Close
Close

Barcelona część III – Sangria, tortilla i rozkminy o Hiszpanach

Skip to entry content

Wróciłem do Polski już w zeszłą sobotę, ale pochłonęło mnie „Ognisko Kwietniowe” i chodzenie po lekarzach, z obawą, czy przypadkiem nie mam różyczki. Bo musicie wiedzieć, że w Krakowie od miesiąca szaleje epidemia i wielu moich kumpli (dorosłych gości jakby nie patrzeć) jest wykropkowana. A ja właśnie z Hiszpanii przywiozłem kropki. Na szczęście okazało się, że to tylko uczulenie (aczkolwiek dalej nie wiem na co). Tak czy inaczej, z powodu owych 2374 spraw na głowie, ostatnia część relacji z Barcelony musiała poczekać. Do dzisiaj.

A dziś niezwykle istotne sprawy, rzekłbym nawet, że najwyższej wagi, bo pokażę Wam…

 

Co jedliśmy?

Wiecie, że próbowaliśmy tradycyjnego hiszpańskiego dania, czyli paelli, która była klawa jak „Kacze opowieści” na TVP1. Ale nie samym ryżem z małżami człowiek żyje. Kosztowaliśmy też innej, typowej dla tego kraju przekąski.

To co widzicie powyżej, to hiszpańska tortilla. Jest to omlet z ziemniakami (tak, z zie-mnia-ka-mi, też się zdziwiłem) i nie przypomina ani trochę tej znanej przez nas. Nie wpadliśmy w ekstazę po zjedzeniu, ale była całkiem smaczna i chętnie spałaszuję ją ponownie, gdy będę miał okazję.

A to jakiś lokalny owoc, którego nazwy niestety nie udało nam się ustalić do dnia dzisiejszego (wiesz co to? – śmiało, pochwal się w komentarzach!). I de facto nie wiem, czy od tego tak mnie nie wysypało na rękach. Smak kwaśno-gorzki, nic specjalnego.

Próbowaliśmy też tapasów, czyli ichniejszych przekąsek/przystawek/zagryzek. Bardzo mi się podoba, że w Hiszpanii jest nawyk przekąszania czegoś dobrego podczas spotykania się/picia/robienia czegokolwiek w grupie w pozycji siedzącej. Ubolewam, że u nas po prostu się pije.

Na pierwszych dwóch zdjęciach widzicie ziemniaczki z serem i ziemniaczki z boczkiem (oni tam jedzą baaardzo dużo ziemniaków), a na trzecim kalmary po sycylijsku. Smakowały, oj smakowały. Muszę spróbować zrobić je w domu.

Wiecie już co jedliśmy, więc czas na kwestie związane z odpowiednim nawodnieniem, czyli…

 

Co piliśmy?

Na zdjęciu powyżej (obok kalmarów), pojawia się największa piękność wyjazdu magnetyzująca rozleniwione otoczenie – Pani Sangria. Jest lekka, orzeźwiająca i wybornie słodka, przez co wchodzi jak złoto (choć nigdy nie piłem złota). Gdyby w polskich barach można było dostać równie dobrą, to przestałbym pić piwo.

Obalone na Placa de Catalunya

W Hiszpanii, tak jak we Francji, są śmiesznie tanie wina. To co widzicie powyżej to winko za 2euro, które doznaniowo jest na poziomie win dostępnych w Polsce za 30zł.

Obalone na placu przy naszym mieszkaniu

To z kolei Lambrusco (różowe wino musujące) za 1,50euro. Darato może przy nim zapaść się pod ziemię na trzecim poziomie snu we śnie.

Obalone w pokoju

A tu już najniższa półka cenowa do której zeszliśmy – 1 eurasek. Nie dopiliśmy całego. To trunek raczej nie do delektowania się, lecz spokojnego odurzenia. Mimo, że nie zachwyca, to wciąż nie gorszy, niż Fresco za dychę.

Nie spodziewałbym się, ale Hiszpanie piją wyjątkowo dużo piwa. Byłem przekonany, że oni tylko wino, wino i wino, a tu nic z tych rzeczy. Próbowaliśmy jakiegoś lokalnego (serwetka z nazwą została zaszyfrowana przez deszcz) i całkiem przyzwoite – lekkie i raczej bez silnej goryczy.

Nie często, ale zdarzały się momenty, kiedy piliśmy napoje bezalkoholowe. To właśnie jeden z nich – sok z tamaryndy (jeśli źle odmieniłem, to proszę mnie poprawić). Jak zobaczyłem opakowanie, to byłem przekonany, że to jakiś wyciąg z robaków, ale robaki nie mogą być tak słodkie. A ten napój był niesamowicie słodki. I co też nietypowe – miał trubo mocną puszkę. Próbowałem zgnieść, zdeptać, wrzucić pod pędzący czołg – nic, lekko się wgięła tylko.

Takie to dziwne rzeczy w tej Barcelonie, bo w ogóle to…

 

Ci Hiszpanie to inni jacyś

Osobnicy zamieszkujący teren między Portugalią, a Francją, żyją na dużo-do-sześcianu większym luzie, niż Polacy. Nie miałem w Barcelonie barometru, ale podejrzewam, że wskazywałby zero, bo Hiszpanie żyją totalnie bez ciśnienia. Im się nigdzie nie śpieszy, niezależnie czy wracają z zakupów, czy są w pracy. W drugorzędnym fast-foodzie na frytki czekasz 15 minut, mimo, że 3/4 lokalu jest puste i obsługa się nudzi.

Barman/kelner/sprzedawca zanim Cię obsłuży musi przybić piątkę z kumplami i pouśmiechać się do lasek na sali (niezależnie, czy go w ogóle zauważają). A o 16:00, oczywiście, żeby nie zwariować od nawału pracy, siesta. Do 20:00. Trochę im zazdroszczę podejścia do życia, ale z drugiej strony przy takim nastawieniu do biznesu, wcale się nie dziwię, że mają kryzys.

Pomijając egzystencję w wiecznym trybie co-masz-zrobić-dzisiaj-zrób-jutro,  zszokował mnie ich…

 

Stosunek do czerwonego światła

Wydawało mi się, że na całym świecie ten symbol oznacza to samo – NIE PRZECHODŹ, BO COŚ MOŻE CI POŁAMAĆ ŻEBRA I URWAĆ ŁEB. Byłem w większym błędzie, niż ludzkość sądząc, że ziemia jest płaska. W Hiszpanii czerwone światło, to tylko delikatna sugestia, mówiąca o tym, że jeśli masz ochotę, ale taką naprawdę silną, to możesz na momencik stanąć. W każdym innym przypadku nie zatrzymuj się, tylko idź prosto przed siebie, w końcu to miasto, kraj i planeta jest Twoje i nikt nie będzie Ci mówił co masz robić.

W tych trzech zdaniach, chciałem Wam powiedzieć, że nie widziałem ani jednego Hiszpana, który respektowałby czerwone światło i przez całą długość jego trwania, stałby w miejscu czekając, aż zapali się zielone. Oni to mają, zupełnie, kompletnie i całościowo w odbycie. Jedzie, nie jedzie – idę. Z prawej wyjeżdża TIR, betoniarka, autobus szkolny i karetka na sygnale? Co z tego! Idę! Nie wiem czy to dlatego, że palą tyle marihuany (w żadnym holenderskim coffee shopie nie czuć tyle palonej gandży, co na barcelońskich ulicach), czy po prostu ten naród ma tendencje samobójcze.

Z jakich powodów by nagminnie nie łamali przepisów ruchu drogowego, to podobało mi się tam i z pewnością wrócę do Barcelony (po jeszcze ruszające się krewetki). Ale najszybciej w przyszłym roku. Za to natchniony sukcesem niepomylenia samolotów, lotnisk i adresów zamieszkania, zacząłem już się zastanawiać jaki będzie…

 

Kolejny kraj do poznania?

Chyba Malta. Jeszcze nie byłem w państwie, które ma mniejszą powierzchnię, niż miasto, w którym mieszkam. To może być ciekawe.

(niżej jest kolejny tekst)

34
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment threads
17 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Żarcie i alkohol na KorfuPraga część I - Ściana Johna Lennona, pływanie po Wełtawie i absyntla dolce vitaWszystko i Nicrafał d Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra
Gość
Aleksandra

Ten dziwny owoc to na pewno cebula, ale wygląda jakby zawierała kobiecy sutek. Uczulenie na sutki to chyba nic fajnego.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ola przez co Ty mnie czytasz, że zawsze pierwsza trafiasz na wpisy, chwilę po publikacji? Bo muszę przyznać, że jestem po wrażeniem :*

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Jestem psychofanką. A tak serio to mam nerdowską majówkę połączoną z wiosennymi porządkami. Mam więc załadowanych kilka blogów i innych stron, które raz na jakiś czas odświeżam-mam wymówkę żeby zrobić przerwę :D Na razie stąd spadam, bo się zasiedziałam ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Jestem psychofanką.” – a to w porządku, głośno na to liczyłem :)

Wszystko i Nic
Gość
Wszystko i Nic

Wydaje mi się, że ten owoc to kaki ;) mam parę drzewek w ogródku i owocnia wygląda identycznie ;)

Venegoor
Gość
Venegoor

fajne story. Smaki to najlepsza rzecz którą można przywieźć z podróży. Co do win to też się zgadzam, gdyby u nas w knajpach wprowadzono więcej win na „studenckim” poziomie cenowym to też bym przestał pić piwo. Zresztą z kumplem rozkręcamy niedługo interes winiarski, będziemy sprowadzać dobre wino z Francji, żeby wprowadzać w młodych Polakach nawyk picia dobrego wina:) Nie mówię oczywiście o smakach dla sommelierów. Mówię o dobrym pospolitym winku które jest dobre do wszystkiego. Jak już zaczniemy dogrywać szczegóły, mam nadzieję że znajdziemy w Tobie klienta :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Inicjatywa godna pochwały jak najbardziej, trzymam kciuki za realizację!

A chcecie być dystrybutorem dla lokali z gastronomią, sprzedawać przez sieć, czy jeszcze coś innego?

Venegoor
Gość
Venegoor

Na początek planujemy małą drystrybucję wśród znajomych i znajomych znajomych żeby zobaczyć czy produkt smakuje. Celem będzie sklep online, bo bedziemy mieć też szampany z segmentu premium. A jak nabędziemy kontaktów to jasne że gastronomia.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Brawo, brawo, daj znać jak wypali!

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Sprowadzajcie CYDR! Bo dobrego w Polsce nie ma, a we Francji nawet ten firmy Carrefour jest pyszny.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Piliśmy właśnie ten jabłkowy z Carrefoura,- 1,23zł za butelkę. Nie było rewelacji, ale dało się wypić, bez krzywienia twarzy :)

kwestia.wordpress.com
Gość
kwestia.wordpress.com

Ja mam zawsze problem z winami, rzadko mi smakują, a jak już jakieś mi się spodoba to cena z kosmosu( przynajmniej jak na moją kieszeń). Dlatego z takimi tanimi nigdy nie eksperymentuję bo od początku jestem już negatywnie nastawiony ;).
A notka ciekawa, Hiszpania znajduję się na mojej liście „kraje, które muszę zwiedzić” w czołówce i liczę na to, że uda mi się to w te wakacje, jak będę miał urlop.

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Coś podejrzanie tani, ja w Paryżu kupowałam cydr w Carrefourze za 0,89 EUR za butelkę. W czteropaku, o ile pamiętam. Był przepyszny, czuć było dębowe beczki :-)

Venegoor
Gość
Venegoor

pomyślimy. ja też kocham cydr:) w upał nic nie lepszego niż butelka schłodzonego cydru. Jest jeden dobry u nas, nazywa się Majątek Sławno, ale jest w takiej butelce jak szampan, i kosztuje drogo. Ale wiem że dobry bo mieszkam w tamtych okolicach i produkują go z lokalnych plantacji jabłek. A jabłka tam są przepyszne:)

olgacecylia
Gość
olgacecylia

A próbowałeś tego cydru? Smakuje jak pryta jabłkowa deluxe. Obrzydliwie daje siarą, a kosztuje potworne pieniądze. Już wolę cydr Lajk (też polski), przynajmniej nie udaje nie wiadomo czego.

Karol Dębkowski
Gość

Barcelona Barceloną. Ale Kacze Opowieści mnie urzekły. Oldchool <3

Grzeczny Chłopiec
Gość

To była zawsze esencja soboty, żałuję, że już ich nie ma :(

Monika
Gość

Francuzi i Wlosi tez maja gdzies czerwone swiatlo.Co tam mnie nie przeraza,bo kierowcy to ogarniana.U nas kierowcy za to maja gdzies zielone swiatlo dla pieszysz:/

Fabian K.
Gość

Następnym razem jadę z Tobą/Wami ! :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Na Hadoukena! trafiłem w 2009 roku. Szukałem w Wikipedii zespołów tworzących podobną muzykę do Crystal Castles i po kliknięciu w „dance punk”, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to właśnie ta onomatopeja z wykrzyknikiem. Byli wtedy po wydaniu świetnego długogrającego albumu „Music for an Accelerated Culture” i epki z kozackimi remiksami „M.A.D.”.

Z Crystal Castles łączyło ich tyle, że oboje mieli „a” w nazwie zespołu, ale wciągnąłem się. Ich pierwszy numer jaki usłyszałem, to właśnie wcześniej wspomniany „M.A.D.” w remiksie Phace’a. Oszalałem! Energia w najczystszej postaci. Zresztą sprawdźcie sobie sami, jakiego to ma kopa (z pół obrotu, z wyskoku i znienacka).

To były czasy, gdy furorę robił filmik „Hitler w poszukiwaniu electro”, a puszka pandory z dubstepem została dopiero co otwarta. Nie dało się uciec przed epidemią mody na muzykę elektroniczną. Nawet kujonki nie odróżniające wobbli od robót drogowych kojarzyły „Nympho” Borgore’a. A ja dryfując na tej fali zachłysnąłem się Hadoukenem! i katowałem ich numery codziennie (co nie szczególnie podobało się moim współlokatorkom).

I myślałem sobie, że bardzo, ale to bardzo…

 

Chciałbym pójść na ich koncert

W 2010 grali na Audioriverze w Płocku i chciałem jechać, ale praca, praca, praca. W 2012 byli w Krakowie na Selectorze, ale kasa, kasa, kasa (a w zasadzie jej brak). Teraz (mówiąc teraz mam na myśli 14 maja) znów są w mieście z największą liczbą kościołów przypadających na metr kwadratowy. I tym razem już nie ma wymówek. Tym razem idę, idę, idę!

Hadouken! wystąpi na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie przy Rakowickiej 27, w ramach juwenaliów organizowanych przez tę uczelnię. Będzie gwiazdą pierwszego dnia koncertów, w trakcie którego wystąpi także Kamp! (możecie ich znać z remiksu Brodki, albo z tego, że robią świetną muzykę), więc jaranko jest podwójne. Zanim dźwięki syntezatorów zwiną asfalt z okolicznych dróg, na scenie pojawią się również Muchy oraz Vavamuffin.

Dokładną rozpiskę macie tutaj, wraz z planem drugiego dnia koncertów, w trakcie, którego zagra Ostry i Grubson. Biorąc pod uwagę, jacy zawodnicy pojawią się na scenie 14 maja, bilety są w dość przyzwoitych cenach.

Podejrzewam, że możecie jarać się tym koncertem tak jak ja i już odliczacie godziny do usłyszenia „Mic check” na żywo. W takim wypadku macie trzy drogi, żeby zdobyć bilety (oczywiście, jeśli jeszcze jakimś dziwnym trafem tego nie zrobiliście). Możecie je kupić bezpośrednio tutaj, lub w Klubie Studenckim zaUEK, lub…

 

Wygrać w konkursie

Akcja jest prosta, piłka krótka, a Twoja odpowiedź ma być zakręcona jak dobry rollercoaster.

Pytanie konkursowe: Czemu akurat Ty masz wygrać bilet na koncert Hadoukena!?

Odpowiedzi mogą być irracjonalne, absurdalne i abstrakcyjne, ale te logiczne, rzeczowe, lub po prostu śmieszne, też będą dobre. Ważne, żeby były oryginalne i nieszablonowe. Czekam na nie w komentarzach pod tym tekstem do przyszłej środy (8 maja), do godziny 19:00.

Pojedynczym biletem na koncert Hadoukena! zostaną nagrodzone dwie odpowiedzi. Jedna, która najbardziej spodoba się mnie i druga, która najbardziej spodoba się Wam. Czyli dostanie najwięcej łapek w górę i będzie najwyżej w komentarzach.

No to jedziecie z tematem!

 
 
 

/EDYCJA 09.05.2013 – MAMY WYNIKI/

Okej, konkurs dobiegł końca i mamy wyniki. Nagroda publiczności, czyli komentarz, który miał najwięcej łapek, raczej nie jest zaskoczeniem – pierwszy bilet wygrywa Katarzyna Karyś.

Drugi bilet, czyli nagrodę ode mnie, otrzymuje Venegoor. Za jaranie się Hadoukenem!, za jaranie się Kampem!, za chomika na Wawelu, ale przede wszystkim za wątek romansowo-miłosny. Zajmij się tam odpowiednio dziewczyną, żeby jednak nie emigrowała.

Bilety będą do odebrania od jutra w Klubie Studenckim zaUEK na terenie Kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego (https://www.facebook.com/zauek/info), za okazaniem dowodu.

Gratuluję zwycięzcom i do zobaczenia we wtorek!

Miałem 19 lat. Byłem po maturze. Był koniec czerwca, a studia miały zacząć się dopiero za 3 miesiące. Większość moich znajomych z liceum bujała się po ciepłych krajach za hajs starych. Mniejszość zapijała nudę w parku w centrum miasta. Ja z dwoma kumplami pracowałem dorywczo w Castoramie na nocki, za tak śmieszną stawkę, że żarty Abelarda Gizy są przy niej czerstwe. Oczywiście po to, żeby mieć na to drugie.

Któregoś dnia mama pokazała mi ogłoszenie w „Wyborczej” z działu „praca – inne”. Szukali osób do sprzedawania gazet nad morzem. Z każdego sprzedanego egzemplarza dawali procent. Wychodziło jakieś 50 groszy od sztuki. Coś takiego. Za to zakwaterowanie – polówka w trzyosobowym kempingu – było za darmo. Pojechałem.

Wstawałem o 8:00, żeby o 8:30 odebrać świeże gazety od koordynatora, a o 9:00 być już na plaży i zacząć pracę. Przez 6 godzin chodziłem wzdłuż wybrzeża między parawanami i namawiałem ludzi na „Super Express”, „Politykę” i „Mojego Psa”. Niektórzy kupowali, większość to zlewała, a część po moim pytaniu „może gazetkę?” siliła się na ultra lotny żart „nie dziękuję, nie umiem czytać”. Nie omieszkałem ich poinformować, że „wiem, wiem, widać po twarzy”.

Każdego dnia, gdy szedłem przez deptak widząc jak miasteczko budzi się do życia, gdy witałem się po imieniu ze sprzedawcami na straganach, gdy kupowałem jagodziankę i jogurt u pani Zosi, gdy chodziłem sobie bez koszulki, wchodząc do wody i kładąc się na piasku kiedy miałem na to ochotę, gdy liczyłem napiwki po pracy i jadłem dorsza z frytkami za pół ceny w zaprzyjaźnionej knajpie, gdy wieczorem z innymi gazeciarzami robiłem grilla przed kempingiem albo piłem na plaży do wschodu słońca, za każdym razem myślałem sobie, że życie jest spoko.

 

***

 

Była dziewczyną mojego przyjaciela z piaskownicy. Byliśmy w drugiej klasie podstawówki i właśnie poznaliśmy się na jego urodzinach grając w „Chińczyka” albo „Eurobiznes”. Miała taki uśmiech, że wolałem go nawet od nowego zestawu LEGO. Straaasznie mi się podobała i chyba nawet powiedziałem jej coś w stylu „lubię cię”. Była najładniejszą dziewięciolatką jaką znałem, ale cóż z tego – była dziewczyną mojego przyjaciela.

Przestałem się z nim przyjaźnić gdzieś pod koniec czwartej klasy, ale jej uśmiech miałem w pamięci nieco dłużej. Chodziliśmy do innych szkół, które za specjalnie za sobą nie przepadały, zresztą byłem niewiarygodnie wstydliwy w tamtym okresie, więc szanse na to, że się spotkamy były nie wielkie. I nie spotkaliśmy się. Przez 12 lat. Mimo, że mieszkaliśmy w jednym mieście.

Przez taki szmat czasu zdążyliśmy dorosnąć i zmienić się niemal nie do poznania. Niemal.

Byłem w mieszkaniu u kumpla z grupy, bo robiliśmy reklamę na jakiś konkurs. W Krakowie. 4385 dni później. I wpadliśmy na siebie w przedpokoju, zaczynając rozmowę od hiper filmowego tekstu „czy my się przypadkiem skądś nie znamy?”. Znaliśmy się, choć po tylu latach nie wiem czy to stwierdzenie miało w sobie choć ziarenko prawdy.

Była zjawiskowa. Nie straciła nic ze swojego uroku odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Ba, spotęgował się wielokrotnie, bo nie była już dzieckiem, a wyjątkowo atrakcyjną kobietą.

Z lekkim niedowierzaniem, że to dzieje się naprawdę, zacząłem się z nią spotykać. Uwiedzenie jej było wyzwaniem, to było coś! Musiałem być błyskotliwy, elokwentny, spontaniczny, pewny siebie i wyjątkowy. I to naraz. Musiałem być najlepszą wersją siebie. W pewnym momencie poczułem, że nic z tego nie będzie. Że w najlepszym wypadku zostaniemy przyjaciółmi albo po prostu nie będziemy odwracać głowy mijając się na ulicy. Wtedy właśnie siadła mi na kolanach i zaczęła całować po szyi. Kiedy poczułem jej wilgotne, miękkie usta na swojej spękanej dolnej wardze, pomyślałem, że życie jest spoko. Spoko na maksa.

 

***

 

Były juwenalia. Czwartek – dzień przed pochodem. Poszliśmy z Marcinem na stadion Wisły, bo tego dnia gwiazdą wieczoru miało być Myslovitz. Czekając na 21:00 albo piliśmy piwo wylegując się na trawie, albo podrywaliśmy dziewczyny. Albo jedno i drugie. Od dwóch nawet wzięliśmy numery telefonów, tylko po to by nigdy do nich nie zadzwonić. W końcu na scenie pojawił się Rojek.

Ludzi było jak to na stadionie – od groma. Im bliżej barierek tym robiło się gęściej i trudniej było się przebić, ale ja musiałem być w pierwszym rzędzie. Musiałem być pod samą, ale to pod samą sceną. Po to tam przyszedłem. Dopóki nie dotknąłem ręką barierek, nie przestałem się pchać.

Zaczęli grać. I to mocno! Na pierwszy ogień poszli „Chłopcy”. Tyle razy siedziałem na chodniku słuchając tej piosenki, tak dobrze opisuje miejsce skąd pochodzę. Jej wersy mogłyby być epitafium mojego pokolenia. Dalej kolejny szlagier – „Dla Ciebie”, a potem „Chciałbym umrzeć z miłości”. Znów o mnie. Zresztą ich wszystkie numery są o mnie, dlatego śpiewałem każdy. Śpiewałem na całe gardło.

Wzruszałem się, skakałem i wyłem. Ciągle ktoś mnie popychał i deptał, a moje białe buty już nigdy miały nie być nawet szare. W powietrzu było tyle kurzu, że ciężko się oddychało i gdybym wtedy się wysmarkał, to chusteczka byłaby czarna. Po godzinie, miałem tak zdarte gardło, że Marcin nie rozumiał co do niego mówiłem, ale byłem w swoim żywiole i czułem, że życie jest spoko.

 

***

 

Dzisiaj obudziłem się o 10:00, puściłem „Can’t hold us” Macklemore’a, nalałem sobie soku ananasowego do szklanki i zrobiłem kanapkę z jajkiem, szynką i majonezem. Wyszedłem na balkon w krótkich spodenkach i japonkach wystawić buzię do słońca i popatrzeć na Wawel. Przeczesałem włosy dłonią, wziąłem gryza i pomyślałem, że życie jest spoko. Bo jest.