Close
Close

3 teksty na podryw w plenerze

Skip to entry content

Jest ciepło, wiatr wieje, kwiaty pachną. Można wylegiwać się na ławce na plantach, rozłożyć na murku nad Wisłą, albo piknikować pod  drzewem w Parku Jordana. Dziewczyny zrzuciły zimowe kokony, odsłaniając więcej, niż ich rodzice w noc poślubną, przez co idąc przez miasto można dostać zawrotów głowy. Albo skręcić sobie kark. Do tego w Krakowie właśnie trwają juwenalia. Znasz lepsze okoliczności na podryw?

Wiem, wiem, sam fakt, że dziewczyny są zjawiskowe, chętne i głodne przygód Ci nie wystarcza. Tak jak w przypadku podrywu w klubie musisz mieć jeszcze jakiś zabójczy tekst. Spoko. Przez ostatnie kilka dni, specjalnie dla Ciebie, chodziłem z kumplami po Miasteczku AGH i zagadywałem do płci przeciwnej w najgorszy możliwy sposób. Wszystko po to, by udowodnić Ci, że to co mówisz nie ma większego znaczenia. Liczy się sam fakt, że to robisz.

Spodziewałbyś się, że dziewczyna nie dość, że Cię nie spławi, to wciągnie się w rozmowę i da Ci swój numer, jeśli zaczniesz gadkę od hasła…

 

„Widziałyście koc w panterkę”?

Najlepiej sprawdza się w terenie grillowo-piknikowym, gdzie jest dużo ludzi okupujących połacie zieleni. Warto stosować po zmroku, gdy za wiele już nie widać i nikomu nie przyjdzie do głowy, że naprawdę szukasz czegoś takiego jak koc w panterkę. Najlepiej reagują na to dziewczyny od 4-go roku wzwyż. Te młodsze mogą zacząć gadać z Tobą o panterkowych Vansach, stanikach w geparda i innych częściach garderoby pokrytych imitacją skór dzikich kotów. Jeśli nie jesteś na bieżąco z modą albo „National Geographic”, to odpuść sobie.

Stopień skomplikowania frazy: 80%

Poziom absurdu: 70%

Skuteczność: 85%

 

„Wiecie gdzie jest Strumyk?”

To z kolei działa głównie na pierwszaczki. Te starsze wiedzą, że to jeden z akademików na Miasteczku – wskażą Ci drogę i pójdą dalej. Te młodsze nie. Więc zaczynają drążyć temat. A co to, a po co, a dlaczego, a czemu strumyk, a nie rzeczka albo jeziorko, bo ona jest z Białołęki i tam tyle rzek i tak zielono i… łykają haczyk. Nawet jeśli po 20 minutach zorientują się, że de facto właśnie stoją pod Strumykiem i wisi za nimi wielki szyld z nazwą budynku, to nie odstrasza ich to. W ogóle.

Stopień skomplikowania frazy: 65%

Poziom absurdu: 55%

Skuteczność: 70%

 

„Przybij piątkę!”

„Bo dzisiaj światowy dzień piątki”, choć zazwyczaj nie trzeba tego dodawać. Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo, ale dziewczyny na wyciągniętą w górę dłoń reagują jak na rozkaz. Nie wiem, czy to podświadomość, czy moje linie papilarne, ale zawsze przybijają. No dobra, prawie zawsze. Zdarza się, że nie chcą przybić, gdy idą z chłopakiem pod ramię. Trudno. Zagadanie na „przybij piątkę” jest o tyle efektywne, że od początku oswajasz dziewczynę z kontaktem fizycznym i dotykiem, przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho.

Stopień skomplikowania frazy: 30%

Poziom absurdu: 90%

Skuteczność: 99,99%

 

Same mądre rzeczy

Jak widzisz, to jakich od słów zaczynasz rozmowę jest niesamowicie istotne. Znaczenie ma zarówno ilość spółgłosek, samogłosek, jak i  nienaganna odmiana przez przypadki słów, których używasz. Dobrze już tydzień przed wyjściem na miasto zacząć się zastanawiać nad idealnym otwieraczem. Jeden niewłaściwy zwrot i wszystkie kobiety w promieniu 200 kilometrów będą wiedziały, że masz małego penisa, a w 6 klasie podstawówki nosiłeś przypałowy sweter po młodszym bracie.

Nie lekceważ tego!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Mondzia

    Najulubieńszy po juwenaliach tekst podchodzi laska(!) i mówi, że założyła się z bratem, że przyprowadzi dwie ładne brunetki i ze jej nie wierzy, że to zrobi. Przekora kazała podejść, a koleś okazał się osobą z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie o czym świadczył ten zakład :)

  • http://twitter.com/PaulinaBrumer Paulina Brumer

    i w tym momencie żałuję że nie mieszkam już w Krakowie, bo może bym w końcu zobaczyła na własne oczy autora bloga Stay Fly. Chodzi mi o to że pewnie byłabym w tym czasie na Miasteczku i mogłabym Cię spotkać ;)
    Niestety moja ciekawość chyba już nigdy nie będzie zaspokojona :(

  • http://www.facebook.com/val.cooled Val Cool

    pomysł na „otwieracz” ;P
    https://www.youtube.com/watch?v=oOkMRMf_ub0

    • http://www.facebook.com/val.cooled Val Cool

      a tu już zaawansowane techniki :>
      https://www.youtube.com/watch?v=TLjk2dtYnqE

    • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec
      • http://www.facebook.com/agnieszka.wachnik.5 Saga Sachnik

        Skąd się biorą takie laski…?

        • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

          Z USA, aczkolwiek podejrzewam, ze u nas też by to przeszło :)

          • http://www.facebook.com/agnieszka.wachnik.5 Saga Sachnik

            Nie wiem, może jestem aspołeczna, ale gdyby koleś z glonojadem na mnie wyskoczył, to w pierwszym odruchu bym sobie Mortal Kombat przypomniała.

          • Val Cool

            wszystkie laski tak mówią, a w praniu wychodzi często co innego. na pytanie, czy dałyby się poderwać na tekst „co robisz w piątek wieczorem?”, też często odpowiadają, że nie, bo to zbyt tanie.

          • Saga Sachnik

            Możesz spróbować :) Do niektórych gier mam duży sentyment.

  • http://www.facebook.com/val.cooled Val Cool

    „(…)nad idealnym *otwieraczem*” – widzę, kolega oczytany jest :) ćwicz, ćwicz…

    • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

      „Gra” Neila Straussa to najważniejsza książka jaką przeczytałem w życiu, niestety już niedostępna w sprzedaży.

      • http://www.facebook.com/jakub.kiesio Jakub Kiesio

        mam w pdfie jak chcesz:)

      • Val Cool

        była chyba reedycja w sensusie. i druga cześć też

  • http://kameralna.com.pl/ Kameralna

    No nie, piątkę to może bym przybiła, ale ten kocyk i strumyk??? Eee…

  • http://www.fb.com/daniel.bieniek.photography Daniel B.

    Wiedziałem, że jestem pierdołą, bojącą się zagadać do jakiejkolwiek dziewczyny. Mówiąc ‚jakakolwiek’ nie mam na myśli siaka, sraka i owaka. Tylko taka, którą minę się wzrokiem lub wymienię spojrzeniami. Do sedna: nie wiedziałem, że AŻ TAK OGROMNA ZE MNIE PIERDOŁA-CYKOR. Obnażyłeś moje słabości jeszcze bardziej pokazując w jak prosty sposób można zagadać. A ja idę bać się dalej, bo od pewnego czasu jako singiel cofam się w ‚zagadywowywowaniu’ coraz bardziej i bardziej.

  • http://www.facebook.com/SupersonicSwagger Daniel Iwański

    Byku, czego Cię uczyłem? Te z typem pod ramię jeszcze chętniej skleją piątkę. Zwłaszcza jeżeli typ takiej nigdy dobrze nie klepnął. Pozdrawiam, król pięcioboju.

    • http://www.facebook.com/SupersonicSwagger Daniel Iwański

      Chyba, że dostała od chłopaka oklep przed wyjściem…wtedy może nie być skora do współpracy :(

      • Aleksandra

        Hej, masz moje zdjęcie na avatarze!

        • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

          To Wy nie jesteście rodzeństwem?

          • Aleksandra

            Nawet nie wiem, kto to jest!

          • http://www.facebook.com/SupersonicSwagger Daniel Iwański

            Ja mam kozacką poświatę zza dekla – oznacza to, że to ja posiadam oryginał fotografii. Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

          • Aleksandra

            Ja mam piękne, pełne blasku wielkie oczy, a ty po prostu stanąłeś w okolicach latarni!

          • http://www.facebook.com/SupersonicSwagger Daniel Iwański

            Jakoś muszę zarabiać…
            A chłopiec nie może mieć na imię Aleksandra. Nawet jeśli pod czapką ma długie, bujne, blond włosy.

          • Aleksandra

            Może i nie mam blond włosów, ale jestem co najmniej tak urocza jak Finn, jeśli nie bardziej, stary. Bardziej go przypominam, musisz się z tym pogodzić!

  • http://www.facebook.com/agnieszka.wachnik.5 Saga Sachnik

    Muszę zacząć obchodzić juwenalia, bo widzę, że tracę sposobność poznania kreatywnych chłopców. W moim przypadku jakoś tak do rozmiarów zaczepki się ograniczają.

    • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

      Aga, czyżbyś chciała powiedzieć, że wcześniej nigdy nie obchodziłaś?

      • http://www.facebook.com/agnieszka.wachnik.5 Saga Sachnik

        Właśnie to miałam na myśli, Grzeczny Chłopcze. Wczoraj nawet byłam pierwszy raz na korowodzie.

        • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

          Oj, to przykro mi bardzo, po pochód to chyba jeden z niewielu sensownych powodów dla których warto studiować :)

  • Venegoor

    hahah nie uwierzysz, poznaliśmy z kumplem dziewczynę z katowic i rozmawialiśmy z nią o tekstach na podryw i testowaliśmy je potem. cóż za zbieg okoliczności. drugi to taki że prąc wśród morza butelek na MS widziałem jak żywo się oddawałeś dyskusji z jakąś niewiastą :)

    • http://stayfly.pl/ Grzeczny Chłopiec

      Nie no, nie wierzę. Ja tu się tak staram maskować, a Wy i tak wiecie, że ja to ja.

      Pochodzę wczoraj do dwóch dziewczyn spytać, czy nie grają w scrabble, a one pytają, czy przypadkiem nie piszę Stay Fly, bo pewnie zaraz każę im zrobić jaskółkę. Jak żyć, jak żyć? :)

      • http://www.facebook.com/naibap.anna Anna Pabian

        Kiedy spytałeś o ścieżkę rowerową też Cię rozpoznałyśmy. Niedługo trzeba będzie ściągnąć bandaż i stać się celebrytą ;p

      • Aleksandra

        Nie martw się, ja nie wiem! Nadal jesteś trochę tajemniczym gościem! :D

      • http://www.facebook.com/ola.kuszynska.3 Ola Kuszyńska

        Ja nie wiem który to Ty :(

  • Aleksandra

    „Przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho” <3

Zatruci „Mocarzem” powinni się leczyć na własny koszt

Skip to entry content

Od kilku dni w mediach głośną karierę robi nowy dopalacz – czyli niezdelegalizowany przez państwo syntetyczny odpowiednik narkotyku – „Mocarz”. Jak podają lekarze jest 800 (słownie: OSIEMSET) razy mocniejszy niż marihuana i robi z mózgu szambo. Ogromne spustoszenie sieje w okolicach Śląska, gdzie od czwartku po jego zażyciu do szpitali trafiło ponad 200 osób. W stanie bardzo, ale to bardzo nieciekawym, cytując doktora Czarosława Kijonkę z rozmowy z Gazeta.pl:

Od zeszłego czwartku mieliśmy u nad dziewięć osób po dopalaczach. Wszystkie bardzo pobudzone psychoruchowo. Trudno było z nimi nawiązać logiczny kontakt. Oni tkwili we własnym świecie. Mówili takie rzeczy, że dosłownie byłem przerażony. Że są w jakimś filmie. Krzyczą, że fruwają, że bardzo chcą fruwać. Jeden z nich krzyczał, że zaraz będzie wyskakiwał z okna w samolocie.

Współczuję wszystkim, którzy to wzięli, bo z pewnością nie mieli pojęcia na co się piszą, ani jak to zdewastuje ich układ nerwowy. Opinia społeczna, jednak nie ma tyle empatii:

Smutne, że teraz musimy za leczenie tych palantów płacić. Chcieli się odurzyć to niech się odtruwają pod drzewem, albo mamusia niech gotuje rosołek. Tak, tylko łóżka w szpitalach zajmują. Młodzież poszukująca zabawy… niedobrze się robi.

autor: nc221

Te ćpuny powinny płacić za pomoc lekarską.

autor: dejtrejder

Mam nadzieję, że koszty hospitalizacji w caości pokryją ci narkomani…

autor: cler27

Zasadniczo duża część społeczeństwa uważa, że osoby zatrute „Mocarzem” nie powinny być leczone z państwowych pieniędzy, bo nabawiły się problemów ze zdrowiem przez własną głupotę. Coś w stylu „nawarzyłeś piwa, to teraz je wypij” i takie tam uderzanie w tony odpowiedzialności za swoje czyny. Ja z kolei uważam, że konsumenci dopalaczy powinni być leczeni na takich samych zasadach jak wszyscy inni chorzy i do osób, które się z tym nie zgadzają mam kilka prostych pytań.

Czy osoby, które dostały zawału serca, a paliły papierosy powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które są trwale sparaliżowane, bo skakały do wody na główkę bez sprawdzenia, czy pod powierzchnią wody nie ma wózka z Tesco powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze stawami, a uprawiały wyczynowo sport powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają marskość wątroby, a piły alkohol powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają problemy ze wzrokiem, a w wolnych chwilach siedzą przed komputerem powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które mają nadciśnienie i miażdżycę, a są otyłe nie z powodów genetycznych powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, które doznały poparzenia 3-go stopnia w wyniku nadmiernego opalania się powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Czy osoby, którym urwało palce, bo odpalały fajerwerki bez użycia wyobraźni powinny być leczone z własnych pieniędzy?

I wreszcie, czy osoby, które nie nosiły czapki w zimie i dostały zapalenia zatok powinny być leczone z własnych pieniędzy?

Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to za pomocą tych pytań próbowałem Ci uzmysłowić, że duża część, jeśli nie połowa, urazów i chorób bierze się z ludzkiej głupoty. Nie twierdzę, że zażywanie substancji niewiadomego pochodzenia jest mądre. Nie jest w żadnym wypadku. Tyle, że ani ja, ani Ty nie jesteśmy święci i każdemu zdarzyło się choć raz w życiu zrobić głupotę. Więc jeśli mamy karać głupie zachowania powodujące szkody w naszym organizmie, to karzmy wszystkie po równo i wyrzućmy z publicznych poradni rehabilitacyjnych osoby, które od siedzenia przy biurku mają pokrzywione kręgosłupy.

I nawet jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to muszę Cię zmartwić. Te osoby, tak samo jak zatruci „Mocarzem”, są leczone z własnych pieniędzy. No, chyba, że udowodnisz im, że nie płaciły podatków.

autorem zdjęcia jest MattysFlicks
---> SKOMENTUJ

Jesteśmy Polakami. Mówmy po polsku

Skip to entry content

Język polski jest trudnym językiem. Jasne. Wszystko odmienia się przez wszystko, ma niewymawialne zbitki głoskowe i jeszcze ta straszna ortografia. Dokładając do tego dyskusyjne kwestie interpunkcji, jakoś jestem w stanie zrozumieć czemu nasz język nie jest najpopularniejszym językiem świata. Tyle, że właśnie – to nasz język. Może być trudny dla obcokrajowców, ale nie dla nas. Nie dla rdzennych mieszkańców Polski posługującym się nim od pokoleń. Nie dla osób, które dojrzewały w czerpiącej z niego kulturze.

Niby oczywista oczywistość, ale od jakiegoś czasu branża reklamowo-interaktywna (a za nią popkultura) stara mi się wmówić, że jest inaczej. Że…

 

Angielski jest lepszy?

Że jest bardziej pro, bardziej biznesowy, bardziej naturalny.

Że lepiej focusować się na targecie, niż skupiać na grupie docelowej. Że teraz wszyscy followują brandy w social media, a nikt nie śledzi marek w portalach społecznościowych. Że lepiej zrobić slow down i przekroczyć deadline, niż wrzucić na luz i nie dotrzymać terminu. Że po zaliczeniu faila można rzucić joke’a i następny task będzie już easy cake’iem. Bo w przypadku porażki, następne zadanie na pewno nie byłoby bułką z masłem gdybyś zażartował. Po polsku.

Po angielsku wszystko jest lepsze.

Od podstawówki nie spotkałem nikogo, kto nosiłby czapkę z daszkiem na zapinkę. Takie nakrycie głowy to siara po całości. Co innego lanserski snapback. Analogicznie – lepiej, żeby dziewczyna zrobił Ci blow joba na dancefloorze, niż loda na parkiecie. Znaczenie tego drugiego mogłaby jeszcze zrozumieć Twoja mama i powiedzieć, że takie rzeczy nie przystoją na pierwszej randce. Spierdolenie projektu w pracy również nie spotkałoby się ze społeczną akceptacją, jednak jakiś weekendowy fuck-up jest już do przyjęcia.

 

Przyganiał bloger brand managerowi

Nie jestem bez winy. Nie jestem pierwszym i ostatnim prawdziwym purystą językowym w lśniących sandałach, rzucającym słownikami poprawnej polszczyzny we wszystkich zdrajców ojczystej mowy, wplatających makaronizmy w każde zdanie. Nie.

Również ulegam pandemii anglojęzycznych zwrotów. Najlepszym przykładem tego jest nazwa bloga. Zresztą nieraz zdarzy mi się powiedzieć, że ktoś coś wrzucił na facebookowego walla, mimo, że to słowo ma odpowiednik w języku polskim. Równie często mówię komuś, że zrobił to like a boss, bo jestem tak osaczony tym trendem, że trudno od niego uciec. Ale staram się to kontrolować. Staram się utrzymywać zdrowe proporcje, bo przecież…

 

Polski język ma tyle pięknych słów

Rozumiem, że są momenty kiedy trzeba użyć kalki z angielskiego, bo nie ma odpowiednika w polskim albo ma to jakiś konkretny cel. Ale w większości przypadków jest to niepotrzebne!

Te wszystkie trudności związane z językiem polskim, które wymieniłem we wstępie powodują, że jest on jeden jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Każde słowo ma dziesiątki synonimów, każde zdanie można parafrazować na tak mnogą ilość sposobów, że serduszko mi pęka gdy ktoś te kwieciste, pełne zawijasów kombinacje zamienia na prostacki angielski. Już pomijam sprawy damsko-męskie i dewastowanie wyrażania zainteresowania, o którym mówiłem przy okazji hashtagów, ale w którym języku znajdziesz tyle przekleństw?

Chcesz zamienić te tysiące wariacji na temat kontaktów płciowych na jedno puste fuck?

 

Czyżbyś wstydził się własnego języka?

Wstydzę się za Polaków na emigracji, wstydzę się za europosłów, wstydzę się za chytra babę z Radomia. Na piłce nożnej się nie znam, ale koledzy mi mówią, że też powinienem się wstydzić. Nie jestem szczególnym patriotą, ale jeśli chodzi o nasz język to autentycznie go kocham. Mimo, że popełniam szereg błędów każdego rodzaju, to jestem nim zafascynowany. Uważam, że jest piękny i jestem dumny, że mogę się nim posługiwać na co dzień.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gingerpig2000
---> SKOMENTUJ

Foodpanda.pl – zamawianie jedzenia w wersji 2.0

Skip to entry content

Pamiętam czasy, gdy żeby zamówić jedzenie do domu trzeba, było przetrzepać wszystkie ulotki leżące na klatce i liczyć na farta, że akurat znajdzie się tę z pizzeri. Potem wszedł internet ze stałymi łączami i nie trzeba było już przeglądać syfu włożonego w skrzynki, tylko wpisać w Google „pizza na telefon twoje_miasto”. I liczyć na farta, że pizzerie w Twojej okolicy mają stronę internetową. Najczęściej nie miały, a jeśli już to jakąś maszkarę z niedającym się pobrać menu w PDFie (pozdrawiam serdecznie polskich mikro przedsiębiorców).

Zamawianie jedzenia przez telefon było (i bywa nadal) uciążliwe, bo chcąc zamówić coś poza pizzą trzeba było się trochę nadzwonić, żeby znaleźć chińczyka dowożącego akurat pod mój adres. A o innej formie płatności, niż gotówka rzecz jasna, można było tylko pomarzyć.

„Potrzeba matką wynalazków” – frazes, frazes, frazes, ale mimo wszystko prawdziwy i co najważniejsze, mający odzwierciedlenie w naturze. Była potrzeba ułatwienia zamawiania szamy na dowóz i powstało rozwiązanie – serwisy internetowe upraszczające ten proces i redukujące zaangażowanie użytkownika do minimum. Jednym z nich jest Foodpanda.pl. Czy najlepszym? To się okaże, ale już daję im plusika za brand hero w postaci pandy (bo ile można patrzeć na takich samych pseudo supermanów we wszystkich reklamach?).

 

Czym dokładnie jest Foodpanda?

To serwis pozwalający zamawiać jedzenie przez internet. I mówiąc jedzenie, nie mam na myśli pizzy, pizzy i tylko pizzy, ale też inne dania kryjące się po tym hasłem (zupy, klopsiki, de volaille, sałatki, makarony, czy pierogi z gruszkami i serem pleśniowym).

Serwis jest ładny, czytelny i przyjazny dla użytkownika (dla użytkowniczki zresztą też), a korzystanie z niego nie sprawia trudności nawet ludziom nie czytającym blogów. Wybór knajp jest bardzo intuicyjny. Na samym starcie podajemy naszą lokalizację, po czym pojawia się lista restauracji dostarczających jedzenie do miejsca, w którym się znajdujemy (nie ma dzwonienia, googlowani i szukania, wszystko jest na talerzu). Od razu mamy podany czas oczekiwania, minimalną  kwotę zamówienia i koszt dostawy (jeśli taki w ogóle istnieje).

Później pojawia się menu danej restauracji. Wybieramy co tam chcemy, cały czas po prawej mając aktualny stan zamówienia. Po kliknięciu „zamawiam” wyskakują dane kontaktowe z wyborem adresu, na który jedzenie ma być dostarczone i wybór sposobu płatności. Nie jest to jakaś ultra nowość, ale dla mnie to super sprawa, że można zapłacić i przelewem i przez PayPala, bo wielokrotnie byłem w sytuacji, kiedy zadzwoniłem do chińczyka po szamę, po czym olśniło mnie, że mój portfel jest pusty jak szkoły w lipcu.

Po dokonaniu płatności wychodzi ekran potwierdzający zamówienie i przychodzi sms z dokładnym czasem oczekiwania. Jeśli wiecie co chcecie zjeść, to całość nie zajmuje więcej, niż minutę.

Żeby wznieść zamawianie jedzenia na jeszcze wyższy poziom…

 

Jest też aplikacja

Możecie ją ściągnąć stąd i zasadniczo nie powiem Wam więcej na jej temat, niż możecie dowiedzieć się z powyższego filmiku, ale…

 

Powiem Wam jak to wszystko działa w praktyce

Za miesiąc. W ramach współpracy z Foodpandą przez 30 dni będę testował ich serwis szukając plusów dodatnich i plusów ujemnych (cytując najpopularniejszego polskiego elektryka), a na końcu podzielę się z Wami wrażeniami. Będę sprawdzał czy zamawianie szamy przez internet faktycznie jest takie łouł, żeby się tym podniecać, sikać w majtki i nie robić tego przez telefon (lub gołębiem pocztowym). Zrobię rozeznanie jakie są najczęstsze zgrzyty na linii człowiek-serwis_pośredniczący-restauracja i czy w ogóle ktoś realizuje te zamówienia, czy pieniądze lecą w kosmos i zahaczają o Kometę Halleya.

---> SKOMENTUJ

Barcelona część III – Picie, jedzenie i rozkminy o Hiszpanach

Skip to entry content

Wróciłem do Polski już w zeszłą sobotę, ale pochłonęło mnie „Ognisko Kwietniowe” i chodzenie po lekarzach, z obawą, czy przypadkiem nie mam różyczki. Bo musicie wiedzieć, że w Krakowie od miesiąca szaleje epidemia i wielu moich kumpli (dorosłych gości jakby nie patrzeć) jest wykropkowana. A ja właśnie z Hiszpanii przywiozłem kropki. Na szczęście okazało się, że to tylko uczulenie (aczkolwiek dalej nie wiem na co). Tak czy inaczej, z powodu owych 2374 spraw na głowie, ostatnia część relacji z Barcelony musiała poczekać. Do dzisiaj.

A dziś niezwykle istotne sprawy, rzekłbym nawet, że najwyższej wagi, bo pokażę Wam…

 

Co jedliśmy?

Wiecie, że próbowaliśmy tradycyjnego hiszpańskiego dania, czyli paelli, która była klawa jak „Kacze opowieści” na TVP1. Ale nie samym ryżem z małżami człowiek żyje. Kosztowaliśmy też innej, typowej dla tego kraju przekąski.

To co widzicie powyżej, to hiszpańska tortilla. Jest to omlet z ziemniakami (tak, z zie-mnia-ka-mi, też się zdziwiłem) i nie przypomina ani trochę tej znanej przez nas. Nie wpadliśmy w ekstazę po zjedzeniu, ale była całkiem smaczna i chętnie spałaszuję ją ponownie, gdy będę miał okazję.

A to jakiś lokalny owoc, którego nazwy niestety nie udało nam się ustalić do dnia dzisiejszego (wiesz co to? – śmiało, pochwal się w komentarzach!). I de facto nie wiem, czy od tego tak mnie nie wysypało na rękach. Smak kwaśno-gorzki, nic specjalnego.

Próbowaliśmy też tapasów, czyli ichniejszych przekąsek/przystawek/zagryzek. Bardzo mi się podoba, że w Hiszpanii jest nawyk przekąszania czegoś dobrego podczas spotykania się/picia/robienia czegokolwiek w grupie w pozycji siedzącej. Ubolewam, że u nas po prostu się pije.

Na pierwszych dwóch zdjęciach widzicie ziemniaczki z serem i ziemniaczki z boczkiem (oni tam jedzą baaardzo dużo ziemniaków), a na trzecim kalmary po sycylijsku. Smakowały, oj smakowały. Muszę spróbować zrobić je w domu.

Wiecie już co jedliśmy, więc czas na kwestie związane z odpowiednim nawodnieniem, czyli…

 

Co piliśmy?

Na zdjęciu powyżej (obok kalmarów), pojawia się największa piękność wyjazdu magnetyzująca rozleniwione otoczenie – Pani Sangria. Jest lekka, orzeźwiająca i wybornie słodka, przez co wchodzi jak złoto (choć nigdy nie piłem złota). Gdyby w polskich barach można było dostać równie dobrą, to przestałbym pić piwo.

Obalone na Placa de Catalunya

W Hiszpanii, tak jak we Francji, są śmiesznie tanie wina. To co widzicie powyżej to winko za 2euro, które doznaniowo jest na poziomie win dostępnych w Polsce za 30zł.

Obalone na placu przy naszym mieszkaniu

To z kolei Lambrusco (różowe wino musujące) za 1,50euro. Darato może przy nim zapaść się pod ziemię na trzecim poziomie snu we śnie.

Obalone w pokoju

A tu już najniższa półka cenowa do której zeszliśmy – 1 eurasek. Nie dopiliśmy całego. To trunek raczej nie do delektowania się, lecz spokojnego odurzenia. Mimo, że nie zachwyca, to wciąż nie gorszy, niż Fresco za dychę.

Nie spodziewałbym się, ale Hiszpanie piją wyjątkowo dużo piwa. Byłem przekonany, że oni tylko wino, wino i wino, a tu nic z tych rzeczy. Próbowaliśmy jakiegoś lokalnego (serwetka z nazwą została zaszyfrowana przez deszcz) i całkiem przyzwoite – lekkie i raczej bez silnej goryczy.

Nie często, ale zdarzały się momenty, kiedy piliśmy napoje bezalkoholowe. To właśnie jeden z nich – sok z tamaryndy (jeśli źle odmieniłem, to proszę mnie poprawić). Jak zobaczyłem opakowanie, to byłem przekonany, że to jakiś wyciąg z robaków, ale robaki nie mogą być tak słodkie. A ten napój był niesamowicie słodki. I co też nietypowe – miał trubo mocną puszkę. Próbowałem zgnieść, zdeptać, wrzucić pod pędzący czołg – nic, lekko się wgięła tylko.

Takie to dziwne rzeczy w tej Barcelonie, bo w ogóle to…

 

Ci Hiszpanie to inni jacyś

Osobnicy zamieszkujący teren między Portugalią, a Francją, żyją na dużo-do-sześcianu większym luzie, niż Polacy. Nie miałem w Barcelonie barometru, ale podejrzewam, że wskazywałby zero, bo Hiszpanie żyją totalnie bez ciśnienia. Im się nigdzie nie śpieszy, niezależnie czy wracają z zakupów, czy są w pracy. W drugorzędnym fast-foodzie na frytki czekasz 15 minut, mimo, że 3/4 lokalu jest puste i obsługa się nudzi.

Barman/kelner/sprzedawca zanim Cię obsłuży musi przybić piątkę z kumplami i pouśmiechać się do lasek na sali (niezależnie, czy go w ogóle zauważają). A o 16:00, oczywiście, żeby nie zwariować od nawału pracy, siesta. Do 20:00. Trochę im zazdroszczę podejścia do życia, ale z drugiej strony przy takim nastawieniu do biznesu, wcale się nie dziwię, że mają kryzys.

Pomijając egzystencję w wiecznym trybie co-masz-zrobić-dzisiaj-zrób-jutro,  zszokował mnie ich…

 

Stosunek do czerwonego światła

Wydawało mi się, że na całym świecie ten symbol oznacza to samo – NIE PRZECHODŹ, BO COŚ MOŻE CI POŁAMAĆ ŻEBRA I URWAĆ ŁEB. Byłem w większym błędzie, niż ludzkość sądząc, że ziemia jest płaska. W Hiszpanii czerwone światło, to tylko delikatna sugestia, mówiąca o tym, że jeśli masz ochotę, ale taką naprawdę silną, to możesz na momencik stanąć. W każdym innym przypadku nie zatrzymuj się, tylko idź prosto przed siebie, w końcu to miasto, kraj i planeta jest Twoje i nikt nie będzie Ci mówił co masz robić.

W tych trzech zdaniach, chciałem Wam powiedzieć, że nie widziałem ani jednego Hiszpana, który respektowałby czerwone światło i przez całą długość jego trwania, stałby w miejscu czekając, aż zapali się zielone. Oni to mają, zupełnie, kompletnie i całościowo w odbycie. Jedzie, nie jedzie – idę. Z prawej wyjeżdża TIR, betoniarka, autobus szkolny i karetka na sygnale? Co z tego! Idę! Nie wiem czy to dlatego, że palą tyle marihuany (w żadnym holenderskim coffee shopie nie czuć tyle palonej gandży, co na barcelońskich ulicach), czy po prostu ten naród ma tendencje samobójcze.

Z jakich powodów by nagminnie nie łamali przepisów ruchu drogowego, to podobało mi się tam i z pewnością wrócę do Barcelony (po jeszcze ruszające się krewetki). Ale najszybciej w przyszłym roku. Za to natchniony sukcesem niepomylenia samolotów, lotnisk i adresów zamieszkania, zacząłem już się zastanawiać jaki będzie…

 

Kolejny kraj do poznania?

Chyba Malta. Jeszcze nie byłem w państwie, które ma mniejszą powierzchnię, niż miasto, w którym mieszkam. To może być ciekawe.

---> SKOMENTUJ