy, pizzy i tylko pizzy, ale też inne dania kryjące się po tym hasłem (zupy, klopsiki, de volaille, sałatki, makarony, czy pierogi z gruszkami i serem pleśniowym).

Serwis jest ładny, czytelny i przyjazny dla użytkownika (dla użytkowniczki zresztą też), a korzystanie z niego nie sprawia trudności nawet ludziom nie czytającym blogów. Wybór knajp jest bardzo intuicyjny. Na samym starcie podajemy naszą lokalizację, po czym pojawia się lista restauracji dostarczających jedzenie do miejsca, w którym się znajdujemy (nie ma dzwonienia, googlowani i szukania, wszystko jest na talerzu). Od razu mamy podany czas oczekiwania, minimalną  kwotę zamówienia i koszt dostawy (jeśli taki w ogóle istnieje).

Później pojawia się menu danej restauracji. Wybieramy co tam chcemy, cały czas po prawej mając aktualny stan zamówienia. Po kliknięciu „zamawiam” wyskakują dane kontaktowe z wyborem adresu, na który jedzenie ma być dostarczone i wybór sposobu płatności. Nie jest to jakaś ultra nowość, ale dla mnie to super sprawa, że można zapłacić i przelewem i przez PayPala, bo wielokrotnie byłem w sytuacji, kiedy zadzwoniłem do chińczyka po szamę, po czym olśniło mnie, że mój portfel jest pusty jak szkoły w lipcu.

Po dokonaniu płatności wychodzi ekran potwierdzający zamówienie i przychodzi sms z dokładnym czasem oczekiwania. Jeśli wiecie co chcecie zjeść, to całość nie zajmuje więcej, niż minutę.

Żeby wznieść zamawianie jedzenia na jeszcze wyższy poziom…

 

Jest też aplikacja

Możecie ją ściągnąć stąd i zasadniczo nie powiem Wam więcej na jej temat, niż możecie dowiedzieć się z powyższego filmiku, ale…

 

Powiem Wam jak to wszystko działa w praktyce

Za miesiąc. W ramach współpracy z Foodpandą przez 30 dni będę testował ich serwis szukając plusów dodatnich i plusów ujemnych (cytując najpopularniejszego polskiego elektryka), a na końcu podzielę się z Wami wrażeniami. Będę sprawdzał czy zamawianie szamy przez internet faktycznie jest takie łouł, żeby się tym podniecać, sikać w majtki i nie robić tego przez telefon (lub gołębiem pocztowym). Zrobię rozeznanie jakie są najczęstsze zgrzyty na linii człowiek-serwis_pośredniczący-restauracja i czy w ogóle ktoś realizuje te zamówienia, czy pieniądze lecą w kosmos i zahaczają o Kometę Halleya.

---> SKOMENTUJ