Close
Close

Barcelona część III – Sangria, tortilla i rozkminy o Hiszpanach

Skip to entry content

Wróciłem do Polski już w zeszłą sobotę, ale pochłonęło mnie „Ognisko Kwietniowe” i chodzenie po lekarzach, z obawą, czy przypadkiem nie mam różyczki. Bo musicie wiedzieć, że w Krakowie od miesiąca szaleje epidemia i wielu moich kumpli (dorosłych gości jakby nie patrzeć) jest wykropkowana. A ja właśnie z Hiszpanii przywiozłem kropki. Na szczęście okazało się, że to tylko uczulenie (aczkolwiek dalej nie wiem na co). Tak czy inaczej, z powodu owych 2374 spraw na głowie, ostatnia część relacji z Barcelony musiała poczekać. Do dzisiaj.

A dziś niezwykle istotne sprawy, rzekłbym nawet, że najwyższej wagi, bo pokażę Wam…

 

Co jedliśmy?

Wiecie, że próbowaliśmy tradycyjnego hiszpańskiego dania, czyli paelli, która była klawa jak „Kacze opowieści” na TVP1. Ale nie samym ryżem z małżami człowiek żyje. Kosztowaliśmy też innej, typowej dla tego kraju przekąski.

To co widzicie powyżej, to hiszpańska tortilla. Jest to omlet z ziemniakami (tak, z zie-mnia-ka-mi, też się zdziwiłem) i nie przypomina ani trochę tej znanej przez nas. Nie wpadliśmy w ekstazę po zjedzeniu, ale była całkiem smaczna i chętnie spałaszuję ją ponownie, gdy będę miał okazję.

A to jakiś lokalny owoc, którego nazwy niestety nie udało nam się ustalić do dnia dzisiejszego (wiesz co to? – śmiało, pochwal się w komentarzach!). I de facto nie wiem, czy od tego tak mnie nie wysypało na rękach. Smak kwaśno-gorzki, nic specjalnego.

Próbowaliśmy też tapasów, czyli ichniejszych przekąsek/przystawek/zagryzek. Bardzo mi się podoba, że w Hiszpanii jest nawyk przekąszania czegoś dobrego podczas spotykania się/picia/robienia czegokolwiek w grupie w pozycji siedzącej. Ubolewam, że u nas po prostu się pije.

Na pierwszych dwóch zdjęciach widzicie ziemniaczki z serem i ziemniaczki z boczkiem (oni tam jedzą baaardzo dużo ziemniaków), a na trzecim kalmary po sycylijsku. Smakowały, oj smakowały. Muszę spróbować zrobić je w domu.

Wiecie już co jedliśmy, więc czas na kwestie związane z odpowiednim nawodnieniem, czyli…

 

Co piliśmy?

Na zdjęciu powyżej (obok kalmarów), pojawia się największa piękność wyjazdu magnetyzująca rozleniwione otoczenie – Pani Sangria. Jest lekka, orzeźwiająca i wybornie słodka, przez co wchodzi jak złoto (choć nigdy nie piłem złota). Gdyby w polskich barach można było dostać równie dobrą, to przestałbym pić piwo.

Obalone na Placa de Catalunya

W Hiszpanii, tak jak we Francji, są śmiesznie tanie wina. To co widzicie powyżej to winko za 2euro, które doznaniowo jest na poziomie win dostępnych w Polsce za 30zł.

Obalone na placu przy naszym mieszkaniu

To z kolei Lambrusco (różowe wino musujące) za 1,50euro. Darato może przy nim zapaść się pod ziemię na trzecim poziomie snu we śnie.

Obalone w pokoju

A tu już najniższa półka cenowa do której zeszliśmy – 1 eurasek. Nie dopiliśmy całego. To trunek raczej nie do delektowania się, lecz spokojnego odurzenia. Mimo, że nie zachwyca, to wciąż nie gorszy, niż Fresco za dychę.

Nie spodziewałbym się, ale Hiszpanie piją wyjątkowo dużo piwa. Byłem przekonany, że oni tylko wino, wino i wino, a tu nic z tych rzeczy. Próbowaliśmy jakiegoś lokalnego (serwetka z nazwą została zaszyfrowana przez deszcz) i całkiem przyzwoite – lekkie i raczej bez silnej goryczy.

Nie często, ale zdarzały się momenty, kiedy piliśmy napoje bezalkoholowe. To właśnie jeden z nich – sok z tamaryndy (jeśli źle odmieniłem, to proszę mnie poprawić). Jak zobaczyłem opakowanie, to byłem przekonany, że to jakiś wyciąg z robaków, ale robaki nie mogą być tak słodkie. A ten napój był niesamowicie słodki. I co też nietypowe – miał trubo mocną puszkę. Próbowałem zgnieść, zdeptać, wrzucić pod pędzący czołg – nic, lekko się wgięła tylko.

Takie to dziwne rzeczy w tej Barcelonie, bo w ogóle to…

 

Ci Hiszpanie to inni jacyś

Osobnicy zamieszkujący teren między Portugalią, a Francją, żyją na dużo-do-sześcianu większym luzie, niż Polacy. Nie miałem w Barcelonie barometru, ale podejrzewam, że wskazywałby zero, bo Hiszpanie żyją totalnie bez ciśnienia. Im się nigdzie nie śpieszy, niezależnie czy wracają z zakupów, czy są w pracy. W drugorzędnym fast-foodzie na frytki czekasz 15 minut, mimo, że 3/4 lokalu jest puste i obsługa się nudzi.

Barman/kelner/sprzedawca zanim Cię obsłuży musi przybić piątkę z kumplami i pouśmiechać się do lasek na sali (niezależnie, czy go w ogóle zauważają). A o 16:00, oczywiście, żeby nie zwariować od nawału pracy, siesta. Do 20:00. Trochę im zazdroszczę podejścia do życia, ale z drugiej strony przy takim nastawieniu do biznesu, wcale się nie dziwię, że mają kryzys.

Pomijając egzystencję w wiecznym trybie co-masz-zrobić-dzisiaj-zrób-jutro,  zszokował mnie ich…

 

Stosunek do czerwonego światła

Wydawało mi się, że na całym świecie ten symbol oznacza to samo – NIE PRZECHODŹ, BO COŚ MOŻE CI POŁAMAĆ ŻEBRA I URWAĆ ŁEB. Byłem w większym błędzie, niż ludzkość sądząc, że ziemia jest płaska. W Hiszpanii czerwone światło, to tylko delikatna sugestia, mówiąca o tym, że jeśli masz ochotę, ale taką naprawdę silną, to możesz na momencik stanąć. W każdym innym przypadku nie zatrzymuj się, tylko idź prosto przed siebie, w końcu to miasto, kraj i planeta jest Twoje i nikt nie będzie Ci mówił co masz robić.

W tych trzech zdaniach, chciałem Wam powiedzieć, że nie widziałem ani jednego Hiszpana, który respektowałby czerwone światło i przez całą długość jego trwania, stałby w miejscu czekając, aż zapali się zielone. Oni to mają, zupełnie, kompletnie i całościowo w odbycie. Jedzie, nie jedzie – idę. Z prawej wyjeżdża TIR, betoniarka, autobus szkolny i karetka na sygnale? Co z tego! Idę! Nie wiem czy to dlatego, że palą tyle marihuany (w żadnym holenderskim coffee shopie nie czuć tyle palonej gandży, co na barcelońskich ulicach), czy po prostu ten naród ma tendencje samobójcze.

Z jakich powodów by nagminnie nie łamali przepisów ruchu drogowego, to podobało mi się tam i z pewnością wrócę do Barcelony (po jeszcze ruszające się krewetki). Ale najszybciej w przyszłym roku. Za to natchniony sukcesem niepomylenia samolotów, lotnisk i adresów zamieszkania, zacząłem już się zastanawiać jaki będzie…

 

Kolejny kraj do poznania?

Chyba Malta. Jeszcze nie byłem w państwie, które ma mniejszą powierzchnię, niż miasto, w którym mieszkam. To może być ciekawe.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Żarcie i alkohol na Korfu()

  • Pingback: Praga część I - Ściana Johna Lennona, pływanie po Wełtawie i absynt()

  • la dolce vita

    Witam, wybieramy się ze znajomymi niebawem do Barcelony i zastanawia mnie temat spożywania alkoholu w miejscu publicznym, jakie jest tam podejście do tych spraw? Czy jak spokojnie, kulturalnie sobie będę chciał pić piwko na ławce to zapłacę mandat?

  • rafał d

    aporpos czerwonego – byłem kiedyś w Krakowie. Po przejsciu na czerwonym zostałem obtrąbiony. -jakieś 5-7 sekund po przejściu, przez samochód który musiał ostro przypieszyć, żeby przejechać te 5-7sec za mną. Po prostu -żebym wiedział.
    Co kraj to obyczaj.

  • Ullalala

    Po pobycie w Turcji gdzie światła nie mają żadnego znaczenia, to ja sama nie mogę się przyzwyczaić do nieprzechodzenia na czerwonym (a byłam tam 2 lata temu). Tylko raczej jak nic nie jedzie – i tak się czuję jak mały buntownik jak te wszystkie ciapy stoją. W każdym razie w Hiszpanii mnie nic nie zdziwiło.
    Ale co do tempa to ci z północy mogli by się za takie generalizowanie obrazić. Jak tylko mi zamówił ojciec dzieciaków, którymi się opiekowałam – z Galicji, kanapkę w jakimś andaluzyjskim barze i chwilę musiałam czekać, zaczął się tłumaczyć (i serio, jakby to mu było głupio, że czekam) że to dlatego, że jesteśmy na południu i tu wszystko jest takie powolne. Z tym że kryzys mają wszędzie, i też na każdym kroku widać jak nie robią co mogliby robić, żeby to naprawić, ale to już inny temat.

  • olgacecylia

    Z tym czerwonym światłem to ja zawsze się czuję jak straszny frajer. Bo na Zachodzie z reguły przepisy są mniej restrykcyjne niż u nas – np. w Niemczech czy w Holandii możesz przejść na czerwonym, ale na własną odpowiedzialność. To samo jest we Włoszech. W dodatku często przejścia dla pieszych nie mają sygnalizacji w ogóle, więc piesi czekają, aż zbierze się większa masa, która może bez przeszkód po prostu wtargnąć na jezdnię.

    A ja czekam grzecznie, bo tak się przyzwyczaiłam. I czuję się jak frajer :-P

  • Ci Hiszpanie są jacyś dziwni.

  • załatwiłbyś jakieś przecieki maturalne a nie po świecie się wozisz… :P

  • Dżejms Delfin

    Muszę Ci oddać duży szacun, bo jakkolwiek w mojej rodzinie nie cierpimy PASTUCHÓW (moja A. pracuje z nimi od wielu lat, stąd mamy do czynienia z rasizmem z głębokiego przekonania i autopsji), a już zwłaszcza Katalończyków (skąpi, złośliwi, mendowaci- NAPRAWDĘ!), Barcelony też nie lubimy, to… fajnie się czytało. Dobrze było zmienić perspektywę na tak pozytywną. Aż zastanawiam się, czy nie warto by było dać miastu jeszcze jednej szansy…

  • Ten owoc, to chyba nispero, które smakuje trochę jak kwaskowata morela :-) A co do podróży, to Dubrownik! To jest moje miejsce na ziemi :-) Fajny opis, dzięki :-)

    • Ooo Asia, dobrze, że jesteś! Zgooglowałem sobie i ewidentnie jest to nispero, dzięki :*

  • Anja

    oj Stay! jak Ty trafiasz w me ‚ podróżowe gusta ‚. Zazdroszcze w dalszym ciągu Barcelony! A gazpacho nie probowaliscie ?;> Strasznie sie nie moglam za pierwszym razem przekonać,a potem nie umiałam długo bez tego żyć – szczególnie w upały.

    Co do Malty, to właśnie wczoraj z przyjaciółką wspominałyśmy ‚stare czasy’ i Malta była najlepszym co nam sie przytrafiło. Także – leć śmiało! :) Właśnie planując tego roczne wakacje zastanawiamy się czy tam nie wrócić. Gwarantuje Ci,że się zakochasz. Żaden kraj, w którym byłam nie ma tyle uroku co ta wysepka! <3

    • Gazpacho ani nie próbowałem, ani o nim nie słyszałem wcześniej. Rozumiem, że to ta czerwona zupa, tak?

      • Anja

        Si!

        W upalne popołudnia to mus dla Hiszpanów. Przynajmniej tych na południu :)

  • Marek

    Sok z tamaryndowca :P

  • Następnym razem jadę z Tobą/Wami ! :)

  • Francuzi i Wlosi tez maja gdzies czerwone swiatlo.Co tam mnie nie przeraza,bo kierowcy to ogarniana.U nas kierowcy za to maja gdzies zielone swiatlo dla pieszysz:/

  • Barcelona Barceloną. Ale Kacze Opowieści mnie urzekły. Oldchool <3

  • Venegoor

    fajne story. Smaki to najlepsza rzecz którą można przywieźć z podróży. Co do win to też się zgadzam, gdyby u nas w knajpach wprowadzono więcej win na „studenckim” poziomie cenowym to też bym przestał pić piwo. Zresztą z kumplem rozkręcamy niedługo interes winiarski, będziemy sprowadzać dobre wino z Francji, żeby wprowadzać w młodych Polakach nawyk picia dobrego wina:) Nie mówię oczywiście o smakach dla sommelierów. Mówię o dobrym pospolitym winku które jest dobre do wszystkiego. Jak już zaczniemy dogrywać szczegóły, mam nadzieję że znajdziemy w Tobie klienta :)

    • Inicjatywa godna pochwały jak najbardziej, trzymam kciuki za realizację!

      A chcecie być dystrybutorem dla lokali z gastronomią, sprzedawać przez sieć, czy jeszcze coś innego?

      • Venegoor

        Na początek planujemy małą drystrybucję wśród znajomych i znajomych znajomych żeby zobaczyć czy produkt smakuje. Celem będzie sklep online, bo bedziemy mieć też szampany z segmentu premium. A jak nabędziemy kontaktów to jasne że gastronomia.

    • olgacecylia

      Sprowadzajcie CYDR! Bo dobrego w Polsce nie ma, a we Francji nawet ten firmy Carrefour jest pyszny.

      • Piliśmy właśnie ten jabłkowy z Carrefoura,- 1,23zł za butelkę. Nie było rewelacji, ale dało się wypić, bez krzywienia twarzy :)

        • kwestia.wordpress.com

          Ja mam zawsze problem z winami, rzadko mi smakują, a jak już jakieś mi się spodoba to cena z kosmosu( przynajmniej jak na moją kieszeń). Dlatego z takimi tanimi nigdy nie eksperymentuję bo od początku jestem już negatywnie nastawiony ;).
          A notka ciekawa, Hiszpania znajduję się na mojej liście „kraje, które muszę zwiedzić” w czołówce i liczę na to, że uda mi się to w te wakacje, jak będę miał urlop.

        • olgacecylia

          Coś podejrzanie tani, ja w Paryżu kupowałam cydr w Carrefourze za 0,89 EUR za butelkę. W czteropaku, o ile pamiętam. Był przepyszny, czuć było dębowe beczki :-)

      • Venegoor

        pomyślimy. ja też kocham cydr:) w upał nic nie lepszego niż butelka schłodzonego cydru. Jest jeden dobry u nas, nazywa się Majątek Sławno, ale jest w takiej butelce jak szampan, i kosztuje drogo. Ale wiem że dobry bo mieszkam w tamtych okolicach i produkują go z lokalnych plantacji jabłek. A jabłka tam są przepyszne:)

        • olgacecylia

          A próbowałeś tego cydru? Smakuje jak pryta jabłkowa deluxe. Obrzydliwie daje siarą, a kosztuje potworne pieniądze. Już wolę cydr Lajk (też polski), przynajmniej nie udaje nie wiadomo czego.

  • Aleksandra

    Ten dziwny owoc to na pewno cebula, ale wygląda jakby zawierała kobiecy sutek. Uczulenie na sutki to chyba nic fajnego.

    • Ola przez co Ty mnie czytasz, że zawsze pierwsza trafiasz na wpisy, chwilę po publikacji? Bo muszę przyznać, że jestem po wrażeniem :*

      • Aleksandra

        Jestem psychofanką. A tak serio to mam nerdowską majówkę połączoną z wiosennymi porządkami. Mam więc załadowanych kilka blogów i innych stron, które raz na jakiś czas odświeżam-mam wymówkę żeby zrobić przerwę :D Na razie stąd spadam, bo się zasiedziałam ;)

        • „Jestem psychofanką.” – a to w porządku, głośno na to liczyłem :)

    • Wszystko i Nic

      Wydaje mi się, że ten owoc to kaki ;) mam parę drzewek w ogródku i owocnia wygląda identycznie ;)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Na Hadoukena! trafiłem w 2009 roku. Szukałem w Wikipedii zespołów tworzących podobną muzykę do Crystal Castles i po kliknięciu w „dance punk”, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie ta onomatopeja z wykrzyknikiem. Byli wtedy po wydaniu świetnego długogrającego albumu „Music for an Accelerated Culture” i epki z kozackimi remiksami „M.A.D.”.

Z Crystal Castles łączyło ich tyle, że oboje mieli „a” w nazwie zespołu, ale wciągnąłem się. Ich pierwszy numer jaki usłyszałem, to właśnie wcześniej wspomniany „M.A.D.” w remiksie Phace’a. Oszalałem! Energia w najczystszej postaci. Zresztą sprawdźcie sobie sami, jakiego to ma kopa (z pół obrotu, z wyskoku i znienacka).

To były czasy, gdy furorę robił filmik „Hitler w poszukiwaniu electro”, a puszka pandory z dubstepem została dopiero co otwarta. Nie dało się uciec przed epidemią mody na muzykę elektroniczną. Nawet kujonki nie odróżniające wobbli od robót drogowych kojarzyły „Nympho” Borgore’a. A ja dryfując na tej fali zachłysnąłem się Hadoukenem! i katowałem ich numery codziennie (co nie szczególnie podobało się moim współlokatorkom).

I myślałem sobie, że bardzo, ale to bardzo…

 

Chciałbym pójść na ich koncert

W 2010 grali na Audioriverze w Płocku i chciałem jechać, ale praca, praca, praca. W 2012 byli w Krakowie na Selectorze, ale kasa, kasa, kasa (a w zasadzie jej brak). Teraz (mówiąc teraz mam na myśli 14 maja) znów są w mieście z największą liczbą kościołów przypadających na metr kwadratowy. I tym razem już nie ma wymówek. Tym razem idę, idę, idę!

Hadouken! wystąpi na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie przy Rakowickiej 27, w ramach juwenaliów organizowanych przez tę uczelnię. Będzie gwiazdą pierwszego dnia koncertów, w trakcie którego wystąpi także Kamp! (możecie ich znać z remiksu Brodki, albo z tego, że robią świetną muzykę), więc jaranko jest podwójne. Zanim dźwięki syntezatorów zwiną asfalt z okolicznych dróg, na scenie pojawią się również Muchy oraz Vavamuffin.

Dokładną rozpiskę macie tutaj, wraz z planem drugiego dnia koncertów, w trakcie, którego zagra Ostry i Grubson. Biorąc pod uwagę, jacy zawodnicy pojawią się na scenie 14 maja, bilety są w dość przyzwoitych cenach.

Podejrzewam, że możecie jarać się tym koncertem tak jak ja i już odliczacie godziny do usłyszenia „Mic check” na żywo. W takim wypadku macie trzy drogi, żeby zdobyć bilety (oczywiście, jeśli jeszcze jakimś dziwnym trafem tego nie zrobiliście). Możecie je kupić bezpośrednio tutaj, lub w Klubie Studenckim zaUEK, lub…

 

Wygrać w konkursie

Akcja jest prosta, piłka krótka, a Twoja odpowiedź ma być zakręcona jak dobry rollercoaster.

Pytanie konkursowe: Czemu akurat Ty masz wygrać bilet na koncert Hadoukena!?

Odpowiedzi mogą być irracjonalne, absurdalne i abstrakcyjne, ale te logiczne, rzeczowe, lub po prostu śmieszne, też będą dobre. Ważne, żeby były oryginalne i nieszablonowe. Czekam na nie w komentarzach pod tym tekstem do przyszłej środy (8 maja), do godziny 19:00.

Pojedynczym biletem na koncert Hadoukena! zostaną nagrodzone dwie odpowiedzi. Jedna, która najbardziej spodoba się mnie i druga, która najbardziej spodoba się Wam. Czyli dostanie najwięcej łapek w górę i będzie najwyżej w komentarzach.

No to jedziecie z tematem!

 
 
 

/EDYCJA 09.05.2013 – MAMY WYNIKI/

Okej, konkurs dobiegł końca i mamy wyniki. Nagroda publiczności, czyli komentarz, który miał najwięcej łapek, raczej nie jest zaskoczeniem – pierwszy bilet wygrywa Katarzyna Karyś.

Drugi bilet, czyli nagrodę ode mnie, otrzymuje Venegoor. Za jaranie się Hadoukenem!, za jaranie się Kampem!, za chomika na Wawelu, ale przede wszystkim za wątek romansowo-miłosny. Zajmij się tam odpowiednio dziewczyną, żeby jednak nie emigrowała.

Bilety będą do odebrania od jutra w Klubie Studenckim zaUEK na terenie Kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego (https://www.facebook.com/zauek/info), za okazaniem dowodu.

Gratuluję zwycięzcom i do zobaczenia we wtorek!

---> SKOMENTUJ

Miałem 19 lat. Byłem po maturze. Był koniec czerwca, a studia miały zacząć się dopiero za 3 miesiące. Większość moich znajomych z liceum bujała się po ciepłych krajach za hajs starych. Mniejszość zapijała nudę w parku w centrum miasta. Ja z dwoma kumplami pracowałem dorywczo w Castoramie na nocki, za tak śmieszną stawkę, że żarty Abelarda Gizy są przy niej czerstwe. Oczywiście po to, żeby mieć na to drugie.

Któregoś dnia mama pokazała mi ogłoszenie w „Wyborczej” z działu „praca – inne”. Szukali osób do sprzedawania gazet nad morzem. Z każdego sprzedanego egzemplarza dawali procent. Wychodziło jakieś 50 groszy od sztuki. Coś takiego. Za to zakwaterowanie – polówka w trzyosobowym kempingu – było za darmo. Pojechałem.

Wstawałem o 8:00, żeby o 8:30 odebrać świeże gazety od koordynatora, a o 9:00 być już na plaży i zacząć pracę. Przez 6 godzin chodziłem wzdłuż wybrzeża między parawanami i namawiałem ludzi na „Super Express”, „Politykę” i „Mojego Psa”. Niektórzy kupowali, większość to zlewała, a część po moim pytaniu „może gazetkę?” siliła się na ultra lotny żart „nie dziękuję, nie umiem czytać”. Nie omieszkałem ich poinformować, że „wiem, wiem, widać po twarzy”.

Każdego dnia, gdy szedłem przez deptak widząc jak miasteczko budzi się do życia, gdy witałem się po imieniu ze sprzedawcami na straganach, gdy kupowałem jagodziankę i jogurt u pani Zosi, gdy chodziłem sobie bez koszulki, wchodząc do wody i kładąc się na piasku kiedy miałem na to ochotę, gdy liczyłem napiwki po pracy i jadłem dorsza z frytkami za pół ceny w zaprzyjaźnionej knajpie, gdy wieczorem z innymi gazeciarzami robiłem grilla przed kempingiem albo piłem na plaży do wschodu słońca, za każdym razem myślałem sobie, że życie jest spoko.

 

***

 

Była dziewczyną mojego przyjaciela z piaskownicy. Byliśmy w drugiej klasie podstawówki i właśnie poznaliśmy się na jego urodzinach grając w „Chińczyka” albo „Eurobiznes”. Miała taki uśmiech, że wolałem go nawet od nowego zestawu LEGO. Straaasznie mi się podobała i chyba nawet powiedziałem jej coś w stylu „lubię cię”. Była najładniejszą dziewięciolatką jaką znałem, ale cóż z tego – była dziewczyną mojego przyjaciela.

Przestałem się z nim przyjaźnić gdzieś pod koniec czwartej klasy, ale jej uśmiech miałem w pamięci nieco dłużej. Chodziliśmy do innych szkół, które za specjalnie za sobą nie przepadały, zresztą byłem niewiarygodnie wstydliwy w tamtym okresie, więc szanse na to, że się spotkamy były nie wielkie. I nie spotkaliśmy się. Przez 12 lat. Mimo, że mieszkaliśmy w jednym mieście.

Przez taki szmat czasu zdążyliśmy dorosnąć i zmienić się niemal nie do poznania. Niemal.

Byłem w mieszkaniu u kumpla z grupy, bo robiliśmy reklamę na jakiś konkurs. W Krakowie. 4385 dni później. I wpadliśmy na siebie w przedpokoju, zaczynając rozmowę od hiper filmowego tekstu „czy my się przypadkiem skądś nie znamy?”. Znaliśmy się, choć po tylu latach nie wiem czy to stwierdzenie miało w sobie choć ziarenko prawdy.

Była zjawiskowa. Nie straciła nic ze swojego uroku odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Ba, spotęgował się wielokrotnie, bo nie była już dzieckiem, a wyjątkowo atrakcyjną kobietą.

Z lekkim niedowierzaniem, że to dzieje się naprawdę, zacząłem się z nią spotykać. Uwiedzenie jej było wyzwaniem, to było coś! Musiałem być błyskotliwy, elokwentny, spontaniczny, pewny siebie i wyjątkowy. I to naraz. Musiałem być najlepszą wersją siebie. W pewnym momencie poczułem, że nic z tego nie będzie. Że w najlepszym wypadku zostaniemy przyjaciółmi albo po prostu nie będziemy odwracać głowy mijając się na ulicy. Wtedy właśnie siadła mi na kolanach i zaczęła całować po szyi. Kiedy poczułem jej wilgotne, miękkie usta na swojej spękanej dolnej wardze, pomyślałem, że życie jest spoko. Spoko na maksa.

 

***

 

Były juwenalia. Czwartek – dzień przed pochodem. Poszliśmy z Marcinem na stadion Wisły, bo tego dnia gwiazdą wieczoru miało być Myslovitz. Czekając na 21:00 albo piliśmy piwo wylegując się na trawie, albo podrywaliśmy dziewczyny. Albo jedno i drugie. Od dwóch nawet wzięliśmy numery telefonów, tylko po to by nigdy do nich nie zadzwonić. W końcu na scenie pojawił się Rojek.

Ludzi było jak to na stadionie – od groma. Im bliżej barierek tym robiło się gęściej i trudniej było się przebić, ale ja musiałem być w pierwszym rzędzie. Musiałem być pod samą, ale to pod samą sceną. Po to tam przyszedłem. Dopóki nie dotknąłem ręką barierek, nie przestałem się pchać.

Zaczęli grać. I to mocno! Na pierwszy ogień poszli „Chłopcy”. Tyle razy siedziałem na chodniku słuchając tej piosenki, tak dobrze opisuje miejsce skąd pochodzę. Jej wersy mogłyby być epitafium mojego pokolenia. Dalej kolejny szlagier – „Dla Ciebie”, a potem „Chciałbym umrzeć z miłości”. Znów o mnie. Zresztą ich wszystkie numery są o mnie, dlatego śpiewałem każdy. Śpiewałem na całe gardło.

Wzruszałem się, skakałem i wyłem. Ciągle ktoś mnie popychał i deptał, a moje białe buty już nigdy miały nie być nawet szare. W powietrzu było tyle kurzu, że ciężko się oddychało i gdybym wtedy się wysmarkał, to chusteczka byłaby czarna. Po godzinie, miałem tak zdarte gardło, że Marcin nie rozumiał co do niego mówiłem, ale byłem w swoim żywiole i czułem, że życie jest spoko.

 

***

 

Dzisiaj obudziłem się o 10:00, puściłem „Can’t hold us” Macklemore’a, nalałem sobie soku ananasowego do szklanki i zrobiłem kanapkę z jajkiem, szynką i majonezem. Wyszedłem na balkon w krótkich spodenkach i japonkach wystawić buzię do słońca i popatrzeć na Wawel. Przeczesałem włosy dłonią, wziąłem gryza i pomyślałem, że życie jest spoko. Bo jest.

---> SKOMENTUJ